samboraga
20.04.07, 21:08
czy widzicie potrzebę świadomej pracy nad nadzieją?
na ile wrodzony pesymizm czy optymizm może to determinować?
czy Waszym zdaniem pesymiści są z góry przegrani w tej sprawie, mogą co
najwyżej przeczołgać się przez trudne momenty jedynie mogąc prosić Boga o
siły, a tylko optymiści mają bazę, mają na czym budować?
nie chodzi mi ani jedynie o optymizm materialny (tracimy pracę, ale mamy
nadzieję ją dostać), ani jedynie duchowy (nadzieja na zbawianie, nadzieja na
radość w przyszłym świecie wobec obecnych trudności), raczej chodzi mi o
postawę, całokształt, jakąś pogodę życia, coś na kształt, ja wiem, radosnego,
pogodnego stoicyzmu, chociaż opartego na wierze, na Bogu
a co z dziećmi? wiadomo, uczymy własnym przykładem, ale może czujecie potrzebę
szczególnego nacisku uczenia dzieci nadziei? wskazywania przykładów trudnych
momentów w życiu rodziny, opowiadacie o przodkach, ich trudach, o bohaterach,
którzy się nie poddawali?
i jeżeli tak - to jak budujecie swoją nadzieję? jak możnaby uaktywnić pesymistę?