mamalgosia
28.11.07, 20:38
Dlaczego gdy czytam książkę, to zawsze rodzi się w mojej głowie
tysiąc pytań?
Szukałam książki o Irenie Sendlerowej, no i dostałam. Dostałam i
przeczytałam. Kobieta uratowała 2500 dzieci z warszawskiego getta
(nie pomyliłam się z ilością zer). Nie chcę tu pisać o jej
poświęceniu, narażaniu zycia, odwadze - choć może właśnie o tym
powinnam.
Opisywała sytuacje, w jakich zdarzało jej się odbierać dzieci od
rodziców. Że zawsze był to niewyobrażalny smutek rodziców, czasem
jeszcze większy smutek dziadków. Płacze, krzyki osób które
wypuszczały ze swoich rąk malutka dłoń dziecka.
Czy jesteśmy sobie w stanie wyobrazić ten ból? Gdy oddajesz swoje
dziecko, być może nigdy go już nie zobaczysz, nie wiesz co się z nim
stanie... Dajesz mu jednak szansę na życie - szansę, bo wcale nie
było pewne, że życie.
Czasem rodzice nie potrafili oddac dziecka. Może mieli nadzieję, że
jakoś przetrwają, może uznawali, że ta szansa to za mało by się
rozstać. Bywało, że p. Irena przychodziła następnego dnia by znowu
zaproponować ratowanie dziecka - a w mieszkaniu już nikogo nie było,
cała rodzina na Umschlagplatzu.
Pytanie: co my zrobilibśmy na ich miejscu jest bezsensowne. Choć
przyznam, że ja sobie zadałam o pytanie i odpowiedziałam na nie z
jakąś tam dozą prawdopodobieństwa (bo pewności swojego zachowania w
takiej sytuacji nie mam absolutnie), rozmawialismy też o tym z
Mężem - no cóż, on również odpowiedział z pewną dozą
prawdopodobieństwa...tyle, że inaczej niż ja.
Ale myślę sobie dalej. No dobrze: więc to dziecko zginęło razem z
rodzicami, nie zostało uratowane. Ale czy to dla niego coś złego? Do
końca było z osobami, które kochało i które je kochały. Do końca być
może było wtulone w mamę.
Co z uratowanymi? Części z nich nie udało się wyjść nawet poza mury
getta. Część z nich nigdy nie zaadaptowała się w nowych warunkach.
Niektóre latami musiały leżeć bez ruchu pod łóżkiem, żeby nikt nie
wykrył ich obecności, niektóre były ciągle usypiane luminalem, zeby
nie płakały, niektórym stale bandażowano twarze - żeby wyglądały jak
ranne i żeby nikt nie oglądał ich zbyt semickich rysów. Czasem
mieszkały u kogoś kogo pokochały, ale ktoś zadenuncjował i trzeba
było przewozić je do kolejnej "mamusi", rozrywając stale im serca.
Czy więc życie naprawdę jest najważniejsze? Czy trzeba je ratować za
wszelką cenę?