Stoję w kolejce do piguły żeby mi wypisała receptę-Lamitrin, Cloranxen i lek
dla dziecka na mojej recepcie(wcześniej przepisywany-ciągłość).Problemu z nim
nie było. Problem był z Cloranxenem. Baba na cały ryj pyta:" A to nasenny na
nerwicę czy antydepresyjny? Bo nie wiem jak pisać." Ja pindolę. Cała recepcja
chorych, a ta mi mordę drze. Zapisała, poszłam do apteki. Pan mi mówi, że
Cloranxen musi być na osobnej recepcie bo to lek silnie nasenny. On mi
powiedział to cicho bez zwracania uwagi reszty otoczenia na moją postać. Myk
do piguły. Pani Piguła: " No przecież mówiłam, że to nasenny na depresję! Musi
być na osobnej recepcie!". Stanowczym tonem powiedziałam, że owszem nie
wiedziałam, że taki lek musi widnieć osobno, ale jest to RÓWNIEŻ lek
p.drgawkowy (padaczka). Stuliła ogon i zamknęła się.
Baba jest nowa, resztę ekipy znam i nigdy żadna z nich nie podzieliła się
swoimi spostrzeżeniami w taki sposób żeby cała przychodnia słyszała jakie leki
biorę i co mi w związku z tym dolega. Pytają się ewentualnie trzymając kartę
czy ten lek to na tą samą chorobę-nie znają zastosowań wszystkich dostępnych
na rynku leków.
Dodam, że aby wypisać receptę pielęgniarka wyjmuje kartę pacjenta i spogląda
czy jest to przedłużenie zażywania leku. W innym wypadku trzeba się umawiać do
lekarza. W tej kwestii problemu nie było, wszystko pisze jak na tacy w karcie.
Nienawidzę chodzić po recepty, do apteki. Już i tak dobija mnie to, że Pan w
aptece wie jakie leki biorę.
Małe miasto. Co ludzie słyszeli to ich.