Mojego NM poznałam już parę lat temu. Czasami spotykaliśmy się w pracy, mimo
iż pracujemy w dwóch różnych firmach. O tym, że jest po rzowdzie dwoeidziałam
się później, jednak zanim zaczęliśmy się spotykać. W zasadzie zanim to
nastąpiło spędziliśmy wiele godzin na rozmowach o życiu, związkach, planach
itp. Okazało się, że pod tym względem mamy dużo wspólnego ze sobą. I tak
jakoś po pół roku takich rozmów zaczęliśmy się spotykać.
To tak gwoli wstępu.
Problem polga na tym, że oboje pracujemy (NM ma pracę zmianową, także w
weekendy i nigdy do końca nie wiadomo jak będzie pracował np. za tydzień -
służby mundurowe

), a ponadto buduje dom (po rozwodzie zostawił ex
mieszkanie)i póki co mieszka w domu, którh należy do jego mamy i siostry. Co
prawda od początku wiedziałam, że dopóki nie zakończy się budowa to nasze
spotkania będą znacznie ograniczone (jest jeszcze syn). Jakoś sobie z tym
radziłam, spotykaliśmy się 2-3 razy w miesiącu. Ale ostatnio chyba już jestem
zmęczona tą calą sytuacją i brakuje mi siły, żeby dalej trwać w tym związku.
Wpadłam w taki dziwny stan, że na nic nie mam ochoty, prawie nic mnie nie
interesuje, chcoiaż na zewnątrz sprawiam całkiem inne wrażenie. A na dodatek
zachowuję się irracjonalnie, np. ostatnio zrobiłam mu zarzuty, że okazuje mi
zbyt mało czułości, a kiedy spotkaliśmy się następnego dnia i ciał mnie
pocałować, to odwróciłam głowę i udawałam, że czegoś szukam.
Boję się, że ja się po prostu od niego odzwyczaiłam. I zaczynają dochodzić do
głosu moje mniej lub bardziej uświadomione pretensje względem niego.
Na moje zarzuty, że poświęca mi byt mało czasu, tłumaczy się, że przecież
wiem jak jest (rzeczywiście na pewno trudno mu jest pogodzić wszystko), ale
we mnie dochodzi do głosu jakby dziecko "chcę i muszę to dostać".