Dodaj do ulubionych

Cos o słuzbie zdrowia....

15.03.05, 20:49
Napisze wam cos o naszej "słuzbie (tfu!!! słuzba - chyba sie komus coś
popieprzyło ze znaczeniem słów) zdrowia".
Wczoraj wieczorem zaczał mnie bolec brzuch. No ja jestem odporna na ból, ale
to był mega ból. Jak rodziłam młodego to sie mniej wiecej tak czułam.
Poczytałam forum, pozazywałam no-spa siedze, chcę coś robić, no nie.
Napieprza mnie tak że mysli zebrac nie moge.
Poniewaz 100 m od mojego domu jest opieka medyczna całodobowa mysle: "Mam w
dupie ide do konowała, niech mi da cos rozkurczowego, bo nie wytrzymam."
Poszłam. Siedzi doktorek, nawet sie przejał. Obmacał, pochrzakał i
stwierdził, że to może być wyrostek i wysyła mnie do szpitala. Jak usłyszałam
który szpital ma ostry dyżur, to ja okoniem, że nie pojade. On mi na to że w
takim razie musze podpisac jakies papierki ze na własne ryzyko i takie tam...
Mysle sobie, kopyrtne, albo mi sie coś stanie, to Mody bedzie uboga sierota,
bo jak cos takiego podpisze, to żadna polisa nic nie warta.
Mysle sobie jade...
Izba przyjeć. Pdchodzę do pindy w recepcji, a ta mnie pyta gdzie ona ma mnie
skierowac. To ja jej papierek od doktorka, a ona że tu jest po łacinie
napisane. Z pretensja w głosie oczywiście. Ja w śmiech i mówię że nie ja
sobie to pisałam, ale że łaciny się, w przeciwieństwie do pindy uczyłam to
jej mogę przetłumaczyć.
Za karę kazała mi wypełnić stos papierków z peselem, nipem, rua, bzua i inne
takie ze opłacam sie zusowo i na sępa się nie przyszłam leczyć. Oczywiście
nawet krzesła mi nie podała i ja tak stałam i podpisywałam.
Ale jak jej wyjasniłam w końcu, że podejrzenie o wyrostek to mi kazała czekac
pod wskazanymi drzwiami.
Przede mna siedzi babka z córka (na oko jakies 18 lat).
Mysle sobie nieżle tylko dwie baby przede mna.
Pytam ile czekaja. One że 4 godziny!!!
Myslę no to przesrane. godzina 22.30, ja nie mam nic przy sobie, bo nie
mówiłam nikomu, że jade do szpitala. Nawet majtek na zmiane nie mam w razie
co...
Koniec końcem po 2-ch godzinach czekania trafioam na izbe
W zuciu nie widziałam tak brudnego chłopa.
Myślałam ze to jakis menel z wypadku.
Nie to był dohtore.
Wymacał i mówi do mnie z pretensją, że ja nie mam żadnego wyrostka, tylko
zapalenie pecherza i dlaczego ja mu dupe zawracam?
No szlag mnie trafił!!!
Mówię mu co i jak, że tamten doktorek mi tak powiedział, ja sobie tego nie
wymysliłam i niech się odczepi, bo jak umiałabym sie samoleczyć, to bym ich
olała.
Wyszłam wściekła po północy z tego zasranego szpitala.
Mam nadzieje, że nie będę musiała juz nigdy tam trafić, chyba ze w
nieprzytomności, to mi bedzie wisiało.
Oni tylko protestowac potrafia cholera jasna!!!
I tak jestem szczesciara, bo na izbie był facet ze złamana noga,
którego "obsługiwali" 6 godzin.
Dzisiaj siedze w domu (i tu tajemnica mojego nadawania) łykam antybiotyki i
szlag mnie trafia na "słuzbę zdrowia"
Koniec, końcem i tak musiałam iśc rano do swojego lekarza, bo ten ze szpitala
tylko rozpoznaje po reformie a nie przepisuje.
Obserwuj wątek
    • nareene Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 15.03.05, 21:18
      No faktycznie - szlag może trafić. Jako, że mam chwilę czasu też trochę
      ponarzekam. Ogólnie staram się unikać kontaktu z lekarzami i ich świtą - nie
      mam do tego zdrowia wink No ale czasem coś człowieka dopadnie i nie ma wyjścia.
      Obudziłam się kiedyś spuchnięta jak balon po jakimś superhypoalergicznym
      smarowidle. Twarz czerwoniutka, oczu brak, trudności z oddychaniem i tego typu
      przyjemności. Zostałam odstawiona (prawie zaniesiona)na pogotowie bo to akurat
      pechowo był niedzielny poranek. Patrzę (jedno oko otwierało mi sie w 1/3 więc
      co nieco widziałam) a tam cała poczekalnia babć wszelkiego rodzaju i maści.
      Wszystkie odpicowane, jak na wesele. Myślę sobie "co jest?". A tu po prostu
      spotkanie towarzyskie po kościele. Siedzą i licytują się, która więcej leków
      bierze. Harmider jak w kawiarni. Cóż, pokościelna profilaktyka ponad
      wszystko... Żal mi było kilku osób, które przyszły tam wiedzione prawdziwą
      koniecznością. Kilka godzin, moja kolej, wchodzę zadowolona. Pani doktor
      rzuciła mi krótkie spojrzenie spod okularów, wypisała zyrtec (którego mam pół
      szuflady) i wapno, po czym wyprosiła z gabinetu. Jakoś przemęczyłam się tą
      cholerna niedzielę a w poniedziałek odwiedziłam przychodnię specjalistyczną.
      Przerażenie w oczach lekarzy, hydrocortyzon dożylnie, maści, sterydy,
      zwolnienie na 2 tyg (przedłużyło się do 3) i "czemu nie dali pani zastrzyku od
      razu?". Tak właśnie działa nasz system. Na zdrowie! wink
      • natasza39 Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 15.03.05, 21:34
        no wlasnie o tym chciałam...
        Czy mnie nie mogł zrobic lekarz zastrzyku z czymć przeciwbólowym, a Tobie z
        czymś odczulającym?
        To po buca jest ta "pomoc dorazna"?
        • ania_rosa Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 15.03.05, 22:08
          Służba zdrowia to ulubiony temat Polaków (w grę wchodzi jeszcze polityka i
          sądownictwowink W takim razie siadam zgodnie w kolejce w przychodni i też
          zaczynam narzekaćwink
          1. Absurd roku: idę z dzieckiem do lekarza. Przepisuje mi antybiotyk, na który
          Młody jest uczulony. Mówię więc, jak się sprawy mają i proszę o danie
          antybiotyku z innej grupy. A teraz odpowiedź, która jest hitem: "Ten antybiotyk
          jest dobry. Prosze go podawac dziecku, a jak dostanie alergii to proszę przyjść
          ponownie, dam mu coś odczulającego". Tu nadmienię, że alergia mojego dziecka na
          ten lek przejawiała się m.in dusznościami.

          2. MOje dziecko ma rozbity łuk brwiowy. Lekarz: 1) odmawia zajęcia się
          dzieckiem, bo musi skończyć palić papierosa 2) w pierwszej kolejności
          interesuje go, czy nie pobiłam dziecka (w trakcie tej wymiany zdan moje dziecko
          siedzi mi na rekach i krwawi nie budząc zainteresowania lekarza) 3) nie
          opatruje rany uzasadniając to tym, że mu się nie chce i że i tak trzeba jechac
          na pogotowie. Ok, jade na pogotowie. W szpitalu: 1) nie chcą mnie wpuścić z
          krwawiącym dzieckiem, bo nie kupiłam foliowych kapci 2) Argument, że wybiegłam
          z domu bez torebki, bo zdarzył się wypadek nie przekonuje ciecia 3) stoimy na
          szpitalnym korytarzu, póki jakiś litościwy lekarz nie zaprosi nas do gabinetu.

          3. W kategorii: "zrażeni publiczną slużbą zdrowia leczą się prywatnie i lądują
          pod rynną"
          Czwarty miesiąc ciązy, trafiam do profesora o nazwisku słynnym na całą stolicę.
          Prowadzi moją ciążę aż do szóstego miesiąca, kiedy to sprawdza płeć dziecka.
          Ponieważ nie zareagowałam wystarczająco entuzjastycznie (wg kryteriów lekarza)
          na wieśc o tym, że to chłopiec, słyszę:
          a) "takie kobiety jak ty nie powinny mieć dzieci"
          b) "prosze oddać dziecko do adopcji, przynajmniej ktoś się ucieszy"
          c) "trzeba było skrobac, a nie narzekać, że chłopiec się nie podoba"

          Po wygłoszeniu powyższego expose pan profesor zapytał, czy termin 15 lutego
          mnie satysfakcjonuje i czy ma wpisac wizytę? Nastepnie upomniał się o
          należnośc, która wynosiła 300zł.


          To by było na tyle, resztę wspomnień mam dobrą.

          Rosa
          • virtual_moth Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 15.03.05, 22:41
            Hm, u mnie trochę skromniej będzie:

            - pierwszy mój kontakt ze szpitalem miał miejsce gdy dziecięciem bedac obżarłam
            sie grzybów w Bieszczadach. Na pogotowiu było w porządku, choć czekałam z
            godzinę wyjąc z bólu. Dali mi nawet zastrzyk znieczulacjący, po którym tak mnie
            tyłek rozbolał, że zapomniałam o bólu brzuchasmile

            - pękła nam gumka (i to nie był ostatni razwink, więc od razu szybki wrzut na
            taśmę i chuzia na miasto szukać jakiegoś ginekologa, który przepisałby ten lek
            co wiecie o jaki chodzi, tylko mi nazwa wypadła z głowy (swojego ginekologa
            miałam 70 km dalej). W pierwszej przychodni dali mi termin na za dwa tygodnie.
            W drugiej była kolejka na 100 osób i nie było szans aby sie załapać tego dnia.
            Poszliśmy do trzeciej przychodni, kórą kiedyś koleżanka mi polecała. O dziwo,
            kolejki prawie nie byłosmile)) No więc wchodzę i mówię lekarce co i jak (już mi
            się przypomniało - postinorwink. A baba wstaje, o mało co nie wyciaga karcącego
            palucha i mówi: "proszę wyjśc!!! Tu się nie zabija dzieci!!!". O szit, no to
            wyszłam, oglądam sie jeszcze na nazwe przychodni, a tam stoi tekst w
            stylu "pomagamy rodzinie"wink Ups, moja wina, przeoczyłam. Ostatecznie jednak
            trafiłam po całodziennych poszukiwaniach do lekarki, kóra mi przepisała co
            trzeba (na postinor było już za późno), a potem, pół roku później oświadczyła
            mi, ze jestem w 6 tygodniu ciąży i prowadziła ją do końcasmile (przed trafieniem
            do niej z tą ciażą oczywiście byłam w przychodni, jednak pierwszy wolny termin
            znowu był na za 2 tygodnie).

            - poród mojej córki. Ogólnie bardzo przyjemnie (o ile można) wspominam.
            Zapodali mi zoo, więc parłam na zawołanie i byłam całkowicie świadoma. Miedzy
            jednym parciem a drugim, kiedy urodziłam już kawałek główki, lekarka mówi do
            lekarza: słuchaj, fajki mi się kończą, bądź tak uprzejmy skoczyć, jak już
            urodzi, bo ja będę szyciem zajętasmile))

            Mam jeszcze smutną historię o moim ojcu, w zasadzie nadającą się do
            prokuratora, ale nie mam siły o tym pisać. Sygnalizuję tylko i wiem, ze
            takich "ukrytych" przypadków jest pewnie więcej...

            Pozdrawiam
            • natasza39 Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 15.03.05, 23:05
              hehe postinor! Zgadza się co niektórzy lekarze uznaja zazywanie tego
              za "skrobankę"!
              Niegługo stosunek przerywany będzie w tym kraju zakazany, jako "zabójstwo
              nienarodzonych".
              Tak nawiasem, to mi sie jeszcze przypomniało, że mojego ojca ze skierowaniem na
              kardiologie (własnie do tego szpitala na który psioczę) nie chcieli przyjąc.
              Ponoć Pan ordinatore nic o tym nie wiedział, więc co jakis dziad im będzie łeb
              zawracał.
              Tak z ulicy to przyjmowali tylko tych co to z zawałem erka przywiozła.
              Znałam wtedy dyrektora, tego bajzlu i zadzwoniłam, informujac go o tym że mi
              ojca nie chca przyjąć.
              Jak ojciec leżał, po interwencji dyrektora, na oddziale, to przyszedł
              ordinatore i rzekł do mojego ojca:
              "Nieładnie panie K..., nieładnie.Dlaczego Pan nie powiedział że jest Pan
              wujkiem dyrektora X?
              Mój ojciec gały zrobił jak talerze, ale na szczescie ja przytomnie zapytałam,
              czy wujkowie dyrektora sa przyjmowani na innych prawach i chłop dał sobie
              spokój!
              Rzecz cała działa się rzecz jasna po "reformie"
            • ania_rosa Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 15.03.05, 23:09
              Natasza, wybacz, że Ci się wchrzaniam ze swoim out topikiem, ale przypomniało
              mi się, że muszę napisac dwa zdania o postinorze ku ogolnemu oświeceniuwink
              Otóż parę dni temu gdzieś (? Samomama? macochy?) czytałam czyjś post, cośtam
              było o tym, że pękła prezerwatywa i kobieta wzięła postinor. A teraz ma wyrzuty
              sumienia, bo zabiła dziecko, a jak go nie zabiła to się na pewno urodzi z
              wadami i w ogóle pocieszcie mnie, ale nie oceniajcie. Dostała odpowiedzi, że
              cóż, to jej decyzja (jakby co najmniej o aborcję chodziło), co ma wisiec nie
              utonie, że życie czasem bywa trudne (???) i inne sraty taty.
              Nie wiem, skąd u częsci narodu przekonanie, że postinor jest środkiem
              wczesnoporonnym. Nie jest. Jest zarejestrowanym lekiem, ktory można kupić w
              POlsce, a- jak wiadomo- nasze prawo zabrania stosowania środków
              wczesnoporonnych w rodzaju RU. Kiedy czytam tego typu wypowiedzi, to zaczynam
              się rozglądać wokół w poszukiwaniu oryginalnych beczek z Guinessem, bo ani
              chybi w Irlandii się znalazłam. Niedługo dojdzie do tego, że będziemy wyprawiać
              godne pogrzeby probówkom ze spermą. Bez przesady. Poza tym postinor w gruncie
              rzeczy działa trzy godziny po stosunku, nastepną dawkę przyjmuje się po 24h , a
              trzecią chyba w ciągu 48h (niech mnie poprawią, te, co stosują, bo sama nie
              pamiętam). Branie go w ciągu 48h po stosunku mija się celem, choć może poprawić
              samopoczucie.

              A do ad remu: ginekolog i kobieta to temat-rzeka.
              ja od swoich ginekologów słyszałam teksty nadające się do oprawienia w ramki.
              Np. "prosze przynieść od rodziców zgodę na współzycie z mężczyzną, bo nie
              przepiszę pani tabletek antykoncepcyjnych" (miałam wówczas skończone 18 lat).
              Nie bardzo wprawdzie wiem, jak miałaby taka zgoda wygladać w praktyce, ale
              widac pani ginekolog miała większą fantazję, niż ja posiadam.

              Tydzień temu podczas badania usłyszałam, że od razu po mnie widać, że nigdy nie
              rodziłam dziecka, co sprawiło, że mało nie spadłam z fotela.

              Pewien pan ginekolog rozmawiał przez telefon komórkowy podczas robienia mi
              cytologii.

              Inny pan podczas badania rozmawiał z asystentką na temat dodatków do pizzy,
              którą własnie zamawiał.

              Jeszcze inna pani ginekolog przekonywała mnie usilnie, że współżycie szkodzi.

              Ogólnie lubię chodzić do ginekologów, poszerzam sobie w ten sposób wiedzę
              socjologicznąwink

              Rosa
              • natasza39 Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 15.03.05, 23:14
                hehehe, no tak ginekolodzy....To faktycznie temat rzeka.
                Na forum "kobieta" był kiedys taki watek o ginekologach, do których nie warto
                iśc.
                Jeden, którego znam, tez tam sie znalazł!

                Jeden z hiciorów, który usłyszała od ginekologa moja mama (lat 62).
                "Wie Pani co, nie wiem co pani jest, ale to najlepiej operacyjnie sie leczy. Ja
                proponuje wyciać wszystko. W końcu w Pani wieku po cholere pani to?"
                • ania_rosa Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 15.03.05, 23:44
                  Natasza, dobresmile (choć tak naprawdę beznadziejne, ale taka jest rzeczywistość
                  niekiedy).
                  A teraz z innej beczki, czyli o pacjentach. Tu akurat chodzi o pacjentów starej
                  daty. Otóż w pokoleniu mojej mamy nie idzie się do ginekologa, a do "lekarza od
                  kobiecych spraw". Nie wycina się jajników, tylko "narządy kobiece".
                  Jako stary cynik nigdy nie przepuszczam okazji do uściślenia Jej wypowiedzi.
                  Oto nasza ostatnia rozmowa:
                  matka: no i wiesz, okazało się, że ona nie może mieć dzieci. To znaczy nie może
                  ich mieć z męzem w normalny sposób, chciałam powiedzieć... To znaczy wiesz,
                  musieli skorzystać z in witro, bo miała niedrożne jajniki i jego... No wiesz, o
                  co mi chodzi
                  ja: mamo, męski fizjologiczny płyn zawierający plemniki nazywa się sperma.

                  Po porodzie i 28 szwach, które mi założono na szyjce macicy:

                  Matka: siadaj ostrożnie, przeciez masz zaszyte narządy kobiece
                  ja: Co to znaczy "narządy kobiecie"? Sugerujesz, że zaszyto mi pochwę?!

                  O obrzezaniu kobiet:
                  matka: to nieludzki proceder. Przeciez oni je TAM okaleczają
                  ja: masz na mysli wycięcie łechtaczki i warg sromowych?

                  Ponadto dla mojej mamy słowo "nadżerka" mówi samo za siebie. Nadżerka- wg matki-
                  jest umiejscowiona w bliżej nieokreslonym miejscu w "jamie brzusznej".
                  Słowo "prezerwatywa" nie istnieje w jej glossariuszu, istnieją za to "te
                  sposoby" na określenie środków antykoncepcyjnych wszelkiej maści.
                  Zupełnie nie wiem, jak udało Jej się począć dwoje dzieci. Najdziwniejsze jednak
                  jest to, że moja matka jest lekarzemwink

                  Rosa

                  ps. pamiętam też opowieść dalekiej kuzynki (rocznik 35), jak to miała "kobiece
                  problemy" i mąż jej kazał iśc do ginekologa. Poszła. W gabinecie usiadła na
                  fotelu (ubrana) i mało trupem nie padła, kiedy lekarz kazał jej się rozebrać.
                  Była święcie przekonana, że lekarz dokonuje ginekologicznej diagnozy zaglądając
                  pacjentce w oczy.
                  • natasza39 Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 15.03.05, 23:59
                    hehehe
                    Moja matka jest pielęgniarką i mozna z nia pogadać na wszystkie tematy.

                    Natomiast babciasmile)
                    Ponieważ rodzina mojej matki składa się głownie z wdów (sic!), które żyja tak
                    długo jak żółwie w "Malowanym ptaku", jestem posiadaczka babci, lat 87, nota
                    bene żyja jeszcze jej dwie starsze siostry, a moja prababka zamkneła oczy w
                    wieku lat 98. Tyle tytułem wprowadzenia...
                    Otóż rzeczona babcia, w tamtym roku, pod nieobecnosc jej córki, a mojej matki,
                    dostała krwawienia właśnie z "tych spraw" i wijąc się wstydzaco, po 2-ch dniach
                    mi o tym w końcu powiedziała...
                    Poszłam z nia do ginekologa. z racji swojego wieku, ciezko jej było wyleść
                    na "helikopter", wiec byłam z nia w gabinecie.
                    Babcia oblana rumieńcem pensjonarki, bo lekarz był facetem, po długich moich
                    naleganiach dała sobie ściągnać przepastne "wojtasy" i włazła na fotel.
                    Pan doktor pyta jej jak czesto oddaje mocz i kiedy ostatnio sikała.
                    Babcia lekko przygłucha, zrozumiała, ze lekarz pyta ja o pożycie intymne, zatem
                    dumnie odpowiada:
                    50 lat, panie doktorze. 50 lat tego nie robiłam!!!
                  • podenka Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 16.03.05, 00:33
                    To ja jeszcze do ad remu, jak to ładnie określiła Ania_rosa.
                    Mój M miała napad padaczkopodobny (nie jest epileptykiem) na dworze. Stracił
                    przytomność i rozbił sobie gowę padając - morze krwi.
                    1) Przytomna pani zadzwoniła po pogotowie - czas dojazdu 20 min (to i tak chyba
                    b. szyko). W międzyczasie pani owa dzwoniła na pogotowie 3 razy pytając kiedy
                    ta karetka i usłyszała dyspozytorkę mówiącą do kogoś "jakaś wariatka dzwoni"!!!
                    2) Odjechał karetką o 19.30 z miejsca zdarzenia do szpitala oddalonego o około
                    5 km a o 21.00 jak ja dojechałam do tegoż szpitala leżał na leżance przed
                    gabinetem chirurgicznym, z opatrunkiem zrobionym w karetce i (mało przytomny)
                    poinformował mnie, że wzięli od niego do tej pory nr pesel i nic nie zrobili,
                    nawet co jakiś czas nie sprawdzali czy żyje a przecież po uderzeniu głową w
                    asfalt z wysokości swojego wzrostu miał prawo mieć nawet pękniętą czaszkę nie
                    mówiąc o wylewach krwi do mózgu. Nikt do niego nie podszedł i nie sprawdził czy
                    on w ogóle jeszcze żyje. Usiadłam obok niego i czekaliśmy na "obsługę". O 22.00
                    raczyli nas wpuścić do gabinetu, tzn musiałam tam wejść prawie siłą ponieważ
                    życzyli sobie tylko pacjenta. Powiedzcie mi: jak oni chcieli cokolwiek się od
                    niego dowiedzieć na temat wypadku skoro miał zanik pamięci od chwili przed
                    napadem drgawek do chwili kiedy całkowicie odzyskał świadomość (20 min
                    wycięte).
                    3) najpierw chcieli szyć ranę, dopiero gdy sie na to nie zgodził(nie była duża)
                    wysłali na RTG
                    4) po RTG oczekiwanie na neurologa - 1 godzina, badanie 5 min, diagnoza wątpliwa
                    (zasugerowana jej przez M) i decyzja p. neurolog, że nie ma czym się martwić
                    5) po neurologu oczekiwanie na internistę - 1 godzina i zrejterowaliśmy(nie
                    doczekawszy się), M odmówił zostania na "obserwacji pro forma" a i ja uznałam,
                    że lepiej sama poobserwuję go w domu!smile
                    POTEM znajomy lekarz poinformował nas, że: pierwszy napad padaczkowy w życiu to
                    obowiązkowe: pełne bad. neurologiczne, obserwacja (nie 24h tylko min tydzień),
                    EEG, tomografia głowy itd.
                    Wszystkie dodatkowe badania już robiliśmy pod jego kontrola i przewodnictwem -
                    prywatnie.
                    Szczerze mówiąc lepiej traktuję zwierzęta w lecznicy.
                • nareene Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 16.03.05, 08:24
                  To ja miałam szczęście do ginekologów. Oprócz jednej pani doktor, która za
                  wszelką cenę usiłowała udowodnić, że przydatki "niebadalne" (miałam w karcie)
                  są "badalne" i wcisnęła mi brzuch w kręgosłup. Wyszłam zgięta w pół z
                  siniakiem wink Za to przypomniała mi się sytuacja z mojej pierwszej wizyty u
                  takowego lekarza. Miałam niecałe 18 lat i strasznie nieregularne miesiączki,
                  więc przyszłam piszczeć o pigułki. Przywitała mnie gruba pielęgniarka z wąsem,
                  którego nie powstydziłby się polski szlachcic drąc się na cały gabinet i
                  poczekalnie (nie pozwoliła zamknąć drzwi) "stosunki były??!!" "kiedy
                  ostatni??!!" big_grin
                  • lilith76 Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 16.03.05, 09:30
                    jak przygoda, to tylko u ginekologa smile

                    moja pierwsza wizyta w życiu, ja zestresowana, spięta i tekst doktore: "wąska
                    jesteś, puść się". dopiero dzisiaj po ponad dekadzie pomyślałam, że może jemu
                    wcale nie chodziło o swobodę seksualną...
                    ten sam lekarz był jeszcze znany z innych przygód:
                    moja koleżanka poszła po porodzie po receptę na pigułki i usłyszała, że skoro
                    rodziła, to pigułki są za słabe, teraz to tylko spirala i tylko w jego
                    prywatnym gabinecie.
                    znajoma mojej cioci - usłyszała na fotelu, że w zasadzie wszystko w porządku
                    tylko ona ma tam w śroku pypeć, ale się go wytnie w jego prywatnym gabinecie.
                    następnie gin poszedł na urlop i kobiecina trafiła na zastępstwo. drugi lekarz,
                    bada, mówi, że wszystko ok. "a co z pypciem?" pyta się kobieta. "jakim
                    pypciem????" ginekolog o mało co nie padł.
                    inna znajoma maniery pana doktora określała "manierami weterynarza", ale jej to
                    się nawet podobało.

                    to były dawne czasy rejonizacji... dobrze, że studiowałam, to znalazłam super
                    lekarza studenckiego, do którego chodzę do dziś. ale w moim małym
                    podwarszawskim miasteczku opowieści wśród kobiet rozchodziły się szybko i pod
                    gabientem rejonowego ginekologa świeciły latami pustki. dopiero ze dwa lata
                    temu pojawił się nowy ginekolog i nagle kobiety w mieście zaczęły się leczyć.
      • kwiatek1974 Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 19.03.05, 19:35
        W pierwszy dzień nowego roku( niedziela jak dobrze pamiętam) mój ojciec dostał
        ataku, nie wiedzieliśmy co się dzieje nie mógł oddychać, chodzi, brat zawiózł
        go do szpitala, bo było coraz gorzej oczywiście karetki nie było jak wzywaliśmy
        była na wyjeździe, w szpitalu kazali mojemu bratu znaleść lekarza rodzinnego i
        przywieść skierowanie od niego. Ojczulek siedział przez godzine czasu prawie
        nieprzytomny a mój brat w tym czasie szukał lekarza rodzinnego bo po sylwestrze
        przecież nie przyjmuje lekarz i trzeba było do domu jechać a to kilka
        kilometrów od Gryfic, kiedy brat przyjechał ojciec dalej siedział na ławce
        nikt nie zwracał na niego uwagi, że nie może oddychać i jest już blady jak
        ściana, brat dał skierowania, czekali na lekarza jeszcze pół godziny,
        pielęgniarki nie raczyły nawet wziąść mojego ojca do gabinetu, dopiero jak
        ojciec zaczął się dusić to bat już nie wytrzymał i zaczął drzeć sie, lekarz
        przyszedł przebadał i nic nie stwierdził kazał dać kroplówkę i powiedział że
        badań dziśaj nie zrobią żądnych bo jest nowy rok i nikt nie pracuje i jak po
        kroplówce mu się poleprzy da mu jakieś leki od bólu i go wypuści a w
        poniedziałek zrobi sobie badania. I tak było ojciec wyszedł, zrobił na drugi
        dzień badania i to płątne bo czekał by kilka tygodni na endoskopię, wykazało że
        w żołądku ma przepuklinę i gdyby ona zagrodziła dopływ nie wiem dokłądnie czego
        ojciec by mógł umrzeć. Lekarz który go badał powiedział że powinni ojcu zrobić
        chociaż podstawowe badania ale napewno pielgniareczką sie nie chciało bo były
        przechlane po imprezie. Ale chcialiśmy Uni to bedziemy teraz gorzko płakać.
        • e_r_i_n Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 19.03.05, 19:38
          kwiatek1974 napisał:

          > Ale chcialiśmy Uni to bedziemy teraz gorzko płakać.

          A co ma Unia do tego???
          • kwiatek1974 Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 19.03.05, 20:16
            Nie wiem czy cię to interesuje ale tam jest okropna służba zdrowia, może nie
            wszędzie ale z tego co mi wiadomo w Holandii jest okropnie i w Niemczech też
            nie najlepiej, a o uni powiedział mojemu ojcu lekarzsmile
            • e_r_i_n Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 19.03.05, 20:19
              Czyli od 1 maja 2004 w naszych idealnych dotad szpitalach zmienilo sie na
              gorsze, tak? A pan doktor to co, guru jakies?
              Ale w sumie nie dziwie sie. W naszej Polsce za kazde niepowodzenie jest ktos
              inny odpowiedzialny. Jak nie system, to Unia smile
              • kwiatek1974 Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 19.03.05, 20:27
                Ja z naszej Uni jestem zadowolona, zresztą od 15 lat moja rodzina mieszka w
                kraju Unijnym i nie narzekają. Wiesz jak to jest żeby nie być winnym, zwala się
                na system albo Uniesmile
                • e_r_i_n Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 19.03.05, 20:29
                  kwiatek1974 napisał:

                  > Wiesz jak to jest żeby nie być winnym, zwala się na system albo Uniesmile

                  Wiem, sama to napisalam. Konsekwencjo, gdzie jestes? smile
    • alka23 Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 16.03.05, 07:55
      no ta ja standardowo sie wylamie.. ale powiem szczerez noz w kieszeni mi sie
      otwiera.
      Powiem krotko:
      1. dostalo mi sie jak nic jak uogolniłam ze eks sa takie czy owakie (celowo nie
      pisze jakie zeby nie wzbudzac kolejnej niezdrowej awantury)
      2. to nie lekarze sa chorzy.. to system jest chory
      3. w kazdej dziedzinie sa lepsi i gorsi fachowcy.
      4. ja z kolei nasluchałam sie o "pacjentach upierdliwcach" i wierzcie mi..
      podziwiam lekarzy, ze nie wysyłają takich na orbitę...
      Pozdraiwam!!
      • natasza39 Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 16.03.05, 08:30
        alka23 napisała:

        > no ta ja standardowo sie wylamie.. ale powiem szczerez noz w kieszeni mi sie
        > otwiera.
        > Powiem krotko:
        > 1. dostalo mi sie jak nic jak uogolniłam ze eks sa takie czy owakie (celowo
        nie
        >
        > pisze jakie zeby nie wzbudzac kolejnej niezdrowej awantury)
        > 2. to nie lekarze sa chorzy.. to system jest chory
        > 3. w kazdej dziedzinie sa lepsi i gorsi fachowcy.
        > 4. ja z kolei nasluchałam sie o "pacjentach upierdliwcach" i wierzcie mi..
        > podziwiam lekarzy, ze nie wysyłają takich na orbitę...

        E tam.. nie wyłamałaś się!
        W wątku było i o tym i o tym... Tzn o upierdliwych pacjentach również.
        A co do systemu... Lekarze i wszyscy z "medycyną" związani uwielbiaja zwalać
        wszystko na chory system.
        Jest jednak tak, że w moim miescie są dwa szpitale i tylko ten, o którym
        pisałam tak załatwia pacjentów. Drugi szpitaj, w którym leżałam dwa lata temu
        na zapalenie płuc jest normalny. Pełen wspaniałych lekarzy, którzy nie patrzyli
        na to czy pacjent może dać w "łapę" czy też nie. Lekarzy którzy przysiege
        Hipokratesa traktowali poważnie. Pielęgniarki i położne (rodziłam tam Młodego)
        tez superowe.
        I nie jest to tez kwestia forsy, bo ten szpital przyjazdny dla pacjenta jest
        zadłuzony, a pielegniarki pracuja z "oszczednosci" za 7/8 pensji.
        Więc nie da sie wszystkiego zwalić na chory system.
        Przypuszczam, że gdyby ostry dyżur miał ten szpital, o którym piszę teraz, nie
        byłoby mojego watku.
      • ania_rosa Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 17.03.05, 02:16
        Ale tu nikt nie uogólnia- konkretne przypadki, konkretni lekarze i konkretni
        pacjenci. No dobra, nazwisk nie byłowink
        A odnośnie punktu drugiego czyli "to system jest chory, a nie lekarze" to się
        nie do końca zgodzę. Niemoralny system wypacza większość tych, którzy mu
        podlegają. Ostatecznie więc i system jest chory, i częśc lekarzy także.
        Przykłady? Proszę bardzo: wille za nielegalne skrobanki, których w szpitalach
        się odmawia (mowa o aborcji ze wskazaniem); pan onkolog, który przedłuża
        decyzję o operacji, bo czeka na kopertę... I tak dalej, i tak dalej. Nie można
        rozgrzeszać ludzi systemem. System to jedno, a indywidualna decyzja to drugie.
        Gdybyśmy uznali nadrzędnośc systemu w dziedzinie moralnych decyzji jednostek,
        to nie byłoby procesów norymberskich, że uproszczę. Ale do tego się to własnie
        sprowadza.
        Teraz punkt trzeci: w każdej dziedzinie są lepsi i gorsi fachowcy.
        Ano prawda. Tyle tylko, że spartaczone przez hydraulika kolanko ma się nijak do
        zoperowania człowieka chorego na raka na przykład. Odpowiedzialności niektórych
        zawodów nie da się porównac do innych profesji.
        Co do pacjentów upierdliwców to się zgadzam. Pytanie tylko, czy dziewczyna
        cierpiąca na chroniczne bóle nerek, która od dziesiatego roku życia chodzi od
        lekarza do lekarza i dostaje wykluczające się diagnozy, po to aby w 22 roku
        życia wylądować w CZMiD z rozpoznaniem Stwardnienia Guzowatego i nowotworu
        nerki z przerzutami do węzłów chłonnych, jest upierdliwa, czy walczy o zdrowie
        ( w tym przypadku już o zycie)?
        To taki zupełnie nieuogólniony przykład w przeciwieństwie do punków drugiego i
        trzeciego.



        Rosa
        • alka23 Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 17.03.05, 08:08
          >>Napisze wam cos o naszej "słuzbie (tfu!!! słuzba - chyba sie komus coś
          popieprzyło ze znaczeniem słów) zdrowia".<<

          to nie jest uogolnianie?! Normalnie bym nic nie powiedziała, bo tez czasem
          psiocze ze "glupia polska", ale dobrze wiem, ze nie wszystko jest zle. Tym
          samym mowiac: "te glupie eks" to oczywsicie tez wiem ze bywaja normalne eks. I
          to chciałam podkreslic.

          przykładow mozna mnozyc i dzielic. Ja tez mam pretensje ostatnio do lekarzy ze
          u mnie czegos nie rozpoznali, czekam wlasnie na kolejne diagnozy.. jest to
          wysoce bolesna sprawa, ale gdy mi sie ktos pyta czy mam pretensje do
          poprzednich lekarzy odpowiadam ze nie mam. przeciez nikt nie zrobil tego
          celowo.

          Mowiac chory system mam na mysli to ze lekarze nie zarabiaja adekwatnie do
          swoich obowiazkow, bedac tym samym przytlaczanymi sprawami administracyjnymi z
          ktorymi fundusz rowniez nie potrafi sobie poradzic. Ale obawiam sie ze to nie
          jedyna dziedzina do ktorej moglabym to zdanie napsiac.
    • bei serdecznie Ci wspólczuję Nataszko:) 16.03.05, 22:34
      ja niedawno tez się p"j"enknie zjeżyłam na przedstawiciela służby zdrowia:
      pan lekarz rodzinny = pediatra w jednym...starszy wiekiem- więc można by go
      posądzic o doświadczenie...
      ja z niemowlakiem do szczepienia...
      a jego przychodnia napakowana chorymi na grypę ( jak nie ma osobnej poczekalni
      do gabinetu szczepien- to powinien doktor określić godziny szczepien tylko dla
      dzieci- a nie przyjmować chorych...no cóz..pierwsze koty za płoty...
      Gabinet przyjec pana doktora- ciemno.........na stoliku dla niemowlaków stos
      ksiazek...
      doktor juz kolejny raz bez fartucha...siedzi przy biurku...
      stolik dla niemowlaków przykryty czymś zielonym i jednorazowym- z licznymi
      plamami...
      doktor ironicznie zerka na rozscielana nasza flanelowa pieluszke...
      "przykurcz sie nadal utrzymuje"- rzuca szcześliwy.....
      ja- z uśmiechem odpowiadam- pan nas pomylił- dziecko moich znajomych mialo tu
      rozpoznany przykurczsmilesmile)
      ?????? doktorek...
      eeeeeeeeeee- delikatny ma!
      No nie...dopiero co był badany przez ortopede...pediatre...dermatologa...i nikt
      przykurczu nie stwierdzil- tym bardziej....
      a na tym stoliku- przez przeszkode w rogu- stos ksiazek- maluch przyjmuję
      pozycje embrionalną...
      pokazuje wynik z usg stawów...
      pan mi go porywa ( wynik b. dobry)- i nie chce oddac- mówi, ze wynik ma tu
      zostac- a jak bedzie potrzebny- to jest do odebrania....?????
      za badanie płaciłam....ten doktorek mnie nie kierował na usg...a wyniku nie
      chce oddać...
      mówie mu- ze robilismy też maluszkowi usg skóry ( przy oczku guz echoujemny)
      a doktorek wpada w szał...
      kto robi usg skóry!!!!!!!!
      tłumacze, ze dermatolog nas skierowal...i zrobil usg lekarz w stosownym
      gabinecie...
      doktorek biega...
      dzwoni do
      "najważniejszej kobiety w Krakowie"
      i twierdzi...
      że usg skóry- nie wykonuje się..
      pytam- czy zna inne nieinwazyjne badanie skóry- by można było zdiagnozowac- czy
      to jest guz lity- czy torbielka...
      doktorek rzuca- chirurgsmile
      Ledwie popatrzyl na dziecko...
      żadnego wywiadu- czy na cos sie uskarżam...jak jest odzywiany...no i guzka tak
      widocznego na poprzednim badaniu nie widzial


      Szczepionka skojarzona- wiec pomyslałam sobie- po co ja tu przychodzę- skoro
      szczepienie nie jest refundowane....przecież maqm swoja prywatną przychodnie...
      kurcze- lokalny patriotyzm....myslałam, że to będzie ładny ukłon w strone
      miejscowej słuzby zdrowia ( pielęgniarki są bardzo miłe)
      ale ten doktorek...
      ( no w gabinecie zabiegowym i do szczepien- nie ma stolika dla dzieci- trzeba
      kłasć dziecko na kozetce dla dorosłych- znowu poplamione jednorazowe
      prześcieradło...brrrrr )
      na poprzedniej wizycie zapytałam- czy nadal powinno sie wyrzucać wit d3 po
      zużyciu połowy opakowania ( naświetlenie)
      a on- pierwsze słyszy!- kurcze- ja to słyszałam prawie 22 lata temu jak mialam
      pierwsze dziecko...
      wit przepisał b- w tabletkach...d3...i c.... wszytsko osobno- tak jakby nie
      było preparatów dla dzieci w kropelkach wielowitaminowych....dzielić wit mniej
      wiecej na pól-tą b...rozkruszac i podawac na łyżeczce...echhhh
      Przyszłam do domku...
      wydrukowałam z netu informacje o diagnozowaniu chorob skóry przy pomocy usg-
      opracowania od 1996 roku- ale nowumsmile
      i zaniosę te prace- moze sie ucieszysmile
      • kasia64 Re: serdecznie Ci wspólczuję Nataszko:) 17.03.05, 08:03
        Ja trochę nie na temat.
        Bei dlaczego chodzisz z takim maluchem do rodzinnego?
        Trochę dla równowagi- napiszę coś miłego.Mam bardzo sympatyczną doktór rodzinną.
        Zawsze przyjmie nawet po południu,zapisy na godziny,bez kolejek,to ona wypisała
        mi skierowanie na badania prenatalne - bo ginekolog idiota stwierdził,że po
        wykonaniu tych badań podejmę decyzję o aborcji.gdyby nie to skierowanie-na gębę
        zresztą wydane-bo jak lekarz rodzinny ma stwierdzić 6 tyg ciążę-nie musiałam za
        te badania płacić.
        Gdy byłam jeszcze w ciąży,zapytałam się doktór co z dzidziusiem,gdzie i jak
        zapisać.powiedziała,że jak sie uprę to tak,ale ona takich maluchów nie prowadzi.
        Poradziła pediatrę z przychodni kawałek dalej.Trochę szkoda bo ta przychodnia
        moja jest w podwórku w kapciach do lekarza iść mogę.A;e chwali sie jej uczciwe
        podejscie.
    • e_r_i_n Re: Cos o słuzbie zdrowia.... 19.03.05, 20:33
      To ja cos dla rownowagi pozytywnego napisze smile
      Wczoraj musielismy sie wybrac na ostry dyzur chirurgiczny z Malym, bo sie mu
      paskudne zapalenie stawu biodrowego przypaletalo. I bylismy
      zaskoczeni 'obsluga' w szpitalu na Nieklanskiej - szybko, sprawnie, dokladnie
      (USG od reki).
      W ogole mamy dobre kontakty z panstwowa sluzba zdrowia (pomijajac koszmarne
      kolejki - do specjalisty umowieni jestemy na 1 czerwca). Pediatra panstwowy ok,
      wizyty w NPL - ok. Tylko sie cieszyc, ze tak dobrze trafiamy.

      PS A teraz prosze o rady, jak utrzymac zywe, trzyletnie srebro w lozku przez 7
      dni. Bo chodzic nie moze...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka