mamalgosia
23.02.07, 10:47
Inspirację do tego wątku jak zwykle znalazłam w życiu. Wczoraj dostałam maila
od Przyjaciela Księdza, który wkrótce będzie głosił rekolekcje dla osób
samotnych. Trochę mu napisałam, co myślę w tym temacie, ale może rozwiniemy
go tutaj?
Osoba samotna - bez rozdzielania na to, czy z wyboru, czy nie.
Wiem, że osoba, która jest sama, niekoniecznie musi się czuć samotna. Ale
tego nie wiadomo na zewnątrz, czasem pozory mylą.
Jak traktujecie takie osoby samotne? Jak je odbieracie? Czy pełnią jakąś rolę
w Waszych rodzinach?
Mam wrażenie, że mimo prób dowartościowywania tych ludzi, ciągle są
jakby "gorsi". Wiem, że takie poczucie mają (mam jednak trochę znajomych w
tym stanie, no i sama wyszłam za mąż późno) i wiem, że taką opinię się im
wmawia. W społeczeństwie i w Kościele niestety też. Takie wrażenie
niepełności. Jakby ni pies ni wydra, coś na kształt świdra: święceń nie mają,
ślubów nie składają, przysięgi małżeńskiej też - więc kto? Nikt? Żyjący w
poczekalni życia na coś, co się ma dopiero wydarzyć?
Mojej samotnej Przyjaciółce sąsiad (który niemalże nic o niej nie wie) na
Nowy Rok życzył "żeby wreszcie wyszła za mąż". WRESZCIE. Poruszyła mnie też
opinia o 40letnim kawalerze - że musi mieć jakieś ukryte wady, skoro do tej
pory nie ma żony, że musi być coś więcej niż tylko niespotkanie właściwej
osoby. Jakoś tak mnie to wszystko porusza i smuci. Samotność sama w sobie
jest trudna do zniesienia, wydaje mi się, że to co tych ludzi spotyka niejako
z zewnątrz, dokłada im jeszcze cierpień. Oczywiście można sobie nic nie robić
z tego gadania - ale czy rzeczywiście można?
Słyszałam też o takim procederze, że samotnych osób (szczególnie kobiet) nie
zaprasza się na imprezy, bo mogą stanowić zagrożenie. Ja tam nie wiem, bo
moje życie towarzyskie jest mikroskopijne, ale czy naprawdę można nie
zaprosić jakiejś panny tylko dlatego, że może mi odbić męża?
Nie precyzuję jasno żadnej tezy, takie tylko luźne myśli. Ale porozmawiajmy,
proszę