Dodaj do ulubionych

praca nad nadzieją

20.04.07, 21:08
czy widzicie potrzebę świadomej pracy nad nadzieją?
na ile wrodzony pesymizm czy optymizm może to determinować?
czy Waszym zdaniem pesymiści są z góry przegrani w tej sprawie, mogą co
najwyżej przeczołgać się przez trudne momenty jedynie mogąc prosić Boga o
siły, a tylko optymiści mają bazę, mają na czym budować?

nie chodzi mi ani jedynie o optymizm materialny (tracimy pracę, ale mamy
nadzieję ją dostać), ani jedynie duchowy (nadzieja na zbawianie, nadzieja na
radość w przyszłym świecie wobec obecnych trudności), raczej chodzi mi o
postawę, całokształt, jakąś pogodę życia, coś na kształt, ja wiem, radosnego,
pogodnego stoicyzmu, chociaż opartego na wierze, na Bogu
a co z dziećmi? wiadomo, uczymy własnym przykładem, ale może czujecie potrzebę
szczególnego nacisku uczenia dzieci nadziei? wskazywania przykładów trudnych
momentów w życiu rodziny, opowiadacie o przodkach, ich trudach, o bohaterach,
którzy się nie poddawali?

i jeżeli tak - to jak budujecie swoją nadzieję? jak możnaby uaktywnić pesymistę?
Obserwuj wątek
    • mamalgosia Re: praca nad nadzieją 21.04.07, 14:44
      Samborago, zobaczyłam w Twoim poście trzy sprawy

      a) Rozróżnienie na naturalną skłonność do pesymizmu i optymizmu. No tak, każdy
      z nas ma jakiś charakter. Oczywiście można (i należy) nad nim pracować, ale nie
      czarujmy się: jednym jest na starcie łatwiej, a innym trudniej. Mam koleżankę,
      która bez trudu i z urodzenia ma takie spojrzenie na świat, jakie ja mogłabym
      mieć tylko po 200 latach bezustannej pracy nad sobą, a i wtedy zapewne byłby to
      stan nietrwały. Tak więc niesprawiedliwość Natury. Ale wiem już nie od wczoraj,
      że nie każdy jest piękny, zdrowy, mądry i bogaty

      b) Zauważyłam, że łączysz nadzieję z optymizmem. Ja jednak rozdzielam te dwie
      sprawy. Bo uważam, że jestem pesymistką, natomiast nadzieja we mnie umiera
      ostatnia - o ile w ogóle umiera, czasem siedzi urzepiona kącika serca jak
      psiego ogona, a jak już umrze, to zmartwychwstaje szybciej niż Chrystussmile Nie
      wiem, czy tkwi w tym jakaś sprzeczność (pewnie tak), ale nadzieja na coś jest,
      natomiast pesymizm (który ja nazywam realizmem) mówi, że nadzieja ta się nie
      spełni. Załóżmy, że marzę o tym, by ważyć 10 kilo mniej. I w głębi duszy żywię
      nadzieję, że to się stanie, ale codzienność uczy mnie, że nie ma na to żadnych
      szans - stąd pesymizm w stosunku do przyszłości

      3) Czy można wyćwiczyć nadzieję? Czy jest możliwe takie myślenie pozytywne, by
      ono rzeczywiście stało się moje? Czy nie będzie ono zawsze maską? Ten punkt mam
      kompletnie nieprzemyślany i bardzo bym chciała, żeby się tu ktoś mądry
      wypowiedział
    • mamamonika Re: praca nad nadzieją 21.04.07, 21:45
      Optymizm mam chyba wrodzony. Kiedy mówią, że stoję przed ścianą, pytam, kto
      pożyczy lub sprzeda drabinę wink.
      Pracuję nad innymi rzeczami wink), też ciężko i z potknięciami
      • mamalgosia Re: praca nad nadzieją 21.04.07, 22:09
        A ja kiedy stoję przed firanką, mówię że stoję przed ścianąsmile I to też
        wrodzonesmile
    • mader1 Re: praca nad nadzieją 22.04.07, 00:22
      nadzieja... można być optymistą bądź pesymistą, ale nadzieję trzeba mieć.
      Ona trzyma przy życiu. Drepczę przy swoich dzieciach i pilnuję, by nigdy nie
      traciły nadziei i wytrwałości. Ale nie chodzi o nadzieję na pozytywne
      załatwienie konktretnej sprawy - czyli załatwienie " po naszej myśli". Nadzieję
      na to, że " dasz sobie radę" i wyniknie z tego jakieś dobro. Wiara bardzo tu
      pomaga.
      Zarówno przesadny optymizm jak i pesymizm może być szkodliwy smile Najlepiej
      trzymać je w ryzach czasem po prostu trzymając się faktów smile
      • mamalgosia Re: praca nad nadzieją 22.04.07, 11:04
        "trzymać je w ryzach", no no, mader, kto by nie chciał...
        • mader1 Re: praca nad nadzieją 22.04.07, 15:14
          jak się ma taką matkę , jak ja - jest to dużo łatwiejsze smile)))
          Moja mama jest wieczną optymistką i ja idąc i zbierając te problemy, które
          wypadały jej przypadkiem z rąk ( " jakoś to będzie", " jakoś się ułoży")
          nauczyłam się ostrożnego podejścia do tego typu " skłonności" wink
    • minerwamcg Re: praca nad nadzieją 22.04.07, 16:02
      Kiedyś równe, pogodne usposobienie, nieużalanie się nad sobą i
      niemanifestowanie otoczeniu swoich nastrojów, zwłaszcza złych, było elementem
      dobrego wychowania.
      Zaraz odezwą się głosy, że "tresura", i że "dziecko ma prawo mieć zły nastrój i
      go manifestować" i jeszcze "szczerość przede wszystkim" i że "nie chcę, żeby
      moje dziecko się uśmiechało, kiedy jest mu smutno".
      A tymczasem być może nasi przodkowie mieli rację. Zasada "głowa do góry" i
      angielskie "keep smiling" nie były takie złe... wiele razy zdarzało się, że nie
      mogąc dać upustu złemu nastrojowi (bo mnie też wychowywano już jakiś czas temu)
      zyskiwałam dystans do jego przyczyny. Gdybym mogła opowiedzieć całemu światu,
      jaka jestem biedna, pewnie zdołowałabym się do reszty. Nie mogłam - to się i
      nie zdołowałam, a zmartwienie po kilkunastu/kilkudziesięciu minutach wydawało
      się wcale nie aż tak straszne.
      Dla mnie takie wychowanie to właśnie "praca nad nadzieją". Niestraszenie
      bliźnich smutną miną i nierozżalanie nad sobą pomaga wypracować dystans do
      samego siebie. Który jest podstawą pogody ducha. Jeżeli ktoś wie, że ma z
      natury skłonności do pesymizmu i depresji - powinien się nauczyć te skłonności
      opanowywać. Wiem, bo kilka razy - nie bez pomocy prochów - zdarzało mi się samą
      siebie wyciągać za uszy z naprawdę porządnego dołu.
      • sylwia0405 Re: praca nad nadzieją 07.04.09, 17:21
        Jeżeli na prochach (podobnie jak ja) to z tym panowaniem nad
        skłonnościami krucho. A z drugiej strony - to czasem spotykają
        człowieka takie problemy, że nie sposób utrzymać głowy w górze i
        uśmiechu na ustach - czy aby na pewno wtedy trzeba szukać dystansu
        w sztucznym uśmiechu? Ja myślę, że czasem i płacz jest potrzebny.
        Oczyszcza i pomaga złapać dystans czasem.
    • mader1 Re: praca nad nadzieją 21.04.08, 12:48
      "35. Każde poważne i prawe działanie człowieka jest czynną nadzieją.
      Jest nią przede wszystkim w takim sensie, że w ten sposób usiłujemy
      wypełnić nasze małe i większe nadzieje: wywiązać się z takiego czy
      innego zadania, które ma znaczenie dla dalszej drogi naszego życia;
      przez własne zaangażowanie przyczynić się do tego, aby świat był
      bardziej promienny i ludzki, i aby tak otwierały się drzwi na
      przyszłość. Jeżeli jednak nie oświeca nas światło wielkiej nadziei,
      którego nie mogą zgasić czy to małe osobiste niepowodzenia, czy to
      klęski o znaczeniu historycznym, codzienny wysiłek, by dalej żyć i
      trud dla wspólnej przyszłości męczy nas albo zamienia się w
      fanatyzm. Jeśli nie możemy oczekiwać więcej niż to co jest osiągalne
      w danym przypadku i to, co władze polityczne i ekonomiczne mogą nam
      zaoferować, nasze życie szybko redukuje się i zostaje pozbawione
      nadziei. Ważne jest wiedzieć, że mogę zawsze żywić nadzieję, nawet
      jeżeli w moim życiu albo w danym historycznym momencie jest
      oczywiste, że nie mam czego się spodziewać. Tylko wielka nadzieja-
      pewność, że na przekór wszelkim niepowodzeniom moje życie osobiste
      oraz cała historia są pod opieką niezniszczalnej mocy Miłości, i
      dzięki niej i dla niej mają sens i wartość — tylko taka nadzieja
      może w tym przypadku dodać jeszcze odwagi, by działać i iść naprzód."

      "...Na przekór wszelkim niepowodzeniom..."

      Benedykt XVI " Spe salvi"

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka