Mam wrażenie, że moje refleksje na temat stosunku do Ex, która w naszej ocenie (a jak każdy człowiek prawo do oceny mamy) jest niefajna zostały źle zrozumiane.
Proponując ćwiczenie polegające na wyobrażeniu sobie codzienności bez Ex nie miałam na myśli tworzenia świata równoległego bez Ex i relaksowania się w nim. Chodziło mi o CHWILOWE / KILKUMINUTOWE spojrzenie na swoje życie bez osoby, którą uważacie za źródło wszelkich problemów. O uświadomienie sobie na ile problem tkwi w Ex, na ile w partnerze, na ile w nas, a na ile w rzeczywistości. Z tego punktu znacznie łatwiej szukać rozwiązań, bo samo wentylowanie negatywnych emocji (vide wątek o popieprzonych Eksiarach) niewiele wnosi.
Czasem (najczęściej) jest tak, że nie ma rozwiązania idealnego, a walka o wszystko albo nic kończy się wyczerpaniem, lub (co gorsza) kompromisem, który nie zadowala żadnej ze stron i który obie strony sabotują. To strasznie energochłonna sytuacja. Ile z Was pisze o braku siły, o zniechęceniu, czy o negatywnym wpływie na związek. Pędzimy w stronę piekła i nikt nie ma pomysłu jak wysiąść z tego pociągu nie zostawiając w nim partnera / dzieci. Jak wysiąść bez uszczerbku dla własnego wizerunku.
Ćwiczenie, w którym opisuję swój dzień "bez Ex" posłużyło mi do spojrzenia na problemy mojego związku i mojej rodziny z innej niż wagon pociągu perspektywy. Pogłębione pytaniami stało się punktem wyjścia do spojrzenia w przyszłość swoją, małżeństwa i dzieci (również tych naszych wspólnych).
Odważnym służę pomocą na ile wirtualna rzeczywistość pozwoli-