tomek854
21.09.09, 20:53
W naszym zakamienicowym ogródku w rogu trawnika znajduje się olbrzymia hałda
zgniłych liści. Ponieważ mieszkam tu blisko 3 lata i nie widziałem ANI RAZU
żeby jakiś ogrodnik nas nawiedził, a płaci się za to zarządcy, zrobiłem trochę
borutę w tym temacie i zażądałem porządków w ogrodzie ze szczególnym
uwzględnieniem posprzątania liści i innych śmieci (gałęzie nop i prawdziwe
śmieci powyciągane przez mewy ze śmietników).
Przyszli dzisiaj ogrodnicy z takimi dmuchawami na plecach i zdmuchnęli
wszystko do drugiego kąta.
Rezultat: co prawda śmieci i liści nie ma na środku trawnika, ale za to mamy
już dwie hałdy.
Akurat wróciłem z uczelni to ich wyhaczyłem i zapytałem, czy mają w planach
usunięcie tych hałd. Oni na to, że nie, bo oni mają zlecenie na posprzątanie a
nie na wywóz...
I tak sobie myślę: co za sens? No u nas w ogrodzie to jeszcze, bo jest
zacisznie, ale generalnie idea dmuchania liści czy trawy jest dla mnie
niezrozumiała. Najbardziej mi się śmiać chce jak widzę kosicieli trawy na
autostradzie. Jeden jedzie kosiarką, dwóch poprawia żyłkowymi podkaszarkami a
trzech dmucha ściętą trawę z jezdni na pobocze, po czym przejeżdżam cięzarówką
taki ja i wszyscy skrywają się w zielonej chmurze... No gdzie sens, gdzie logika?