Dodaj do ulubionych

życie dobrem najwyższym (?)

28.11.07, 20:38
Dlaczego gdy czytam książkę, to zawsze rodzi się w mojej głowie
tysiąc pytań?
Szukałam książki o Irenie Sendlerowej, no i dostałam. Dostałam i
przeczytałam. Kobieta uratowała 2500 dzieci z warszawskiego getta
(nie pomyliłam się z ilością zer). Nie chcę tu pisać o jej
poświęceniu, narażaniu zycia, odwadze - choć może właśnie o tym
powinnam.
Opisywała sytuacje, w jakich zdarzało jej się odbierać dzieci od
rodziców. Że zawsze był to niewyobrażalny smutek rodziców, czasem
jeszcze większy smutek dziadków. Płacze, krzyki osób które
wypuszczały ze swoich rąk malutka dłoń dziecka.
Czy jesteśmy sobie w stanie wyobrazić ten ból? Gdy oddajesz swoje
dziecko, być może nigdy go już nie zobaczysz, nie wiesz co się z nim
stanie... Dajesz mu jednak szansę na życie - szansę, bo wcale nie
było pewne, że życie.
Czasem rodzice nie potrafili oddac dziecka. Może mieli nadzieję, że
jakoś przetrwają, może uznawali, że ta szansa to za mało by się
rozstać. Bywało, że p. Irena przychodziła następnego dnia by znowu
zaproponować ratowanie dziecka - a w mieszkaniu już nikogo nie było,
cała rodzina na Umschlagplatzu.
Pytanie: co my zrobilibśmy na ich miejscu jest bezsensowne. Choć
przyznam, że ja sobie zadałam o pytanie i odpowiedziałam na nie z
jakąś tam dozą prawdopodobieństwa (bo pewności swojego zachowania w
takiej sytuacji nie mam absolutnie), rozmawialismy też o tym z
Mężem - no cóż, on również odpowiedział z pewną dozą
prawdopodobieństwa...tyle, że inaczej niż ja.
Ale myślę sobie dalej. No dobrze: więc to dziecko zginęło razem z
rodzicami, nie zostało uratowane. Ale czy to dla niego coś złego? Do
końca było z osobami, które kochało i które je kochały. Do końca być
może było wtulone w mamę.
Co z uratowanymi? Części z nich nie udało się wyjść nawet poza mury
getta. Część z nich nigdy nie zaadaptowała się w nowych warunkach.
Niektóre latami musiały leżeć bez ruchu pod łóżkiem, żeby nikt nie
wykrył ich obecności, niektóre były ciągle usypiane luminalem, zeby
nie płakały, niektórym stale bandażowano twarze - żeby wyglądały jak
ranne i żeby nikt nie oglądał ich zbyt semickich rysów. Czasem
mieszkały u kogoś kogo pokochały, ale ktoś zadenuncjował i trzeba
było przewozić je do kolejnej "mamusi", rozrywając stale im serca.
Czy więc życie naprawdę jest najważniejsze? Czy trzeba je ratować za
wszelką cenę?
Obserwuj wątek
    • mamalgosia cd - cytat z książki 28.11.07, 20:41
      Nakładem Stowarzyszenia Dzieci Holocaustu w Warszawie wyszły dwa
      (trzeci jest w druku) tomy relacji, wspomnień, wydane pod wspólnym
      tytułem "Dzieci Holocaustu mówią". Jest to wstrząsająca lektura i
      zarazem najokrutniejszy dokument pamięci. Tym trudniejszy w
      odbiorze, że choć pisany po latach w miarę normalnego życia, nie
      stracił nic na dramatyczności opisywanych zdarzeń. Okazuje się
      jednak, że przed wlasną pamięcią nie ma ucieczki. Jej ból można
      tylko złagodzić, swoimi przeżyciami dzieląc się z innymi. Czy zdają
      sobie sprawę z cudu, jakim było ich ocalenie? Pewnie tak. Ale nie
      wszyscy tak do końca cudownie to ocalenie pzyjęli, nie umiejąc
      poradzić sobie z koszmarem wspomnień, mają żal że przeżyli. Że
      przeżyli samotni. Opuszczeni, oddani przez najbliższych. Z tymi
      problemami, przez lata tłumionymi, zwracali się także do Ireny
      Sendlerowej, ktora wciąż powtarza, że to nie jej zawdzięczają życie.
      Ale determinacji i odwadze własnych ojców i matek, babć i dziadków,
      którzy umieli się z nimi rozstać. Pokonać miłość zatrzymania -
      miłością oddania. Dzisiaj, po ponad 60 latach, wiedzą o sobie
      więcej. Nie zawsze jednak chcą, aby inni, często ich dzieci i wnuki,
      poznali o nich całą okrutną prawdę. Tak przez te wszystkie lata
      uciekają od wspomnień.
      Mówi Irena Sendlerowa: "Wychowanie u obcych osób, ich rodzin, lub w
      zakładach, dawało im dach nad głową, utrzymanie, opiekę, możliwość
      nauki. To bardzo dużo. Ale one już nigdy nie były u siebie w domu,
      ze swoimi rodzicami, wśród swoich bliskich. Często tkwiła w nich
      bolesna świadomość, że może gdyby w getcie zostali razem, to
      darzyłby się cud i rodzice, rodzeństwo też by przeżyli. Wiele z
      nich, mimo licznych pozukiwań na całym świecie do dziś nie zna
      swoich korzeni".
      Wszystkie żydowskie dzieci, które przezyły koszmar wojny po obu
      stronach muru getta, są jej ofiarami, mimo upływu lat. Okrutne
      doświadczenie na zawsze zostawiło swoje piętno w ich psychce i
      zaważyło na całym późniejszym życiu. Wszyscy bez względu na płeć,
      wiek i miejsce obecnego zmaieszkania łączy jedno: trauma.
      Zjednoczeni w Stowarzszeniu Dzieci Holocaustu uczą się żyć z
      ciężarem pamięci.
      • twoj_aniol_stroz Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 20:56
        Wiem, że zabrzmi to co napiszę jak wyznanie baby nadającej się
        wyłącznie do psychiatryka, ale dobra niech będzie. Ja wcale nie
        uważam obecnego życia za najwyzsze dobro w tym sensie o którym
        piszesz. Jak najbardziej respektuję wyższość Boga w decydowaniu kto
        i jak długo zamieszka na ziemi, ale wcale nie jestem do tego życia
        jakoś specjalnie przywiązana. Nawet ostatnio dyskutowałam z mężem o
        zyciu na bazie rozmowy o końcu świata i on za nic nie mógł zrozumieć
        dlaczego mnie nie przeraża wizja śmierci, końca świata itp. a mnie
        faktycznie to nie przeraża i to co piszesz o dzieciach umierających
        razem z rodzicami to jest właśnie moje podejście. W takiej sytuacji
        nie oddałabym mojego dziecka, żeby żyło za wszelką cenę, bo ta cena
        mogłaby być zbyt wysoka dla mojego dziecka. Przecież życie nie
        kończy się w chwili śmierci, to późniejsze życie będzie o wiele
        piękniejsze smile
        • mamalgosia Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 21:21
          twoj_aniol_stroz napisała:

          > Wiem, że zabrzmi to co napiszę jak wyznanie baby nadającej się
          > wyłącznie do psychiatryka, ale dobra niech będzie.
          Zapewniam Cię, że na tym forum jest więcej bab nadających się do
          psychiatryka


          Jak najbardziej respektuję wyższość Boga w decydowaniu kto
          > i jak długo zamieszka na ziemi,
          Tak, ale akurat w tej sytuacji, o której pisałam, trudno powiedzieć,
          jak niby Bóg zadecydował o zyciu tych dzieci - czy właśnie że ma się
          ono zakończyć na Umschlagplatzu, czy w czasie snu we własnym łóżku
          50 lat później.


          ale wcale nie jestem do tego życia
          > jakoś specjalnie przywiązana. Nawet ostatnio dyskutowałam z mężem
          o
          > zyciu na bazie rozmowy o końcu świata i on za nic nie mógł
          zrozumieć
          > dlaczego mnie nie przeraża wizja śmierci, końca świata itp.
          Mnie zdecydowanie też nie. Ale koniec świata bardziej mi odpowiada
          niż własna śmierć, bo wtdey nie osierociłabym dzieci. Jesli Bóg to
          czyta, to mam nadzieję, że weźmie to pod uwagę



          a mnie
          > faktycznie to nie przeraża i to co piszesz o dzieciach
          umierających
          > razem z rodzicami to jest właśnie moje podejście.
          Moje też...


          W takiej sytuacji
          > nie oddałabym mojego dziecka, żeby żyło za wszelką cenę, bo ta
          cena
          > mogłaby być zbyt wysoka dla mojego dziecka.
          Ale może to egoizm? Może to dla Ciebie zbyt wysoką ceną jest
          rozstanie? Jest takie zdanie w cytowanym tekście - że ci rodzice są
          bohaterami właśnie przez tę miłość opuszczenia. Moze tak właśnie
          jest dobrze? Tak sobie tylko głośno myslę, bo sercem i duszą czuję
          jak Ty


          Przecież życie nie
          > kończy się w chwili śmierci, to późniejsze życie będzie o wiele
          > piękniejsze smile
          a, taki argument ładnie mi pasuje do eutanazjismile
          • verdana Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 21:38
            Nie sądzę, aby to znalazło sie na forum, bo nie jestem juz jego uczestnikiem -
            ale napisze i tak - bo muszę.
            Dziewczyny, wybaczcie - co robiłyście na lekcjach historii????
            Przedstawiacie alternatywę - śmierć szczęśliwego dziecka, w ramionach
            kochających rodziców, albo wyrwanie dziecka matce i ojcu, i jego dalszą, smutna
            tułaczkę, traume na cale przyszłe życie. I zastanawiacie się, czy warto...
            Tymczasem to nie szczęśliwe dzieci umierały w ramionach troskliwych matek.
            Umierały długo, boleśnie, miesiącami, płacząc z głodu, a umierający z głodu
            rodzice nie mieli nawet sily sie nimi zająć. Umierały opuchnięte, zsiniałe,
            chcące tylko jednego - jeść. Umierały samotnie, wyrwane z ramion matek w
            Oświęcimu, albo same duszące się w komorach krematoryjnych, bez nikogo obok
            siebie, albo czasem wrzucane bezpośrednio do ognia, albo tez - w barakach, bez
            matki, stojące codziennie godzinami na mrozie, na apelu, póki w końcu same nie
            umarły z głodu, chorób - czy po prostu zabite przez strażnika. Czasem po
            miesiącach bezbrzeżnej samotności. Umierały na pryczach, we własnych odchodach,
            bez matki, bez nikogo - nawet stosunkowo obojętnego opiekuna.
            Umierały wyrwane z ramion matki, roztrzaskane o mur. I czasem pozostawione
            umierające pod tym murem, gdy matce nie pozwalano nawet podejść.
            Umierały, mimo ze już trzylatki wiedziały, co sie dzieje i chciały żyć.
            Dziewczyny, jak wy wyobrażacie sobie Zagładę? Jako dzieło kulturalnych
            hitlerowców, którzy szli do normalnych, zwykłych domów, z mamusią i tatusiem, ze
            szczęśliwym dzieckiem i mówili "Strasznie nam przykro, ale musimy Państwa zabić,
            proszę się nie martwić, będzie szybko i bezboleśnie".
            • kowalka33 Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 21:49
              Droga Verdano
              w pełni się z toba zgadzam , dawno takich bzdur nie czytałam albo załazyciel watku nie ma bladego pojecia o historii albo będac osobą bardzo religijna zwolnił sie z myslenia -naprawde Najwyzszy tez lubi ludzi myslacych. Gdybym kiedys znalazła się w takiej sytuacji nie zawahałabym sie gdybym mogła uratować moje dziecko... naprawdę dziewczyny nie wpadajacie w paranoję
              • mamalgosia załozyciel wątku 28.11.07, 21:51
                1) na historii ogólnie się nie zna, ale akurat II wojnę światową zna
                nieźle, szczególnie holocaust
                2) religijność nie odebrała mi rozumu, nigdy go nie miałam. Bardzo
                proszę nie zwalać na wiarę mojej głupoty, bo wynika ona z zupełnie
                innych czynników
            • mamalgosia Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 21:49
              verdana napisała:

              > Nie sądzę, aby to znalazło sie na forum, bo nie jestem juz jego
              uczestnikiem -
              > ale napisze i tak - bo muszę.
              Jak widzisz - jest.
              Wiesz, co przeczytam jakiś Twój post na MMiS, to mam ochotę prosić
              Cię, byś bywała i tutaj...


              > Dziewczyny, wybaczcie - co robiłyście na lekcjach historii????
              Wstyd przyznać. W każdym razie nie były to rzeczy związane z
              przedmiotem




              > Tymczasem to nie szczęśliwe dzieci umierały w ramionach
              troskliwych matek.
              > Umierały długo, boleśnie, miesiącami,
              Verdano, ależ wiem o tym wszystkim (choć nie z lekcji historii). I
              moim celem nie było roztoczenie wizji radosnej śmierci. Zupełnie
              nie. Tylko, że istnieje taka obiegowa opinia, że właśnie ta śmierć
              to coś straszniejszego, a uratowanie życia wspaniałe, godne podziwu,
              aplauzu i w ogóle. I pewnie tak jest, tylko nie czuję tego tak do
              końca.


              > Dziewczyny, jak wy wyobrażacie sobie Zagładę? Jako dzieło
              kulturalnych
              > hitlerowców,
              Nie, zupełnie nie. Ale jest to tak bezdyskusyjne, że nie będę
              potwierdzać tego, co napisałaś. Szkoda tylko, że tak z góry i
              ironicznie

              >
              • verdana Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 21:58
                Z góry i ironicznie, bowiem to, co napisałaś - jest wybacz - wyjątkowo
                nieprzemyslane....
                Czy życie jest dobrem najwyższym? Nie zawsze. Czy chronienie życia własnego
                dziecka powinno być dobrem najwyższym - tak, zawsze (chyba że kosztem cudzego
                życia), bowiem do tego właśnie zostali stworzeni rodzice - by chronić. A nie
                decydować o śmierci dziecka, które może być uratowane - dla jego rzekomego dobra.
                Gdyby moja babcia nie podjęła decyzji - nie byłoby mnie, ani moich dzieci, gdyby
                rodzice mojego wujka nie podjęli decyzji - nie byłoby jego, ani jego dzieci
                (tylko on przeżył, został adoptowany po wojnie przez moich dziadków i był
                ukochanym synem).
                Największa traume w czasie wojny przezyła moja matka , ktora cały czas byla z
                rodzicami - i w getcie, i po aryjskiej stronie i w Bergen- Belsen. Niewiele jej
                pomogla obecność rodziców - to ona, a nie samotnie tułający się po róznych
                rodzinach moj ojciec, nie doszła w pełni do siebie - chociaż czy ja wiem?
                Ostatecznie jest całkiem z życia zadowolona.
                Nie bierzesz też pod uwagę, że dzieci Holocaustu to nie dzisiejsze dzieci - one
                wiedziały co się dzieje i wiedziały, ze ci obcy ludzie, choć może nie kochają,
                to narażają życie i chronią.
                • mamalgosia Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 22:03
                  verdana napisała:

                  > Z góry i ironicznie, bowiem to, co napisałaś - jest wybacz -
                  wyjątkowo
                  > nieprzemyslane....
                  nie, nie, przemyślane. Tylko moje myślenie takie durne, że efekty
                  wyglądają jak nieprzemyślanesmile


                  > Czy życie jest dobrem najwyższym? Nie zawsze. Czy chronienie życia
                  własnego
                  > dziecka powinno być dobrem najwyższym - tak, zawsze (chyba że
                  kosztem cudzego
                  > życia), bowiem do tego właśnie zostali stworzeni rodzice - by
                  chronić.
                  Ale właśnei rzecz w tym, ż eja niekoniecznie postawiłabym znak
                  równości między chronieniem dziecka a chronieniem jego życia.

                  A nie
                  > decydować o śmierci dziecka, które może być uratowane - dla jego
                  rzekomego dobr
                  > a.
                  Nadzieja umiera ostatnia. Myślę, że w wielu przypadkach ci rodzice
                  wierzyli, że im się wszystkim uda uratować, wtedy trauma rozstania i
                  tułaczki byłaby bezsensowna.
                  Zauważ, że piszę o getcie, na pewno w KL te nadzieje były mniejsze.
                  Ale na pewno były


                  No więc dobrze, Verdano, wiem już jakie jest Twoje zdanie: ratować
                  życie za wszelką cenę.
                  >
                  • verdana Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 22:07
                    Eh, albo nie rozumiesz, albo nie chcesz zrozumieć co piszę.
                    Ratować życie za wszelką cenę? Nie wiem. Ale ratować dziecko od długiego,
                    powolnego umierania, często w samotności, dając mu szansę na życie - na pewno.
                    Ceną "nieratowania" życia była najczęściej - w 90% wypadków - śmierć w
                    męczarniach, z czego rodzice zdawali sobie sprawę - przynajmniej w późniejszym
                    okresie istnienia getta.
                    • mamalgosia Re: cd - cytat z książki 29.11.07, 06:21
                      Powiem tak: piszesz, jakbym uważała, ze ratowanie życia ludzkiego
                      jest złe. Albo co najmniej: nie jest dobre. W ogólności. A to
                      nieprawda. Bo - jak większość ludzi - podzielam Twoja opinię i
                      jeszcze jakiś czas temu (niedługi) podpisałabym się pod nią w 100%.

                      Ale teraz zauważyłam, że to już nie jest takie 100% i to mnie
                      zastanowiło.
                      I nie, że złe. Tylko, że być może nie zawsze, nie w każdym przypadku
                      dobre.
                      To tyle.
                    • nati1011 Re: cd - cytat z książki 29.11.07, 13:13
                      z tego co ja wiem - a historię II wojny pod kątem zagłady
                      studiowałam bardzo dokładnie i szeroko poza zakres szkoły - to
                      włąśnie Żydzi nie zdawali sobie sprawy z rozmiarów zagłady. Do końca
                      wierzyli, a raczej nie chiałao im się pomieścić w głowie - nie tylko
                      im - że można dopuścić się takiego ludobójstwa.
                      • mamalgosia Re: cd - cytat z książki 29.11.07, 14:02
                        i to (między innymi) mam na myśli.
                        Więc wybór nie był między darowaniem życia, a pewnym skazaniem na
                        śmierć
            • mader1 Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 21:57
              śmierć w samotności...
              bez znajomej podusi... bez swojskiego łóżka, rąk, głaszczących rąk
              mamy, nikogo w zamian mamy...
              Bóg zdecydował, że mają żyć. Wiele innych dzieci umarło, zginęło,
              bo... nie było chętnych by podjąć się uratowania ich, bo znalazły
              się nie w tym miejscu, nie w tym czasie, bo... matka czy ojciec nie
              mieli siły wypuścić ich ręki...
              Te dzieci przeżyły i nawet nie mozemy napisac, że przypadkiem, no bo
              dopiero co twierdziliśmy, że nie ma przypadków.
              • mamalgosia Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 21:59
                Tak, wiemy, że przypadków nie ma.
                Ale nie zawsze coś jest tak białe jak by się chciało
                • mader1 Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 22:11
                  > Tak, wiemy, że przypadków nie ma.
                  > Ale nie zawsze coś jest tak białe jak by się chciało

                  Tak naprawdę pochylamy się nad ogromem ich cierpienia i to nas
                  przeraża... na myśl o tym nie możemy spać, zaczynamy bać się o swoje
                  dzieci...
                  Taka własnie jest wojna. Jakąkolwiek decyzję nie podejmiesz,
                  cierpieć będziesz ogromnie. Twoje dziecko będzie cierpiało...Nie
                  można tak po prostu "kliknąć" i zapala się światło i już jest
                  dobrze. No chyba, ze ktoś nie ma serca i sumienia - temu zawsze
                  dobrze, ten nie cierpi (być może).
                  • mamalgosia Re: cd - cytat z książki 29.11.07, 06:23
                    piękne słowa
              • luccio1 Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 23:05
                mader1 napisała:
                > bez znajomej podusi... bez swojskiego łóżka, rąk, głaszczących rąk
                > mamy...

                Tak może być i bez wojny. Wystarczy w środku najgłębszego pokoju
                wymuszona przeprowadzka do innego mieszkania - mniejszego i gorszego
                (np. na skutek eksmisji do baraku).
                Także wtedy nie ma ani łóżka, ani poduszki - a Mama nie ma sił, żeby
                głaskać...
                • samboraga Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 23:08
                  > Tak może być i bez wojny. Wystarczy w środku najgłębszego pokoju
                  > wymuszona przeprowadzka do innego mieszkania - mniejszego i gorszego
                  > (np. na skutek eksmisji do baraku).
                  > Także wtedy nie ma ani łóżka, ani poduszki - a Mama nie ma sił, żeby
                  > głaskać...

                  no, nie, nie wpadajmy w paranoję, to dwie różne traumy, wojna i stan zagrożenia
                  życia i eksmisja
                • mader1 Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 23:14
                  "Tak może być i bez wojny. Wystarczy w środku najgłębszego pokoju
                  wymuszona przeprowadzka do innego mieszkania - mniejszego i gorszego
                  (np. na skutek eksmisji do baraku).
                  Także wtedy nie ma ani łóżka, ani poduszki - a Mama nie ma sił, żeby
                  głaskać..."

                  No ale wtedy - z powodu eksmisji- rzadko jest się zabijanym ,
                  głodzonym, zatłuczonym kolbą karabinu czy duszonym.
                  • luccio1 Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 23:30
                    mader1 napisała:
                    > No ale wtedy - z powodu eksmisji- rzadko jest się zabijanym ,
                    > głodzonym, zatłuczonym kolbą karabinu czy duszonym.

                    Tutaj pozwolę sobie przytoczyć Macchiavellego:
                    "Człowiek przeżyje śmierć Ojca -
                    - nie przeżyje utraty Ojcowizny".
                    • samboraga Re: cd - cytat z książki 29.11.07, 13:41
                      > Tutaj pozwolę sobie przytoczyć Macchiavellego:
                      > "Człowiek przeżyje śmierć Ojca -
                      > - nie przeżyje utraty Ojcowizny

                      zostawiam bez komentarza
          • twoj_aniol_stroz Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 22:06
            > Tak, ale akurat w tej sytuacji, o której pisałam, trudno
            powiedzieć,
            > jak niby Bóg zadecydował o zyciu tych dzieci - czy właśnie że ma
            się
            > ono zakończyć na Umschlagplatzu, czy w czasie snu we własnym łóżku
            > 50 lat później.

            Tu chodziło mi właśnie o eutanazję i aborcję.

            > Mnie zdecydowanie też nie. Ale koniec świata bardziej mi odpowiada
            > niż własna śmierć, bo wtdey nie osierociłabym dzieci. Jesli Bóg to
            > czyta, to mam nadzieję, że weźmie to pod uwagę

            Też kwestia osierocenia dzieci jest dla mnie najtrudniejszą, ale Bóg
            postawił mi akurat na drodze kobietę, której mama zmarła jak ona
            miała 7 lat i w sumie to rozmowy z nią na ten temat jakoś pomogły mi
            uporać się z tym problemem. Przynajmniej teoretycznie smile

            > Ale może to egoizm? Może to dla Ciebie zbyt wysoką ceną jest
            > rozstanie? Jest takie zdanie w cytowanym tekście - że ci rodzice

            > bohaterami właśnie przez tę miłość opuszczenia. Moze tak właśnie
            > jest dobrze? Tak sobie tylko głośno myslę, bo sercem i duszą czuję
            > jak Ty

            My jesteśmy mądrzejsze o tę książkę, o relacje tych dzieci i w sumie
            wyłania się z nich (tych relacji) obraz ludzi nieszczęśliwych, z
            traumą na całe życie. I właśnie na bazie tej wiedzy wysnułam
            wniosek, że dla tych dzieci lepsza byłaby śmierć przy mamie niż
            koszmar strachu, opuszczenia i bezsilności.

            > a, taki argument ładnie mi pasuje do eutanazjismile

            A nie, bo eutanazja to stawianie się w roli Boga, który decyduje
            kiedy moje życie ma się zakończyć, a to nie tak.
            • verdana Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 22:14
              Ale te dzieci nie umierały przy mamie...
              A nawet te, przy których mama była cały czas, o ile przeżyły, to z traumą,
              której nie da się często opisać. Nie było żadnej, ale to żadnej możliwości
              izolowania dziecka od głodu, zimna, strachu przed sieroctwem i śmiercią.
              Oprócz zabrania go z getta.
              Moi rodzice i mój wuj nie są ludźmi nieszczęśliwymi. Hanna Krall nie jest
              nieszczęśliwa. Pamiętajcie, ze te relacje spisywane są w sposób szczególny -
              tak, aby pokazać przeżycia dzieci Holocaustu. Trudno w nich mówić "a potem żyłem
              sobie długo i szczęśliwie, zostałem pisarzem, profesorem, artystą,
              bibliotekarzem." W tych relacjach idzie o pokazanie nieszczęsna, a nie
              spokojnego życia - z pewnym "schizami", fakt.... Ale całkiem udanego - którego
              tak łatwo mogło nie być, gdyby nie bohaterstwo i tych co oddawali i tych co brali.
              • twoj_aniol_stroz Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 22:27
                Być może, a nawet na pewno, wydam Ci się nawiedzonym moherem, ale ja
                naprawdę uważam, że to życie tu na ziemi nie jest warte kazdej ceny.
                Chcąc dla dziecka czegoś naprawdę dobrego wybrałabym jego śmierć tu
                na ziemi, bo ta śmierć skończyłaby to co jest tu, a zaczęła coś co
                jest o wiele piękniejsze.
                • verdana Re: cd - cytat z książki 28.11.07, 22:39
                  Wiesz, nie rozumiem... No, kompletnie nie rozumiem.
                  Tzn, gdyby Twoje dziecko zachorowało na raka i musiało poddać sie wieloletniej,
                  uciążliwej i bardzo nieprzyjemnej terapii - a przy tym chciało żyć - rozumiem,
                  ze zabrałabyś go ze szpitala, żeby umarło w bólach, ale przy Tobie, bo to dla
                  niego lepiej?
                  Mam wrażenie, ze to bardzo podobna analogia. Za cenę chwilowego, choć
                  paroletniego cierpienia daje się dziecku szansę długiego, być może szczęśliwego,
                  udanego, owocnego życia - albo decyduje się za chcące żyć dziecko, ze lepiej dla
                  niego, by umarło.
                  Mam nawet, wybacz, wątpliwości, czy jest to chrześcijańskie podejście... Móc
                  komus uratować życie i nie zrobić tego... Bóg zsyła możliwość, a człowiek ja
                  odrzuca - w imię czego?
                  Czyli - im szybciej umrze dziecko, tym lepiej? Najszczęśliwsze powinny być
                  matki, którym zmarło dziecko?
                  Nie, naprawdę, to jakieś absurdalne...
                  • isma decyzje 28.11.07, 23:53
                    Verd, spokojnie, spokojnie.

                    Analogia z chorowaniem na raka jest nietrafna, nie. Za przykry temat
                    dla mnie, zebym rozwijala, ale poslugujesz sie stereotypami w
                    rodzaju "umrzec w bolach w domu". Nawet gdyby bylo mozliwe, ze w
                    sytuacji szans na wyleczenie mozna dziecko "wypisac" ze szpitala i
                    zaprzestac leczenia (w sensie prawnym to nie jest takie proste -
                    wladza rodzicielska nie jest nieograniczona, mozna na drodze sadowej
                    nie pozwolic dzialac rodzicom wbrew interesowi dziecka), to
                    niekoniecznie to jest rownoznaczne ze swiadomym skazaniem na
                    tortury.
                    Daj tej analogii ze smiercia dziecka spokoj, prosze.

                    Natomiast, my tu jestesmy madrzy ex post: wiemy, ze wiecej dzieci
                    przezylo poza gettem, niz w nim, i jest dla nas oczywiste, ze trzeba
                    bylo dolozyc wszelkich staran, zeby dzieci stamtad wydostac. No, ale
                    przeciez takiej pewnosci, ze, wyprowadzone, przezyja, w czasie
                    podejmowania tamtych decyzji nie bylo, prawda? Byly dwa ryzyka - byc
                    moze oceniane na korzysc jednego z nich, ale jednak ryzyka. I dwie
                    szanse na trwanie (do czasu, oczywiscie).

                    Ja bym w ogole sie bala taki temat podejmowac. Kazdy staje przed
                    wlasnymi decyzjami, i z nich bedzie sadzony.
                    • mamalgosia Re: decyzje 29.11.07, 06:27
                      Dlatego nikogo nie pytam o to "jak ty byś postąpił".

                      Natomiast sam temat... Wpadł w głowę, podzieliłam się.
            • ciociacesia Re: cd - cytat z książki 29.11.07, 14:04
              > My jesteśmy mądrzejsze o tę książkę, o relacje tych dzieci i w
              sumie
              > wyłania się z nich (tych relacji) obraz ludzi nieszczęśliwych, z
              > traumą na całe życie. I właśnie na bazie tej wiedzy wysnułam
              > wniosek, że dla tych dzieci lepsza byłaby śmierć przy mamie niż
              > koszmar strachu, opuszczenia i bezsilności.

              gdyby zostały przy rodzicach nie było by traumy? jednak wojna getto
              i takie rzeczy to chyba traumuje niezaleznie od tego czy rodzice sa
              czy ich nie ma sad fakt ze najczesciej nie bylo potem 'calego zycia'
              na jakie bylaby ta trauma
              dla mnie zycie jest wazne ze i jest wartoscia ze wzgledu na owoce.
              na te wszystkie interakcje z innymi ktore w jego ciagu zaszły. zycie
              nieszczesliwe, zycie z trauma - zycie nigdy nie jest łatwe.
              niektorzy maja o wiele gorzej, ale z gorki ma mało kto. liczy sie
              efekt koncowy - co po sobie zostawilismy - co w zyciu innych
              zmienilismy - to chyba z tego mamy byc sadzeni, prawda? kazdy jest
              po cos, a w niektorych sytuacjach wszystkie decyzje sa zle,
              chyba nie na temat mi wyszło sad
              • mamalgosia Re: cd - cytat z książki 29.11.07, 14:14
                to ja pociągnę ten "nie-na-temat-mi-wyszło" i zboczę jeszcze
                bardziej.
                Napisalaś: "w niektórych sytuacjach wszystkie decyzje są złe".
                Przyznam, że zdarzyło mi się ostatnio parę takich właśnie sytuacji,
                w których każda moja decyzja wydawała się zła. Ale właśnie chyba
                trzeba wierzyć, ze tak nie jest. Wbrew temu o się widzi i jakie się
                widzi efekty - trzeba wierzyć, że jakieś dobre wyjście jest, no
                chyba Bóg, który nazywa Siebie dobrym nie zostawiłby swoich dzieci w
                domu bez drzwi i okien i nie kazał im stamtąd wyjść? To mówi mój
                rozum (nikły i maleńki jak mojego brata w sygnaturce), bo z sercem
                bywa bardzo różnie
                • ciociacesia Re: cd - cytat z książki 29.11.07, 14:43
                  pewnie masz racje, ale wracajac jeszcze do sytuacji rodziców z
                  getta: jednak lepszym wyjsciem wydaje sie oddanie dzieci (takze w
                  mysl zasady ze trudniejsza droga jest lepsza)
                  • mamalgosia Re: cd - cytat z książki 29.11.07, 15:35
                    Pewnie tak.
                    Tylko tak jakoś mnie to wszystko poruszyło, że różne wnioski
                    przychodzą mo do głowy.


                    Ale Ty znowu ciekawy offtopic napisałaś - "trudniejsza droga jest
                    lepsza" - no nie może tak być, żeby o dobru decydował tylko stopień
                    trudności!
                    • ciociacesia trudniejsz droga 29.11.07, 15:47
                      no nie, mi chodziło o kryterium które czasem sie pojawia przy
                      trudnych wyborach - zeby wybrac droge trudniejsza (dla siebie
                      trudniejsza)
                      nie chodzilo o to ze dziecko ma miec trudniej tyoko ze rodzicowi
                      trudniej rozstac sie z dzieckiem niz je zatrzymac przy sobie. ze dla
                      rodzica to wybór trudniejszy, a skoro oba sa złe lepiej wybrac
                      trudnieszy dla siebie i liczyc ze wypłynie z tego jakies dobro
                      • mamalgosia Re: trudniejsz droga 29.11.07, 15:51
                        no tak, czyli w szczególności, a nie w ogólności
    • ea-szarri Re: życie dobrem najwyższym (?) 28.11.07, 23:41
      Człowiek (rodzic) jest tym, którego obowiązkiem jest walczyć o życie
      dziecka tak długo, jak długo jest choćby cień nadziei na dobre życie
      (nawet bez pewności). Nawet za cenę wypuszczenia ze swoich rąk małej
      dłoni własnego dziecka. To boleśnie trudne – pozwolić dziecku odejść
      mając jedynie cień nadziei. Ale w tym momencie, w tej jednej
      krótkiej chwili jest to jedyna dobra decyzja. Pozwolić dziecku
      odejść zarówno wtedy, gdy z odejściem wiąże się nadzieja na życie,
      jak i wtedy gdy leczenie jest już tylko samym cierpieniem bez
      nadziei na życie.

      Nieszczęściem ocalonych nie było to, że ocaleli. Ich nieszczęściem
      było, że nie było obok nich nikogo, kto by im umiał (i chciał) pomóc
      poradzić sobie z przeszłością.

      Mam nadzieję, że umiałabym w krytycznej sytuacji wybrać niepewną i
      choćby najbardziej nieprawdopodobną, ale jednak nadzieję.
    • audita Re: życie dobrem najwyższym (?) 29.11.07, 12:08
      Jedno pytanie do dyskutantek/-ów (postaram się rozwinąć temat, jak
      wrócę wieczorem):
      czy w takim razie potępilibyście/zrozumielibyście postawę matki
      Machabeuszów?
      Ja tu widzę wyraźną analogię, a Wy?
      • samboraga Re: życie dobrem najwyższym (?) 29.11.07, 13:40
        > czy w takim razie potępilibyście/zrozumielibyście postawę matki
        > Machabeuszów?
        > Ja tu widzę wyraźną analogię, a Wy?

        nie do końca to ta analogia - Machabeusze byli, w rozumieniu chrześcijańskim,
        męczennikami za wiarę, poza tym, gdyby poszli na kompromis, ocaliliby życie
      • mamalgosia Re: życie dobrem najwyższym (?) 29.11.07, 14:08
        Uważam, że to zupełnie inna sytuacja.
        Efekt jest, powiedzmy ten sam: matka patrzy na śmierć swoich dzieci.
        Nie ratuje ich, choć teoretycznie może. Ale na tym dla mnie koniec
        podobieństwa. W Księdze Machabejskiej jest świadoma decyzja na
        śmierć w imię wyższego dobra. Tam jest tylko wybór: zdrada albo
        śmierć.
        • luccio1 Re: życie dobrem najwyższym (?) 29.11.07, 15:42
          mamalgosia napisała:
          W Księdze Machabejskiej jest świadoma decyzja na
          > śmierć w imię wyższego dobra. Tam jest tylko wybór: zdrada albo
          > śmierć.

          Czytałem po sąsiedzku na "Judaikach" (rok temu, albo dawniej), że
          rabini (amerykańscy) zajęli się problemem dzieci żydowskich, które
          ocalały w rodzinach chrześcijańskich - i zostały ochrzczone (a jeśli
          nawet nie - to żyły i żyją na podobieństwo chrześcijan).

          Otóż: według tamtej wykładni rabinackiej, wspomniane dzieci
          dopuściły się apostazji od Wiary Ojców, czyli "Zdrady Imienia
          Bożego", i ten grzech narasta z każdym dniem życia każdego
          poszczególnego człowieka - o ile nie złoży deklaracji o powrocie w
          Gminie Żydowskiej.
          Kwestia ratowania życia nie ma w tej wykładni żadnego znaczenia.
          • audita Re: życie dobrem najwyższym (?) 29.11.07, 21:26
            O, właśnie. To miałam na myśli. Matka Machabeuszów jest - była -
            symbolem nie tylko dla chrześcijan, ale najpierw, przez wiele
            stuleci, dla Zydów (żydów).
            Zastanawiam się jednak, czy moje myślenie nie jest anachroniczne - w
            znaczeniu "nie biorące pod uwagę mentalności epoki". W naszych
            czasach chyba rzeczywiście panuje imperatyw "ratować życie za
            wszelką cenę". (No, nie zawsze i nie wszędzie, ale nie chcę rozpętać
            kolejnej dyskusji wink
            Verdano, ty jesteś najlepiej zorientowana - jak wyglądała sprawa
            ortodoksji u "przedwojennych" żydów? Czy były takie rodziny, dla
            których zachowanie dzieci w wierze ojców byłoby ważniejsze, niż
            ocalenie im życia za cenę zmiany wyznania?
            Oczywiście, my w ocenie tamtych decyzji jesteśmy mądrzejsi o całą
            późniejszą wiedzę - i tą o zagładzie getta, i tą o Oświęcimiu, i tą
            o szansach przeżycia, i tą, że konwersja na chrześcijaństwo te
            szanse zwiększała... ONI mogli tylko snuć przewidywania - i mniej
            lub bardziej optymistycznie podchodzić do przyszłości (w wersji
            religijnej, może - mniej lub bardziej ufać Bogu, że ich ocali jak
            Daniela z paszczy lwa i młodzianków z płonącego pieca?)
            • verdana Re: życie dobrem najwyższym (?) 29.11.07, 21:35
              Tak, część bardzo ortodoksyjnych Żydów dzieci nie oddawała, uznając ze śmierć
              jest dla nich lepsza niż potencjalna możliwość zmiany wiary. Prawdę mówiąc, to
              ratowano przede wszystkim dzieci asymilowane, albo niemowlęta i malutkie,
              (częściej dziewczynki niż chłopców)- z prostej przyczyny - inne dzieci nie
              znały polskiego albo mówiły z takim akcentem, ze ukryć ich niemal nie można
              było. Natomiast konwersja na chrześcijaństwo nie dawała nic - bo dla Niemców to
              się nie liczyło w najmniejszym stopniu. Ważne były natomiast autentyczne (choć
              fałszywe) metryki chrztu, dawane przez wielu polskich księży, ale oni nie
              wymagali do tego rzeczywistego chrztu.
              Ocalenie nie łączyło się ze zmiana wyznania - nawet większość klasztorów
              przechowujących żydowskie dzieci nie chrzciła ich (chyba ze na prośbę rodziców)
              . Choc oczywiście chrzty sie zdarzały, co często rodziło dramatyczne sytuacje po
              wojnie.
              Trzeba tez pamiętać, ze wśród Żydów w getcie było dużo katolików - jedyny
              kościół zawsze był pełen wiernych.
              • audita Re: życie dobrem najwyższym (?) 30.11.07, 08:49

                Natomiast konwersja na chrześcijaństwo nie dawała nic - bo dla
                Niemców to
                > się nie liczyło w najmniejszym stopniu. Ważne były natomiast
                autentyczne (choć
                > fałszywe) metryki chrztu, dawane przez wielu polskich księży, ale
                oni nie
                > wymagali do tego rzeczywistego chrztu.
                > Ocalenie nie łączyło się ze zmiana wyznania - nawet większość
                klasztorów
                > przechowujących żydowskie dzieci nie chrzciła ich (chyba ze na
                prośbę rodziców)
                > . Choc oczywiście chrzty sie zdarzały, co często rodziło
                dramatyczne sytuacje po
                > wojnie.

                Tak, oczywiście zastosowałam skrót myślowy - chodziło mi właśnie o
                te sytuacje, kiedy przybrani rodzice - albo później samo dziecko,
                nieświadome swego pochodzenia - podejmowali decyzję w tej sprawie.
    • nati1011 Re: życie dobrem najwyższym (?) 29.11.07, 13:05
      Ja na to pytanie odpowiedziałam sobie po obejrzeniu filmu - Wybór
      Zofii - do dzisiaj czasem mi się śni ta koszmarna scena.

      Nie oddałabym w takiej sytuacji dziecka. Wolałabym by umarło w moich
      ramionach. To była teoretyczna odpowiedź.

      Potem musiałam odpowiedzieć na bardziej realne pytanie. Stojąc na
      granicy życia i śmierci doszłam do wniosku, że wolałabym stracić
      dziecko, niż zostawić je na ziemi samo. Nie miałam siły żyć.
      Chciałam usnąć i nigdy się już nie obudzić, a jednak prosiąłm Boga,
      by pozwolił mi wychowac najpierw dziecko. Mnie też możecie zapisać
      do psychiatry, ale uważam, że łatwiej rodzicom pogodzic się ze
      śmiercia dziecka, niż dzieciom (małym) zę śmiercią rodziców.

      Może to wbrew naturze, ale szczęśliwe dziecko, które może odejść w
      ramionach matki. Wiele razy - zwłaszcza po kolejnej tragedii z
      udziałem dzieci - proszę Boga, że jeżeli bedzie chciał zabrać moje
      dzieci, to niech pozwoli im umrzec w moich ramionach, a nie samym
      gdzieś na drodze, czy jeszce gorzej.

      Więcej nie napiszę, bo już nie widzę ekranu ani klawiatury...
      • mamalgosia Re: życie dobrem najwyższym (?) 29.11.07, 14:19
        nati...
        Pobędę obok Ciebie jak umiem, dobrze?

        Wiesz, nie potrafiłabym tak jednoznacznie powiedzieć, komu łatwiej
        się pogodzić: dziecku ze śmiercią rodziców, czy odwrotnie. Nie do
        ocenienia.
        Ale może każdy z nas sądzi po sobie? Może po prostu ("po prostu"?)
        jedni bardziej cenią zycie samo w sobie, a inni bardziej cenią
        czyjąś obecność?
        • verdana Re: życie dobrem najwyższym (?) 29.11.07, 15:13
          Czyli lepiej nie żyć, niż być sierotą? Nikt matki dziecku nie zastąpi?
          No, nie dziewczyny, śmierć rodzica to bardzo ciężkie przeżycie, ale dla dziecka
          jest możliwość adopcji, zaopiekowania się nim przez inne osoby. Matka nie jest
          niezastąpiona.
          I po raz kolejny nie rozumiem Waszych wyobrażeń - nie istniał wybór - śmierć w
          ramionach matki albo oddanie dziecka. Dzieci nie oddane umierały najczęściej
          samotnie, osierocone, często nad trupem matki zmarłej z głodu...
          I jednak mam wrażenie, że analogia z ciężko chorym dzieckiem, gdzie istnieją
          szanse wyleczenia, a rezygnuje się z nich - jest trafna. Czy rodzice maja prawo
          skazać dziecko na niemal pewna śmierć, gdy istnieje szansa na życie? Czy maja
          prawo dokonywać za dziecko wyboru, ze lepiej dla niego będzie umrzeć, niż żyć?
          Co z tego, ze to "ich" dziecko - jego życie nie nalezy do nich.
          • nati1011 Re: życie dobrem najwyższym (?) 29.11.07, 16:48
            Rozmawiamy o wyborach, których tak naprawdę nie mamy. Przecież to
            nie my decydujemy o zyciu czy śmierci. Spór czysto hipotetyczny.

            Nie twierdzę, że matki nikt nie zastąpi. Chodziło mi o to, że
            dorosłemu łatwiej pogodzić się z cierpieniem, niż malutkiemu
            dziecku. Ja po prostu z bliska widziałam rozpacz dzieci po śmierci
            matki.

            NIe wyobrażam też sobie oddania komuś obcemu dziecka na niepewny
            los. W trakcie zawieruchy wojennej... Uważam, że zwłaszcza w
            trudnych sytuacjach rodzina powinna trzymać się razem. Choć zdaję
            sobie sprawę, że nie zawsze to od nas zależy.

            Czy maja
            > prawo dokonywać za dziecko wyboru, ze lepiej dla niego będzie
            umrzeć, niż żyć?

            Na tym tez polega bycie rodzicem. czasami trzeba podjąć potwornie
            trudną decyzję. Szansa na życie, to pojęcie bardzo ogólne. Czy wolno
            leczyć dziecko na siłę, by o parę tygodni czy miesięcy przedłużyć mu
            życie kosztem ogromnego cierpienia?

            Nie wiem, na pewno nie rostrzygniemy tego za nikogo i oby nikt nie
            musiał sobie na to pytanie odpowiadać
    • rycerzowa Re: życie dobrem najwyższym (?) 29.11.07, 15:25
      Mówi się,że nie ma głupich pytań.

      Można zatem postawić problem, czy rzeczywiście życie jest dobrem najwyższym.
      Stawia się go od dawna, przede wszystkim w odniesieniu do aborcji i eutanazji.

      O jednym należy pamiętać - chroniąc życie, chronimy przy tym inne wartości.

      W odniesieniu do dylematu ochrony życia dziecka, a nawet tylko szansy na te
      ochronę, kosztem oderwania od rodziny - mamy na to piękny przykład w Biblii.
      Ta matka, która przyszła po werdykt do Salomona, gotowa była oddać dziecko obcej
      kobiecie, oszustce bez serca (skoro zgodziła się na rozcięcie chłopca), jedynie
      za szansę, że dziecko będzie żyło,że ta inna kobieta je wychowa.
      Za szansę!
      Chroniąc życie, matka ocaliła Prawdę.

      Niekoniecznie trzeba było być Żydem, aby w czasie okupacji przeżyć piekło, które
      zostawiło ślad na całe dalsze życie.
      Mój dziadek(przyszywany) w trudnych chwilach powtarzał,że gdyby jeszcze raz
      wybierał, po stokroć wolałby dać się zabić nad Bzurą, niż iść na 5 lat do niewoli.
      Moja mama też kiedyś wyznała, że w jej sierocej doli nachodziła ją myśl,że może
      byłoby lepiej, gdyby zginęła pod gruzami swego zbombardowanego domu, razem ze
      wszystkimi.

      Z drugiej strony ci ludzie odbudowali kraj, urodzili i wychowali dzieci, umieli
      śmiać się i bawić, żartować i pić szampana.
      Daniel Passent wychował się w szafie, mimo to jest Bywalcem salonów.
      Bo co? Mieliśmy jako obywatele dać się wszyscy wybić, by zaoszczędzić sobie i
      dzieciom cierpienia? Późniejszej traumy?

      Ratując tak wielu od śmierci, ratowano przecież i inne wartości, też najwyższe.
      • mamalgosia Re: życie dobrem najwyższym (?) 29.11.07, 15:38
        prawda
      • ciociacesia Re: życie dobrem najwyższym (?) 30.11.07, 12:10
        to jest własnie to co miałam na mysli ze zycie ma wartosc ze wzgledu
        na owoce smile
    • a_weasley Re: życie dobrem najwyższym (?) 29.11.07, 16:27
      mamalgosia napisała:

      > Czy więc życie naprawdę jest najważniejsze?
      > Czy trzeba je ratować za wszelką cenę?

      Zmieniłaś poglądy na aborcję ze względów społecznych, czy uważasz, że aborcja
      nie, ale dopuszczenie, żeby dziecko urodzone raczej zginęło niż miało trudne
      dzieciństwo, i owszem?
      • mamalgosia Re: życie dobrem najwyższym (?) 29.11.07, 18:08
        Dobre pytanie. Nie, nie zmieniłam.
        Ale nadal nie mogę się zgodzić z tym, że matka, która nie zgodziła
        się na oddanie dziecka kobiecie, która być może uratuje mu zycie,
        mając nadzieję, że przezyją razem - ze taka matka postapiła
        karygodnie, źle i jest godna tylko potepienia.
        Próbuję po prostu zrozumieć różne postawy. I cieszę się, gdy mi się
        to udaje
        • a_weasley Re: życie dobrem najwyższym (?) 29.11.07, 18:21
          mamalgosia napisała:

          > mając nadzieję, że przezyją razem - ze taka matka
          > postapiła karygodnie, źle i jest godna
          > tylko potepienia.

          A ktoś tak twierdzi?
          Można co najwyżej twierdzić, że postąpiła nierozsądnie, że wybrała rażąco
          większe ryzyko.
          Natomiast powodowany uprzejmością i troską o atmosferę forum powstrzymam to, co
          mi się ciśnie pod klawiaturę jako komentarz do tezy, że lepiej dla dziecka
          zginąć w ramionach mamy niż przeżyć bez mamy. Nawet jeżeli mam świadomość, że
          czasem taka operacja produkuje Urbanów i Passentów.
          • verdana Re: życie dobrem najwyższym (?) 29.11.07, 18:27
            A poza tym - żeby za prosto nie było, oddanie dziecka znacząco zwiększało szanse
            przeżycia osób dorosłych. Więc mogło się okazać, ze w rezultacie tej strasznej
            operacji otrzymywało się po wojnie całą, szczęśliwą rodzinę, zamiast dwóch
            bezimiennych grobów.
            Mój ojciec przeżył, tak właśnie przerzucany z rodziny do rodziny. babcia
            przeżyła w getcie, choćby dlatego, ze nie musiała troszczyć się o dziecko.
            Ojciec dzięki temu miał po wojnie matkę jeszcze 35 lat.
    • minerwamcg Henryk Sienkiewicz, "Sabałowa bajka" 29.11.07, 17:17
      (...)Przychodzi wreście Śmierć do jednej gazdziny wdowy - siedmioro
      sierot u niej - i biere ją. A tu dzieci kiej nie zacnom lamentować:
      - Nie bier matki, nie bier matki!
      Zlutowała się Śmierć nad dziećmi, idzie do Pana Boga i powieda:
      - Panie Boze,jakoze mnie matkę brać, kiej dzieci tak prosom, tak
      lamentujom, aze mi sie luto stało.
      A Pan Bóg powieda tak:
      - Ja w tych rzecach nie gazda, jeno Pan Jezus gazda. Idzze do Pana
      Jezusa, niech ci ta powie, jako ma być.
      Przychodzi Śmierć do Pana Jezusa i powieda:
      - Panie Jezu, jakoze mnie gaździnę brać? Siedmioro sierot w chałupie
      tak prosom, tak lamentujom, aze mi się luto stało.
      A Pan Jezus prask Śmierć w pysk.
      - Chybaj do morza, przynieś skałkę!
      Skocyła Śmierć do morza, na samiusieńkie dno, przyniosła skałkę
      twardom, okrągluchnom jako bochenek chleba, a Pan Jezus do niej:
      - Gryź!
      Gryzie Śmierć, gryzie - zębiska ją bolom; zgryzła wreście
      calusieńkom skałkę - i patrzy, az w środku chrobocek maluśki siedzi.
      A Pan Jezus prask Śmierć w pysk.
      - Widzis - powieda - to ja i o tym maluśkim chrobocku na dnie morza
      wiem i pamiętam; a ty myślis, ze ja o sierotach nie będę pamiętał? -
      Chybaj, bier matkę!
    • otryt Nagroda Nobla 05.12.07, 02:24
      Bardzo się zasmuciłem, gdy okazało się, że Irena Sendlerowa nie
      dostała pokojowego Nobla. Dostał ją za to Al Gore za niepodpisanie
      protokołu z Kioto (1997), gdy był wiceprezydentem USA (1993-2001)
      • mamalgosia Re: Nagroda Nobla 05.12.07, 08:55
        a mój smutek z okazji NN to nie pierwszy

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka