Mocno zapóźniony przez zakupy przypomniałem sobie że wartoby umyć rydwan.
Zwykle robię to w dużym mieście ale tym razem nie było mi po drodze. Dwa,
chciałem już zjechać do boksu i paść na fotel.
Zacząłem się rozglądać, ale kto późno przychodzi... We wszystkich znanych mi
myjniach, nawet automatach, były już społeczne kolejki. W końcu mignął mi
niewielki napis myjnia, więc wjechałem w bramę. Przejechałem przez system
podwórek połączonych, czym przykułem uwagę zalegających na ławkach lokalsów. I
oto ukazała mi się... myjnia.
Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to 'pójdę już', ale brzuchaty jegomość
pokazał mi żeby z marszu wjeżdżać. W końcu wczoraj było to cudem. Na pytanie
'jak jedziem?' poprosiłem o komplet. Jegomość wydarł się 'bedzie full' i
natychmiast wysypała się grupka babć, cioć, dziadków i dzieci. Zamurowało
mnie. Po wstępnym, jakie jegomość wykonał osobiście 'karszerem', dzieci
zaatakowały felgi i nadkola, ciocie i babcie ruszyły do wycieraczek i
odkurzacza, a starszy pan z jegomościem złapali za irchy. Powinno się to
sfilmować ale nie wypadało mi więc się tylko schowałem i zrobiłem fotę
posesji. Jegomość cały czas garnizonowo komenderował familią i widać było że
mają program:) Na koniec dzieciaki przypięły się do felg ze szczotkami do
zębów (!) Nigdy nie miałem tak wypucowanego auta. Co prawda wewnątrz psiknęli
mi czymś na kształt Brutala, ale przez noc sobie to wygoniłem. Jegomość
powiedział że niektórzy ten zapach lubią:) Poza tym naprawdę... żyleta. Cena,
uwaga Warszawiacy, 30 pln. Faktura nie wchodzi w grę, ale rachunek dało radę.