36.a
28.10.11, 21:18
boli.
pokłóciłam się z kolegą z pracy. ostrrrro było. moje łzy, na szczęście ich nie widzi.
naście lat ode mnie młodszy, cham. bolą strasznie słowa "ZA CO CI PŁACĄ?" - gdy w odwecie na jego chamstwo olałam jakąś tam jego prośbę. "TY ŻYJESZ?!" "NO, GRATULUJĘ"
kurwa mać
czemu toleruję że potrafi na zmianie być pijany?
że zerowy z nim kontakt?
że się spóźnia?
czemu tolerowane są uchybienia (poważne) mężczyzn?*
mam jakieś niejasne wrażenie, że za podobne jak u 4 panów w pracy uchybienia (pracują znacznie gorzej niż 4 kobiety w tym ja) dawno bym wyleciała z hukiem...
jego pusty śmiech, jego spoznienia, od których z wściekłości bolał mnie żołądek (można porządnie sie wkurwić, gdy ktoś zamiast o 4:00 a.m. wesolutko przychodzi o 5:20)
boli mnie jak diabli, ze za kiepską jakosciowo pracę panowie ci otrzymują taką samą wypłatę, moze i wiekszą (te wartości nigdzie nie są jawne, to zrozumiałe)
straszliwie boli bezradność, bo jesli zacznę się awanturować, zaszkodzę sobie, nie im
robić swoje mimo wszystko? chyba nic innego mi nie pozostało
musiałam się wyżalić.
* feministką być muszę, nie ma na to rady... płaczliwą, ale jednak