isma
16.01.10, 12:16
Troche o dobrych ludziach i wychowaniu z Panem Bogiem.
Przeczytajcie koniecznie, na razie fragment:
– Jak to się zaczęło?
– Już wtedy, w 1987 r., wiedziałam, że nie mogę mieć dzieci. Moja mama
przyjechała z wczasów i powiedziała: „Słuchaj, jest dziewczynka, którą
mogłabyś wziąć”. I ja pojechałam po tę dziewczynkę, przywiozłam ją do domu.
Ludzie adoptują całymi latami, a ja w ciągu trzech miesięcy, nawet niepełnych,
załatwiłam wszystkie formalności.
– Janek, drugie adoptowane przez Panią dziecko, pojawił się w rok później…
– Tak. Zmarła moja sąsiadka, którą się z moją siostrą opiekowałam.
Mieszkałyśmy z nią drzwi w drzwi, przyjaźniłyśmy się. Tuż przed jej śmiercią,
kiedy byłam u niej w szpitalu, poprosiła mnie: „Słuchaj, zwróć uwagę na
Janka”. Ja mówię: „Dobrze, możesz na mnie liczyć”. Ona następnego dnia umarła.
Czułam się w obowiązku zaopiekować się nim.
Odezwała się wtedy rodzina ojca, którego Janek nigdy nie znał. Myślałam z
Krzysiem, moim mężem, że ci ludzie zainteresują się chłopcem i wezmą go do
siebie. Na sprawie okazało się, że oni go wcale nie chcą, bo on nie spełnia
ich oczekiwań. Oni są jeszcze młodzi i jeszcze będą mieli własne dzieci. Ja
tak stałam na tej sprawie z sąsiadką i słuchałam, i w pewnym momencie ona mówi
do mnie: „Oni do domu dziecka go wezmą”. Wtedy podjęłam decyzję, że weźmiemy
Janka do siebie.
Cały dzień męża nie było, był w pracy. Czekałam, kiedy on z niej przyjdzie.
Zrobiłam nawet gołąbki, jego ulubione…
– Żeby go przekonać?
– Nie, nie żeby przekonać. Martwiłam się tym, że podjęłam decyzję bez niego.
Żyliśmy, i tak żyjemy już 20 parę lat, że podejmujemy wspólne decyzje,
tymczasem… Jak on zjadł ten obiad, usiadł, ja mówię: „Wiesz co, Krzysiu, mamy
dwoje dzieci. – On na to: Tak, a skąd? – Janka wzięłam. – A, to bardzo
dobrze”. I tak się skończyła ta nasza rozmowa. Od tego dnia Janek został u nas.
– Miała Pani bardzo trudne życie. Nie bała się Pani, podejmując tę decyzję o
przyjęciu dwojga nie swoich dzieci, że jest to ciężar nie do udźwignięcia?
– Jak nie swoich? To nie jest tak, jak Pani mówi. To nie jest tak…
– Czy nie było takich momentów, w których się Pani zastanawiała, że może nie
da rady, nie podoła?
– Nigdy tak o tym nie myślałam. Natomiast myślałam o jednej rzeczy. Myślałam
tak, że jak będę miała coś do spełnienia, to przecież Bóg mi nie pozwoli
odejść – a przecież kilka lat wcześniej lekarze prawie wydali na mnie wyrok.
Stwierdzono wtedy u mnie raka.
Wiedziałam, że mam do załatwienia sprawę z Jankiem. Ale to nie było dla mnie
jakieś tam oszukiwanie Boga – proszę mnie tak nie rozumieć. Uważałam, że przed
sobą mam coś do spełnienia, to muszę to zrobić. Przestanę myśleć o tym, co
mnie ma się stać, co ze mną będzie. Bo były początki, że ja nocami nie spałam,
w nocy paliłam lampkę, bo myślałam: acha, dzisiaj w nocy umrę. I, żeby nie
zwariować, to trzeba siebie ratować w jakiś sposób, zająć się czymś.
prasa.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1261167193&dzi=1163510408&katg=