andrzej585858
02.01.14, 13:54
Okres wokół świąteczny skłania do refleksji, do pewnego podsumowania tego co jest już przeszłoscią a także spojrzenia do przodu.
Tego typu zdania mozna bardzo często przeczytać na koniec roku. Wszystkie spostrzeżenia tego typu opierają sie na poczuciu przemijania, ulotności chwili, a przecież czy naszym powolaniem jest życie polegające na nieustannym konflikcie pomiędzy przeszłością a przyszłością? Tym bardziej że przeszłość jest nieustannie obecna w teraźniejszości.
"Przeszłość i przyszłość niszczą chwilę obecną" napisał austriacki benedyktyn D. Steidl-Rast.
Piszę o tym wszystkim w kontekście książki do której w okresie świątecznym wróciłem po iluś tam latach. Jest to napisana przez Zofię Kossak w 1937 powieść "Bez oręża" będąca częścią cyklu zatytułowanego "Krzyżowcy". Jednym z głównych bohaterów jest św. Franciszek. Jest w tej powieśći opis spotkania Franciszka z jednym z przedstawicieli reformatorskiego ruchu religijnego tzw. czystych znanych jako katarowie. Mówiąc językiem dzisiejszym - przedstawicielem postepowego chrześcijaństwa.
Gdy czytam powieściowy dialog pomiędzy Franciszkiem a bratem doskonałym - jak kazali się tytułowac katarzy - to mam wrażenie że przeszłość stała się teraźniejszością. Oto fragmenty tego dialogu:
" - Miłujesz ubóstwo - ciągnął katara - przeto myślałem, że nalezysz do nas ... Doskonałych...
Franciszek oderwał oczy od wina...
- Nie sądzę, by ktokolwiek śmiertelny mógł być doskonałym, a cóż dopiero ja? - zauważył z uśmiechem.
- Och, to się rozumie tylko w zestawieniu z resztą ludzkosci, szczególnie z mnichami i księżmi hołdującymi mamonie.
Franciszek zmarszczył wyraziste brwi.
- Mnisi, księża? - powtórzył. - Jakiez mamy prawo ich sądzić? Jeżeli popełniają grzechy... co nam do tego? Baczmy własnego sumienia....."
Czy ten dialog czegoś nie przypomina? Czy dzisiaj też nie mamy nowych "doskonałych" grzmiących na Kosciół, księży mówiących tak jak "brat doskonały" w dalszej części tego dialogu"
" - My walczymy z klechami na śmierć i życie! My ich nauczymy, jak rozumieć wiarę prawdziwą".
My - my "doskonali", "czysci", "postępowi" , "tolerancyjni" - My, ciągle własnie - My.
Nawet na stwierdzenie że nauczanie Koscioła opiera się na niezmiennych źrodłach Piśmie i Tradycji też pada odpowiedź negująca te podstawy. Tak jak w powieści:
" - Dlaczego mnie pytasz, bracie? - zapytał z uśmiechem: - Wejdź do koiścioła i posłuchaj, co mówi ksiądz.
- Ja chcę się dowiedzieć od ciebie.
- Nic ci innego nie powiem. Tajemnice wiary świętej przyjmuję tak, jak je Pan nasz za pośrednictwem Kościoła swojego podał....
- Kiedyż Kościół tę naukę sfałszował, pomylił....
- Jaka pewność, że wyście jej nie pomylili?
- O, nie! Nasza jest prawda...."
"Nasza jest prawda, nie prawda powtarzana przez Kościół od samego poczatku istnienia. Przekazana apostołom, a następnie biskupom - nieustanna i niezmienna w swojej istocie. Zadziwiające jest właśnie to, jak bardzo powtarza się nieustannie ten sam schemat walki z Kościołem. Począwszy od Szymona Maga nieustannie pojawiają się ludzie twierdzący że to oni wiedza jaka jest prawda i w związku z tym uzurpują sobie prawo do krytyki.
Słuchałem niedawno rozmowy red. Lisa z głośna ostatnio p. Bratkowską. I muszę przyznać że o ile wczesniej miałem pewne opory w zaaprobowaniu tego co na swoim blogu napisał senator Libicki to teraz uważam że miał rację:
Pierwsza rzecz to sprawa Katarzyny Bratkowskiej i jej potwornej deklaracji. Kiedy ją usłyszałem, a potem i zobaczyłem samą jej autorkę, to naprawdę – proszę wybaczyć drastyczność konstatacji – miałem wrażenie, że dotykam osobowego zła. Że obcuję z opętaniem. Z jakimś olbrzymim dramatem..
jflibicki.blog.onet.pl/2013/12/24/wiecej-zollow-i-kramerow-zyczenia-swiateczne/
Cała ta kwestia jest wręcz przerażająca. I tutaj mamy także do czynienia z pewnego rodzaju uzurpacją. To my - feministki - wiemy czego tak naprawdę potrzebują kobiety, to my mamy rację i prawo do występowania w ich imieniu - Ponownie pojawia się - MY, MY - swiatli i postępowi.
Co ciekawe, gdy naprzeciwko kobiety o podobnych jak p. Bratkowska przekonaniach zasiądzie kobieta o pogladach diametralnie innych, akceptująca nauczanie Koscioła, broniąca życia - jest traktowana nie jako kobieta tylko jako wróg. A co gorzej jako osoba prawie niespełna rozumu - wystarczy przecież przeczytać reakcje tych "postepowych" kobiet na list związku kobiet katolickich popierajacych list biskupów o gender - bo przecież MY wiemy lepiej.
Papież Franciszek zachęcając do modlitwy za prześladowanych w świecie chrześcijan, wypowiedział bardzo znamienne słowa:
“To dzieje się zwłaszcza tam, gdzie wolność religijna nie jest jeszcze zagwarantowana albo w pełni realizowana. Lecz ma to miejsce także i w tych krajach, i środowiskach, które na papierze chronią wolność i prawa człowieka, ale w których wierzący, szczególnie chrześcijanie spotykają się z ograniczeniami i dyskryminacją"
www.deon.pl/religia/serwis-papieski/aktualnosci-papieskie/art,1314,przestroga-przed-przeslodzonymi-swietami.html
Tolerancja - tak, ale na naszych zasadach. Jeżeli tworzymy prawo, to musimy je konsultować ze społeczeństwem. A kto reprezentuje społeczeństwo? - jeżeli chodzi o kobiety to oczywiście - Kongres Kobiet Polskich, w kwestiach społecznych miarodajne jest środowisko Krytyki Politycznej - edukacja - to oczywiście - przedstawiciele gender studies itd. - bo to jesteśmy właśnie - MY. A Kościół najlepiej niech milczy, gdyż nikogo nie reprezentuje.
Przeczytałem kiedyś wypowiedź benedyktyna o. Knabita który w trakcie którejś z rzedu awantury o obecność krzyża w przestrzeni publicznej wypowiedział takie oto zdanie:
"Dla normalnego katolika krzyż być może, ale nie musi, a dla niektórych fundamentalistów niewierzących krzyż musi nie być."
Na tym właśnie opiera się różnica w pojmowaniu tolerancji. Każdy ma prawo do życia i wolności poglądów, ale nie ma prawa do zmuszania przyjmowania innego systemu wartości - bo My wiemy lepiej i to My reprezentujemy postęp.
Tym bardziej że to wszystko już było. Jeden z prawosławnych mnichów z gory Athos tak powiedział:
"Wszystkie wielkie prawdy wiary zostały sformułowane przez ludzi, którzy słuchali jedynie własnego serca i głosu Boga. Kto wierzy, że może postawić na rozsądek, zginie".
Mam nadzieję że tak jak w przeszłości, tak samo i w przyszłości po okresie hałasu i buntu nastąpi wyciszenie, gdyż najważniejsza jest chwila obecna, chwila którą musimy wypełnić sobą odnosząc nieustannie siebie do perspektywy wieczności. Gdyż chwila obecna to jedynie przedsmak tego co nas czeka: śmierć, zmartwychwstanie i spełnienie - tak jak pisze w książce "Okryć w sobie mnicha" H. Nussbaumer.
Nie warto więc marnować tej chwili słuchanie kogokolwiek innego niż tego co możemy usłyszeć w ciszy - nawet jeżeli nieustannie bedziemy słyszeć - to MY wiemy lepiej co dla Ciebie jest dobre. Nie ma bowiem innej perspektywy - albo usłyszymy słowa Zbawienia albo sami siebie pozbawimy Jego orędzia.