jakoś tak się czuję. Balansuję i sama nie wiem, po której stronie wyląduję. Na
dodatek trzy osoby obarczyły mnie swoimi problemami. Dzwonią, mówią, oczekują
wsparcia, opinii. Kurcze, nie czuję się na siłach wygłaszać swoich poglądów,
które mają istotny wpływ na dalsze postępowanie dwóch z nich. Samo słuchanie
nie wystarcza. Już mi się nie chce odbierać komórki. Wtedy napastują mojego
męża pytając, czemu nie odbieram, nie odpisuję na smsy.
Nie mogę powiedzieć "daj mi spokój" bo to rodzina. Sama nie mogę się do nich
zwrócić z prośbą o rewanż, bo nie mają pojęcia o chadzie.
Niby nie biorę sobie do łba ich problemów, dystansuję się, ale i tak krążą mi
one pod czaszką.
Na dodatek wyskoczył mi dodatkowy problem, który podciągnie za sobą sporo kasy.
Na dodatek centralnie mam w nalane na studia. Próbuję się wziąć za pisanie
pracy, jakieś tam zaliczeniowe prace również. Nie czuję nic myśląc o studiach.
Zero emocji, strachu, że czegoś nie pozaliczam-nigdy nie miałam poprawki.
Normalnie mi to zwisa. A to nie jest normalne u mnie. Niedobrze mi się robi na
samą myśl o zajęciach.
Zjeżdżam w dół, czy jak?