smutny_misiek
04.12.07, 12:27
Witam,
Dostałem info o tym forum od znajomego, któremu bardzo pomogliście.
Dlatego zdecydowałem się opowiedzieć o swoim problemie, bo sam już
nie wiem co robić.
Jestem żonaty od 3 lat, mamy małe dziecko (2,5 roku). Na początku
nasz związek był sielanką - pierwszy rok znajomości bez żadnej
kłótni - po prostu idylla. Moja dziewczyna, później narzeczona i
finalnie żona była ideałem: czuła, troskliwa, ciepła, namiętna.
Przez 2 lata świata poza sobą nie widzieliśmy - moja praca składa
się z wyjazdów na 2,3 dni - zawsze jej było przykro że wyjeżdżam,
rozmawialiśmy ze sobą 5 razy dziennie + 20 sms'ów i maili.
Wzięliśmy ślub, potem było dziecko - dalej idylla - szczęśliwi,
zakochani - nie przeszkadzało nam małe dziecko i obowiązki - każdą
wolną chwilę spędzaliśmy ze sobą.
Potem (jakieś pół roku po urodzeniu dziecka) zaczęło się psuć. Ja
dalej byłem na etapie zakochania, fascynacji, a moja żona już nie.
Dalej o nią dbałem zarówno jeśli chodzi o obowiązki domowe jak i
strefę emocjonalną - przychodziłem wcześniej do domu, robiłem
zakupy, opiekowałem się dzieckiem, załatwiałem wszystkie sprawy
domowo-urzędowe. Cały czas też starałem się żeby było miło między
nami: przynosiłem kwiaty, organizowałem kolacje, romantyczne
chwile...
Trafiałem na obojętność - na pytanie czy ma ochotę na kolację z
winem słyszałem: nie wiem, możemy, na propozycję wyjścia do teatru:
nie wiem, jestem zmęczona, nie chce mi się.
Zaczęła wieczory spędzać przy komputerze (praca) albo szła spać
zaraz po umyciu dziecka.
Radosny i częsty seks się skończył - teraz raz na 2 tygodnie i to z
musu (pozycja na kłodę) na moją prośbę.
Pytałem co się stało, dlaczego nastapiła taka zmiana: odpowiedziała
że już okres fascynacji i namiętności się skończył, że teraz jest
dziecko, że jest przepracowana i że muszę poczekać aż wróci do
normy, ale że nie mogę liczyć na to że będzie jak wcześniej.
Czekałem kilka miesięcy - zmiana była tylko na gorsze - coraz mniej
o mnie dbała, nic ją nie interesowało oprócz pracy i dziecka (a
dziecko traktowała bardziej jak lalkę do strojenia - rzadko ją
przytulała czy całowała, raczej siedziała i się z nią bawiła)
Po tych kilku miesiącach zacząłem ją podejrzewać o zdradę ale
przekonałem się że to raczej nie ma miejsca - nigdy nie miałem
żadnego dowodu chociaż byłem czujny.
Zaczęliśmy się coraz częściej kłócić - ja jej zarzucałem brak
zaangażowania i troski a ona mi że ciągle marudzę i że to ją jeszcze
bardziej oddala.
Potem nastapił kryzys - po kolejnej awanturze stwierdziła że nie wie
czy ze mną chce być i czy mnie kocha; powiedziała mi że nie ma
ochoty na bliskość (nie kochamy się od pół roku) i że potrzebuje
czasu żeby do siebie wrócić.
Przeprosiłem ją za moje zachowanie - za awantury, za zbyt
wygórowanie oczekiwania, powiedziałem że się zmienię, że nie będę
natarczywy i że poczekam aż dojdzie do siebie.
Trwało to 5 miesięcy - nie udało się - nie robiła żadnych ruchów w
moją stronę, żadnej czułości, a ja (uczciwie przyznając)
wytrzymywałem tak 2 tygodnie a potem przychodziłem do niej pytając
czy jest lepiej, czy już jej przeszło - wtedy robiła mi awanturę
mówiąc że wszystko zepsułem bo już prawie było dobrze i nastepnego
dnia by było super, a tak to zepsułem i znowu jest daleko.
Ja szalałem, miałem stany euforii (jak przyszła pocałować mnie) i
depresji (jak przez 4 dni nawet się nie przytuliła) - ona była
spokojna, wyluzowana, obojętna
Łudziłem się tak przez kilka miesięcy, a potem zrozumiałem że
nieważne ile bym czekał, to zawsze bym usłyszał że "Było prawie
dobrze"
2 tygodnie temu powiedziałem że ja nie chcę byc w takim związku i że
albo będziemy normalnym małżeństwem albo się rozstańmy - usłyszałem:
dobrze, to rozwód.
Było mi przykro - rozmawialiśmy pół nocy, ja mówiłem o rozpadzie
rodziny, o tragedii dziecka, a ona że rozwód jej skomplikuje życie,
bo będzie musiała wcześniej wracać z pracy...
Wtedy zrozumiałem że żyłem z robotem w ludzkiej skórze - z osobą
niezdolną do budowania relacji, do troski o drugą osobę, do miłości
Rozmawiałem z jej byłym facetem z którym była 3 lata (znajomy
znajomego) - powiedział mi że ich związek rozpadł się z tego samego
powodu - on dbał i troszczył się - ona brała to jako jego obowiązek.
Jak zaczął się dopominać o swoje prawa - zostawiła go)
Rozmawiałem z jej matką - też mi to powiedziała, że jej córka
zostawiała facetów jak się jej znudzą, że potrafiła 2 letnią
znajomość zakończyć w ciągu pół godziny, bez żalu i sentymentu -
zostawiała i za miesiąc była z kimś innym. Powiedziała mi że ona
jest niezdolna do głębszych uczuć, że wszystkie związki traktowała
powierzchownie, że nigdy nie widziała żeby dla kogoś cokolwiek
poświęciła - że jest egocentryczką, materialistką zapatrzoną w
siebie - jej własna matka mi to powiedziała!!!.
Teraz, jak już postanowiliśmy się rozstać, widzę że ona chyba do
końca w to nie wierzyła - była przekonana że za tydzień wrócę na
kolanach błagając o pogodzenie się. Ale nie, w mnie coś pękło i wiem
że pomimo tego że ją kocham, mogę żyć bez niej. A teraz jej zaczęło
chyba zależeć - chodzi koło mnie, pyta czy nie jestem głodny (po raz
pierwszy od 3 lat), czy pójdziemy na zakupy, co chcę robić wieczorem
A ja jestem obojętny - nie udaje, nie gram - po prostu mi siadło
A moje pytanie jest takie: czy myślicie że istnieje ułamek szansy na
to że ona może się chcieć zmienić? Czy jest w stanie zanegować
siebie, poddać się terapii z psychoanalitykiem - nauczyć się kochać
i dbać o drugą osobę, budować rodzinę? Że jak w końcu zrozumiała że
może stracić rodzinę, to coś w tej skorupie pękło i chce się zmienić?
Czy te jej zachody są po to żeby mieć stabilizację i jelenia do
zajmowania się domem i dzieckiem?
Pytam, bo nie chcę niszczyć rodziny i zostawiać ukochane dziecko,
ale nie chcę też dalej tkwić w związku w którym jestem głęboko
nieszczęśliwy.
Przepraszam za tak długi list
pozdrawiam
smutny misiek