tomek854
08.06.10, 23:00
Dzisiaj z okazji robót drogowych koło mojej pracy pociskałem na skróty taką
ścieżynką przez wrzosowiska.
Na końcu tej ścieżynki jest parę zakrętów w takim ciasnym wąwozie w lecie.
Cała droga oczywiście "single track with passing places" ale nie taka na 2
metry tylko taka lepsza, czyli na szerokość ciężarówki i jeszcze z gęstymi
mijankami.
No i na tym końcu dojeżdżając do zakrętów zwalniałem do zdechłego wolna (jak
sobie niektórzy tłumaczą popularne w UK znaki z napisem "dead slow") bo jako
żem rozsądnym orysiem doświadczonym w jeździe po Szkocji wiem, ze nie jeździ
się z prędkością szybszą niż taka, przy której można sie zatrzymać na
widzialnym odcinku drogi, szczególnie jak pas jest jeden w obu kierunkach.
No i zakręt był w prawo, więc ja się przytuliłem do krzaków po lewej żeby jak
najwcześniej zobaczyć czy droga wolna i dać w długą. Jechałem może z 10-15 mil
na godzinę, i wtedy mi wyleciał z przeciwka jakiś kretyn w takiej starej
astrze co kiedyś wobi miał tylko vauxhallu. Już myślałem, że będzie BUM,
odbiłem w lewo, ale przy takiej prędkości niewiele to dało. Ale dało tyle, że
lusterko odsunąłem. Kolo jakimś cudem wymanewrował tak, że minął mnie swoim
dosłownie o centymetry przy moim tylnym rogu auta (czyli jakbym stał prosto to
by mi huknął w lusterko) kosząc krzaczory po swojej lewej stronie. Zdążyłem
zobaczyć w lusterku że poleciało jego lewe lusterko i jeszcze jakieś kawały -
chyba zderzak - bo tam takie kamole zaraz przy asfalcie były po jego stronie.
A ja byłem tak naadrenalinowany, że powiedziałem sobie "dobrze tak kretynowi"
i dałem w długą. Potem trochę ochłonąłem, i pomyślałem, że może jednak
powinienem tam wrócić, ale po rozważeniu sytuacji, stwierdziłem, że nie, bo:
1. Kretyn może być agresywny jak zdenerwowany że rozwalił swojego pierdzącego
vauxhalla.
2. Kretyn może mnie obwinić do ubezpieczalni że to np. ja jechałem środkiem i
za szybko. Będzie moje słowo przeciwko jego, a jak niedajboże jechał z kimś,
to będę w dupie, bo ja jechałem sam. To by kosztowało mnie utratę zniżek, a
jakby sprawa się oparła o sąd i bym przegrał, to bym dostał dangerous driving
i wtedy to już w ogóle przesiadka na rower a o pracy za kółkiem mógłbym
zapomnieć.
3. Widziałem w lusterku że hamował i nawet włączył awaryjne (potem mi znikł za
zakrętem) więc wnioskuję że nic mu nie jest.
4. W sumie skoro udało mu się mnie ominąć bez wpychania mnie w kamole i krzaki
to nie byłem przecież uczestnikiem kolizji. A mogłem przecież nie patrzeć w
lusterko i nie widzieć, że on nie dał rady (i tej wersji się będę trzymał
jakby co).
5. Nawet, jakby coś się mu stało, to tamtędy wszyscy omijają roboty drogowe,
na odcinku bodaj dwóch mil ze trzy samochody wymijałem (jak na szkocką
ścieżynkę przez wrzosowiska ruch jak diabli)
6. Last but not least: skoro bym wrócił to mógłby sobie pomyśleć, że się czuję
winny, a ja się nie czuję winny nawet w jednym procencie - jechałem dokładnie
tak jak trzeba było...
No i pojechałem do domu (na wszelki wypadek nieco szybciej i skręcając, na
wypadek, jakby mnie gonił :P)
Ale trochę jednak się czuję niepewnie moralnie... Proszę mnie pocieszyć :-)