Dodaj do ulubionych

Carbogrom,

31.07.02, 18:57
Jestem fanem diety optymalnej or ciebie ale zastanowilo mnie dzisiaj
nastepujace zagadnienie i moze potrafisz skomentowac z punktu widzenia twojej
wiedzy biochemicznej:

krowa, zajac, sarna. Maja tluszcz pod skora a jedza roslinki. Oczywiszcie
ten 'tluszcz' pod skora to nie tluszcz tylko trojglicerydy, nie?

SKad one maja tyle tych trojglicerydow jak jedza tylko roslinki? Czy za malo
sie ruszaja? Czy jest to ich zapasik na zime?

O sarnach wiem ze mysliwi rozpoznaja czy bedzie ostra zima: jak na jesien
jest duzo tego zoltego 'tluszczu' -trojglicerydow - pod skora to worzy to
ciezka zime. Nie zawsze tak jednak bylo...

Czyli, mimo ich jedzenia a przeciez jest optymalne, maja ten tluszczyk ktory
nosza.

Albo lew, zre mieso i wyglad a na tlustego, albo jakies inne zwierze. Jedza
optymalnie is sa tluste... a moze nie sa???
Czy w przyrodzie znasz przyklady diety optymalnej za i przeciw?
Obserwuj wątek
    • dida Re: Carbogrom, 31.07.02, 19:42
      ja tez sie wtrace jesli moge;)
      tluszcz u zwierzat jest przystosowaniem rozwinietym w toku ewolucji. wiekszy
      na zime, mneijszy na lato. czlowiek tez ma tkanke tluszczowa. w jakiejs mierze
      jest potrzebna-chroni przed wychlodzeniem, ogranicza sile uderzenia czy
      jakiegos urazu, u kobiet umozliwia owulacje i rownowage hormonalna.
      dr k. twierdzi doslowinie, ze jestesmy tym co jemy. znaczy, ze im wiecej
      pokarm zjadany jest podobny do naszego ciala, tym lepszy...tylko co z tymi
      wszystkimi roslinozernymi zwierzetami? taki slon chocby-roslinki zajada, a
      jaki duzy wyrasta:)twierdzenie,ze dieta np. roslinna uniemozliwia rozwoj jest
      nieprawdziwa.
      zwierzeta maja jedna doskonala zdolnosc-jedza i lubia jesc to co im jest
      potrzebne do rozwoju. dzieki temu nie mozliwe jest aby zwierze zyjace dziko
      moglo byc otyle .czlowiek te zdolnosc zatraca. potrzebuje zdrowiej diety i to
      stosowanej latami, aby zaczac instynktownie czuc co mu szkodzi. ja moge
      powiedziec, ze po tylu latach diety wegetarainskiej nie lubie juz rzeczy,
      ktore sa szkodliwe.zmienia sie poczucie smaku i zapachu. oczywiscie czasem
      przyzwyczajenia zwyciezaja i skusze sie na cos niezdrowego i "smakowitego";)
      ale to bardzo zadko i nie musze sie tym objadac, bo po chwili stwierdzam,ze to
      wcale nie jest dobre.
      jest jeszcze jedna rzecz-czlowiek czasem nie wyglada na otylego, ale poziom
      tk. tluszczowej ukrytej miedzy narzadami wewnetrznymi jest wysoki. coraz
      czesciej takie zjawsko obserwuje sie u dzieci.
    • karowa dida 31.07.02, 22:43
      ciekawy dodatek. mnie wlasnie interesuje jak to jest mozliwe ze slon jest
      rozslinozerny i niezle mu idzie???
    • pan_surma Carbogrom, 01.08.02, 03:25
      czy jest jakies sensowne wytlumaczenie o tym cholernym sloniu ktory psuje diete
      DO???

      Mnie ten slon wcale nie przeszkadza. jestem twoim fanem. Acha, dlugotrwale bole
      krzyza ustapily po latach. Moze zmniejszyla sie waga i obciazenie?
      Moze 'przebudowa' nastapila? Nie wazne, nie biore medykamentow. Na wegle patrze
      jak na Lukrecje Borgie. Tlumek wokol mnie, ludzi zainteresowanych DO rosnie.
      • dida o sloniu i takie tam:) 01.08.02, 23:28
        :)slon po prostu je to co czego jest przystosowany. i dlatego zyjacy dziko nie
        bedzie chorowal chyba,ze bedzie slaby z punktu widzenia genetyki (bledy
        genetczne, zle geny) ,spotka sie ze zlymi czynnikami srodowiska np. zatruta
        woda, gleba itd.
        slon to tylko przyklad. chodzi o to,ze pokarm roslinny nie jest niczym gorszym
        od zwierzecego. czlowiek swoja budowa przystosowany jest bardziej do
        spozywania, trawienia, pozbywania sie pokarmow roslinnch. a dieta roslinna na
        spowoduje jego slabosci intelektualnej czy fizycznej.
        peniw nie slyszeliscie o obiegu energii w przyrodzie (o obiegu materii juz
        mowilam). nie slyszeliscie albo spaliscie na biologii:))otoz rosliny gromadza
        energie sloneczna w postaci wiazan chemicznych. to dzieki tej energii
        nagromadzonej mozliwe jest zycie. zadne nastepne ogniwa lancucha pokarmowego
        nie wytwarzaja energii-kozystaja z tego co zgromadzily rosliny. kozystaja z
        tego konsymenci 1 rzedy zjadajac rosliny. czesc energii wykozystuja na swoje
        potrzeby, czesc jest wypromieniowywana w postaci ciepla do otoczenia, czesc
        magazynowana. z tego kozystaja konsumenci 2 rzedu zjadajacy kosum. 1 rzedu.
        ale maja do dyspozycji juz mniej energii. ta tez same wykozystuja,
        wypromienowuja i magazynuja. im ogniwo blizej roslin tym wiecej ma energii do
        dyspozycji. tak wiec twierdzenie, ze tylko pokarm zwierzecy jest
        wysokoenergetyczny, ze w tluszczach zawarta jest najlepsza energia jest
        nieprawdziwe i mowi,ze ktos najwidoczniej spal na lekcjach o ekologii w 2 kl.
        liceum todziez 8 kl. podstawowki:)
        • pan_surma Re: o sloniu i takie tam:) 02.08.02, 03:28
          Dida, to co mowisz o energi itd ma sens, ladnie to opisujesz. Ladnie tez ujelas
          ze czlowiek 'bardziej' do roslinek niz nie. Musze sprawdzic bo klucz jest w tym
          slowie 'bardziej'. Jestes bardzo dobrze przygotowana do tematu i zaprawiona w
          bojach dyskusujnych - zauwazam to po tym slowku...

          Teraz pytanko: wszyscy wiemy ze DO ma wspaniale osiagniecia w leczeniu. Leczy
          np. cukrzyce... co jest dla mnie szokujace. Czy dieta wegetarianska ma takie
          lub podobne sukcesy?

          Popatrzmy na Indie, sami wegetarianie (tak na ogol) i kraj do kitu. A popatrz
          na Niemcow, typowi miesiarze. Czy Rosjan (miesiarze), czy Anglikow (ich sklepy
          warzywne sa wrecz zabawne).



          • dida Re: o sloniu i takie tam:) 03.08.02, 13:44
            ze czlowiek 'bardziej' do roslinek niz nie.
            czlowiek ma duza zdolnosc do adaptacji, moze sie przystosowac nawet do diety
            tylko zwierzecej,ale koszty na ogol sa wysokie.
            >
            > Teraz pytanko: wszyscy wiemy ze DO ma wspaniale osiagniecia w leczeniu.
            Leczy
            > np. cukrzyce... co jest dla mnie szokujace.

            na poczatku tez dla mnie bylo to szokujace. sama kontrola juz jest duzym
            osiagnieciem. tyle,ze ta kontrola sprzeczna jest z normami uznanymi przez
            medycyne. zaden lekarz nie uzna czegos takeigo i bedzie spodziwal sie
            pogorszenia. potrzebne sa lata badan i to przez niezaleznych ekspertow aby
            mozna sie fascynowac dokonaniami DO.
            nie slyszalam, zeby lekaze wege. twierdzili, ze wylecza cukrzyce. slyszalam ze
            moga zapobiegac, przez odpowiednia diete. co z przypadkami ludzi juz chorych?
            trzebaby poszukac informacji.

            > Popatrzmy na Indie, sami wegetarianie (tak na ogol) i kraj do kitu. A
            popatrz
            > na Niemcow, typowi miesiarze. Czy Rosjan (miesiarze), czy Anglikow (ich
            sklepy
            > warzywne sa wrecz zabawne).

            wszystko zalezy co uznasz za wazne....czy ekspansje, podbijanei kolejnych
            narodow tak jak to robily dane kraje, czy raczej medytacje, joge, wewnetrzny
            rozwoj itd. nie mozna miec wszystkeigo:) albo rozwijasz sie do wewnatrz, albo
            do zewnatrz. patrzac jednak na duchwosc danych narodow, mimo wszystko ci
            biedni hindusi sa znacznie bogatsi.
            • krystyna-opty Dla urozmaicenia tematu... ;) 07.08.02, 00:40
              Artykuł pod takim tytułem ukazał się 20 lipca 2002r. w
              australijskim tygodniku o nazwie:
              Observer, the Weekend Financial Australian Review.
              Tłum. Karolina

              Jeżeli członkowie amerykańskiego establishmentu medycznego mieliby przeżyć
              zbiorowy koszmar typu: zorientować się, że stoi się nago na Times Square,
              oto,
              jak mógłby on wyglądać: Spędzają 30 lat ośmieszając Roberta Atkinsa, autora
              świetnie sprzedającej się "Rewolucyjnej diety doktora Atkinsa" i " Nowej
              rewolucyjnej diety doktora Atkinsa", oskarżając go o oszustwa i brak
              profesjonalizmu tylko po to, aby w końcu odkryć, że niepokorny doktor
              Atkins miał rację na od początku do końca.
              Albo mogłoby być tak: okazuje się, że ich własne zalecenia żywieniowe - jeść
              więcej wę-glowodanów i mniej tłuszczu - są główną przyczyną epidemii
              otyłości szalejącej w Ameryce. Lub jeszcze jedna możliwość: okazuje się, że
              obydwa
              powyższe warianty są prawdziwe.
              Kiedy Atkins w 1972 roku po raz pierwszy opublikował swoją "Rewolucyjną
              dietę", Amerykanie byli właśnie na etapie godzenia się z teorią, że
              tłuszcz -
              a w szczególność tłuszcz nasycony pochodzący z produktów mlecznych i mięsa
              -jest największym zagrożeniem pokarmowym w ich diecie. Atkinsowi udało się
              sprzedać miliony egzemplarzy swojej książki dzięki obietnicy, że schudniemy
              jedząc steki, jajka i masło ....., ponieważ to węglowodany - ryż, makaron,
              pieczywo i cukier powodują otyłość i choroby serca. Tłuszcz, mówił Atkins,
              jest nieszkodliwy.
              Atkins pozwolił swoim czytelnikom jeść "prawdziwie wykwintne dania bez
              ograniczeń", jak napisał, "homar w sosie maślanym, stek w sosie bearnaise
              ...
              cheeseburgery z bekonem", ale zabronił jedzenia jakichkolwiek produktów
              zawierających skrobię lub rafinowane węglowodany, co oznaczało żadnych
              cukrów i produktów mącznych. Zakazał nawet picia soków owocowych
              i pozwalał jedynie na odrobinę warzyw, choć te ostatnie stawały się kwestią
              do uzgodnienia w miarę rozwoju diety.
              Atkins nie był, bynajmniej, pierwszym, który wzbogacił się na propagowaniu
              wysokotłuszczowej diety, ograniczającej jednocześnie spożywanie węglowo-
              danó, ale spopularyzował ją do tego stopnia, że Amerykańskie Stowarzyszenie
              Medyczne (AMA) uznało ją za potencjalne niebezpieczeństwo zagrażające
              zdrowiu mieszkańców całego kraju. AMA atakowało dietę Atkinsa nazywając
              ją "dziwaczną dietą", która zachęcała do "nieograniczonego spożywania
              tłuszczy nasyconych oraz produktów bogatych w cholesterol", a Atkins musiał
              nawet
              bronić jej na przesłuchaniach w Kongresie.
              Trzydzieści lat później znajdujemy się w stanie dziwacznego rozdwojenia
              jaźni
              co do kwestii wagi. Z jednej strony, wmawiano nam z niemal religijnym
              przekonaniem, że otyłość powodowana jest nadmierną konsumpcją tłuszczu i że
              jeśli będziemy jeść go mniej, schudniemy i będziemy dłużej żyć. Z drugiej
              strony pozostaje niecichnące przesłanie Atkinsa i mnóstwo dobrze
              sprzedających
              się książek o tematyce żywieniowej, jak "The Zone", "Pogromcy cukru" czy "
              Siła białka". Wszystkie one przedstawiają pewną koncepcję, którą naukowcy
              nazwaliby hipotezą alternatywną: to nie tłuszcz sprawia, że ludzie tyją,
              ale węglowodany i jeżeli będziemy jeść mniej węglowodanów, schudniemy
              i będziemy dłużej żyć.
              Pewną perwersją zawartą w tej alternatywnej hipotezie jest to, że jako
              przyczynę otyłości wskazuje ona dokładnie te rafinowane węglowodany, będące
              podstawą piramidy żywieniowej - jak makaron, ryż i chleb - o których mówiono
              nam, że powinny być głównymi składnikami naszej zdrowej, niskotłuszczowej
              diety.
              Do tego cukier lub syrop kukurydziany w napojach, sokach owocowych i
              napojach
              energetycznych, które zaczęliśmy spożywać tylko dlatego, że są beztłuszczo
              we. Podczas gdy dogmat głoszący: mniej-tłuszczu-to-lepsze-zdrowie ma, jak na
              s uświadomiono, odzwierciedlać rzeczywistość, a rząd Stanów Zjednoczonych
              wydał już setki milionów dolarów na badania mające wykazać jego prawdziwość,
              "kwestia niskowęglowodanowa" została zepchnięta w obszar pozanaukowej
              fantastyki.
              Jednak w ciągu ostatnich pięciu lat, na naukowej zgodzie pojawiła się niewie
              lka rysa. Nieznaczna, lecz wciąż rosnąca liczba liczących się badaczy zaczę
              ła poważnie traktować to, co "niskowęglowodanowi" lekarze mówili już od
              dawna.
              Walter Willet, przewodniczący wydziału żywienia w Harwardzkiej Szkole
              Zdrowia
              Publicznego (Harvard School of Public Health), może być najlepszym
              przykładem zwolennika przetestowania tej heretyckiej hipotezy. Willet jest
              de
              facto rzecznikiem najdłuższych i naj-pełniejszych badań dotyczących diety
              i zdrowia, jakie kiedykolwiek przeprowadzono. Kosztowały one już ponad
              100 mln dolarów (dokładnie 178 mln. dol.) i zawierają dane dotyczące blisko
              300 000 osób.
              Dane te, jak mówi Willet, bardzo wyraźnie przeczą prawdziwości teorii
              "mniej-tłuszczu-to-lepsze-zdrowie", "oraz teorii, że wszystkie tłuszcze są
              niezdrowe; skupienie się wyłącznie na negatywnych aspektach działania
              tłuszczu mogło przyczynić się do epidemii otyłości".
              Naukowcy ci twierdzą, że istnieje mnóstwo powodów aby sugerować, że hipoteza
              mniej-tłuszczu-to-lepsze-zdrowie zdecydowanie nie przeszła próby czasu,
              szczególnie, że znajduje-my się właśnie u szczytu epidemii otyłości, która
              zaczęła się w latach osiemdziesiątych, co z kolei było związane z
              upowszechnianie
              m się niskowęglowodanowego dogmatu. (W tym okresie wzrosła także
              zachorowalność na cukrzycę typu II).
              Mówią także, niskotłuszczowe diety odchudzające poniosły, zarówno w testach
              klinicz-nych jak i w prawdziwym życiu, ponurą klęskę. Jakby tego było mało,
              zawartość tłuszczu w amerykańskiej diecie w ciągu ostatnich dwóch dziesięcio
              leci stale maleje. Poziom naszego cholesterolu spada, mniej palimy, a jednak
              zapadalność na choroby serca nie spada tak, jak by tego można oczekiwać.
              "To bardzo niepokojące", mówi Willet, "sugeruje to, że coś jeszcze złego się
              dzieje".
              Podstawy naukowe hipotezy alternatywnej można nazwać Endokrynologią 101,
              jak mówi o niej doktor David Ludwig, badacz z Harwardzkiej Szkoły Medycznej
              (Harvard Medical School), który w bostońskim Szpitalu Dziecięcym (Children's
              Hospital) prowadzi klinikę zajmującą się otyłością u dzieci. Przepisuje on
              swoi
              m pacjentom własną wersję diety nisko-węglowodanowej. Endokrynologia 101
              wymaga zrozumienia sposobu, w jaki węglowodany oddziaływają na insulinę
              oraz cukier znajdujący się we krwi, a w konsekwencji także na me-tabolizm
              tłuszczyi na apetyt. To podstawa endokrynologii, mówi Ludwig, nauki
              o hormonach, teoria wciąż jednak uważana za radykalną, ponieważ
              niskotłuszczowa mądrość wypłynęła w latach sześćdziesiątych od badaczy
              zainteresowanych prawie wyłącznie wpływem tłuszczu na poziom cholesterolu i
              choroby serca. W tamtym czasie Endokrynologia 101 była jeszcze wciąż w
              powijakach, została więc zignorowana. Teraz, gdy teoria ta staje się
              przej-rzysta, musi zwalczyć ćwierć
              wieku antytłuszczowych uprzedzeń.
              Hipoteza alternatywna wskazuje, że warto ją rozważyć choćby przez moment,
              także dlatego, że jest bezczelnym kłamstwem, a to faktycznie może być
              przeszkodą w jej akceptacji. Jeżeli jest ona prawdziwa - wciąż jednak
              wielkie
              "jeśli" - to sugeruje nam bardzo wyraźnie, że trwająca Ameryce epidemia
              otyłości
              nie jest, jak nam się to ciągle wmawia, po prostu wynikiem zbiorowego braku
              silnej woli i ćwiczeń. Pojawiła się ona raczej dlatego, jak twierdzi Atkins
              (razem z Barrym Searsem, autorem "The Zone"), ponieważ władze do spraw
              zdrowia publicznego kazały nam, bezwiednie, choć z najlepszymi zamiarami,
              jeść dokładnie te produkty, które powodują tycie, co też czyniliśmy.
              Jedliśmy więc
              ej beztłuszczowych węglowodanów, co w konsekwencji czyniło nas
              głodniejszymi,
              a potem grubszymi.
              Mówiąc krotko, jeżeli hipoteza alternatywna jest prawdziwa, wtedy dieta
              niskotłuszczowa z definicji nie jest dietą zdrową. W praktyce, taka dieta
              będzie
              zawsze bogata w węglowodany, a to może prowadzić do otyłości, a być może,
              nawet do chorób serca. "W przypadku dużego procentu populacji,
              przypuszc
              • dida Re: Dla urozmaicenia tematu... ;) 07.08.02, 14:03
                taaaa, a teraz powiedz mi krystynko dlaczego wogole
                wkleilas tu artykul o atkinsie? przeciez wszyscy wiemy,ze
                oprocz niskiej ilosci weglowodanow,dieta atkinsa i
                optymalna nie ma ze soba wiele wspolnego?
                dodatkowo sami optymalni czesto uwazaja diete atkinsa za
                szkodliwa...podobnie jak lekarze jako dieta
                wysokobialkowa (pomijajac juz ten tluszcz). szkodliwa dla
                nerek, zakwaszajaca,a w zwiazku z tym i mogaca proawdzic
                do osteroporozy. ostatnio pisalam jakie pokarmy
                zakwaszaja organizm. pan surma wie juz co to za pokarmy.

                jest wiadomym,ze nadmiar weglowodanow jest odkladany pod
                postacia tluszczy. przystosowanie ewolucyjne. nadmiar
                tluszczy w niewielkim stopniu wedruje do watroby,
                wiekszosc od razu jest donoszona do tkanki tluszczowej.
                bez zadnego oczyszczenia. dlateog tez tkanka tluszczowa
                zwierzat jest najwiekszym zrodlem szkodliwych
                karcynogennych substANCJI.no ale wasi lekarze o tym was
                nei inforuja wiec nie wiecie....
                nadmir energii wprowadzanej jest zachowywane na pozniej.
                to oczywiste. albo trzeba wiecej sie ruszac, pracowac,
                cwiczyc. albo mniej energii wprowadzac.
                wielokrotnie mowilam,ze to czego mamy sie wystrzegac to
                weglowodany przetworzone. nie jest do konca prawda to co
                usilujecie wmowic ludziom,ze weglowodany powoduja wysokie
                skoki isuliny itp. wielej o tym napisze zaraz w poscie o
                cukrzycy. mamy unikac ryzu,chleba itd ale tych zboz ktore
                zostaly oczyszczone. dla optymalnych to bez roznicy...no
                bo weglowodan to weglowodan. nie istotne czy zawiera przy
                okazji witaminy, nienasycone kwasy tluszczowe, blonnik
                spowalniajacy wchlanianie cukrow, ograniczajacy
                wchlanianie cholesterolu...
                co do cholesterolu to wydaje sie jednak,ze ilosc
                spozywanego zwiazku ma jednak wplyw na ostateczna ilosc
                cholesterolu we krwi. pomimo tego,ze organizm spowalnia
                wlasna produkcje cholesterolu (to oczywiste). optymlani
                sa najepszym przykladem.
                • krystyna_opty Re: Dla urozmaicenia tematu... ;) 08.08.02, 21:31
                  ) taaaa, a teraz powiedz mi krystynko dlaczego wogole
                  ) wkleilas tu artykul o atkinsie? przeciez wszyscy wiemy,ze
                  ) oprocz niskiej ilosci weglowodanow,dieta atkinsa i
                  ) optymalna nie ma ze soba wiele wspolnego?

                  No widzisz, a niektórzy uważają, że to ta sama dieta.
                  Wspólny dla obu diet jest najważniejszy, wyklęty przez
                  dietetyków wszelkiej maści - tłuszczyk.
                  Dzięki Atkinsowi i badaniom jego diety NARESZCIE
                  skończy się wciskanie ludziom bajek i tuczenie
                  ich węglowodanami, nie zważając na ludzkie cierpienia i
                  pogarszający się w postępie "piramidalnym" stan zdrowia
                  społeczeństwa, nie wspomnę o rosnącej lawinowo liczbie
                  inwalidów nawet wśród dzieci.
                  Każdy jest święcie przekonany, że choroby wrodzone,
                  to "siła wyższa", że to wina genów.
                  Nikomu natomiast nie przyjdzie do głowy, że może kobieta
                  w ciąży źle, niedostatecznie się odżywia, że może łyka
                  bezkrytycznie różne "leki" i "witaminki", że może tworzący się
                  nowy organizm nie znajduje dostatecznego budulca w krwi
                  matki, bo jak wiemy - jest to jedyne źródło składników
                  budulcowych i odżywczych dla dzielących się i rosnących
                  komórek, tkanek, narządów i układów nowego organizmu.
                  To jest precyzyjny proces, każde niedobory potrzebnych
                  składników muszą odbić się na tworzeniu nowego organizmu.
                  Geny, to tylko program, zapis, przepis na dziecko, a od diety i kondycji
                  jej wątroby, zależy jakość biologiczna rosnącego i rozwijającego się płodu.
                  Oczywiście ewentualne wady odziedziczone po ojcu i matce mogą
                  się ujawnić i na to nie mamy już wpływu. Nie można natomiast
                  wszystkiego zrzucać na wadliwe geny, tak jak to się powszechnie
                  robi, bo tak służbie zdrowia jest wygodnie.
                  Łatwo powiedzieć:- "ma pani pecha, złe geny".
                  Ot...bardzo wygodny, współczesny "kozioł ofiarny".
                  Tylko, że każdy genetyk powie, że zmiany w genach nie następują
                  tak szybko, a na pewno nie w takim rajdowym tempie i masowej
                  skali, jak to się dzieje obecnie.Więc dość już tego wciskania kitu
                  (o! właśnie leci reklama chleba,co świadczyłoby chyba o tym,
                  że spada jego spożycie, skoro trzeba go reklamować... 8-) )

                  ) dodatkowo sami optymalni czesto uwazaja diete atkinsa za
                  ) szkodliwa...podobnie jak lekarze jako dieta
                  ) wysokobialkowa (pomijajac juz ten tluszcz).

                  DO zaleca MAŁO białka. Dokładnie tyle, żeby być najedzonym,
                  a jeśli się choruje - szybko wracać do zdrowia. I tak się dzieje.
                  Mój mocz jest jak nigdy przedtem - bez żadnych zmian,
                  i reszta wyników także jest bardzo dobra.

                  ) jest wiadomym,ze nadmiar weglowodanow jest odkladany pod
                  ) postacia tluszczy. przystosowanie ewolucyjne. nadmiar
                  ) tluszczy w niewielkim stopniu wedruje do watroby,
                  ) wiekszosc od razu jest donoszona do tkanki tluszczowej.

                  Nie do tkanki tłuszczowej, tylko do wszystkich tkanek i komórek
                  potrzebujących wg hierarchi ważności, jeśli zjadamy go za mało,
                  najsłabsze komórki dostają najmniej, albo zostaje im tylko gorsze
                  paliwo, czyli glukoza, nie mogą jej jednak spalić, bo do spalania
                  brakuje im tlenu, ale mogą z niej odzyskać ciągle im brakujący tlen,
                  tworząc tróglicerydy, a z nich z kolei odzyskać wodór i w ten sposób
                  tworzyć energię w mitochondriach, ale na koniec tego procesu
                  powstaje np. wewnątrz ścianki tętnic cholesterol, stopniowo
                  pogrubiając je. I tu jest cała istota tematu cholesterolu.
                  Cholesterol płynący w tętnicy NIE MA NIC WSPÓLNEGO
                  z cholesterolem tworzącym się wewnątrz ścianek tętnic.
                  Dzieli je wewnętrzna błona tętnic. Jest jak barierka między
                  dwoma kierunkami jazdy na autostradzie, samochody z obu
                  kierunków jazdy mogą jedynie się spotkać tylko podczas
                  kraksy, gdy jeden z nich przerywa barierkę i czołowo
                  "spotyka się" z drugim samochodem. Podczas prawidłowej
                  jazdy oba samochody nie mają prawa się zetknąć.
                  Z cholesterolem w ścianach tętnic jest jeszcze lepiej:
                  w sytuacjach dobrego odżywiania cholesterol wewnątrz ściany
                  tętnic nie ma prawa się tworzyć, ale tylko w takiej sytuacji, kiedy
                  w diecie jest dużo dobrej energii (czyli tłuszczu), mało białka
                  (żeby wątroba jego nadmiaru nie musiała przetwarzać na
                  węglowodany, a te z kolei na tłuszcze) i mało, tylko tyle ile jest
                  niezbędne, czyli ok. 50 gram węglowodanów dziennie.
                  Wtedy zapasy tłuszczowe nie mają szans powstawać.
                  I to faktycznie się sprawdza.

                  ) bez zadnego oczyszczenia. dlateog tez tkanka tluszczowa
                  ) zwierzat jest najwiekszym zrodlem szkodliwych
                  ) karcynogennych substANCJI.no ale wasi lekarze o tym was
                  ) nei inforuja wiec nie wiecie....

                  Wiecie, wiecie...

                  ) nadmiar energii wprowadzanej jest zachowywane na pozniej.

                  Kiedyś, gdy na stacjach paliwo nie było stale dostępne,
                  kierowcy na dłuższe trasy, wozili zapas w kanistrach, po to,
                  żeby im w trasie nie brakło. Dzisiaj na stacjach paliwa nie
                  brakuje, więc nikt już tego zapasu ze sobą nie wozi.
                  Gdy organizm zorientuje się, że codziennie dostaje wszystko,
                  co mu potrzebne, bez reglamentacji, SAM przestaje
                  robić zapasy i natychmiast przystępuje do naprawiania tego,
                  co patologiczne - bo nareszcie ma wystarczająco dużo siły,
                  składników odżywczych i energii, także na oczyszczanie
                  organizmu ze śmieci i usuwanie razem z żółcią, czy moczem.

                  ) to oczywiste. albo trzeba wiecej sie ruszac, pracowac,
                  ) cwiczyc.

                  To prawda, ruszać się trzeba, ale jeśli nic nie boli.
                  Jeśli jakiś staw boli, to po to, żeby właśnie go oszczędzać
                  i poprawić dostarczanie brakujących składników, np.
                  kolagenu.

                  ) albo mniej energii wprowadzac.

                  To tak, jakbyć radziła mniej pieniędzy wprowadzać do potrfeli
                  emerytów i rencistów, żeby nie mieli siły marudzić, że im nie
                  starcza "do pierwszego".

                  ) wielokrotnie mowilam,ze to czego mamy sie wystrzegac to
                  ) weglowodany przetworzone. nie jest do konca prawda to co
                  ) usilujecie wmowic ludziom,ze weglowodany powoduja wysokie
                  ) skoki isuliny itp. wielej o tym napisze zaraz w poscie o
                  ) cukrzycy. mamy unikac ryzu,chleba itd ale tych zboz ktore
                  ) zostaly oczyszczone. dla optymalnych to bez roznicy...no
                  ) bo weglowodan to weglowodan.

                  Szczerze mówiąc, nawet gdybym w tej chwili doraźnie zjadła
                  dużą porcję węglowodanów przetworzonych, sprawny system
                  buforowania bez problemu ten nadmiar cukru odprowadzi
                  do moczu. Każdy nadmiar zjedzony sporadycznie jest w ten
                  sposób u optymalnych traktowany przez organizm. Natomiast
                  ze zjadanym tłuszczem jest inaczej, u optymalnych przewód
                  pokarmowy doskonale go wyczuwa w pokarmie i działa,
                  jak termostat w żelazku i nie da się zjeść go więcej, niż
                  organizm potrzebuje, czyli nie da się zjeść nadmiaru,
                  a gdyby ktoś optymalny się uparł i mimo to wcisnął w siebie
                  więcej, to albo by zwymiotował, albo by dostał tłuszczowej
                  biegunki. Tak to działa, tylko jak można o tym wiedzieć,
                  jeśli wszyscy nagminnie są straszeni szkodliwością tłuszczu
                  i za nic w świecie nie chcą ryzykować, by się o tym przekonać?
                  Tym bardziej, że nie ma żadnych dowodów na szkodliwość
                  zjadanego tłuszczu.

                  ) nie istotne czy zawiera przy
                  ) okazji witaminy, nienasycone kwasy tluszczowe, blonnik
                  ) spowalniajacy wchlanianie cukrow,

                  I to wielki błąd, bo o wiele lepiej rolę spowalniania spełniają
                  właśnie tłuszcze i jednocześnie dostarczają
                  wszystkie niezbędne witaminy A, D, E, K i mikroelementy, nie
                  obciążając jednocześnie balastem niestrawialnej celulozy
                  (tzn. błonnika), rozpychającej niepotrzebnie śluzówkę w całym
                  przewodzie pokarmowym.

                  ) co do cholesterolu to wydaje sie jednak,ze ilosc
                  ) spozywanego zwiazku ma jednak wplyw na ostateczna ilosc
                  ) cholesterolu we krwi.

                  Słusznie Ci się wydaje, nie ma jednak potrzeby zmuszać
                  wątroby do jego produkcji, jeśli możemy dostarczyć go
                  z pokarmem i bez jej udziału i ciężkiej pracy zaopatrzyć
                  organizm w niezbędny surowiec m.in. do produkcji
                  dostatecznych ilości hormonów płciowych,
                  o efektach nie wspomnę... ;)

                  ) pomimo tego,ze organizm spowalnia
                  ) wlasna produkcje cholesterolu (to oczywiste). optymlani
                  ) sa najepszym przykladem.

                  Bo nasza wątroba bardziej zajmuje się swoją wyjątkową
                  specjalnością, jaką jes
                  • pan_surma Krystyna_Opty i Dida 09.08.02, 04:48
                    Przeczytalem oba teksty i zrozumialem jedna setna ale zrobilem sobie kopie...

                    jestescie obie wspaniale w tej retoryce. Ten watek powoduje ze uwazam dietetyke
                    za najleszy na forum...

                    coz za szermierka slowna i na jakim wspanialym poziomie... uzyteczna...
                    pozdrawiam...

                    moi rodzice CZYTAJA KSIAZKE dr KWASNIEWSKEIGO!!!! I broszurke z Jastrzebiej
                    Gory. Klocilismy sie o to od dluzszego czasu. Tato wlasnie powiedzial: wiesz,
                    ten Kwasniewski to madry facet... zatkalo mnie. Zebym ja to wreszcie zaczal
                    stosowac. Zalimy sie nawzajem sobie z kolega, ze przeciez ta maka to tak jakby
                    sie czlowiek najadl czystego cukru...
                    czy jest jakis przelicznik ktory pozwolilby porownac ze np dwie szklanki maki
                    pszennej bialej (lub razowej) rownaja sie 1/4 szklanki cuktu (tego ze
                    sklepu)??? A idac dalej, jedna biala buleczka, np. to jest to samo jak lyzeczka
                    czystego cukru?? Czy jest to prawidlowe uproszczenie pod wzgledem diety? Czy
                    tez organiz znajdzie w takiej buleczce bialej jakies inne wartosci poza
                    tym 'cukrem'?? Moze dokladniej: czy jest wowczas roznica miedzy jedna biala
                    buleczka i jedna lyzeczka cukru (zakladajac ze sa rownowazne)??? A jezeli
                    bedzie to buleczka z ciemnej maki to jest jakas roznica??
                  • krystyna_opty Re: Dla urozmaicenia tematu... ;) 09.08.02, 11:21
                    Bo nasza wątroba bardziej zajmuje się swoją wyjątkową
                    specjalnością, jaką jest produkcja żółci i odprowadzaniem
                    z nią produktów utylizacji odpadów z całego organizmu,
                    a nie przetwarzaniem nadmiarów wrzucanych jej do przerobu
                    białek i węglowodanów, a przy notorycznym uczuciu głodu
                    także i sporych ilości tłuszczu, takich kombinacji żadna
                    wątroba nie lubi i w końcu kiedyś się buntuje, nie wspomnę
                    o wytrącaniu się minerałów tworzących kamienie żółciowe
                    właśnie z powodu zbyt znikomego wytwarzania żółci i
                    zalegania jej w woreczku.
                    A moja miażdżyca się cofnęła, każdy może sprawdzić czy ją ma,
                    badając u okulisty naczynia na dnie oka.
                    Jeśli okulista ma dobry wzrok, powinien zmiany zauważyć... ;)

                    Pozdrawiam
                    Krystyna

                    • pan_surma Krystyna_Opty 09.08.02, 15:16
                      a czy slyszalas kiedys o osobie z usunietym woreczkiem zociowym czy stosowaly
                      do (jezu, napisalem z malej litery... wszystko sie wali wokol mnie... lece na
                      ulice...)


                    • dida Re: Dla urozmaicenia tematu... ;) 09.08.02, 17:02
                      co do lekarzy....znasz taka przypowiesc?:przychodzi face
                      to dermatologa,bo jest lysy i chce jakos temu
                      zaradzic.otwiera drzwi i widzi pana siedzacego za
                      biurkiem. rowniez lysy.....
                      ten pan zrezygnowal od razu z dermatologow.
                      nie bierz tego oczywiscie do siebie.

                      tak,slyszalam ze wg dr k. kamienie zolciowe tworza sie
                      przy diecie pastwiskowej. tylko dlaczego przechodzac na
                      diete wegetarianska ma sie mniejsza szanse na te kamienie?
                  • dida Re: Dla urozmaicenia tematu... ;) 09.08.02, 16:55
                    nikt nie namawia do spozywania makaronow, chlebow z
                    przetworzonej maki, oczyszczonego ryzu, soli i cukru
                    dostepnych w naszych marketach. co wiecej wiadome jest,ze
                    te produkty sa szkodliwe. lae sa i weglowodany ktore
                    zapewnaja zdrowie i sile ludzkiemu organizmow. optymalni
                    tego nei zauwazaja, ha-tworza wlasne dziwaczne
                    "biochemie",w ktorych jablko jest symbolem zla i
                    trucizny,bo (powtarzajac za dr k.)podwyzsza bardzo poziom
                    insuliny w krwi(totalna bzdura. juz pisalam o tej
                    nieszczesnej fruktozie i indeksie glikemicznym jablka),
                    ma inna skorke od skory czlowieka (a czlowiek powinien
                    jesc to do czego jest podobny. znaczy np. skorki
                    wieprzowe), jest zwiazany z grzechem pierworodnym
                    czlowieka (ewa podala adamowi weglowodany). nie widzisz
                    sama jak niedorzecznie to brzmi?


                    >Nie do tkanki tłuszczowej, tylko do wszystkich tkanek i
                    komórek
                    potrzebujących wg hierarchi ważności, jeśli zjadamy go za
                    mało,

                    hmm,to raczej u optymalnych. malo uwazalas na lekcjach
                    biologii-podstawowym zrodlem energii u czlowieka jest
                    glukoza. to ona jest dostarczana w pierwszym rzedzie do
                    komorek. tluszcze sa spalane gdy brak jest glukozy. to
                    alternatywne zrodlo na wypadek glodow.

                    > nie mogą jej jednak spalić, bo do spalania
                    brakuje im tlenu,

                    oj, na prawde nie uwazalas na biologii. stanowczo za duzo
                    prasy optymalnej. nie wiem czy rysuja wam tam wzory
                    procesow spalania tluszczy i cukrow. tak sie sklada ,ze
                    do spalania glukozy potrzeba znacznie mniej tlenu niz do
                    spalenia tluszczy. co wiecej-glukoza moze tez dostarczac
                    energii przy deficycie tlenu. dltatego jest tak wazna dla
                    naszego mozgu i miesni.

                    > ale na koniec tego procesu
                    powstaje np. wewnątrz ścianki tętnic cholesterol, stopniowo
                    pogrubiając je

                    ????????????proces odkladania sie cholesterolu jest
                    znacznie bardziej skomplikowany

                    >Cholesterol płynący w tętnicy NIE MA NIC WSPÓLNEGO
                    z cholesterolem tworzącym się wewnątrz ścianek tętnic.

                    o,masz racje. tyle,ze jak z kazda substancja, organizm
                    musi sobie jakos poradzic. szczegolnie z nadmiarem.gdzies
                    go trzeba na poczatek odlozyc, przechowac jelsi nie mozna
                    wykorzystac. zgadnij u kogo jest wieksza szansa na nadmiar?

                    >Gdy organizm zorientuje się, że codziennie dostaje wszystko,
                    co mu potrzebne, bez reglamentacji, SAM przestaje
                    robić zapasy i natychmiast przystępuje do naprawiania tego,
                    co patologiczne - bo nareszcie ma wystarczająco dużo siły,
                    składników odżywczych i energii, także na oczyszczanie
                    organizmu ze śmieci i usuwanie razem z żółcią, czy moczem.

                    kolejna bzdura stworzona przez dr k.-oj duzo bylo ludzi
                    ktorzy mieli dobre odzywianie, dostarczali wszystko co
                    potrzebne i szybko umierali. oczywiscie czegos takiego
                    jak glodowka, jej mozliwosci naprawczych,uleczajacych nie
                    uznajecie? ciekawe dlaczego wszystkei chore zwierzeta nei
                    jedza? jak tez sobie ich ciala poradza bez dostarczenia
                    "potrzebnych" substancji?

                    co do kolagenu....kolejny raz zasada, ze mamy jest to co
                    najbardziej do nas podobne. kolagen to bialko. jak kazde
                    inne rozkladany jest do aminokwasow. organizm buduje
                    wlasny kolagen z aminokwasow mu dostepnych. niekoniecznie
                    tych z kolagenu.a swoja droga...wspominaliscie cos o
                    blonniku jako niepotrzebnym balascie. czy wiesz droga
                    krystynko,ze malo zwierzat rozklada kolagen? i nie jest
                    to na pewno czlowiek. nie wytwarza enzymu potrzebnego do
                    rozlozenia kolagenu.

                    sugerujesz,ze nie jestes w stanie zjesc tluszczu, ktry
                    jest ci niepotrzebny? ciekawe. kazda substancja
                    wprowadzona do organizmu nie zostanie do konca
                    wchlonieta. i nei znacy to,ze organizm pobral tyle tylko
                    ile potrzebuje. znaczy,ze wiecej nie byl w stanie pobrac.
                    wiel e mechanizmow rzadzi wchlanianiem mi.in. stezenie
                    jonow w krwi.

                    >I to wielki błąd, bo o wiele lepiej rolę spowalniania
                    spełniają
                    właśnie tłuszcze i jednocześnie dostarczają
                    wszystkie niezbędne witaminy A, D, E, K

                    zapominalas o wit. z grupy B i wit c. c wogole nie ma w
                    produktach zwierzecych. obecna tylko w roslinnych,
                    surowych. potrzeban m.in. do prawidowego funkcjowoania
                    tk. lacznej

                    >balastem niestrawialnej celulozy
                    (tzn. błonnika), rozpychającej niepotrzebnie śluzówkę w całym
                    przewodzie pokarmowym.

                    skad ty czerpiesz takie informacje? no powiedz.
                    to dzieki blonnikowi nie masz zaparc, jeslita pracuja a
                    nie sa "rozleniwione", mozliwa jest symbioza z bakteriami
                    ,ktore dostarczaja nam wit b, k...a nie procesy gnilne
                    obecne u ludzi spozywajacych produkty zwierzece.blonnik
                    poza tych chroni przed nadmiarem cholesterolu, spowalnia
                    wchlanianie weglowodanow.

                    >nie ma jednak potrzeby zmuszać
                    wątroby do jego produkcji, jeśli możemy dostarczyć go
                    z pokarmem i bez jej udziału i ciężkiej pracy zaopatrzyć
                    organizm w niezbędny surowiec m.in. do produkcji
                    dostatecznych ilości hormonów płciowych,
                    o efektach nie wspomnę... ;)

                    zmuszac do produkcji? wierz mi, organizm sie nie
                    nadwyrezy. zreszta organizm produkowac moze fracje hdl,
                    ktora to,jak zapewne wiesz, pomaga pozbywac sie
                    szkodliwego cholesterolu, takze z tetnic i zyl.
            • krystyna-opty Cz. 2 07.08.02, 00:43
              A ponieważ ta żywność, a szczególnie fast food, jest nafaszerowana
              tłuszczem, stanowi
              pokusę nie do od-parcia, będąc zarazem tuczącą.
              Nie dość tego, głosi dalej owa teoria, nasze współczesne społeczeństwo
              skutecznie wyeli-minowało wysiłek fizyczny ze swojego życia. Nie
              gimnastykujemy się już, nie wchodzimy po schodach. Także nasze dzieci nie
              jeżdżą już na rowerach do szkoły, ani nie bawią się na dwo-rze (dla
              Ślązaków - na polu, dla części Warszawiaków - na dworzu ? - przyp. tłum.),
              ponie-waż zamiast tego wolą grać w gry wideo lub oglądać telewizję. A
              ponieważ niektórzy z nas są w sposób oczywisty predysponowani do
              przybierania na wadze, podczas gdy inni nie, wyja-śnienie to uwzględnia
              także czynnik genetyczny - tzw. oszczędny gen. Sugeruje ono, że
              prze-chowywanie nadmiaru energii w postaci tłuszczu jest zdolnością
              wykształconą w procesie ewolucji i było bardzo korzystne dla naszych
              paleolitycznych przodków, którzy często mu-sieli cierpieć głód. My zaś
              odziedziczyliśmy po nich te "oszczędne" geny, mimo ich kłopotli-wości w
              dzisiejszych warunkach.
              Żadne z powyższych nie wyjaśnia, co zmieniło się tak wyraźnie, żeby
              spowodować wy-buch epidemii. Spożycie jedzenia typu fast food, na przykład,
              wzrastało stale na przestrzeni lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, ale
              nie wzrosło nigdy bardzo gwałtownie, jak to było w przypadku otyłości.
              Jeżeli chodzi o ćwiczenia i aktywność fizyczną, nie istnieją żadne
              wiarygodne dane obej-mując okres do połowy lat osiemdziesiątych, twierdzi
              William Dietz, który prowadzi oddział żywienia i aktywności fizycznej w
              Amerykańskim Centrum ds. Kontroli Chorób (US Centers for Disease Control).
              Dane dotyczące lat dziewięćdziesiątych pokazują, że wskaźniki doty-czące
              otyłości rosną, podczas gdy poziom aktywności fizycznej nie ulega zmianie.
              To suge-ruje, że te dwie rzeczy mają ze sobą niewiele wspólnego. Dietz
              zwraca także uwagę na fakt, że zainteresowanie aktywnością fizyczną pojawiło
              się w Stanach Zjednoczonych w latach siedemdziesiątych - "mania ćwiczenia w
              czasie wolnym" - jak w 1981 roku określił to zjawi-sko Robert Levy, dyrektor
              Państwowego Instytutu Chorób Serca, Płuc i Krwi (the National Heart, Lung
              and Blood Institute) - i nie słabnie do dnia dzisiejszego.
              Jeśli chodzi o oszczędny gen, to stanowi on rodzaj racjonalnego, podpartego
              teorią ewolu-cji wytłumaczenia dla ludzkiego zachowania , które naukowcy
              uważają za pocieszające, ale którego zwyczajnie nie da się zbadać. Innymi
              słowy, gdybyśmy byli świadkami epidemii ano-reksji, naukowcy zajmowaliby się
              równie niesprawdzalną teorią "rozrzutnego" genu, doszu-kując się
              ewolucyjnych korzyści płynących z możliwości tracenia wagi bez wysiłku.
              Otyły homo erectus, mówiliby, byłby łatwą zdobyczą dla drapieżników.
              Jest także niezaprzeczalnym faktem, zauważają studenci Endokrynologii 101,
              że rodzaj ludzki nigdy nie ewoluował tak, aby przystosować się do diety
              bogatej w skrobię i cukier. "Produkty zbożowe i skoncentrowane cukry były
              zasadniczo obce ludzkiej diecie aż do mo-mentu wprowadzenia rolnictwa" -
              mówi Ludwig - "co miało miejsce zaledwie 10.000 lat te-mu". Zagadnienie to
              jest często omawiane w tekstach o tematyce antropologicznej, ale jest
              zazwyczaj nieobecne w piśmiennictwie dotyczącym otyłości, za wyjątkiem
              książek o dietach niskowęglowodanowych.
              To, o czym zapomina się w obecnym okresie kontrowersji, to fakt, że sam
              niskotłuszczowy dogmat ma dopiero około 25 lat. Aż do późnych lat
              siedemdziesiątych ogólnie akceptowany pogląd głosił, iż tłuszcz i białko
              zapobiegały przejadaniu się poprzez sprawianie, że człowiek czuł się
              nasycony i że węglowodany powodowały tycie. W "Fizjologii smaku" (The
              Physio-logy of Taste"), na przykład, rozprawie o jedzeniu z 1825 roku,
              uważanej za jedną z najsłyn-niejszych książek napisanych kiedykolwiek na ten
              temat, francuski gastronom Jean Anthelme Brillat-Savarin pisze, że mógłby z
              łatwością wskazać przyczyny otyłości po trzydziestu latach słuchania
              uczestników jednego stout party za drugim, rozprawiających o przyjemności
              płyną-cej z jedzenia chleba, ryżu i ziemniaków. Brillat-Savarin opisał
              korzenie otyłości jako natu-ralne predyspozycje połączone z "mączystymi i
              zanieczyszczonymi substancjami, które czło-wiek czyni podstawowymi
              składnikami swojego codziennego pożywienia". Dodał także, że efekty tego
              zanieczyszczania - to jest, "ziemniaków, zboża lub jakiegokolwiek rodzaju
              mąki" - były widoczne wcześniej, jeśli do diety dodano cukier.
              Tego właśnie uczyła mnie matka czterdzieści lat temu, co poparte było
              niejasną obserwa-cją, że Włosi mieli skłonności do tycia, ponieważ jedli tak
              dużo makaronu. Wniosek ten zo-stał zresztą udokumentowany przez Ancela
              Keysa, lekarza z Uniwersytetu Minnesota, który zauważył, że tłuszcze
              "cechują się dużą wytrzymałością", mając na myśli to, że są wolno tra-wione
              przez co prowadzą do powstania uczucia nasycenia i że Włosi byli najcięższą
              popula-cją jaką badał. Według niego Neapolitańczycy, na przykład, jedli
              tylko trochę chudego mięsa raz, lub dwa razy w tygodniu, ale jedli chleb lub
              makaron każdego dnia na lunch i obiad. "Nie było żadnego dowodu wskazującego
              na niedobór składników pokarmowych, ale kobiety nale-żące do klasy
              pracującej były grube".
              Do początku lat siedemdziesiątych wciąż jeszcze można było znaleźć artykuły
              w gazetach, opisujące wysokie wskaźniki otyłości w Afryce i na Karaibach,
              gdzie ludzie żywili się prawie wyłącznie węglowodanami. W powszechnym
              mniemaniu, napisał były dyrektor Wydziału Żywienia Narodów Zjednoczonych
              (the Nutrition Division of the United Nations), idealna dieta, zapobiegająca
              otyłości, podjadaniu i nadmiernej konsumpcji cukru, "składała się z du-żej
              ilości jaj, wołowiny, baraniny, kurczaków, masła i dobrze ugotowanych
              warzyw". Była to recepta identyczna do tej, jaką Brillat-Savarin przedstawił
              w 1825 roku.
              Paradoksalnie, to Ancel Keys wprowadził w 1950 roku dogmat
              mniej-tłuszczu-to-lepsze-zdrowie razem ze swoją teorią mówiącą, że tłuszcz z
              pożywienia podnosi poziom cholesterolu i powoduje choroby serca. Jednakże w
              ciągu dwóch następnych dziesięcioleci, dowody na-ukowe popierające tę teorię
              uparcie pozostawały niejednoznaczne. Problem został w końcu rozwiązany,
              jednak nie dzięki nauce a dzięki polityce, poczynając od stycznia 1977,
              kiedy to komisja senacka, której przewodniczył George McGovern, opublikowała
              swoje Cele Żywie-niowe dla Stanów Zjednoczonych (Dietary Goals for the
              United States) doradzając Ameryka-nom, aby ograniczyli spożywanie tłuszczu w
              celu osłabienia "zabójczych chorób" rzekomo ogarniających kraj.
              Potem, pod koniec 1984 roku, Państwowy Instytut Zdrowia (National Institutes
              of Health) oficjalnie zalecił, aby wszyscy Amerykanie, którzy przekroczyli
              drugi rok życia, jedli mniej tłuszczu. Do tego czasu tłuszcz stał się "tym
              oślizgłym zabójcą" w pamiętnych słowach Cen-trum dla Nauki w Interesie
              Publicznym (Center for Science in the Public Interest) a wzorcowe
              amerykańskie śniadanie składające się z jajek na bekonie było na dobrej
              drodze do przeisto-czenia się w miskę Special K z niskotłuszczowym mlekiem,
              szklanką soku pomarańczowego i tosta bez masła - wątpliwą ucztę złożoną z
              rafinowanych węglowodanów.
              Od tamtego czasu NIH wydał kilkaset milionów dolarów próbując wykazać
              powiązanie pomiędzy jedzeniem tłuszczu a zapadalnością na choroby serca
              lecz, pomimo tego, co można by pomyśleć, nie udało mu się. Pięć głównych
              badań nie wykazało takiego powiązania. Szó-ste jednak, kosztujące dobrze
              ponad 100 milionów dolarów, wykazało, że obniżenie poziomu cholesterolu za
              pomocą leków mogło zapobiec chorobom serca.
              Wtedy administratorzy NIH wykonali rzut na taśmę. Jeżeli leki obniżające
              cholesterol mo-gły zapobiegać zawałom, to niskotłuszczowa, obniżająca
              cholesterol dieta powinna działać tak samo.
              Niektórzy naukowcy nie zgadzali się z tą niskotłuszczową logiką, sugerując,
              że porządna nauka nie ma nic wspólnego z takimi posunięciami, lecz byli
              konsekwentnie ignorowani. Pet
            • krystyna-opty Cz. 3 07.08.02, 00:45
              konferencji NIH, "Duże ilości białka mogą uszkadzać nerki, duże ilości
              tłuszczu źle wpływają na serce. Teraz Reaven mówi, żeby nie jeść dużych
              ilości węglowodanów. Coś przecież mu-simy jeść."
              Jasnym jest, że wszyscy zaangażowani w układanie różnego rodzaju diet i
              zaleceń chcieli po prostu, żeby ludzie jedli mniej śmieciopodobnych
              produktów, cokolwiek się przez to ro-zumie i jedli tak, jak się to robi w
              Berkeley w Kaliforni. Ale tak się nie stało. Zamiast tego zaczęliśmy jeść
              więcej produktów skrobiowych i rafinowanych węglowodanów, ponieważ kaloria
              za kalorię, dla przemysłu spożywczego są to produkty, które można wytworzyć
              naj-mniejszym kosztem i sprzedać z największym zyskiem. To są także
              produkty, które lubimy. Rzadkością jest osoba poniżej pięćdziesiątki, która
              nie woli herbatnika lub dobrze osłodzone-go jogurtu od kawałka brokułów.
              "Żadnemu reformatorowi nie zaszkodziłoby, gdyby był świadom istnienia prawa
              niezamie-rzonych konsekwencji", mówi Alan Stone, który był kierownikiem
              zespołu komisji senackiej McGoverna. Stone powiedział mi, że już w momencie,
              kiedy prowadzono pierwsze przesłu-chania, był świadom tego, jak przemyśl
              spożywczy mógł zareagować na nowe zalecenia die-tetyczne. Pewien ekonomista
              wziął go na bok i udzielił mu lekcji na temat niechęci rynku do zdrowego
              żywienia. "Powiedział: Jeśli stworzy się całkiem nowy rynek, z
              nowo-wyprodukowanym jedzeniem, da się temu wszystkiemu atrakcyjną nazwę i
              włoży sporo pie-niędzy w reklamę, to można mieć cały rynek tylko dla siebie,
              zmuszając konkurencję do od-rabiania strat. Nie da się tego zrobić z owocami
              i warzywami. Ciężko jest odróżnić jedno jabłko od drugiego".
              Naukowcy zajmujący się odżywianiem odegrali też pewną rolę próbując wmówić
              nauce, że węglowodany są idealnym składnikiem odżywczym. Wiadomo było niemal
              od stu lat, że gram tłuszczu ma dziewięć kalorii podczas, gdy gram
              węglowodanów lub białka jedynie czte-ry. Fakt ten był jednak uważany za
              nieistotny dla etiologii otyłości. Teraz stał się wygodną i bezpieczną
              podstawą do niskotłuszczowego zalecenia: należy ograniczyć najbardziej
              skon-densowane źródła energii i wtedy się schudnie. Potem, w 1982 roku, J.P.
              Flatt, biochemik z Uniwersytetu Massachusetts, opublikował wyniki swoich
              badań wykazując, że przy normal-nej diecie jest rzadkością, aby ludzki
              organizm zamieniał węglowodany w tłuszcz. Zostało to następnie mylnie
              zinterpretowane przez media i całkiem sporą liczbę naukowców, doprowa-dzając
              ich do wniosku, że jedzenie dowolnej ilości węglowodanów, nawet przesadnie
              dużej, nie mogło spowodować tycia - a przecież tak nie jest, mówi Flatt.
              Jednak teoria ta zaczęła już żyć własnym życiem, a w ślad za nią podążało
              stwierdzenie, że od tłuszczu się tyje, a węglo-wodany są nieszkodliwe.
              W rezultacie, według Judith Putnam, ekonomistki rolnictwa z USDA, od późnych
              lat sie-demdziesiątych w amerykańskiej diecie malała ilość kalorii
              pobieranych z tłuszczu na rzecz tych z węglowodanów. Roczne spożycie zbóż
              wzrosło o prawie 27 kilogramów na osobę, a kalorycznych słodzików (głównie
              wysokofruktozowego syropu kukurydzianego) o 13,5 kilo-grama. W tym samym
              czasie, Amerykanie nagle zaczęli spożywać ogólnie większą ilość ka-lorii:
              teraz nawet do 400 więcej każdego dnia od kiedy po raz pierwszy zalecono
              dietę nisko-tłuszczową.
              Jeśli tak jest istotnie, to pojawienie się epidemii otyłości może z
              pewnością być wyjaśnione tym, że ludzie spożywają więcej kalorii niż
              kiedykolwiek - w końcu to ich nadmiar sprawia, że tyjemy - a, w
              szczególności, więcej węglowodanów. Pytanie brzmi: dlaczego?
              Odpowiedź, którą proponuje nam Endokrynologia 101 jest taka, że jesteśmy po
              prostu bar-dziej głodni niż w latach siedemdziesiątych, a powód tego jest
              bardziej fizjologiczny, niż psy-chologiczny. W tym wypadku, najistotniejszym
              czynnikiem - ignorowanym w pościgu za tłuszczem i jego oddziaływaniem na
              poziom cholesterolu - jest sposób, w jaki węglowodany wpływają na poziom
              cukru we krwi i na insulinę. W rzeczywistości, przez cały czas były one
              głównymi winowajcami i dlatego Atkins i inni lekarze zalecający diety
              niskowęglowodanowe od razu na nie wskazywali.
              Głównym zadaniem insuliny, jest regulacja poziomu cukru we krwi. Po
              zjedzeniu, węglo-wodany rozbijane są na cząsteczki glukozy i transportowane
              do krwiobiegu. Trzustka wy-dziela insulinę, która wtłacza cukier z krwi do
              mięśni i wątroby jako paliwo na następnych kilka godzin. Oto dlaczego
              węglowodany mają istotny wpływ na insulinę, a tłuszcz nie. A ponieważ
              cukrzyca młodych spowodowana jest brakiem insuliny, od lat dwudziestych
              lekarze wierzyli, że jedynym problemem z insuliną jest nie posiadanie
              wystarczających jej ilości.
              Lecz insulina reguluje także metabolizm tłuszczy. Bez niej nie da się
              tłuszczu magazyno-wać.
              Wyobraźcie ją sobie jako przełącznik. Kiedy jest włączony, przez kilka
              godzin spalają się węglowodany a nadmiar kalorii odkłada się w postaci
              tłuszczu. Kiedy jest wyłączony, po zmniejszeniu się ilości insuliny we krwi,
              jako paliwo spalany jest tłuszcz. Tak więc, kiedy poziom insuliny jest
              niski, spala się własny tłuszcz, ale nie dzieje się tak, gdy poziom ten jest
              wysoki.
              I tutaj sprawy w sposób nieunikniony komplikują się. Im się jest grubszym,
              tym więcej in-suliny trzustka pompuje przy każdym posiłku i tym bardziej
              wzrasta prawdopodobieństwo wyrobienia sobie czegoś, co nazywane jest
              odpornością na insulinę, a co jest ukrytą przyczy-ną syndromu X. W efekcie,
              komórki organizmu stają się niewrażliwe na działanie insuliny i potrzebne są
              wciąż większe jej ilości aby zapewnić właściwy poziom cukru we krwi. Zatem,
              w miarę tycia, insulina sprawia, że łatwiej jest cukier magazynować, ale
              trudniej te zapasy spalić.
              Lecz odporność na insulinę może z kolei utrudniać magazynowanie tłuszczu -
              waga utrzymywana jest na odpowiednim poziomie, tak, jak powinno być. Jednak
              teraz odporność na insulinę może sprawić, że trzustka wydzielać będzie jej
              jeszcze więcej, potencjalnie rozpo-czynając błędne koło. Co jest pierwsze -
              otyłość, podniesiony poziom insuliny czy odporność na nią - to problem z
              serii "jajko czy kura?", który nie został dotąd rozwiązany. Pewien
              endo-krynolog powiedział mi, że jest to pytanie na miarę nagrody Nobla.
              Insulina ma także duży wpływ na odczuwanie głodu, choć do jakiego stopnia,
              jest kolejną niewiadomą. Z jednej strony, insulina może pośrednio powodować
              głód poprzez obniżanie poziomu cukru we krwi, ale do jakiego poziomu musi
              spaść cukier, aby wyzwolić uczucie głodu? Ta kwestia pozostaje
              niewyjaśniona. W międzyczasie, insulina działa w mózgu, tłu-miąc uczucie
              głodu. Teoria, jak wyjaśnił mi Michael Schwartz, endokrynolog z Uniwersytetu
              w Waszyngtonie, jest taka, że zdolność insuliny do hamowania apetytu w
              normalnych warun-kach byłaby przeciwstawna do jej skłonności do
              magazynowania tłuszczu. Innymi słowy, w razie tycia, organizm wytwarzałby
              więcej insuliny po każdym posiłku, a to z kolei tłumiłoby apetyt - człowiek
              jadłby mniej i traciłby na wadze.
              Schwartz, jednak, jest w stanie wyobrazić sobie prosty mechanizm, który
              wytrąciłby ten układ z równowagi: jeżeli mózg mógłby stracić swoją
              wrażliwość na insulinę, tak, jak się to dzieje z mięśniami i tkanką
              tłuszczową, kiedy są nią zalewane. W takim wypadku wzmożona produkcja
              insuliny związana z tyciem nie powodowałaby już tłumienia apetytu, ponieważ
              mózg nie odnotowywałby wzrostu jej poziomu. Stadium końcowym byłby stan
              fizjologiczny, w którym otyłość jest niemal z góry przesądzona, w którym
              powiązanie między insuliną a węglowodanami odgrywa główną rolę. Schwartz
              mówi, iż wierzy, że tak rzeczywiście mo-głoby się zdarzyć, ale badania nie
              są jeszcze tak dalece posunięte, aby można to było udo-wodnić. "To tylko
              hipoteza", mówi, "wciąż wymaga wyjaśnienia".
              David Ludwig, endokrynolog z Harwardu, mówi, że sedno sprawy tkwi w
              sposobie, w jaki insulina bezpośrednio oddziaływuje na cukier we krwi.
              Zauważa on, że kiedy cukrzycy do-stają za dużo insuliny, ich poziom
            • krystyna-opty Cz. 4 07.08.02, 00:47
              zawsze martwią się o ketozę cukrzycową, ale ketoza jest normalnym stanem
              fizjologicznym. Nie jest normalnym, że na każdym rogu stoi McDonald i
              delikatesy. Normalnym jest, że się głoduje".
              Mówiąc w skrócie, ketoza jest ewolucyjną odpowiedzią na oszczędny gen. Być
              może ewoluowaliśmy tak, żeby móc wydajnie magazynować tłuszcz na wypadek
              głodu, mówi Ve-ech, ale dzięki ewolucji wykształciła się u nas także ketoza,
              żebyśmy mogli w razie potrzeby równie wydajnie ten tłuszcz wykorzystywać.
              Ketony, zamiast stanowić truciznę, jak często są traktowane przez prasę,
              sprawiają, że organizm pracuje wydajniej i stanowią zastępcze źródło paliwa
              dla mózgu. Veech nazywa ketony "magicznymi" i wykazał, że serce i mózg
              pracują o 25% wydajniej na ketonach niż na cukrze krwi.
              Cała rzecz polega na tym, że przez prawie trzydzieści lat Atkins twierdził,
              że jego dieta działa i jest bezpieczna, a dziesiątki milionów Amerykanów
              wypróbowało ją na sobie pod-czas, gdy żywieniowcy, lekarze, władze opieki
              zdrowotnej twierdziły, że może ich to zabić i nie wyrażały chęci
              sprawdzenia, kto miał rację. W tamtym okresie tylko dwie grupy
              amery-kańskich naukowców zbadały tę dietę, a przynajmniej tylko oni
              opublikowali wyniki swoich badań.
              Na początku lat siedemdziesiątych, J.P. Flatt i George Blackburn z Harvardu
              jako pierwsi zastosowali "zmodyfikowany post oszczędzający białko" w
              leczeniu pacjentów po operacjach testując go na otyłych ochotnikach.
              Blackburn, który później został przewodniczącym Ame-rykańskiego
              Stowarzyszenia ds. Żywienia Szpitalnego (American Society of Clinical
              Nutri-tion), opisuje ten model żywienia jako "dietę Atkinsa bez nadmiaru
              tłuszczu" i wyjaśnia, iż musiał mu nadać atrakcyjną nazwę, bo inaczej nikt
              nie potraktowałby go poważnie. Dieta składała się z "chudego mięsa, ryb i
              drobiu" oraz suplementów mineralnych i witaminowych. "Ludzie ją uwielbiali",
              wspomina Blackburn. "Dawała ogromne spadki wagi. Nie dalibyśmy rady ich od
              niej nawet kijem odpędzić." Blackburn w ciągu następnych dziesięciu lat
              wyle-czył z dobrym skutkiem setki otyłych pacjentów i wydał całą serię
              artykułów, które zostały jednak zignorowane. Kiedy otyli mieszkańcy Nowej
              Anglii sięgnęli w połowie lat osiemdzie-siątych po leki hamujące apetyt,
              pozwolił sprawie upaść. Później ubiegał się w NIH o dotację na
              przetestowanie kilku popularnych diet, jednak odmówiono mu.
              Wyniki drugich badań, przeprowadzonych w Centrum Medycznym przy
              Uniwersytecie Je-rzego Waszyngtona, opublikowane zostały we Wrześniu 1980
              roku. Dwudziestu czterech otyłych ochotników zgodziło się przestrzegać diety
              Atkinsa przez osiem tygodni. Przeciętny spadek wagi wynosił osiem
              kilogramów, nie zanotowano żadnych negatywnych objawów, choć poziom LDL
              badanych podniósł się. Badacze, pod kierownictwem Johna LaRosa, obec-nie
              szefa Centrum Medycznego Downstate przy Uniwersytecie w Nowym Jorku, na
              Brookly-nie stwierdził, że utrata ośmiu kilogramów w osiem tygodni mogła
              zdarzyć się na każdej die-cie w atmosferze "nowości próbowania czegoś w
              warunkach eksperymentalnych" i sprawa nigdy nie posunęła się dalej.
              Obecnie badacze uznali w końcu, że dieta Atkinsa oraz inne diety
              niskowęglowodanowe muszą zostać przetestowane, i tak też się dzieje wbrew
              niskotłuszczowo-niskokalorycznym zaleceniom Amerykańskiego Stowarzyszenia
              ds. Chorób Serca (American Heart Associa-tion). Jako uzasadnienie swojego
              działania badacze ci opowiadają zawsze jedną z dwóch hi-storii: niektórzy,
              jak Stunkard, powiedzieli mi, że ktoś, kogo znali - pacjent, przyjaciel,
              inny lekarz - zgubił sporo kilogramów na diecie Atkinsa i mimo, iż nie
              wierzyli, że to możliwe - utrzymali wagę. Inni mówią, że byli przygnębieni
              swoją niemocą w obliczu otyłych pacjen-tów, zainteresowali się więc dietami
              niskowęglowodanowymi i stwierdzili, że Endokrynolo-gia 101 jest godna uwagi.
              "Jako lekarz z zawodu, piętnowałam wszystko, co było choćby podobne do diety
              Atkinsa", mówi Linda Stern, internistka w Szpitalu dla Weteranów w
              Filadelfii (Philadelpihia Veterans Administration Hospital), "ale sama
              przeszłam na tę dietę. Wyniki były fantastyczne, więc pomyślałam, że może to
              jest coś, co mogłabym zaoferować moim pacjentom".
              Żadne z tych badań nie było finansowane przez NIH, żadne nie zostało także
              jeszcze opu-blikowane. Jednak ich wyniki zostały przedstawione na
              konferencjach - przez badaczy ze Szpitala Dziecięcego Schneidera na Long
              Island (Schneider Children's Hospital), Uniwersy-tetu w Duke i Uniwersytetu
              w Cincinnati, oraz przez grupę Sterna ze Szpitala V.A. z Filadel-fii. Są
              także badania, o których wspominał Stunkard, przeprowadzone przez Gary'ego
              Fostera z Uniwersytetu w Pennsylwanii, Sama Kleina, Centrum Żywienia
              Człowieka w St. Louis przy Uniwersytecie w Waszyngtonie (Center for Human
              Nutrition at Washington University in St.Louis) oraz Jima Hilla, który
              prowadzi w Denver Centrum Żywienia Człowieka przy Uni-wersytecie w Kolorado
              (University of Colorado Center for Human Nutrition in Denver). Re-zultaty
              wszystkich tych pięciu badań są interesująco zgodne. Badani będący na
              jakiejś odmia-nie diety Atkinsa - czy to otyłe nastolatki na 12-to
              tygodniowej diecie, jak u Schneidera, czy też otyli dorośli o średniej wadze
              135 kilogramów, będący na diecie przez pół roku, jak Fila-delfii - stracili
              dwa razy więcej kilogramów niż badani będący na dietach niskotłuszczowych,
              niskokalorycznych.
              We wszystkich pięciu badaniach, poprawa w zakresie poziomu cholesterolu była
              podobna na obydwu dietach, jednak poziom trojglicerydów był znacznie niższy
              u stosujących dietę Atkinsa. Mimo, iż badacze podchodzą do tego z pewnym
              wahaniem, wyniki te sugerują, iż ryzyko zachorowania na serce może zostać
              obniżone poprzez przywrócenie w diecie tłuszczu i usunięcie z niej
              rafinowanych węglowodanów.
              "Myślę, że kiedy zostanie to uznane za fakt", mówi Stunkard, "wstrząśnie to
              całym sposo-bem myślenia na temat otyłości i metabolizmu".
              Wszystko to może stać się raczej prędzej niż później i być może wtedy
              otrzymamy długo-oczekiwane odpowiedzi na pytanie, dlaczego tyjemy i czy
              rzeczywiście jest to przesądzone przez siły społeczne czy przez to, co
              decydujemy się jeść. Po raz pierwszy NIH finansuje po-równawcze badania
              różnych popularnych diet. Na przykład Foster, Klein i Hill otrzymali po-nad
              2,5 mln. dolarów na mające trwać trzy lata badania diety Atkinsa, w których
              udział ma wziąć 360 otyłych osób.
              W Harvardzie Willet, Blackburn i Penelopa Greene otrzymali pieniądze,
              aczkolwiek z fundacji typu nonprofit należącej do Atkinsa, na
              przeprowadzenie podobnych badań.
              Jeżeli wyniki tych badań także okażą się być korzystne dla Atkinsa i jego
              wysokotłusz-czowej, niskowęglowodanowej diety, władze zajmujące się zdrowiem
              publicznym mogą rze-czywiście mieć problem.
              Kiedy bowiem 25 lat temu dokonali swojego rzutu na taśmę i przyjęli
              niskotłuszczowy do-gmat, pozostawili niewiele miejsca na przeciwstawne
              dowody czy zmianę opinii, gdyby trze-ba było to zrobić aby nadążyć za nauką.
              W tym świetle godne uwagi staje się doświadczenie Sama Kleina.
              Klein jest przewodniczącym - elektem Północnoamerykańskiego Stowarzyszenia
              ds. Ba-dań nad Otyłością (North American Association for the Study of
              Obesity), co sugeruje, że jest on bardzo poważanym członkiem swojej
              społeczności.
              A jednak opisuje to, co mu się niedawno przydarzyło podczas omawiania diety
              Atkinsa na konferencji medycznej jako pouczające doświadczenie.
              "Byłem pod wrażeniem", powiedział, "gniewu naukowców obecnych na sali. Ich
              odpo-wiedź brzmiała: "Jak pan w ogóle śmie przedstawiać jakiekolwiek dane
              dotyczące diety At-kinsa?!"".
              Wrogość ta bierze się głównie z ich zaniepokojenia faktem, że jeśli dać
              ludziom iskierkę nadziei, że schudną, masowo rzucą się na dietę, która
              intuicyjnie wydaje się być niebezpiecz-na i co do której, z braku
              długoterminowych danych, wciąż nie ma pewności, czy działa i czy jest
              bezpieczna. Niepokój ten w pełni daje się usprawiedliwić. W trakcie moich
              badań, spę-dzałem poran
              • pan_surma Krystyna_opty 07.08.02, 06:29
                dzieki za wspaniale artykuly!!!!! Dzieki za trud!!! Uczta...

                Jest wiecej??? zrodlo???? dzieki

                morderstwo na ludzkosci i tyle. Zaden tam slon czy sarenka...zwyczajne
                morderstwo...

                acha, przyznaje ze wlasnie zjadlem wegetarianke i popilem smalcem... nadam sie
                do klubu?
    • pan_surma Re: Krystyna_opty 09.08.02, 04:34
      dziekuje! a tu rewanzuje sie aktualnym o tych adidasach...nie wiem czy kumasz
      ale w razie czego, to dokladnie to co pisane: nie ma linku pomiedzy HIV i AIDS
      i wiecej...www.duesberg.com/papers/ch62.html i pokluc myszka wkolo.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka