Dodaj do ulubionych

Mniej i bardziej glosne odejscia ksiezy

09.02.07, 23:21
na przykladzie oczywiscie Obirka i Bartosia, ale ze watek na ich temat robi
sie nieczytelny, wklejam link w nowy, jako ze dotyczy nie tylko ich...
Artykul jest ze swieckiej gazety (cos ostatnio mam skrzywienie na "Przekrój"),
ale nie jest jakis antyklerykalny.
Przeczytajcie i skomentujcie, jesli mozecie.

www.przekroj.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=2677&Itemid=48&limit=1&limitstart=0K.
Obserwuj wątek
    • rycerzowa Re: Mniej i bardziej glosne odejscia ksiezy 10.02.07, 08:49
      Tu też jest o tym:
      tygodnik.onet.pl/1389856,artykul.html

      Ale - według statystyk w 2004 r. odeszło 57 księży diecezjalnych, co stanowi
      0.24% całości. (Wskaźnik dla całej Europy to 0,18%).
      Zatem jest problem, czy go nie ma?
      • mary_ann Polecam bardzo "Znak" z maja 06! 11.02.07, 15:39
        rycerzowa napisała:

        > Tu też jest o tym:
        > tygodnik.onet.pl/1389856,artykul.html
        >
        > Ale - według statystyk w 2004 r. odeszło 57 księży diecezjalnych, co stanowi
        > 0.24% całości. (Wskaźnik dla całej Europy to 0,18%).
        > Zatem jest problem, czy go nie ma?


        No, więc własnie, ja też nie widziałam żadnego wyczerpującego opisu w miarę
        rzetelnych badań, a diabeł zwykle tkwi w szczegółach. Z tego zaś, co widziałam,
        nijak nie wynika, że porzucanie kapłaństwa jest w Polsce zjawiskiem masowym.
        Inna sprawa, że może to być a priori i dobry, i zły znaksmile Czasem odejścia
        dają impuls do przemyslen i owocują przemianamismile)

        Bardzo polecam Wam lekturę "Znaku" z maja 2006 (Słuchajcie!!! Archiwalne numery
        sa przeceniane i oferowane w sprzedazy wysyłkowej! Alez sobie ostatnio tego
        nakupowałam!smile)). Numer zatytułowany jest "Polski kościół na manowcach?".
        Dyskutują m.in. Bortnowska, Cywiński, Petry-Mroczkowska Ryś, Woźniakowski,
        Isakowicz-Zalewski). Niesłychanie ciekawa, inspirująca lektura. Dużo na temat
        mocnych i słabych punktów formacji seminaryjnej i przełożeniem powyższego
        jakość posługi.
        • mary_ann mini auto-errata 11.02.07, 15:43
          mary_ann napisała:

          JEST:
          ... Petry-Mroczkowska Ryś


          >POWINNO BYĆ:

          ... Petry-Mroczkowska, Ryś


          Rys jest wprawdzie dominikaninem, ale na razie nie zrzucił habitu (np. w celu
          matrymonalnym, jak sugerowałaby moja literówkasmile))))

          • kann2 Re: mini auto-errata 11.02.07, 17:13
            Jako żywo Ryś Dominikaninem nie jest.
            • mary_ann Re:errata do kometarza do erraty:-)) 11.02.07, 19:24
              kann2 napisał:

              > Jako żywo Ryś Dominikaninem nie jest.


              Rzeczywiście, kajam się, nie sprawdziłam. Ostatnio słyszałam o nim w kontekście
              wykładów u dominikanów i automatycznie mylnie "dopisałam go" do zakonu. Teraz
              podaję już za "Znakiem":

              ks. Grzegorz Ryś, prezbiter związany z kilkoma nowymi ruchami w Kościele,
              historyk Kościoła, dr hab., wykładowca PAT.
    • mader1 Re: Mniej i bardziej glosne odejscia ksiezy 10.02.07, 13:33
      Na pewno artykuł zawiera parę prawdziwych słów i ocen. Spośród nich między innymi :

      Jak świat światem księża odchodzili z kapłaństwa i będą odchodzić – mówi ksiądz
      Andrzej Luter.
      – Z mojego roku, a minęło kilkanaście lat od święceń, odeszło 5 z 44
      wyświęconych. I podobno jest to największy odsetek w ostatnim ćwierćwieczu, choć
      każde odejście to dramat.

      Przypuszczam, że zawsze było iluś tam księży, którzy minęli się z powołaniem.
      Takich, którzy rządzili parafiami - szczególnie wiejskimi - siejąc zgorszenie.
      Kapłaństwo było często dla nich drogą awansu, zawodem. Zawodem, który długo
      zdobywali i miał przynieść profity im i ich rodzinie. Już z tego powodu nie
      mieli ochoty z niego rezygnować, psując opinię dobrym, wierzącym księżom i
      zakonnikom. Nawet gdyby przyszło im do głowy odejście, nie mieliby gdzie iść.
      Wszędzie byliby naznaczeni.
      Wbrew słowom zawartym w artykule teraz im łatwiej. Ci wykształceni,
      intelektualiści od wielu lat budują swój wizerunek i pomimo odejścia mają grono
      osób, które chcą ich czytać. Zwłaszcza jeżeli odejście nastąpiło z powodów
      ideologicznych, a oni sami są odbierani jako dobrzy ludzie, chrześcijanie. Są
      ciekawi, co mają do powiedzenia. Głośne odejścia powodują, że książki czy
      artykuły albo wywiady mają jeszcze większą popularność. Sprzedają się dobrze. I
      już tylko kondycja autora i to, czy będzie miał ciągle coś odkrywczego do
      powiedzenia decyduje, czy wzrost popularności będzie chwilowy, czy utrzyma się
      na stałym poziomie. Czy ciągle będą coś znaczyć - tym razem z pozycji świeckiego.
      Nie jest to źle. Takie osoby wzmacniają głos i pozycję świeckich, o ile
      rzeczywiście leży im na uwadze dobro Kościoła. A Kościół to nie tylko
      hierarchia, zakonnicy i księża. Kościół to my wszyscy. Tak więc odejście z
      pewnego stanu przy niewykluczeniu od głosu przy pozostaniu w Kościele , nie musi
      być stratą. Aby nie było powodowane pychą, a Prawdą i Miłością.
      Prości księża też mają dużo lepszą pozycję niż kiedyś. Wprawdzie często odeszli
      z powodu ciąży, kobiety i w związku z tym mogą się liczyć z krytyką najbliższego
      otoczenia, czasem rodziny dziewczyny. Ale wystarczy wyjechać do dużego miasta,
      by stać się anonimowym. Można skończyć studia podyplomowe - ludzie często
      wykonują inne zawody niz wyuczone, są zwalniani, muszą zmierzyć się
      przekwalifikowaniem, bezrobociem, prowadzeniem własnej firmy.
      Mój mąż zatrudnił kiedyś takiego byłego księdza. Tylko oni obydwaj o tym
      wiedzieli. Swoją drogą patrząc na jego poczynania, etykę pracy, myśleliśmy sobie
      nieraz, że Kościół na tej stracie zyskał. Niemniej zarabiać potrafił wink
      Pamiętam, że dostał także list polecający do pewnego proboszcza i był organistą
      oraz prowadził chór kościelny. To trwało, dopóki nie znalazł sobie nowego
      miejsca w świecie.Mówił, że w miastach proboszczowie, księża starają się pomóc
      takim, jak on dając pracę przy parafii.
      Mój tato miał przyjaciela w podobnej sytuacji i też znalazł on sobie sposób na
      życie wśród świeckich.
      Niemniej mówił, że nie przypuszczał, ze będzie to aż taki trud. Zycie z kobietą
      widział w kategorii raju, w którym on przychodzi trochę zmęczony po południu do
      domu pachnącego ciastem po dobrej, prostej pracy, w której nikt nie zalega mu z
      wypłatą, a uśmiechnięta, piękna kobieta otoczona wianuszkiem pięknyc, zdrowych,
      bystrych dzieci , biegnie ku niemu z pierogami domowej roboty .
      Tak oni nas widzą wink
      • minerwamcg Re: Mniej i bardziej glosne odejscia ksiezy 10.02.07, 17:51
        > Życie z kobietą widział w kategorii raju, w którym on przychodzi trochę
        > zmęczony po południu do domu pachnącego ciastem po dobrej, prostej pracy, w
        > której nikt nie zalega mu z wypłatą, a uśmiechnięta, piękna kobieta otoczona
        > wianuszkiem pięknyc, zdrowych, bystrych dzieci , biegnie ku niemu z pierogami
        > domowej roboty . Tak oni nas widzą wink

        No ba, skoro świeccy na ogół nie mają pojęcia o życiu księży, to jakże księża
        mają mieć pojęcie o życiu świeckich? smile)) Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma...

        Co do ojców Bartosia i Obirka, to czytywałam ich teksty jeszcze przed
        wystąpieniem z zakonu. I zaskakiwała mnie ambicja i pycha tych tekstów. ONI
        wiedzą lepiej. ONI nie zgadzają się z Kościołem. ONI jednym zdaniem, bez
        argumentów, bo tak, obalają wykształcone przez wieki zasady życia duchowego.
        Czułam w tych tekstach totalny brak poczucia bycia częścią wspólnoty. Zero
        chęci służenia. Zero pokory. Tylko rozdęte ego i poczucie krzywdy.
        Ich wystąpienie nie było dla mnie niczym zaskakującym.
        Ojciec Leon Knabit napisał kiedyś, że jeśli ktoś szuka w zakonie czegokolwiek
        innego poza samym Bogiem, to się srodze zawiedzie. I to jest prawda.
        • mamalgosia Re: Mniej i bardziej glosne odejscia ksiezy 11.02.07, 12:00
          minerwamcg napisała:

          >
          > No ba, skoro świeccy na ogół nie mają pojęcia o życiu księży, to jakże księża
          > mają mieć pojęcie o życiu świeckich? smile))
          A no choćby stąd, że przecież sami się w jakiejś rodzinie wychowali.

          W ubiegły poniedziałek był u nas nasz zaprzyjaźniony ksiądz. Przed jego
          przyjściem Synkowie nawybebeszali zabawki do przedpokoju tak, że ciężko było
          się przedrzeć bez spychacza. Powiedziałam, że nie wpuszczę Wujka, póki nie
          posprzątają i już zabierałam się żeby im pomóc, gdy Mąż mnie powstrzymał.
          Powiedział: "A niech zobaczy". Pomyślałam sobie, że idiotyzm, co w tym fajnego
          do oglądania, dla mnie to zwyczajność zwyczajna. Ale okazało się, że to Mąż
          miał rację. Ksiądz wszedł i uległ szokowi. Potem wyraził podziw dla nas jako
          dla rodziców, potem się śmiał, a potem niemalże płakał. A na końcu zrobił
          zdjęcia - przerobi na slajdy i wykorzysta na kursie przygotowania do
          małżeństwa smile
        • mary_ann Re: Mniej i bardziej glosne odejscia ksiezy 11.02.07, 15:13
          minerwamcg napisała:

          S> Co do ojców Bartosia i Obirka, to czytywałam ich teksty jeszcze przed
          > wystąpieniem z zakonu. I zaskakiwała mnie ambicja i pycha tych tekstów. ONI
          > wiedzą lepiej. ONI nie zgadzają się z Kościołem. ONI jednym zdaniem, bez
          > argumentów, bo tak, obalają wykształcone przez wieki zasady życia duchowego.
          > Czułam w tych tekstach totalny brak poczucia bycia częścią wspólnoty. Zero
          > chęci służenia. Zero pokory. Tylko rozdęte ego i poczucie krzywdy.
          > Ich wystąpienie nie było dla mnie niczym zaskakującym.



          Z wrażeniami trudno polemizować. Na pewno nie zamierzam pryncypialnie bronić (w
          tej kwestii) ani Obirka, ani Bartosia, bo żadnego z nich nie znam osobiście
          (tego drugiego dobrze znam moja bliska przyjaciółka). Czytałam ich obu
          natomiast sporo i moje wrażenia - zwłaszcza w przypadku Bartosia - były nieco
          inne. Uderzyło mnie np. jak ostrożnie pisze ten ostatni w swojej ksiązce o
          ludziach, których model religijności (chodzi gł.o przypisywanie magicznej mocy
          rytuałom) zupełnie mu nie odpowiada:

          "Byłoby nieporozumieniem zajmować się osądzaniem ludzi. Chcę jedynie
          przedstawić swoje myślenie o wierze.(...) Są jednak inne duchowości, inne
          sposoby religijnego zaangażowania. Trudno mi na ten temat wyrokować coś
          definitywnie. Nie jest łatwo docierać do światów, które oddalone są od naszego
          własnego, zuchwalstwem byłoby formułować oceny czy opisy, gdy stajemy wobec
          konkretnych ludzi. Tego, co powiedziałem wcześniej o myśleniu magicznym, nie
          zamierzam przypisywac konkretnym ludziom. Budując schemat rozumienia jakiejś
          rzeczywistości, mogę tylko z większym lub mniejszym prawdopodobieństwem
          domyślać się, iż pasuje on do jakiegoś człowieka czy grupy religijnej. Zawsze
          bowiem, gdy stajemy przed konkretnym człowiekiem, zewnętrzna ocena pozostawia
          więcej znaków zapytania, aniżeli daje odpowiedzi.(...)
          Jedną z nauk Jezusa są słowa o sądzeniu: "Nie sądźcie, abyście nie byli
          osądzeni." Nie zamierzam więc poddawac ludzi osądowi. Swój osąd chciałbym
          ukierunkowac na wybór własnej opcji. Wybieram, nie mając absolutnego punktu
          obserwacji, idę własną drogą i dzielę się nią z innymi. Widzę złudy i iluzje
          dróg, na które nie chce wkraczać. Mówię o nich. Chciałbym jednak powstrzymać
          się od udawania, że dostępny mi jest ogląd całości, co oznacza właśnie unikanie
          poddawania jednoznacznemu osądowi dróg konkretnych ludzi." ("Ścieżki wolności",
          s. 90-91)

          Czy to sa słowa pychy?


          Czasem wydaje mi się, że w Kościele Katolickim posłuszeństwo wyrokom
          Magisterium funkcjonuje jako cnota autonomiczna. Zaparcie się siebie,
          scedowanie prawa od osądu na innych, rozpłynięcie we wspólnocie, jest
          chwalone. Niezgoda traktowana jest często jako wyraz pychy i jest to -
          zauważcie! - argument zamykający z miejsca usta dyskutantom (Bo jak udowodnić,
          że wypowiadamy jakąś opinię po głebokiej analizie i introspekcji własnych
          motywacji, a nie z niskich pobudek? Kiedy wspomnimy coś o sumieniu, usłyszymy
          kolejny arguemnt-wytrych o "sumieniu zniekształconym" - i po raz kolejny
          dyskusja obumiera...)

          Pozwólcie mi zacytować Josepha Ratzingera z czasów "przedpapieskich":

          "Służalczość pochlebców (określanych przez prawdziwych proroków Starego
          Testamentu jako "fałszywi prorocy"), tych, którzy unikają i obawiają się
          wszelkiego starcia, którzy cenią nade wszystko święty spokój, nie jest
          prawdziwym posłuszeństwem... To, czego Kościół dzisiaj potrzebuje, tak jak
          zresztą zawsze potrzebował, to nie pochlebców pomagających zachować święty
          spokój, ale ludzi gotowych stanąć twarzą w twarz wobec każdego nieporozumienia
          i ataku, które może sprowokować ich postawa, jednym słowem ludzi, którzy
          bardziej kochają Kościół niż wygodne i bezkonfliktowe życie" (Freimut und
          Gehorsam, w: Das neue Volk Gottes. Entwurfe zur Ekklesiologie, Dusseldorf 1977,
          s. 87).

          Kosciół je3st zarówno mistyczna wspólnotą, jak i "societas". Zaprzeczanie, że
          istnieje ten drugi, ziemski wymiar kościoła lub zakładanie a priori, że
          pierwiastek boski zawsze "przewazy" mnad ziemskim, jest moim zdaniem wyrazem
          myślenia pobożnozyczeniowego. Kościól JEST między innymi ziemską instytucją.
          Dużą instytucją , z wszelkimi mi tego plusami i minusami.

          "Nie chodzi tu bynajmniej o anarchie dla anarchii, ale o uwzględnienie faktu,
          że bezwzględne posłuszeństwo instytucji może prowadzić do wewnętrznego
          zakłamania, zaparcia się wartości. Posłuszeństwo na służbie funkcjonalnej
          sprawności grupy jest wartością wątpliwą. Łatwo usypia sumienie. To rodzaj
          utalitaryzmu, który może niweczyć całą oryginalność przesłania Ewangelii. W
          istocie jest on wariantem niezbyt eleganckiej zasady: Cel uświęca środki. To
          jest prawdziwy relatywizm. A nie różnorodność opinii i przekonań - jak się
          często powtarza. ("Ścieżki...", ss.106-107)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka