Dodaj do ulubionych

Kościół a kobiety cz. 1

28.04.10, 21:01
Bardzo często ostatnimi laty poruszana jest kwestia pozycji kobiet w Kościele.
Zarówno jeżeli chodzi o miejsce kobiet w strukturach Kościoła jak też o roli
jaką kobiety powinny spełniać według nauczania Kościoła. No i oczywiście
niezwykle gorącym tematem jest także fakt że to nikt inny jak właśnie Kościół
sprowadza rolę kobiety jedynie do rodzenia dzieci.
Jakiś czas temu zacząłem zastanawiać się nad napisaniem postu dotyczącego
pozycji kobiety i jej postrzegania w historii Kościoła a zwłaszcza w
początkach historii Kościoła. W poszukiwaniu źródeł znalazłem w książce prof.
Ewy Wipszyckiej "Kościół w świecie późnego antyku" bardzo ciekawy rozdział
poświęcony temu zagadnieniu. W związku z powyższym zrezygnowałem z
samodzielnego pisania na rzecz przedstawienia rozdziału z powyższej książki.
Za takim rozwiązaniem przemawia także najbardziej chyba istotny fakt iż
autorka jest kobietą więc chyba trudno posądzić ją o stronniczość, a poza tym
wybitnym historykiem.
Artykuł jest dość długi więc pewnie trzeba będzie kilka postów jemu poświęcić,
ale naprawdę warto zapoznać się z nim.

"Wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w
Chrystusa. Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka
wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście czymś
jednym w Chrystusie Jezusie" - S. Paweł w "Liście do Galatów" 3,27-28
"W boleściach i w trwodze rodzisz, kobieto, ku twojemu mężowi masz spoglądać,
i on panuje nad tobą - czy ty nie wiesz, że jesteś Ewą? Trwa wyrok Boga nad
twą płcią w tym świecie: nieuniknione jest, by przestępstwo też trwało. Jesteś
drzwiami diabła; jesteś tą, która złamała prawo słynnego drzewa; to ty
namówiłaś tego, do którego diabeł nie znalazł dostępu; ty człowieka, podobiznę
Boga, tak łatwo wypędziłaś; z twojej to zasługi, to jest śmierci, również Syn
Boży musiał umrzeć" - Tertulian, "O klejnocie kobiet, 1,1-2.

Bezwzględna równość w Chrystusie i pozycja oskarżonej o największą zbrodnię
ludzkości - między tymi skrajnościami mieszczą się rozliczne, często sprzeczne
i niezbyt spójne poglądy starożytnych chrześcijan na kobietę, które w naszych
czasach budzą zdumiewająco wiele emocji, o wiele więcej, niż by to wynikało z
ich historycznego charakteru. Chrześcijaństwo starożytne często bywa dziś
oskarżane o wrogą postawę wobec kobiet; czynią to zwłaszcza zwolenniczki ruchu
feministycznego, ale nie tylko one. Oczywiście przeszłość sama w sobie nie
prowokowałaby tylu kontrowersji, gdyby nie to, że sądy o kobiecie sformułowane
przed wiekami przetrwały i wciąż pozostają podstawą nauki wszystkich odmian
chrześcijaństwa, spory więc tyczą się dnia dzisiejszego, a nie starożytności.
Ten dzień dzisiejszy nie będzie stanowić przedmiotu moich rozważań; nie mam
zamiaru zastanawiać się, czy Kościół katolicki lub inne Kościoły są kobietom
wrogie czy życzliwe (jeśli można wyrazić się w tak uproszczony sposób) -
wiedza, którą posiadam jako starożytniczka, nie uprawnia mnie do tego. Nie
będę też zajmować się użytkiem, jaki czyni się dzisiaj z dotyczących tej
kwestii tekstów powstałych u progu dziejów Kościoła.

W znajdujących się w NT listach apostoła Pawła kilka ustępów w sposób
szczególny zajmuje się kobietami, ich miejscem w rodzinie i w gminach
wyznawców Chrystusa. Warto zacząć od ich przypomnienia:

"Żony, bądźcie poddane mężom, jak przystało w Panu. Mężowie, miłujcie żony i
nie bądźcie dla nich przykrymi! Dzieci, bądźcie posłuszne rodzicom we
wszystkim, bo to jest miłe w Panu" - Kol 3,18-20.
"Żony niechaj będą poddane swym mężom jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak i
Chrystus - Głową Kościoła: On Zbawca Ciała. Lecz jak Kościół poddany jest
Chrystusowi, tak o żony mężom - we wszystkim. Mężowie, miłujcie żony, bo i
Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić (..)
Mężowie powinni miłować swoje żony tak jak własne ciało. Kto miłuje swoją
żonę, siebie samego miłuje" - Ef 5,22 - 28.
"Bóg bowiem nie jest Bogiem zamieszania, lecz pokoju. Tak jak to jest we
wszystkich zgromadzeniach świętych, kobiety mają na tych zgromadzeniach
milczeć; nie dozwala im się bowiem mówić, lecz mają być poddane, jak to Prawo
nakazuje. A jeśli się pragną czegoś nauczyć, nie zapytają w domu swoich
mężów!" - 1 Kor 14,33 - 35.
"Chcę więc, by mężczyźni modlili się na każdym miejscu, podnosząc ręce czyste,
bez gniewu i sporu. Podobnie kobiety - w skromnie zdobnym odzieniu, niech się
przyozdabiają ze wstydliwością i umiarem, nie przesadnie zaplatanymi włosami
albo zlotem i perłami, albo kosztownym strojem, lecz przez dobre uczynki, co
przystoi kobietom, które się przyznają do pobożności.
Kobieta niechaj się uczy w cichości z całym poddaniem się. Nauczać zaś
kobiecie nie pozwalam ani tez przewodzić nad mężem, lecz chcę, by trwała w
cichości. Albowiem Adam został pierwszy ukształtowany, potem - Ewa. I nie Adam
został zwiedziony, lecz zwiedziona kobieta popadła w przestępstwo. Zbawiona
zaś zostanie przez rodzenie dzieci; będą zbawione wszystkie, jeśli wytrwają w
wierze i miłości, i uświęceniu - z umiarem" - 1 Tm 2,8 - 15.
"... starsze kobiety winny być w zewnętrznym ułożeniu jak najskromniejesz,
winny unikać plotek i oszczerstw, nie upijać się winem, a uczyć innych
dobrego. Niech pouczają młode kobiety, jak mają kochać mężów, dzieci, jak mają
być rozumne, czyste, gospodarne, dobre, poddane swym mężom..." Tt 2, 3 -5.

Dwudziestowieczni bibliści są zdania, że nie wszystkie listy przypisane przez
tradycję Pawłowi wyszły spod jego pióra. Część powstała w kręgu jego uczniów
(niektóre, być może, nawet w kręgu uczniów jego uczniów, a więc już na progu
II w.). Autorzy kryjący się za postacią apostoła, przypisując mu własne
teksty, pragnęli w ten sposób nadać im większą rangę, przysporzyć autorytetu.
Najprawdopodobniej wykorzystali oni autentyczne listy i bileciki Pawła, do
których wprowadzali swoje wywody (proceder wcale pospolity w dziejach
piśmiennictwa chrześcijańskiego). Oddzielenie listów "Pawłowych" od listów
"nie-Pawłowych" jest dla naszych rozważań bardzo istotne: w drugiej połowie I
w. bardzo wiele się w gminach chrześcijańskich zmieniało, przemiany, jak
zobaczymy, tyczyły się także miejsca, jakie w Kościele winny zajmować kobiety.

Istnieje we współczesnej biblistyce zgoda, a by w tej późniejszej epoce
umiejscawiać powstanie tzw. Listów Pasterskich: dwóch do Tymoteusza i jednego
do Tytusa. Więcej oporów wywołuje podobny zabieg w stosunku do listów do
Efezjan i do Kolosan, zdania specjalistów są tu wyraźnie podzielone. Osobną
kwestią jest autorstwo cytowanego przeze mnie ustępu z pierwszego listu do
Koryntian; nieco dalej zobaczymy, skąd się biorą wątpliwości na jego temat.
Wszelkie rozważania na temat autorstwa listów tworzących korpus Pawłowy mają
jednak znaczenie tylko z naszej, historycznej perspektywy. Dla chrześcijan
starożytnych, powołujących się na zalecenia zawarte w tych tekstach, problem w
ogóle nie istniał, wszystkie listy traktowano jako utwory napisane przez apostoła.

Zacytowane przeze mnie teksty odbierane są dziś jako wrogie kobietom, i to
zarówno przez zwolenników (czy zwolenniczki) równości kobiet, jak i przez jej
przeciwników (ci cytują owe teksty z satysfakcją). Kontrast z tym, do czego
przyzwyczaiła nas europejska tradycja XXw., jest uderzający.

Przez niemal dwa tysiące lat sytuacja kobiety w głęboko przekształconym
świecie uległa wyjątkowo daleko sięgającym zmianom. Na ogół nie zdajemy sobie
z tego sprawy, pozostając raczej pod wrażeniem dziedzictwa przeszłości
(codzienna nieufność do umiejętności kobiet, ich upośledzenie w sferze kariery
zawodowej i szerzej, w sferze materialnej, wreszcie złośliwości duże i małe).
Obserwuj wątek
    • andrzej585858 Re: Kościół a kobiety cz. 2 28.04.10, 21:03
      Jednak wszystkie owe zjawiska nie sa w stanie przesłonić podstawowego faktu:
      normą "cywilizowanego" świata stało się dążenie do traktowania kobiet na równi z
      mężczyznami. Z tej właśnie racji wszelkie wypowiedzi na temat kobiet powstałe w
      nieco odleglejszej przeszłości (bynajmniej nie tylko chrześcijańskie) są w
      naszym odczuciu nacechowane wrogością do kobiet.
      Nowa sytuacja kobiet jest efektem wielu zasadniczych zmian w podstawowych
      sprawach naszego bytowania, nie tylko zasługą ruchu na rzecz kobiet,
      organizowanego przez przedstawicielki społecznej elity. O wiele ważniejsze od
      wszelkich demonstracji były nowe warunki codziennego życia (nie trzeba nosić
      wody, palić w piecach, piec chleba, biegać nad strumień z praniem, szyć odzieży
      w ręku itd.) i potrzeby przemysłu, który nie mógłby obejść się bez pracy kobiet.
      Nowa medycyna, wydatnie zmniejszająca śmiertelność niemowląt, usunęła społeczną
      potrzebę mnogich ciąż, wypełniających wraz z pielęgnacją dzieci życie kobiet w
      poprzednich wiekach. Głęboko przekształciły kobiecą psychikę ulepszające się
      techniki zapobiegania ciąży. Jednakowe dla kobiet i mężczyzn wykształcenie i
      otwarte perspektywy karier rozmaitego typu wyrwały kobietę ze stanu półdziecka,
      nie przygotowanego do samodzielnego poruszania się w świecie, nie interesującego
      się tym światem, zamkniętego w ciasnym kręgu spraw domowych.

      Wszystkie te zmiany powodują, że nasze osobiste doświadczenia nie ułatwiają nam
      zrozumienia świata kobiet w przeszłości i ich ówczesnego sposobu myślenia.
      Postawę Pawła i ludzi Kościoła następnych pokoleń zestawiać bowiem trzeba nie z
      tym, co nam wydaje się godziwą normą dziś, ale z norma tamtych czasów.

      Żydowskie społeczności stulecia, w ktorym rodziło się chrześcijaństwon były
      ciągle społecznościami o wyraźnie patriarchalnym modelu rodziny, w ktorej
      kobieta miała niewiele do powiedzenia. Ściany domowstwa stanowiły granice jej
      działania, tylko wielkie damy z rodziny panującej i kobiety z ludu wykraczały
      poza to zamknięcie. Kobieta, wychodząc na ulicę, zakrywała twarz zasłoną, rzadko
      miała okazję do rozmów z obcymi mężczyznami. Interesy kobiety-żony były źle
      chronione: mężczyzna mógł łatwo rozwiązać małżeństwo, przesyłając małżonce list
      rozwodowy, nawet z racji niemiłego charakteru, kobieta zaś mogła uzyskać rozwód
      tylko w przypadkach wyjątkowych. Jej świadectwo w trybunale było pozbawione
      wartości, dokładnie tak jak świadectwo dziecka.
      Względy kulturowe zmuszały kobietę do ścisłej separacji, która mogła trwać
      długo. Menstruacje, krwawienia pozamenstruacyjne, porody, kontakt z rodzącą
      (choćby w przypadku położnych) czyniły z niej istotę rytualnie nieczystą, która
      mogła skalać innych (położnica była dotknięta znazą przez czterdzieści dni po
      urodzeniu syna, osiemdziesiąt po urodzeniu córki). Czynny udzial kobiet w życiu
      religijnym był wielce ograniczony. Nie oczekiwano od nich okresowej pielgrzymki
      do Jerozolimy, nie należała do ich obowiązków nawet codzienna recytacja wyznania
      wiary: "Słuchaj Izraelu, Pan jest naszym Bogiem - Panem jedynym. Będziesz
      miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze
      wszystkich swoich sił". Nie były zobowiązane do udziału w modlitwach
      odbywających się w synagodze, a jeśli były tam obecne (w osobnym miejscu
      oddzielonym od reszty), nie liczyły się do kworum niezbędnego, aby móc odbyć
      publiczną modlitwę. Nie uczestniczyły w studium Tory (co nie oznacza, że było im
      ono zakazane, znamy przypadki Żydówek, które rozczytywały się w świętej księdze,
      lecz były to wyjątki potwierdzające regułę).
      W kulcie sprawowanym w ramach życia rodzinnego do nich należało zapalenie lamp i
      pieczenie chleba na sabat, one obmywały zmarłych i wznosiły nad nimi lament, ale
      modlitwy były już sprawą męską.

      Na tle żydowskich obyczajów i żydowskiej mentalności zawarte w Liście do Galatów
      wołanie Pawła o równość wszystkich ludzi w Chrystusie brzmiało więc doprawdy
      rewolucyjnie.

      W świcie pogańskim sytuacja kobiety była relatywnie lepsza, osłona prawna
      skuteczniejsza, większa tez swoboda poruszania się i udziału w życiu zbiorowym.
      Więcej też było miejsca dla kobiet w kulcie: nie tylko istniały kulty
      specyficznie kobiece, w których sprawować funkcje kapłańskie i uczestniczyć w
      obrzędach mogły wyłącznie kobiety, ale i w wielu innych kultach odgrywały one
      czynną rolę. Jednak pogańskie społeczności czasów cesarstwa rzymskiego były
      dalekie od traktowania kobiet jako istot wyposażonych w zdolności równe z
      mężczyznami; odnosiło się to do przedstawicielek tej płci na wszystkich
      szczeblach hierarchii społecznej.
      Tak więc kobiety, do których trafiało posłanie biblijne, nie miały powodów, by
      odbierać słowa o podległości wobec mężów jako krzywdzące je. Znacznie dla nich
      wazniejsze było zdanie z Listu do Galatów, od którego zaczęłam ten esej.

      Jeśli uważnie przeczytamy pozostałe teksty z korpusu Pawłowego, dojdziemy do
      wniosku, że przesłanie o równości w wierze zostało wśród kobiet przyjęte z
      entuzjazmem. Nowy Testament dostarcza dowodów, że w pierwszym pokoleniu
      chrześcijan kobiety potrafiły odgrywać większą rolę niż ta, którą im przyznają
      przywódcy Kościoła późniejszych czasów. W Dziejach Apostolskich Piotr,
      przemawiając do Żydów po Zesłaniu Ducha Świętego, mówił: "Spełnia się
      przepowiednia proroka Joela: W ostatnich dniach - mówi Bóg - wyleję Ducha mojego
      na wszelkie ciało, i będą prorokowali synowie wasi i córki wasze". -Dz 2,17-18.
      Paweł w czasie pobytu w Cezarei przebywał w domu Filipa, jednego z Siedmiu,
      który miał cztery córki prorokinie - Dz 21,9.
      Także w gminie korynckiej prorokowali nie tylko mężczyźni, ale i kobiety. W I
      Liście do Koryntian Paweł pisał: "Każdy mężczyzna, modląc się lub prorokując z
      nakrytą głową, hańbi swoją głowę. Każda zaś kobieta, modląc się i prorokując z
      odkrytą głową, hańbi swoją głowę; wygląda bowiem tak, jakby była ogolona (...)
      Mężczyzna zaś nie powinien nakrywać głowy, bo jest obrazem i chwałą Boga, a
      kobieta jest chwałą mężczyzny. To nie mężczyzna powstał z kobiety, lecz kobieta
      z mężczyzny" 11,4-9). Z tekstem tym, deklarującym podległość kobiet w stosunku
      do mężczyzn, lecz traktującym fakt prorokowania przez kobiety jako coś
      oczywistego, jest w wyraźnej sprzeczności cytowane wyżej zdanie z tego samego
      listu, ostro zakazujące kobietom mówienia na zgromadzeniach.

      Z niekonsekwencji występujących w NT zdawał sobie sprawę wielki egzegeta
      biblijny starożytności, Orygenes, który musiał także wyjaśnić, jak pogodzić
      Pawłowy zakaz nauczania przez kobiety ze znanymi ze ST przypadkami kobiet
      prorokiń. Orygenes usuwał sprzeczność zakładając, że przypadki te dotyczyły
      sytuacji poza zgromadzeniem - kobiety głosiły wprawdzie słowo Boże, ale czyniły
      to prywatnie. Jego hipoteza, wynikająca z pragnienia usunięcia sprzeczności z
      Biblii za wszelką cenę, wcale nam nie pomoże w rozwiązaniu trudności
      nastręczających się przy interpretacji I Listu do Koryntian. Paweł bowiem mówi
      wprost, że głoszone przez niego reguły tycza się zachowania na zgromadzeniach.
      Nikt zresztą nie oczekiwał od kobiety, by w murach własnego domu chodziła z
      zakrytą głową.
      Nowoczesne badania nad NT, wskazujące na to, że korpus Pawłowy powstawał
      stopniowo, otwierają przed historykami chrześcijaństwa możliwość rozwiązania
      sprzeczności między dyskutowanymi tutaj fragmentami I Listu do Koryntian przez
      przypisanie ich do dwóch faz jego redakcji. Zdanie zawarte w ustępie 14,33-35,
      głoszące poglądy zgodne z poglądami wyrażonymi w nie-Pawłowym Liście do
      Tymoteusza, wygląda na późniejszą interpolacją. W każdym razie łatwiej jest
      usunąć z listu Pawłowego ów krótki ustęp niż cały długi passus (11, 2-16) o
      obowiązku nakrywania głowy przez kobiety (i odpowiednio zakazu takiego
      postępowania dla mężczyzn), zawarte w tym drugim treści są zgodne z
      twierdzeniami występującymi w innych listach, na pewno napisanych przez apostoła.
      • andrzej585858 Re: Kościół a kobiety cz. 3 29.04.10, 21:46
        Nic nie wskazuje na to, by prorokujące kobiety pierwszego pokolenia chrześcijan
        podważały zasadność sądu o niższości swej płci; uznanie tej niższości wcale im
        jednak nie przeszkadzało w publicznym głoszeniu tego, co w ich przekonaniu
        wkładał w ich usta Duch Święty.

        Aktywna rola kobiet pouczających mężczyzn, wychodzących z cienia, w jakim
        umieszczała je mentalność starożytna, była nie do przyjęcia w następnych
        pokoleniach, kiedy to przewodzenie w Kościele przypadało w coraz wiekszym
        stopniu ludziom pozbawionym daru charyzmatycznego, wybranym spośród wiernych z
        racji pobożności, uczciwego i uregulowanego trybu życia, umiejętnośc
        administrowania sprawami wspólnoty. Prorokujący członkowie gmin spotykali się z
        coraz większą podejrzliwością, a choć bynajmniej nie zniknęli z Kościoła, to
        trudniej im było zyskać wiarę. Prorokujące kobiety o wiele łatwiej wzbudzały
        negatywną reakcję niż prorokujący mężczyźni - już sam fakt, że są kobietami,
        nastrajał krytycznie do tego, co mówiły, i co czyniły. Łatwiej więc było je
        zwalczać niż charyzmatyków mężczyzn.

        Rosnąca nieufność wobec charyzmatyków znajduje wyraz w Listach Pasterskich, ich
        autor ze szczególną irytacją reaguje na kobiece pretensje do aktywnej roli w
        gminach.

        Wydaje się, że podczas gdy z Wielkiego Kościoła aspiracje do zabierania głosu na
        zgromadzeniach zostały, jeśli nie wyeliminowane, to bardzo ograniczone, były one
        żywe w środowiskach działających na jego obrzeżach lub też całkowicie poza nim,
        a także w nurtach religijnych inspirowanych, przynajmniej w części, przez
        chrześcijaństwo.

        Wśród gnostyków kobiety mogły być uznane za godne otrzymania tajemnego
        objawienia, literatura gnostycka przypisywała taką rolę na przykład Marii
        Magdalenie. Szymonowi Magowi towarzyszyła kobieta imieniem Helena. Marcjon
        wysłał do Rzymu pewną kobietę, która miała przygotować niewiasty na przyjęcie
        jego doktryny. Dopuszczał on udzielanie chrztu przez kobiety, a także
        sprawowanie przez nich funkcji kapłańskich. Naukę Harpokratesa w Rzymie szerzyła
        pewna Marcellina. Apelles, uczeń Marcjona i założyciel odrębnej sekty
        gnostyckiej, uległ wpływowi dziewiczej prorokini Filomeny.

        Kobiety były filarem sekty montanistów, zrodzonej we Frygii w połowie II w. Obok
        Montanusa Pryscylla, Maksymilla i Kwintylla przepowiadały koniec czasów i
        bliskie królestwo niebieskie, nawołując do wstrzemięźliwości. Na 19
        montanistycznych proroctw, które do nas dotarły, siedem pochodzi od tych kobiet.
        Pryscylla miała twierdzić, iż objawił się jej Chrystus pod postacią kobiety
        odzianej we wspaniałą szatę, napełnił ją Mądrością i oświadczył, że Jeruzalem
        niebiańskie zejdzie z niebios w Pepuzie, mieście frygijskim. Po śmierci
        Montanusa kierownictwo ruchu przypadło Maksymilli. Euzebiusz cytuje jej słowa:
        "Jestem odepchnięta daleko od owiec jak wilk. Nie jestem wilkiem. Jestem Słowem,
        Duchem, Potęgą". Epifaniusz z Salaminy na Cyprze, autor dzieła zwalczającego
        rozmaite herezje, który dla celów polemicznych musiał je opisywać, twierdził, że
        pewne kobiety montanistki były, na podstawie słów Pawła z Listu dop Galatów,
        wyświęcane na kapłanów i biskupów.

        Z pism Tertuliana dowiadujemy się o istnieniu w Kartaginie kobiet, których
        aspiracje sięgają obszaru działania zakazanego dla ich płci. W traktacie
        Preskrypcja przeciw heretykom, charakteryzując zachowanie heretyków (heretyków w
        ogóle, a nie członków konkretnej sekty), pisał: "A jak bezczelne są ich kobiety!
        Ośmielają się nauczać, prowadzić dyskusje, egzorcyzmować, obiecywać zdrowie,
        zapewne i chrzcić..."

        Nawróciwszy się na montanizm, Tertulian powoływał się na proroctwa Pryscylli,
        ale nie przeszkadzało mu to w atakowaniu kobiet za ich pretensje do udzielania
        chrztu, nauczania, składania ofiary, egzorcyzmowania.

        W następnych wiekach sytuacja będzie się powtarzała, kobiety będą zyskiwały na
        znaczeniu w nurtach o charakterze profetycznym, usuwanych poza Wielki Kościół,
        lub rodzących się poza nim. Ale i w gminach należących do niego możemy
        obserwować (choć rzadziej niż wśród heretyków) zjawiska wskazujące na to, że nie
        wszystkie kobiety godziły się z ograniczeniami, jakie im narzucono. Szczególnie
        dotyczyło to ogromnie interesującego środowiska, jakie stanowiły wdowy.

        Wdowy nie tworzą dziś osobnej grupy w życiu społecznym ani osobnego problemu w
        życiu Kościoła, nie przywykliśmy więc do traktowania ich jako osobnej kategorii;
        uwaga, jaką poświęcają im chrześcijańscy autorzy starożytności, budzi nieco
        zdziwienia. W minionych wiekach (rzecz tyczy się nie tylko starożytności)
        istniał jednak problem wdów, i był to problem poważny z kilku powodów.

        Wdowy stanowiły kategorię kobiet wymagających ochrony. Najbiedniejsze z nich,
        zwłaszcza te, które nie miały bliskiej rodziny (bądź którymi rodzina nie chciała
        lub nie była w stanie się zająć), mogły być całkowicie pozbawione środków do
        życia. Szczegolnie dramatyczna była sytuacja kobiet mających małe dzieci i
        kobiet starych, schorowanych. Jednak nawet te, które posiadały jakieś zasoby,
        mogły znaleźć się w kłopotach: obrona interesów majątkowych (i innych) własnych
        lub dzieci czy też walka z naciskami rodziny przymuszającej do nie chcianego
        małżeństwa wymagały oparcia w kimś, komu można by zaufać i kto cieszyłby się
        społecznym autorytetem. Nawet jeśli wdowa należała do uprzywilejowanego grona
        tych, które urodziły troje dzieci, i miała wobec tego prawo występowania przed
        sądem bez opiekuna, w społeczeństwie rządzonym przez mężczyzn i źle traktujących
        kobiety z trudem uzyskiwała to, co jej sie prawnie należało. Mlode kobiety
        upierające się przy swym wdowieństwie narażały się ponadto na oskarżenie o chęć
        swobodnego poczynania sobie z zasadami moralnymi, podejrzewano bowiem, że szukać
        będą erotycznych satysfakcji z wyzwoleńcami, niewolnikami, ludźmi o niższym
        statusie społecznym.

        Gminy chrześcijanskie od swych narodzin uważały więc opiekę nad wdowami za swoje
        zadanie na równi z opieką nad sierotami i chorymi.

        Wdowy potrzebowały pomocy, ale jednocześnie niektóre z nich mogły podjąć
        działalność wewnątrz gmin, służąc im swoim czasem, wykształceniem, pieniędzmi,
        stosunkami. Ambicje wdów (oczywiście niektórych) były zrozumiałe: jesli miały
        dość sił i środków, gotowe były ofiarować je innym, byle mieć mozliwość
        osobistego dysponiowania tymi środkami, byle świadczyć te dobrodziejstwa
        publiczne... Ekonomiczny patronat nad gminami (w tym przypadku ze strony osob,
        ktore najczęściej same potrzebowały osłony od instytucji przez siebie
        protegowanej - paradoksalne, ale prawdziwe) mieścił się w najlepszych tradycjach
        działań elity, poczuwającej się do odpowiedzialności za losy współobywateli.

        Ewangelia znajdowała więc szczególnie gorące przyjęcie u wdów: i tych, ktore
        przymierały glodem, i tych, które mogły dawać wsparcie innym. Nieszczęścia
        osobiste wzmagały ich religijną wrażliwość i gorliwość. Służba Bogu i wspólnocie
        stawała się dla nich naczelnym celem życia, jego sensem.

        Wdowom poświęcony jest dłuższy akapit w I LIście do Tymoteusza, który stanowi
        niezwykle cenne świadectwo specyficznych trudności i specyficznej mentalnosci
        tej grupy:
        "MIej we czci te wdowy, ktore są rzeczywiście wdowami. Jeśli zas jaka wdowa ma
        dzieci albo wnuki, niechże się one uczą najpierw pieczołowitości względem
        własnej rodziny i odpłacania sie rodzicom wdzięcznością! Jest to bowiem rzeczą
        miłą w oczach Bożych. Ta zaś, która rzeczywiście jest wdową, jako osamotniona
        złożyła nadzieję w Bogu i trwa w zanoszeniu próśb i modlitw we dnie i w nocy,
        lecz ta, która żyje rozpustnie, za życia umarła. I to nakazuj, ażeby były
        nienaganne (...) Do spisu nalezy wciągać taką wdowę, która ma co najmniej
        sześćdziesiąt lat, była żoną jednego męża, ma za sobą świadectwo o dobrych
        czynach; że dzieci wychowała, że była gościnna, że obmyła nogi świętych, że
        zasmuconym przyszła z pomocą, że pilnie brała udział we wszelkim dobrym dziele.
        • andrzej585858 Re: Kościół a kobiety cz. 4 29.04.10, 21:47
          Młodszych zaś wdów nie dopuszczaj do służby Kościołowi! Odkąd bowiem znęciła je
          rozkosz przeciwna Chrystusowi, chcą wychodzić za mąż. Obciąża je wyrok
          potępienia, ponieważ złamały pierwsze zobowiązanie. Zarazem uczą się też
          bezczynności, krążąc po domach. I nie tylko są bezczynne, lecz i rozgadane,
          wścibskie, rozprawiające o rzeczach niepotrzebnych. Chcę zatem, żeby młodsze
          wychodziły za mąż, rodziły dzieci, były gospodyniami domu, żeby stronie
          przeciwnej nie dawały sposobności do rzucania potwarzy. Już bowiem niektóre
          zeszły z drogi prawej, idąc za szatanem. Jeśli któraś wierząca ma u siebie
          wdowy, niechże im przychodzi z pomocą, a niech nie obciąża Kościoła, by mógł
          przyjść z pomocą tym, które rzeczywiście są wdowami" 1 Tym 5,3 - 16.

          Autor Listu do Tymoteusza nie ma za wiele sympatii dla wdów, wyczuwa się u niego
          tę samą irytację, która przebijała z ustępu o kobietach zabierających głos na
          zgromadzeniach. Powtarza tradycyjbe sądy, mające niewiarygodnie długą
          (pogańską!) metrykę: wdowy są wścibskie, plotkarskie, niestałe w decyzjach. Z
          Listu jasno wynika, że w czasach, w ktorych powstał ten tekstm istniała już
          instytucja wdów par excellence, wdów znajdujących się na listach (po grecku
          cherai kanonikai, "wdowy kanoniczne"). Sa to kobiety, ktore złożyły
          przyrzeczenie pozostania we wdowim stanie oraz poswięcenia życia modlitwie i
          pracy na rzecz Kościoła. Autor Listu chcialby znacznie ograniczyć dostęp do tego
          prestiżowego grona, świadczy o tym sformulowana przez niego zasada, wedle której
          na listy nalezy wciągać tylko kobiety co najmniej sześćdziesięcioletnie - w
          tamtych czasach niewiele wdów mogło dożyć tego wieku.
          Hipolit (ok. 170-235) w 10 rozdziale swej Tradycji apostolskiej, stanowiącej
          zbiór reguł życia kościelnego, podaje interesujące informacje o wdowach:
          "Wdowy nie wyświęca się, lecz tylko mianuje jako taką (...) Mianowanie wdowy
          następuje przez samo slowne stwierdzenie tego faktu i włączenie jej do grona
          wdów. Nie wyświęca się jej dlatego, że nie sklada ona ofiary i nie pelni funkcji
          liturgicznych. Święcenia otrzymują tylko członkowie kleru, że wzgledu na swe
          posługi liturgiczne, gdy tymczasem obowiązkiem wdowy jest wyłącznie modlitwa,
          obowiązująca zresztą wszystkich".

          Takie tlumaczneie w sprawie oczywistej jest nieco dziwne, zdradza ambicje wdów
          do sprawowania owych zakazanych im funkcji liturgicznych. Biskupi musieli także
          stawić czoło naciskom majacym na celu rozszerzenie prestiżowego grona przez
          przyjmowanie do niego wdów mlodszych. Oczywiście wszystko to, co należało do
          zadań "wdów kanonicznych" moglo być udziałem wdów zwyklych: modlitwa,
          działalność charytatywna, posługa w stosunku do członków kleru. Różnica tkwiła w
          publicznym uznaniu zasług tych samotnych kobiet, w ostentacji, z jaką zajmowały
          swoje miejsce w gronie, w szacunku, jakim byly otoczone, w odmiennej pozycji w
          porównaniu z pozostałymi świeckimi.

          Nie sądzę, by Kościół odmawiał pomocy materialnej wdowom, które nie znalazły się
          na listach; byloby to głęboko sprzeczne z fundamentalnymi zasadami
          dobroczynności w gminach chrześcijańskich, dla ktorych pomoc potrzebującym była
          obowiązkiem podstawowym i świętym. Natomiast starał się na różne sposoby
          ograniczac dostęp do zaszczytnego grona, które w oczach wielu musiało w jakimś
          stopniu należeć do kleru.

          Obawa przed niedotrzymaniem przyrzeczenia, że pozostanie się we wdowim stanie,
          była uzasadniona w odniesieniu do wdów mlodych, a była to kategoria liczna.
          Wiele związków małżeńskich zawierano między kilkunastoletnimi dziewczętami a
          dojrzałymi mężczyznami, ktorzy umierali wcześniej niż ich żony ( o ile nie
          straciły życia przy porodzie, ale wówczas pan i władca brał następną, i różnica
          lat między małżonkami jeszcze rosła). Sprawowanie opieki nad tymi mlodocianymi
          wdowami musiało sprawiać Kościołowi szczególnie dużo kłopotów, a niecierpliwe
          stwierdzenia autora Listu do Tymoteusza: "chcę, żeby wychodziły za mąż, rodziły
          dzieci", i to ze strony człowieka głęboko przekonanego o tym, że dopuszczalne
          jest tylko jedno małżeństwo, wskazuje, jak wiele złych doświadczeń zdolano już
          nagromadzić się w tej materii.

          Uszczypliwe sądy na temat wdów, jakie zawiera List do Tymoteusza, zostały
          powtórzone w tekście o dobre sto lat późniejszym, w Didaskaliach, o którym to
          utworze była już mowa w jednym z poprzednich esejów. Jego autor poświęca im
          bardzo dużo miejsca - chciałoby się powiedzieć: nieproporcjonalnie dużo miejsca
          - wyraźnie wdowy sprawiały mu wiele kłopotów.

          Didaskalia obnizają wiek wdowy (wdowy "kanonicznej" do lat pięćdziesięciu, po
          przekroczeniu tej granicy można wciągać nazwiska kobiet na listę. Oczywiście
          wdowy mlodsze zaslugują na opiekę i pomoc, przede wszystkim po to, by ułatwić im
          pozostanie we wdowieństwie (chociaż autor zaraz dodaje, że drugi związek
          małżeński jest dopuszczalny, natomiast kobietę zawierającą następny określa bez
          żenady mianem dziwki). Biskup powinien zadbać o zaspokojenie materialnych
          potrzeb wdów biednych, w zamian za to będą się one modlić w intencji
          ofiarodawców. Wdowy winny być lagodne, spokojne, ciche, niekłotliwe, wolne od
          złości. Mają siedzieć w domu i modlić się dzień i noc. Na polecenie biskupa lub
          diakonów udają się do chorych kobiet, aby modlić się z nimi, taka wizyta winna
          być poprzedzona postem i włożeniem rąk na wdowę, która z kolei wklada ręce na
          chore kobiety.

          Niezmiernie barwnie wypada w Didaskaliach portret złej wdowy, niespokojnej,
          wpychającej sie do cudzych domów, plotkarskiej, chciwej na zarobek, nie
          cofającej się przed lichwą, opuszczającej nabożeństwa, niezdolnej do skupienia
          umysłu na modlitwie, którą przerywają myśli o rozmaitych przyziemnych sprawach.
          Cały ustęp zajmują rozważania o zazdrości, jaka zatruwa atmosferę wdowiego
          kręgu; ubogie kobiety, będące na utrzymaniu Kościoła, pilnie obserwują, co która
          z nich dostaje - wzajemnym złościom, pretensjom do biskupa nie ma końca.

          Autor Didaskaliów atakuje wdowy nie tylko z racji wad charakteru, postrzeganych
          w kategoriach właściwych antycznej moralistyce, surowo traktującej kobiety.
          Wdowy maj.a pretensje do odgrywania ważnej roli w życiu religijnym gminy, takiej
          roli, jaka nie mieści się w tradycji kościoła. Dowiadujemy się, że wdają się one
          w rozmowy o prawdach wiary zamiast odsyłać ludzi, ktorzy potrzebują pouczenia,
          do przelożonych. Jedyne dozwolone dla nich tematy to "niszczenie idoli i to, że
          istnieje tylko jeden Bóg". Biskup swoje stanowisko w tej sprawie uzasadnia tym,
          że nauki udzielane przez wdowy nie mogą być skuteczne, budzą drwiny wśród pogan;
          przypomina, że wdowy nie mają prawa nauczać (nie powołuje się na listy Pawłowe,
          ale na pewno ma je na myśli), powinny tylko modlić się do Boga. Jezus Chrystus,
          w którego otoczeniu były kobiety, nie im powierzył zadanie głoszenia prawd
          wiary, wysłał w tym celu apostołów - mężczyzn.

          W środowisku . w którym żyje autor Didaskaliów, wdowy przypisują sobie prawo do
          udzielania sakramentu chrztu (oczywiście w grę mogły wchodzić tylko przypadki
          specjalne, jak na przykład zagrożenie życia). Tymczasem wdowy nigdy nie powinny
          chrzcić; jest to niebezpieczne i dla tej, która udziela chrztu, i dla tego, kto
          został przez nią ochrzczony (nie dowiadujemy się dokładniej, na czym te
          niebezpieczeństwa polegały, a byłoby to ciekawe - czyżby autor sadził, że taki
          chrzest ma mniejszy walor?) Gdyby kobiety mogły chrzcić, nasz Pan zostałby
          ochrzczony przez swą Matkę, a przecież uczynił to św. Jam Chrzciciel..

          Krąg nagannych poczynań wdów jest, zauważmy, dosyć wąski. Nie roszczą one
          pretensji do nauczania na zgromadzeniach - w tekście nie ma o tym mowy -
          ograniczają się do głoszenia prawd wiary w zaciszu domowym. Ale i to zostaje
          kobietom zakazane z racji ich niskiej pozycji w społeczeństwie, a także braku
          religijnego rozeznania. Nie można się oprzeć wrażeniu, że biskup nieco wstydzi
          się wobec pogan tego, że kobiety są w jego gminie tak ważne.
          • andrzej585858 Re: Kościół a kobiety cz. 5 02.05.10, 13:38
            Pomoc wdów jest jednak wielce użyteczna: poza wizytacją chorych zapewne wykonują
            też rozmaite służebne czynności w gminie. Niebagatelną rolę w budżecie wspólnoty
            odgrywają środki, jakie do dyspozycji Kościoła mogą oddać wdowy zamożne. Ale
            powinny się one wyrzec prób podejmowania własnych inicjatyw, niech wykonują
            wyłącznie polecenia biskupa, diakonów, prezbiterów. Wszystko to, co będzie
            wynikiem ich własnych pomysłów, obróci się przeciwko nim, Bog nie uzna ich
            zasług (jest to ze strony autora pogróżka poważna, ma on bowiem nieco
            buchalteryjną wizję stosunku Boga do człowieka, o czy miałam okazję pisać).
            Wdowy znajdujące sie na liście "wdów kanonicznych" otrzymują część ofiar
            skladanych przez wiernych: "Diakon ma na cześć Chrystusa otrzymywać dwa razy
            tyle co wdowa, a biskup cztery razy tyle na cześć Boga Wszechmocnego. O ile ktoś
            zechce uhonorować także prezbiterów, niech im da - jak diakonom - podwójnie..."
            Jest to informacja niezmiernie istotna (niestety dla tej epoki unikatowa). Autor
            przy tym nie czyni rozróżnienia, jak to czynił poprzednio, na wdowy biedne i
            wdowy zamożne. Ów przydział (produktów? pieniędzy?) przysługuje kazdej wdowie,
            którą wciągnięto do rejestrów. Z pewnością kobiety bogate, dające Kościołowi o
            wiele więcej, niż otrzymywały, dbały o otrzymanie należnej im części, była ona
            bowiem widomym znakiem wyróżnienia, zaliczenia ich w poczet kleru (prawda, że na
            najnizszym poziomie, niczego więcej nie mogły się jednak spodziewać). Miałam już
            okazję w pierwszym eseju pisać o takim charakterze przydziałów dla wszystkich
            członków duchowienstwa. Nasuwa mi tu się porównanie z przydzialami zboża czy
            chleba w miastach cesarstwa rzymskiego. Niedawno odkryte papirusy pokazują, że
            przydziały zboża przysługiwały nie tylko biedakom żyjącym w samym Rzymie, lecz
            także obywatelom miast imperium. Jednak w przeciwieństwie do stolicy państwa w
            miastach prowincjonalnych obywatelstwo posiadała tylko wąska grupa elity - to
            jej członkowie dostawali przydziały zboża lub chleba. Wielokrotnie ci sami
            ludzie czynili na rzecz wlasnych miast dary o nieporównywalnie wyższej wartości.
            Tak więc figurowania na listach przydziałów było ważne ze wzgledu na prestiż, a
            nie na materialną potrzebę.
            Czytelnika Didaskaliów uderza w nich to, że wśród tak starannie opisanych trosk
            biskupa właściwie nie wspomina się o dziewicach, podczas gdy wdowy zajmują w
            jego dzialaniach duszpasterskich tyle miejsca. Utwór ten najwidoczniej pochodzi
            z czasów, w których dziewice nie stanowią jeszcze licznej, formalnej grupy o
            wyraźnie zarysowanych konturach i wyraźnej funkcji w życiu Kościoła, nie są więc
            też przedmiotem zainteresowania autora. Wysławianie dziewictwa jako wartości
            samej w sobie, stanu najlepszego dla chrześcijanek, rozwinie się na dobre
            dopiero w toku III w. Jeszcze Tertulian stawia wdowy wyżej od dziewic:
            "O szacunku, jaki Bóg okazuje dla stanu wdowiego, mamy właśnie wypowiedź Bożą,
            przekazaną nam przez proroka: <Sprawiedliwie obchodźcie się z wdowami i
            sierotami; przyjdźcie i toczcie ze mną spór > - mówi Pan. (...) Zauważ, że Bóg
            na równi ze sobą stawia dobroczyńców wdowy. Jak bardzo ceni On wdowę, skoro
            obrońca jej będzie toczył spór z Panem. Nawet dziewice nie zostały tak bardzo
            obdarowane. Chociaż całkowita ich nienaruszalność i pełna świętość mają
            obietnicę oglądania z bliska Boga, to jednak stan wdowi jest nieco trudniejszy,
            ponieważ jest łatwiej nie pożądać tego, czego się nie zna, i wzgardzić tym,
            czego się nigdy nie pragnęło. Zaszczytniejsza jest taka wstrzemięźliwość, która
            zna swoje prawo, która wie, co widziała" - Do żony I, 8.
            Uwagi Tertuliana są zdumiewająco trzeźwe, najlepiej tez pozwalają nam ocenić,
            jak ważne były wdowy w Kościele jego czasów.

            Wdowy, wszystkie wdowy, pozostały w Kościele następnych wieków grupą "specjalnej
            troski". Słyszymy o pomocy, jakiej im się udziela. Wiele mówi się o ich
            ochronie, zarówno Kościół, jak i cesarz traktują bardzo surowo tych, którzy
            porwą się na przedstawicielkę tej grupy. W 364 r. cesarz Jowian przewidywał karę
            śmierci nie tylko dla porywacza, ale i dla tego, kto pod pretekstem małżeństwa
            nakłonił wdowę do zgody na porwanie. Kościół nie miał tez pobłażania dla wdów
            zawierających powtórne małżeństwo, jeśli przedtem złożyły uroczyste
            przyrzeczenie pozostania w swym stanie.

            Nie wydaje się jednak, aby w późniejszych czasach przetrwały wśród wdów ambicje
            odgrywania aktywnej roli w zyciu gminy; rozwój ruchu ascetycznego, dającego
            pierwszeństwo dziewicom przed wdowami, a także rozwój klasztorów stworzyły dla
            kobiet pobożnych, a nie kontentujących się znanym im miejscem nowe pole działania.

            Obok wdów w Kościołach III w. istotna role odgrywały diakonissy, które wchodziły
            w skład kleru, ale nie pełniły funkcji sakramentalnych - inaczej niż diakon, od
            którego wywodziły swoją nazwę. Do ich zadań należało organizowanie działalności
            charytatywnej wśród kobiet biednych i zwłaszcza chorych. Nie zawsze biskup mógł
            posłużyć się w tym celu mężczyzną, kobieta była łatwiej przyjmowana.
            Najważniejsza funkcja diakonissy, w której trudno było ją zastąpić, polegała na
            pomocy w czasie chrztu dorosłych, którzy zstępowali do basenu chrzcielnego nago,
            a następnie byli przez biskupa z pomocą diakonów namaszczani. Obecność diakona
            mężczyzny w czasie chrztu kobiet była zatem wielce kłopotliwa. Diakonisa także
            pouczała nowo ochrzczone kobiety o podstawowych prawdach wiary (dlaczego ta
            postbaptyzmalna nauka była jej sprawą, a nie biskupa, nie jest dla nas jasne).
            Do niej mógł należeć nadzór nad kobiecą częścią kościoła, pilnowanie w niej
            porządku, ustawianie kobiet w odpowiedniej kolejności, karcenie nieposłusznych.

            W sprawie wieku diakonis Kościół kierował się na ogół zasadami sformułowanymi w
            odniesieniu do wdów przez I List do Tymoteusza. W kanonach soboru
            chalcedońskiego znajdziemy zakaz wyświęcania diakonis przed czterdziestym rokiem
            życia, to obniżenie granicy wieku mogło wynikać zarówno z nacisków wpływowych a
            gorliwych członkiń gmin, które nie chciały czekać na wyróżnienie zbyt długo, jak
            również z organizacyjnych potrzeb Kościoła - w starożytności, przy ówczesnym
            poziomie medycyny, kobieta sześćdziesięcioletnia najczęściej bywała mało sprawna.

            Wśród członków kleru diakonisy zajmowały pozycję poniżej diakona (lub nawet
            poniżej subdiakona). W czasie mszy otrzymywały Eucharystię przed dziewicami i
            wdowami, ale po wszystkich członkach kleru mężczyznach i po ascetach.

            Diakonisy powoływano spośród kobiet zamężnych tylko raz i surowo zakazywano im
            powtórnego zamążpójścia. Nie jest dla nas jasne, jaka była relacja między grupą
            diakonis a wdów, zapewne te kategorie w części się pokrywały, wdowy były
            naturalnymi kandydatkami na tę zaszczytną funkcję. Wiemy jednak, że bywały
            diakonisy zamężne, można wątpić, czy pozwalano im na kontynuowanie życia
            seksualnego (prawdopodobnie zresztą rzecz nie bardzo wchodziła w grę, gdyż
            kobiety młode miały niewielkie szanse na otrzymanie święceń). Znamy co prawda
            sławny przypadek diakonisy bardzo młodej, przyjaciółki Jana Chryzostoma,
            imieniem Olimpias; była ona niezwykle bogata i niezwykle pobożna, lepiej więc na
            podstawie jej losów nie wnosić o tym, w jakim wieku powoływano diakonisy ani
            (zwłaszcza) na czym polegały ich funkcje.
            Głosy krytyki pod adresem diakonis wskazują, że podobnie jak wdowy wiele z nich
            nie chciało akceptować granic działania narzuconych im przez Kościół.

            Nie we wszystkich krainach chrześcijańskiego świata spotykamy diakonisy. Na
            przykład w Egipcie w ogóle nie znano tej instytucji. Zapewne biskupi rozmaicie
            dawali sobie radę z obsługą kobiet w czasie chrztu, mogli korzystać z diakonów
            lub prezbiterów posuniętych w latach, o wypróbowanej moralności, mogli też
            wzywać do pomocy wdowy, nie było wszak bezwzględnej potrzeby, aby osoba pełniąca
            te czynności miała jakieś święcenia - liturgia w III i jeszcze w IV w. była
            ciągle płynna.
            • andrzej585858 Re: Kościół a kobiety cz. 6 02.05.10, 14:31
              Kościoły postępowały wedle własnej tradycji i aktualnych potrzeb, dopiero
              później ustalone zostaną sztywne reguły. Podejrzewam, że w powołaniu do życia
              funkcji diakonisy o wiele istotniejsze od potrzeb ściśle liturgicznych były
              potrzeby psychologiczne: kobiety służące Kościołowi chciały otwartego i
              sformalizowanego uznania ich miejsca w gminie, najenergiczniejsze i zarazem
              najambitniejsze zyskiwały w ten sposób nie tyle pole działania, ile tytuł do niego.

              Zanik chrztu dorosłych przyczynił się do osłabienia pozycji diakonis, i tak
              wątlejącej z upływem czasu; pretensje kobiet były tolerowane coraz gorzej, a
              jedynym dopuszczalnym dla nich obszarem działania w Kościele stały się wspólnoty
              ascetyczne, zwłaszcza klasztory, w których klauzura traktowana była bardzo
              rygorystycznie i odcinała mniszki od świata. W VI w. synody w Galii ostatecznie
              kładą kres instytucji diakonis, na Wschodzie trwa ona nieco dłużej.

              Istotna rolę odgrywały diakonisy w Kościele nestoriańskim, czytały na
              zgromadzeniach Biblię, rozdawały Komunię kobietom. Podobnie było w niektórych
              Kościołach monofizyckich: mogły nauczać chore kobiety, zanosić im Eucharystię, a
              nawet, jeśli nie było diakona lub prezbitera, mieszać wodę i wino w kielichu w
              czasie ofiary. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego tak się działo, skąd się brała
              różnica w stosunku do Kościoła ortodoksyjnego. Być może takie były archaiczne
              tradycje w części gmin syryjskich (Egipt, przypomnę, w ogóle diakonis nie znał)
              - w każdym razie nie wydaje mi się, aby różnice teologiczne miedzy monofizytami
              a ortodoksami w jakikolwiek sposób wpływały na pozycję kobiet.

              Kiedy powstała instytucja diakonis? Zdania specjalistów są tu podzielone. W
              listach św. Pawła występuje "Febe diakonos" gminy w Kenchrai (przedmieście
              Koryntu), Pliniusz Młodszy wspomina dwie "ancillae, quae ministrae dicebantur"
              ("niewolnice, które nazywano posługującymi"). Na pewno w gminach od początku
              niektóre kobiety poświęcające się służbie Kościołowi nazywały siebie i nazywane
              były przez innych "służkami" zgromadzenia, nie da się jednak ustalić, na czym
              polegały ich funkcje ani jak dalece ich pozycja uległa sformalizowaniu. Badania
              utrudnia niespecyficzna terminologia: greckie słowo diakonos oznacza sługę w
              ogóle, a termin diakonisa wchodzi w użycie dopiero w IV w. Wcześniejsze teksty
              nazywają diakonisy: chera (gr. "wdowa"), vidua, virgo canonica (łac. "wdowa",
              "dziewica kanoniczna"), a także diakona (gr.).

              Umacnianie się w chrześcijaństwie nurtu ascetycznego miało dla sytuacji kobiet
              konsekwencje istotne a niejednoznaczne.

              Z jedne j strony wzrosła nieufność wobec nich: literatura ascetyczna jest pełna
              ataków na kobiety jako par excellence narzędzie szatana, na ich słabość, na
              ryzyko, jakie stwarza ich obecność. Sławni Ojcowie Pustyni odmawiali kontaktów z
              kobietami jako takimi, nie zajmowali się rozróżnianiem niewiast na pobożne i
              grzesznice. Kobietom tłumaczono, że noszą na sobie brzemię zbrodni przeciw
              męskiej części rodzaju ludzkiego i że winny za nią pokutować, umacniano w nich
              poczucie winy za całą płeć, niezależnej od ich indywidualnego zachowania, a
              także przypominano nieustannie o ich słabości - w literaturze ascetycznej
              powstającej w Egipcie kobiety nazywano "kruchymi naczyniami", jak skore do
              grzechu i pozbawione stałości w walce z nim.

              Z drugiej jednak strony ruch ascetyczny stwarzał kobietom szansę osiągnięcia
              doskonałości, ich dziewictwo i modlitwy miały taki sam walor jak
              wstrzemięźliwość mężczyzn. Entuzjazm, z jakim kobiety przyjęły nauki ascetyczne,
              wskazuje bez najmniejszej wątpliwości, że widziały w nich "królewską" drogę dla
              siebie, pozwalającą im na zrzucenie jarzma swej płci, na zrównanie w obliczu
              Boga z Mężczyznami.

              Ze szczególną gorliwością podjęły ascetyczne wezwanie kobiety należące do elity.
              Jednego ze źródeł ich uderzającej na ten zew wrażliwości trzeba szukać w
              niedostatkach życia seksualnego. Dziewczętom z dobrych domów od najmłodszych lat
              tłumaczono, że fizyczna rozkosz znamionuje stosunki erotyczne mężczyzn z
              kobietami lekkiego prowadzenia, a ich zadanie w małżeństwie polegać ma nie na
              dostarczeniu satysfakcji małżonkowi, lecz na rodzeniu mu dzieci. Wychowawcy z
              wielkim naciskiem podkreślali tez potrzebę opanowania wszelkich pasji, trzymania
              w karbach emocji; właśnie umiejętność panowania nad sobą miała być cechą
              odróżniającą ludzi z elity od godnego pogardy tłumu. Pierwsze doświadczenia
              seksualne prawdopodobnie były w większości negatywne, rodziły wstręt,
              przekazywany córkom przez matki. Prąd ascetyczny pozwalał tym kobietom uwolnić
              się, i to w sposób przynoszący im zaszczyt, od sfery życia, która mogła w nich
              budzić opory (choć zarazem przyciągać: taka to już jest natura seksualnych
              inhibicji). Rezygnacja z zawarcia małżeństwa dawała im uprzywilejowany status w
              Kościele i otwierała drogę do środowisk intelektualistów zajmujących się
              studiami teologiczno-filozoficznymi; zainteresowania takie były stosowne dla
              poświęconych Bogu dziewic. Asceza, jeśli nie zdejmowała ciężaru kobiecości, to
              przynajmniej czyniła go znośnym.

              Ograniczenia, jakie nakładano na kobiety, nie przeszkadzały niektórym z nich
              odgrywać czynnej roli w życiu Kościołów, tyle że w nieformalny sposób. W całej
              historii Kościoła nie brak postaci kobiet, które wpływały na jego koleje w
              sposób decydujący, taka lista dla późnej starożytności byłaby bardzo długa.
              Znalazłyby się na niej niemal wyłącznie kobiety z elity: wykształcone, pilnie
              studiujące Biblię i dzieła teologiczne, często mające wielkie środki materialne,
              oddawane do dyspozycji Kościoła - tego ekskluzywizmu bynajmniej nie korygował
              ruch ascetyczny, który pozwalał wychodzić z cienia nisko urodzonym mężczyznom.

              Jak można było zakazać uczonym w teologii damom dyskutowania o sprawach religii
              (gdzie zaś jest granica miedzy dyskusją a nauczaniem?) lub przeszkadzać im w
              nawracaniu małżonków, stryjów, wujów? Jak wyłączyć je z grona ustalającego
              taktykę kościelnych poczynań, jeśli ich środki i ich wpływy stanowiły o
              powodzeniu tych poczynań?

              Jan Chryzostom stwierdzał tę bezradność z goryczą w traktacie "O kapłaństwie"
              napisanym w czasach antiocheńskich (w 386 r.), zanim jeszcze miał okazję
              osobiście, jako biskup Konstantynopola, przekonać się o sile nieformalnej władzy
              kobiecej. Wspomina on o kapłanie, który rozbił się o "skałę próżności
              niebezpieczniejszej od syren opiewanych przez poetów". Na skale tej czyhają
              dzikie zwierzęta: gniew, smutek, zazdrość, niezgoda, potwarz, kłamstwo, obłuda,
              zemsta, zawiść, pogarda dla ubogich, służalczość wobec bogatych - lista ciągnie
              się jeszcze długo. "Kto raz wpadł w ich pazury, ten siłą rzeczy do takiej
              dostanie się niewoli, że nawet dla przypodobania się kobietom czyni bardzo
              wiele, czego nawet mówić nie przystoi. Wprawdzie Prawo Boże odsunęło je daleko
              od tej posługi, one jednak usiłują się wślizgnąć tutaj. A ponieważ nic nie mogą
              same, czynią to przez podstawione osoby. Zdobywają tak wielką siłę, że jednych
              kapłanów według upodobania ustanawiają, drugich usuwają, psując przez to
              wzniosłe rzeczy. Spełnia się powiedzenie: Władców prowadzą poddani. I gdyby to
              chociaż byli mężczyźni! Niestety - są to kobiety, którym nie wolno nauczać. Co
              mówię - nauczać? Nawet im mówić w kościele nie pozwolił św. Paweł. Słyszałem od
              kogoś o tak wielkim ich zuchwalstwie, że pozwalały sobie mówić do nich (to jest
              do kapłanów) jeszcze ostrzej niż panowie do swych niewolników" 3,9.

              Jan Chryzostom bynajmniej nie był niechętny kobietom jako takim. W kręgu jego
              korespondentek były damy szczerze mu oddane, jego przyjaźń z Olimpias. która
              znalazła odbicie w listach, uderza nas swą autentycznością i głębią. Z odrobiną
              złośliwości można by powiedzieć, że przeszkadzały mu kobiety myślące inaczej i
              pragnące czego innego niż on sam, złośliwość jednak powinna być temperowana
              świadomością granic naszej wiedzy o tamtych ludziach - trudno po tylu wiekach
              ferować wyroki o czyimś charakterze i in
              • andrzej585858 Re: Kościół a kobiety cz. 7 02.05.10, 15:07
                i intencjach.

                Ideał kobiety gorliwie badającej Pismo Święte, a przecież poddanej pokornie
                autorytetowi mężczyzn, kreśli Hieronim w pochwale Marcelli, zawartej w liście
                137: "Ile u niej znalazłem cnót, ile zdolności, ile świętości, ile czystości,
                lękam się mówić, bo mógłby mi ktoś nie uwierzyć (...) To tylko powiem, że
                cokolwiek przez długie studia zdobyłem i przez ciągłe rozmyślania jakby w naturę
                obróciłem, tego wszystkiego ona skosztowała, tego się nauczyła i to posiadła,
                tak że jeśli po moim odjeździe powstał spór co do jakiego świadectwa Pisma
                Świętego, do niej spieszono jako do sędziego. A że była bardzo roztropna i znała
                to, co filozofowie nazywają <to prepon>, to jest, że ma być przystojnym to, co
                czynisz, więc na pytania tak odpowiadała, iz nawet swoich poglądów nie nazywała
                swymi, lecz albo moimi, albo kogokolwiek innego, aby także w tym, czego uczyła,
                uważano ją za uczennicę - wiedziała bowiem, co powiedział Apostoł: <A nauczać
                niewieście nie pozwalam>, i aby się nie wydawało, że czyni krzywdę płci męskiej,
                a niekiedy kapłanom pytającym o zdanie w sprawach ciemnych i dwuznacznych".

                W naturze ideału jest to, iż pojawia się rzadko na ziemi...

                * * *

                Kobiety przyjęły posłanie Ewangelii ze szczególną gotowością. Ich obecność w
                samych początkach nowej religii jest znakomicie udokumentowana. Lista kobiet
                wspominanych przez ewangelistów i w listach Pawła jest długa, a apostoł, którego
                twarde w naszym odczuciu słowa o kobietach tak często się przytacza, nieraz
                pisze o nich z wielką czułością. Kobiety zapewne stanowiły zdecydowaną większość
                wiernych w gminach pierwszych stuleci.

                Zdawali sobie z tego sprawę poganie. Pozwolę sobie przytoczyć zabawne świadectwo
                pochodzące od Celsusa, filozofa greckiego żyjącego w II w., który napisał
                obszerne dzieło polemizujące z doktryną chrześcijańską. Jego tekst zaginął, ale
                możemy go (z grubsza) odtworzyć z cytatów zawartych w traktacie Orygenesa,
                zbijającego twierdzenia Celsusa:

                "Widzimy, że w poszczególnych domach prywatnych gręplarze, szewcy, folusznicy,
                ludzie nieokrzesani i prości nie ośmielają się wyszeptać słowa w obecności
                starszych i poważniejszych panów; kiedy jednak spotkają się na osobności z
                dziećmi i kobietami równie prostymi jak oni, opowiadają im przedziwne historie:
                ze nie nalezy słuchać ojców i nauczycieli, a raczej tylko im trzeba wierzyć; że
                tamci są głupcami i szaleńcami; że nie mogą dostrzec ani zrobić nic naprawdę
                szlachetnego, zajęci próżnymi głupstwami, a tylko oni jedni wiedzą, jak należy
                żyć, a jeśli uwierzą ich słowom, będą szczęśliwi sami i ich bliscy. A jeśli,
                mówiąc to, zobaczą, że zbliża się któryś z nauczycieli młodzieży, ktoś
                poważniejszy albo sam ojciec rodziny, lękliwi uciekają w popłochu, zuchwali
                podburzają zaś dzieci do buntu, szepcą im do ucha, ze w obecności ojca lub
                nauczycieli nie będą mogli ani chcieli wyjaśnić dzieciom tych wszystkich
                wspaniałości; że wzbudza w nich odrazę głupota i okrucieństwo tych
                zdemoralizowanych ludzi, pełnych najgorszej niegodziwości i kroczących drogą
                występku, którzy by ich na pewno ukarali; ale jeśli chcą się czegoś nauczyć,
                niechaj porzucą rodziców i nauczycieli i idą z kobietami i towarzyszami zabaw na
                zebranie kobiet albo do pracowni szewca lub do foluszni, a tam osiągną doskonałość".

                Oczywiście Celsus, kładąc nacisk na gotowość, z jaka kobiety i dzieci przyjmują
                nauki od nędznych rzemieślników (wybór zawodów nie jest przypadkowy, Celsus
                wymienia specjalistów pracujących w brudzie, smrodzie), chce skompromitować
                chrześcijaństwo, dobre właśnie dla maluczkich, a nie dla "starszych i
                poważniejszych" mężczyzn. Polemiczne intencje nie przeszkadzają mu jednak
                trafnie opisać rzeczywistości. Orygenes, zwalczający jego poglądy zdanie po
                zdaniu, nawet nie próbuje oponować w tym punkcie. Sam obraz ludzi skromnego
                pochodzenia, wślizgujących się do zamożnego domu i głoszących Ewangelię w
                kobiecej jego części, jest znakomity, podobnie jak opis zachowań, oscylujących
                między trwożnymi, choć buntowniczymi podszeptywaniami na boku, a podszytym
                niepewnością zuchwalstwem.

                Kobietom było łatwiej pójść drogą wskazywaną przez chrześcijaństwo, cena, jaką
                im za to przychodziło zapłacić - przede wszystkim usunięcie się z życia
                zbiorowego, także okresowo upośledzenie prawne - była o wiele mniejsza niż ta,
                jaka płacili mężczyźni. Poszkodowane przez reguły życia zbiorowego, traktowane
                jako istoty z definicji gorsze, lepiej znosiły szok, jakiego wymagała konwersja.
                Czuły też silniej niż mężczyźni potrzebę nowej religii, potrzebę wiary w Boga,
                którego będą mogły kochać jak osobę bliską, pewne, że miłość ta zostanie im
                odwzajemniona. Ku nowemu Bogu łatwiej było się zbliżyć ludziom niezadowolonym z
                siebie i z miejsca, jakie zajmowali w społeczeństwie, ludziom nie znajdującym
                naturalnej afirmacji w kręgu rodzimy, miasta, imperium.
    • mary_ann Re: Kościół a kobiety cz. 1 29.04.10, 21:32
      Andrzeju, jesteś bezlitosnysmile Poruszasz fascynujące tematy, kiedy mam roboty po
      uszysad

      "Kościół w świecie..." to arcyciekawa książka i - proszę, nie śmiej się - na
      wykłady Wipszyckiej nt wczesnych chrześcijan też miałam szczęście chodzić (taki
      wyjątkowo udany semestr zimowy 2007: Pietras, Wipszycka, Węcławski,
      Gadaczsmile))). Jest cudownym wykładowcą i wspaniałą kobietą.

      • rohatyna Re: Kościół a kobiety cz. 1 30.04.10, 00:59
        A dla mnie , to są wszystko jakieś archaizmy i zupełnie niepotrzebne w
        dzisiejszych czasach rozważania. Jakie znaczenie ma płeć..?? liczy się CZŁOWIEK,
        jedne kobiety chcą rodzić dzieci i " służyć mężowi " inne chcą robić karierę - i
        niejednokrotnie osiągają wyższe stanowiska i pozycje niż Oni. Nie możemy
        przenosić wzorców z tych zamierzchłych czasów - wprost. W konsekwencji wszystko
        i tak sprowadza się do tego - że to kobiety wydają potomstwo, i opiekują się
        nim, a mężczyźni dbają o byt. Znam małżeństwa z zupełnie odwróconym schematem (
        nie znaczy to że , mężczyźni rodzili dzieci -smile)Mężczyzna zajmował się dziećmi -
        kobieta robiła karierę. i funkcjonowali całkiem OK. Dla mnie rozważania typu -
        rola mężczyzny - rola kobiety są porównywalne z rozważaniem - przewagi
        dzienniczka w kratkę nad dzienniczkiem w linię. Biologicznych funkcji - odwrócić
        się nie da, ale społeczne i zadaniowe - tak. Uważam,że czasy się zmieniły, i nic
        tego postępu ( ?? ), nie postępu ( ?? ) nie zmieni. Kobieta nie musi wyglądać "
        skromnie " a mężczyzna nie musi być "krawaciarzem ", przepraszam że tak
        upraszczam, ale tak naprawdę liczy się , według mnie , doskonalenie charakteru,
        przestrzeganie zasad chrześcijańskich , wiara w Boga , a kto w tym kontekście
        jest jakiej płci , jest bez znaczenia. Czasy się zmieniają , role się rozmywają,
        mężczyźni przyjmują kobiece - kobiety męskie - a dusze mamy takie same - i nie
        potrzeba trzymać się schematów. Kościół często głosi w tej dziedzinie bardzo
        archaistyczne poglądy - a szkoda, bo traci wielu zwolenników , których mógłby "
        posiąść " gdyby bardziej skierowany był - " ku życiu " - a mniej " ku filozofii "

        Pozdrawiam
        • wiesia140 Re: Kościół a kobiety cz. 1 30.04.10, 08:38
          Rohatyno służenie mężowi to nie tylko zajmowanie się domem , można "służyć "
          i robić karierę, jedno drugiego nie wyklucza. Służenie to też wsparcie
          psychiczne , modlitwa za niego, dzielenie się radą jeśli potrzebuje ,a czasem
          wystarczy powiedzieć: jestem tu.
    • mary_ann Re: Kościół a kobiety cz. 1 30.04.10, 10:07
      Rohatyno, ale to chyba oczywiste, że nie ma sensu ustalać sztywnych ról, ani -
      co gorsza - ich hierarchii.
      I masz rację, że w pewnym sensie ta dyskusja nie powinna mieć miejsca. Tyle
      tylko, ze życie niestety pokazuje, że jest potrzebna. Zobacz, jaki był odzew na
      artykuły w Wyborczej nt roli kobiety w Kościele. To pokazało, że problem
      istnieje realnie, że dla wielu kobiet jest bolesny.
      Więc warto się przyjrzeć np, jak sprawa wyglądała w Kościele historycznie.
      Przecież to "wczoraj" pozwala nam lepiej zrozumieć "dziś" i może lepiej
      rozeznawać, co ludzkie, a co boskie w naszym Kościele.
      Przesłanie Jezusa w tamtym świecie było niesłychanie radykalne, o wiele bardziej
      radykalne niż - przekładając rzecz na standardy XXI w - pobrzmiewające dziś w
      kościele postulaty dot. roli kobiet.
      • capriglione Re: Kościół a kobiety cz. 1 30.04.10, 10:13
        >Przesłanie Jezusa w tamtym świecie było niesłychanie radykalne, o wiele bardziej
        radykalne niż - przekładając rzecz na standardy XXI w - pobrzmiewające dziś w
        kościele postulaty dot. roli kobiet.

        Co masz na myśli Mary_ann???
        • mary_ann Re: Kościół a kobiety cz. 1 30.04.10, 20:49
          capriglione napisała:

          > >Przesłanie Jezusa w tamtym świecie było niesłychanie radykalne, o wiele ba
          > rdziej
          > radykalne niż - przekładając rzecz na standardy XXI w - pobrzmiewające dziś w
          > kościele postulaty dot. roli kobiet.
          >
          > Co masz na myśli Mary_ann???

          Ależ chyba nic obrazoburczego...
          W świecie całkowicie patriarchalnym, w którym kobieta była właściwie częścią
          dobytku, na równi z wołami (9 i 10 przykazanie nie na darmo stanowiły całość -
          "ani żadnej rzeczy...") rozmawiał z kobietami jak z partnerkami. Weźmy chociażby
          scenę z samarytanką, bo to taki skondensowany obraz: Jezus - Żyd, mężczyzna,
          rozmawia sam na sam, bez świadków (tego nie wolno było robić ortodoksyjnemu,
          "porządnemu" żydowi) nie dość, że z kobietą, to jeszcze z osobą ze
          znienawidzonego narodu. Nie wiem doprawdy, na jaką sytuację dzisiaj, na jakie
          przełamanie konwenansów, należałoby to przełożyć - pełna szacunku rozmowa na
          ulicy z wytatułowaną i wypiercingowaną ćpunką z HIV wydaje się zbyt łagodne
          porównaniem...

          I na tym tle chociażby postulat, by kobiety, które wszak uzyskały dziś w
          społeczeństwach równe prawa z mężczyznami, mogły pełnić posługę kapłańską,
          wydaje mi się dużo mniej radykalny, niż przełom świadomościowy, jaki przyniosło
          chrześcijaństwo 2 tysiące lat temu.
          • mary_ann errata 30.04.10, 20:51
            oczywiście miało być "wytatuOwaną"smile
          • capriglione Re: Kościół a kobiety cz. 1 30.04.10, 21:01
            > Ależ chyba nic obrazoburczego...

            Dzięki serdeczne za wyjaśnieniesmile Nawet nie pomyślałam o niczym obrazoburczym,
            byłam zwyczajnie ciekawa.
            Tak, Jezus był "postępowcem", szkoda, że jego następcy nie poszli tym tropem.
            Nie to, żebym widziała siebie za ołtarzem smile , ale łatwo mogę zrozumieć te
            kobiety, które mają takie pragnienie.
      • andrzej585858 Re: Kościół a kobiety cz. 1 30.04.10, 19:31
        mary_ann napisała:


        > Więc warto się przyjrzeć np, jak sprawa wyglądała w Kościele historycznie.
        > Przecież to "wczoraj" pozwala nam lepiej zrozumieć "dziś" i może lepiej
        > rozeznawać, co ludzkie, a co boskie w naszym Kościele.

        Z tego właśnie powodu cały czas staram się umieszczać teksty związane z historią
        Kościoła.
        Uważam że niedobrze dzieje się gdy przeszłość jest postrzegana jako coś co jest
        niewarte naszego zainteresowania. Skutkuje to m.in. tym co opisała Verdana -
        prymas? kardynał? co to za funkcje? - no i po co potrzebna nam dzisiaj znajomość
        tak archaicznych terminów?

        Jednak pomimo wszystko od dłuzszego czasu obserwuję zwrot zainteresowania
        książkami związanymi tematycznie właśnie z patrologią i historią Kościoła.Jest
        to wynik obserwacji aukcji na allegro - tłumaczenia tekstów Ojców Koscioła
        osiągają czasem bardzo wysokie ceny - inna sprawa że są to książki posiadające
        niskie nakłady. Ale mimo wszystko obserwuję wzrost zainteresowania, tak więc
        nie są to aż tak bardzo archaiczne teksty!!

        • mary_ann Re: Kościół a kobiety cz. 1 30.04.10, 20:55
          Ale mimo wszystko obserwuję wzrost zainteresowania, tak więc
          > nie są to aż tak bardzo archaiczne teksty!!
          >

          Jakie to krzepiące!
          Swego czasu benedyktyni z Tyńca sprzedawali zakładki magnetyczne z pięknym
          hasłem - "MÓDL SIĘ I CZYTAJ".
          Strasznie mi się podobałosmile
          • kamilla14 link - feminizm w kościele 07.05.10, 23:38
            www.rhetos.pl/index.php?s=karta&id=644&czas=1
            Nie znam tego pisma, ale audycja na temat tego numeru brzmiała
            odważnie.
            Mam nadzieję, że to na temat.
            Jeśli był wątek na temat wspomnianej wyżej dyskusji w GW na temat
            roli kobiet to proszę o link.
            k

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka