Dodaj do ulubionych

Talenty...(NT)

07.12.07, 02:59
Oto moj debiut na Waszym forum, ktore podczytuje, a wlasciwie czytam
z zainteresowaniem juz od dawna. Witam wszystkich smile

Co do tematu: jak rozumiecie przypowiesc o talentach z NT? Czy to
znaczy, ze powinnismy zarabiac na zycie zgodnie z umiejetnosciami,
czy czynic z nich uzytek w zyciu codzinnym?
Co na przyklad, jesli ktos jest wybitnie uzdolniony jezykowo, na
wymarzone studia jednak nie udalo sie mu dostac, a wyjezdzajac za
granice przyslowiowego "ani be, ani me" z siebie nie wydusi w ramach
praktycznego wykorzystywania umiejetnosci, bo jest malo
komunikatywny? I zamiast uczyc w szkole, tlumaczyc ambitne teksty
lub oprowadzac wyciec zki, piecze hamburgery w macdonaldzie?

Lub czlowiek uzdolniony sportowo, ktory bez wielu cwiczen osiaga
najlepsze wyniki, majacy gibkie cialo i potrafiacy wyczyniac sztuki,
o ktorych mniej sprawni mogliby jedynie pomarzyc, ale mimo tego
(choc swiadom swoich zdolnosci) calkowicie sportem
niezainteresowany, uwielbiajacy natomiast gry komputerowe w wolnym
czasie? (zalozmy, ze normalne gry, nie "masakry").

To tylko dwa przyklady, ale podobnych sytuacji mozna podac wiecej...
Czy to jest marnowanie talentow Bozych? Jak rozumiecie te
przypowiesc?
Obserwuj wątek
    • mama_kasia Re: Talenty...(NT) 07.12.07, 07:25
      Albo ktoś, kto ukończył studia i pracował, i lubił swoją
      pracę , i miał talent w tym kierunku, a teraz niewykorzystuje
      go, tylko zajmuje się dziećmi i domem... - to akurat
      moja historia smile
      Już zauważyłam, że to zawsze trzeba rozpatrywać indywidualnie
      i na każdym kroku pytać się Boga, czy to jest właśnie ta
      droga, na której chce mnie widzieć.
    • isma Re: Talenty...(NT) 07.12.07, 13:04
      A, to jest jeden z moich ulubionych tematow. Przy czym
      niebezpieczenstwa w jego zglebianiu sa dwojakie - albo sie swojego
      powolania nie dostrzeze, zlekcewazy, zagubi; albo sie czlowiek tak
      zatraci w jego wylacznym praktykowaniu, ze gdyby z jakichs powodow
      mu ono mialo zostac odebrane, nic nie pozostaje (mamy takiego
      znajomego chirurga z powolania, ktory zapadl na cos w rodzaju
      choroby Parkinsona - autentycznie ziemia mu sie spod nog usunela).

      Wazne chyba, zeby znalezc tez wlasciwy sens swojego talentu,
      raczej "smak" jakiejs rzeczywistosci, niz konkretny zawod czy
      kierunek studiow.

      Ja sie niby zapowiadalam na historyka XIX-wiecznego teatru
      polskiego, potem, zupelnie przypadkiem, zostalam dziennikarzem
      dzialu miejskiego pewnego dziennika, kolejnym przypadkiem - autorka
      cudzych przemowien, a wreszcie - rasowym, zakutym urzednikiem,
      borykajacym sie z ludzkimi skargami wink)).
      Z perspektywy tych skrajnie roznych zawodowych doswiadczen wylonil
      mi sie jednak jakis wspolny mianownik, a jaki, to napisze po
      przypowiastce.
      (przypowiastka u mnie bedzie miala koloryt prawoslawny, ale ma tez
      inne mutacje kulturowe wink)):

      Rosyjski wiesniak, zwany Ilja Kuzmicz, czy jak tam powinno brzmiec
      rosyjskie imie i nazwisko, prowadzil prosty zywot, sprzedajac ryby
      na targu. W miare uplywu lat jednak odczuwal coraz silniejsza
      potrzebe zwrocenia sie do jakiegos madrego starca, ktory by nadal
      jego zyciu wlasciwy sens i kierunek. Osmielil sie zatem wybrac do
      pustelnika, ktory pochodzil z jego wioski, i ktory mieszkal na
      odludziu, udzielajac przemieniajacych zycie wyjasnien przybylym z
      najodleglejszych zakatkow kraju pielgrzymom
      Stanal przed chata pustelnika i zapytal go, jak ma wygladac jego
      nowe, prawdziwe zycie, ktore tym spotkaniem zamierza rozpczac, jakie
      sa nieodkryte dotad Boze plany wobec niego: "Pomoz mi, starcze,
      dowiedziec sie, kim jestem i co mam robic".

      Starzec, ktory znal go dobrze, i znal jego zycie, odrzekl: "jestes
      Ilja Kuzmicz, i powinienes sprzedawac ryby".

      No wiec, jestem Ismena, i powinnam spotykac ludzi wink)).
    • otryt Matematyka 12.12.07, 12:50
      Myślę, że talenty lub powołanie nie zawsze musi się realizować w
      sferze zawodowej. A tak jest najczęściej rozumiane. Opowiem o mojej
      historii z matematyką. Dwa lata temu mieliśmy spotkanie mojej klasy
      z ogólniaka. Był także nasz wychowawca – matematyk. Widziałem go po
      raz pierwszy po 30 latach, od czasu matury. Każdy opowiadał, co robi
      w życiu. Ja stwierdziłem, że jestem inżynierem pracującym w wiodącej
      firmie telekomunikacyjnej. Wychowawca był tym wyraźni rozczarowany.
      Sądził, że zostanę naukowcem, matematykiem. Poczułem jakieś ukłucie
      w sercu. Tak również uważała znaczna część klasy. Dali mi w jakiś
      sposób odczuć, że minąłem się ze swoim powołaniem, zmarnowałem swoje
      talenty. Jednocześnie bardzo wielu podkreślało, że mnie nie poznaje,
      tak bardzo zmieniłem się pod względem psychicznym, jestem znacznie
      bardziej rozmowny i towarzyski niż dawniej. Ja natomiast uważam, ze
      pomiędzy moimi dawnymi sukcesami matematycznymi i byciem odludkiem
      był ścisły związek.

      Matematyka była moją pierwszą i wielką miłością w życiu. Tak było
      przez cale dzieciństwo i okres szkoły średniej. Wielu wprawiałem w
      zachwyt, wygrywałem przeróżne konkursy matematyczne, także
      międzynarodowe. Pamiętam z podstawówki, pierwsza klasa. Wprowadzili
      wtedy eksperymentalnie naukę równań dla pierwszaków. Kiedyś przyszła
      podczas lekcji matematyczka i poprosiła mnie, abym poszedł z nią do
      szóstej klasy. Uczniowie męczyli się tam z równaniami, które ja bez
      trudu rozwiązałem. Cały wolny czas spędzałem rozwiązując problemy
      matematyczne, nie istniało dla mnie podwórko, w porównaniu z
      matematyką było mało interesujące. W podstawówce zajmowałem się
      ciągami liczbowymi, odkryłem szereg zależności między nimi. Potem ze
      smutkiem dowiadywałem się z jakichś książek, ze te rzeczy odkryto
      już w starożytności. Zajmowałem się perpetum mobile, nie znając
      jeszcze tego pojęcia. Później przeczytałem, że jest niemożliwe do
      zrealizowania. To również było przykre, że tyle czasu poszło na
      marne. Świat idei w mojej głowie był bardziej atrakcyjny niż świat
      wokół mnie, niż ludzie. Myślę, ze takie stany są charakterystyczne
      dla różnych chorób psychicznych, np. autyzmu. Różnica była taka, że
      ja wychodziłem z tych stanów, a ludzie chorzy nie chcą z nich
      wychodzić. Równie ciekawa była dla mnie fizyka, lecz jednak trochę
      mniej. Fizyka nie jest czystą ideą, zahacza o konkret. Inne
      przedmioty w ogóle dla mnie nie istniały. Sama obecność na lekcji
      wystarczała, aby je dość dobrze pozaliczać. Jedynie z akcentem
      rosyjskim miałem kłopoty nieprzezwyciężalne i przeważnie 3 na
      świadectwie. Moim marzeniem w tamtym czasie było siedzieć w jakiejś
      pustelni, mieć tonę papieru i stos ołówków, ewentualnie kalkulator
      (czasy, gdy nie było komputerów osobistych a kalkulatory były
      niesłychanie drogie) i rozwiązywać problemy matematyczne. Sami
      przyznacie, że to jakaś forma ułomności nad którą raczej załamywać
      ręce niż się zachwycać. To forma ucieczki od świata. Był parę lat
      temu film "Piękny umysł" o matematyku Johnie Nashu. To przeważnie są
      ludzie, którzy żyją poza czasem i poza przestrzenią. Oderwani od
      rzeczywistości. Ja ich rozumiem.

      Kiedyś Jacek Santorski napisał, że czasem ludzie dochodzą do bardzo
      wielkich stanowisk, pieniędzy. Motorem ich działań jest np.
      nieuświadomiona chęć wykazania swoim rodzicom (to są zawsze
      najważniejsze osoby), że są coś warci jako ludzie. Przez całe
      dzieciństwo byli przez najbliższe i najważniejsze osoby umniejszani.
      Ich całe życie jest po to, aby pokazać, że to nieprawda. To
      rozpaczliwa szamotanina zawsze kończąca się porażką. Mogą być
      również inne chore motywacje, w moim przypadku chorobliwa ucieczka
      od świata. Nietrudno osiągnąć wiele, jeśli całe siły, cała energia
      skupiona jest na jednym punkcie. Na studiach politechnicznych
      zauważyłem, że są lepsi ode mnie w matematyce. Sprawniejsze umysły,
      szybciej wchłaniające trudne zagadnienia. Mieliśmy bardzo intensywny
      kurs matematyki. Po raz pierwszy nie wyrabiałem się. Miast jak
      zawsze delektować się pięknem matematyki, dławiłem się nią. Pewne
      fragmenty, aby zdać egzamin musiałem opanowywać pamięciowo, bez
      dogłębnego zrozumienia. To była porażka: uczyć się matematyki na
      pamięć. Po raz pierwszy zwątpiłem wtedy w swoją pierwszą miłość. W
      zwolnione po matematyce miejsce zaczęły wchodzić inne sprawy. Drugą
      miłością była turystyka górska. Potem przewodnictwo. To szczęśliwie
      zbliżało mnie do ludzi i innych spraw. Czułem działanie dwóch sił:
      własnej w kierunku matematyki i drugiej siły, która mnie od tego
      odciągała. Tak było przez całe studia i znaczną część pracy
      zawodowej. Całe późniejsze życie ciągnie mnie w stronę ludzi. I to
      nie w ten sposób, że ja do nich wychodzę. To raczej oni wyciągają
      mnie z mojej samotni. W tym widzę działanie Boga. Dopiero całkiem
      niedawno wszedłem na etap, że sam z własnej inicjatywy wychodzę w
      stronę ludzi, interesuję się nimi. Coraz mocniej wchodzę w sprawy,
      które należą do świata humanistyki, religii.

      Co zatem jest moim powołaniem? Sam tego nie wiem na pewno, raczej
      przeczuwam. Jeszcze trudniejsze jest pytanie o talenty.
      • mader1 Re: Matematyka 12.12.07, 13:34
        Już jakiś czas temu miałam znaleźć słowa JPII, które utkwiły mi w
        pamięci...Przeziębienie synka trochę uniemożliwiało mi to
        poszukanie. Mam wrażenie, że jakoś uzupełniają Twoją wypowiedź.

        "Otóż pragnę podkreslić, że u podstaw każdego z tych wielu
        zróżnicowanych talentów każdy z nas, każdy bez wyjatku, również nie
        należący do świata kultury i nauki, dysponuje nade wszystko jednym :
        uniwersalnym talentem, którym jest nasze człowieczeństwo, nasze
        ludzkie być " esse". Ewangelia ze swym przykazaniem miłości uczy nas
        pomnażania tego przede wszystkim talentu : talentu naszego
        człowieczeństwa. Ostateczny osąd naszego życia będzie też tego
        talentu dotyczył nade wszystko. Ten zaś talent pomnaża się " przez
        bezinteresowny dar z siebie samego" czyli poprzez miłośc Boga i
        bliźnich. Znaczy to równocześnie : miłośc Boga poprzez miłość miłość
        bliźnich - ludzi : " kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie
        może miłować Boga, którego nie widzi " ( 1J 4,20)
        Przemówienie do Przedstawicieli
        Swiata kultury zgromadzonych w
        Teatrze Narodowym
        • mama_kasia Re: Matematyka 12.12.07, 14:13
          Bardzo Ci dziękuję za te słowa smile

          Ewangelia ze swym przykazaniem miłości uczy nas
          > pomnażania tego przede wszystkim talentu : talentu naszego
          > człowieczeństwa.
        • otryt Re: Matematyka 13.12.07, 00:26
          Dziękuję Mader za te słowa. Przyznam, że ich nigdy nie słyszałem.
          Widać, ze za mało czytam Jana Pawła II. Te słowa papieża tak
          komentował o. Jan Góra podczas spotkania młodzieży w Lednicy:

          >Kiedy to przeczytałem na nowo, zobaczyłem ogromną przestrzeń. Jeśli
          >człowieczeństwo jest talentem, który trzeba pomnożyć, to podobnym
          >talentem jest ludzka kobiecość i męskość, ludzka miłość i przyjaźń.

          Od siebie dodam: macierzyństwo i ojcostwo.smile
      • katriel Re: Matematyka 12.12.07, 16:57
        A ja właśnie jestem matematykiem. W szkole zainteresowania miałam różnorodne,
        koledzy spotkani po latach mi się czasem dziwią, że wybrałam akurat matematykę.
        Ale ja ją faktycznie wybrałam, świadomą decyzją - a przynajmniej tak świadomą,
        jak ona mogła być w szesnastym roku życia.

        Mój promotor opowiedział mi kiedyś rozmowę, jaką miał ze swoim znajomym, też
        matematykiem, Francuzem. Ów Francuz w dzieciństwie był bardzo uzdolniony
        matematycznie, startował w różnych konkursach, był dumą rodziców i nauczycieli.
        Francuski model edukacji (powtarzam tu opinię znajomego mego promotora, nie znam
        szczegółów) od czasów Napoleona wykazuje silną preferencję dla matematyki i
        przedmiotów ścisłych, jeśli tylko ktos ma w tej dziedzinie wystarczające
        zdolności, to jest oczywiste, że nie będzie się zajmował humanistyką, bo by się
        "zmarnował" (tak jak oczywiste bywa, że jeśli ktoś ma wystarczające zdolności,
        żeby zrobić maturę i iść na studia, to nie zakończy edukacji na zawodówce, bo by
        się "zmarnował"). Znajomy promotora w naturalny sposób, specjalnie się nad tym
        nie zastanawiając, trafił do dobrego profilowanego liceum, potem na uniwersytet,
        zdobywając kolejne stopnie. I dopiero parę lat po doktoracie uświadomił sobie
        nagle, że on wprawdzie ma *zdolności* do matematyki, ale właściwie tej
        matematyki wcale nie *lubi*; że startował w konkursach dla dreszczyku emocji,
        dla współzawodnictwa; i że, gdyby się nad tym kiedykolwiek zastanowił, nigdy by
        matematyki jako zawodu nie wybrał.

        • otryt Re: Matematyka 13.12.07, 00:40
          katriel napisała:

          >Francuski model edukacji (powtarzam tu opinię znajomego mego
          >promotora, nie znam szczegółów) od czasów Napoleona wykazuje silną
          >preferencję dla matematyki i przedmiotów ścisłych, jeśli tylko ktos
          >ma w tej dziedzinie wystarczające zdolności, to jest oczywiste, że
          >nie będzie się zajmował humanistyką, bo by się "zmarnował"

          Myślę, że jest w tym dużo racji. Sądzę, że matematyk może się
          przekwalifikować na humanistę (gdy np zmienią mu się
          zainteresowania), odwrotnej możliwości nie ma. "Kangur", który ma
          wyławiać talenty matematyczne, przyszedł do nas z Francji. Nie
          wiedziałem, że ta tradycja pochodzi od czasów Napoleona. Nam
          matematykom wypada raczej powiedzieć, że pochodzi z czasów Evarista
          Galois. Pozdrawiamsmile
          • isma Re: Matematyka 13.12.07, 00:53
            A tu bym sie spierala.
            Tzn. istotnie, przykladowo w mojej rodzinie wiekszym erudyta jest
            Tata, skadinad z pierwszego wyksztalcenia matematyk, ktory
            oczytaniem wszelkim bije na glowe moja Mame, skadinad polonistke ;-
            O. Ale skadinad polonistka miala byc astronomem, wiec to niezupelnie
            jednoznaczne jest wink)).

            A powaznie - humanistyka da sie zajmowac po amatorsku, matematyka
            nie bardzo (chyba, ze w konwencji "Lilavati"), stad chyba ta
            obserwowalna jednokierunkowosc "przekwalifikowan".
          • katriel Re: Matematyka 14.12.07, 19:17
            otryt napisał:
            > Nie wiedziałem, że ta tradycja pochodzi od czasów Napoleona. Nam
            > matematykom wypada raczej powiedzieć, że pochodzi z czasów Evarista
            > Galois.

            Faktycznie smile
            Z tym że ten Napoleon to zdaje się nie jest tutaj tak zupełnie od czapy. Z tego, co mi mówiono, to on osobiście w ten sposób szkolnictwo (z początku tylko wojskowe) zorganizował, ponieważ szczerze wierzył, że jeśli tylko francuscy generalowie będą znali wystarczająco dobrze matematykę, to francuską armię uczyni to niezwyciężoną.
    • mama_kasia Re: Talenty...(NT) 13.12.07, 09:08
      Przy okazji - a jak wspierać takiego chłopaka, który
      lubi matematykę i jest z niej bardzo dobry; lubi języki
      obce i też świetnie sobie radzi; ma też zdolności w kierunku
      "literackim"; a i nauki przyrodnicze są dla niego wyzwaniem?
      Z żadnego z tych przedmiotów nie jest super, ale z każdym razi
      sobie świetnie.
      Na razie czekam i tylko czasami mam wrażenie, że syn nie
      wykorzystuje potencjału, jaki ma. Nie mam pojęcia, która
      dziedzina pociągnie go kiedyś tak w całości, ale chciałabym,
      aby wybrał zgodnie ze swoim powołaniem smile
      Ja np. jestem pewna, że architektura, a potem urbanistyka to
      było to, czego miałam się uczyć. Lubiłam matematykę bardzo.
      Zastanawiałam się nad fizyką. Wybrałam architekturę. To
      kierunek, który połączył logikę z artyzmem wink))
      A teraz jednak wolę zajmować się domem, dziećmi i robić
      inne różności. Moja polonistka może złapałaby się za głowę,
      gdyby dowiedziała się, że ktoś pozytywnie ocenia moje teksty wink
      Jakoś dziwnie się to plecie wink)) ...Dobra, przyznam się - matura
      z polskiego na 3 ... Tak sobie wczoraj myślałam ... Wydaje mi
      się, że z tym polskim było u mnie dlatego tak słabo, że brakowało
      mi dojrzałości, pewności siebie, wyrobienia poglądów - a to
      jest niezbędne, aby dobrze pisać - chyba...
    • rycerzowa Re: Talenty...(NT) 13.12.07, 10:48
      Jeśli o "talenty" chodzi, to chyba nie należy rozumieć rzeczy zbyt dosłownie: że
      trzeba znaleźć w sobie ten jeden talent, czyli zdolności w jakimś kierunku, i
      rozwijać je, bo inaczej - płacz i zgrzytanie zębów.
      Zważmy, że używa się liczby mnogiej, przypowieść jest o talentach, nie o talencie.

      Rozumiem to w ten sposób,że przeciętny człowiek nadaje się do wielu rzeczy, w
      sensie i zawodowym, i społecznym , i rodzinnym.
      I robi wiele rzeczy, "puszcza w obieg" nawet kilkanaście talentów.

      Ale nikt nie jest w stanie robić wszystkiego, do czego się nadaje.
      Przykładowo kariera sportowa i naukowa wykluczają się.
      W zawodzie też mamy przed sobą wiele możliwości, możemy wybierać.

      "Talent" to jest przede wszystkim coś, co nam sprawia radość, satysfakcję, co
      lubimy robić.
      Na tym tle dochodzi do "zgrzytania zębów" naszych pedagogów, rodziców, czy w
      ogóle otoczenia, które "wie lepiej" jakie nasze talenty "marnujemy".
      "Ona miała talent muzyczny, a marnuje się przy gromadce dzieci".
      "Był świetnym matematykiem, a pracuje w marketingu. W dodatku wygląda na
      zadowolonego".
      Dla cudzych oczu nie zawsze widoczne jest rozwijanie talentów ukrytych.

      Kryterium niezmarnowania talentów powinno być chyba pomnożenie dobra, jakie z
      naszej aktywności wynika.

      PS.Do rafy koralowej: Ktoś "wybitnie uzdolniony językowo" na studia językowe się
      dostanie, a gdy za granice wyjedzie, to się dogada. Na tym po prostu polegają
      wybitne zdolności językowe.
    • rafa.koralowa1 Re: Talenty...(NT) 08.01.08, 14:15
      Wrocilam i "odkopalam" moj watek smile Dziekuje wszystkim za glosy w
      dyskusji, a zwlaszcza za slowa JP II o czlowiczenstwie.

      Mnie dreczylo (i dreczy) poczucie winy. Dostalam sie na lepsza
      uczelnie w Polsce, ale po roku zrezygnowalam na rzecz mniej
      prestizowej, w mniejszej miescinie, i - jesli wziac pod uwage jakosc
      nie tylko nauki, ale spedzonego czasu - wlasnie ta druga byla super,
      mimo ze nie zawarlam przyjazni na cale zycie itp. Ale zupelnie inna
      atmosfrea, brak wyscigu szczurow, lektorzy z klasa. Jakos do mnie
      nigdy nie trafialy szeroko pojmowane "imprezy", specyficzny
      studencki snobizm (np dziwne spogladanie na ludzi ktorzy zamiast
      dyskutowac o rozwazaniach filozoficznych zglebianych w wolnym
      czasie, czytaja przygody Mikolajka i jeszcze sie do tego przyznaja).

      Teraz siedze w domu z dzieckiem za granica, wiem, ze rodzina ma do
      mnie zal o to, ze jak wiekszosc moich rowiesnikow, nie mam kilku
      mgrow nawet ze studiow zaocznych ("oni mogli, a ty taka zdolna
      nie?") itp.

      Ja sama mam do siebie wielki zal i to powoduje moj niepokoj, nie
      moge znalezc sobie miejsca. Wydaje mi sie, ze powinnam robic
      przynajmniej 5 roznych kursow na raz, bo stac mnie na to (umyslowo,
      choc nie bardzo finansowo).
      I niestety, nie moge tez powiedziec, zebym byla jakos szczegolnie
      towarzyska i mogla sie spelniac w kontaktach z bliznimi.

      Jakos mi smutno z tego wszystkiego. Takze dlatego, ze zawiodlam
      Boga, i to nie tylko w kwestii talentow sad
      • mader1 Re: Talenty...(NT) 08.01.08, 14:25
        > Jakos mi smutno z tego wszystkiego. Takze dlatego, ze zawiodlam
        > Boga, i to nie tylko w kwestii talentow sad

        Ojej, no co Ty... głask, głask...
        Przecież na to wszystko jest jeszcze czas...
        On Cię kocha, On Cię rozumie. Rozumie Twoje rozterki... On nie ma
        pretensji, jeżeli starasz się przy Nim być. Mocno przytulam.
      • lucasa Re: Talenty...(NT) 08.01.08, 15:03
        rafa.koralowa1 napisała:

        > Ja sama mam do siebie wielki zal i to powoduje moj niepokoj, nie
        > moge znalezc sobie miejsca. Wydaje mi sie, ze powinnam robic
        > przynajmniej 5 roznych kursow na raz, bo stac mnie na to
        (umyslowo,
        > choc nie bardzo finansowo).
        >

        a w jakim kraju jestes? A moze teraz mozesz zaczac studia za
        granica, nie dla dyplomu, ale dla wiedzy plus kwalifikacji i
        skonczyc cos co Cie interesuje? 5 kursow nie rob smile zrob jeden a
        konkretny smile. Kiedy dziecko/dzieci pojda do szkoly - bedziesz miala
        wyksztalcenie w kierunku w ktorym bys chciala pracowac.
        Masz teraz bardzo dobra sytuacje, dzien mozesz spedzac z dzieckiem,
        wieczorem lub w nocy uczyc sie! Ja wrocilam do pracy na caly etat i
        chcialam kontynuowac kursy, a tymczasam codziennie wieczorem padam
        na nos i nie wyrabiam sie z codziennymi obowiazkami domowymi. Z
        rozrzewnieniem wspomnam czas, gdy bylam w domu, wieczorem dzieci w
        lozku, a ja moglam usiasc i spokojnie sie uczyc.
        pozdrawiam,
        A
    • ula27121 Re: Talenty...(NT) 09.01.08, 07:55
      Ja kiedyś przeczyta łam, że talentem jest każda sytuacja, w której sie
      znajdziemy. I że właśnie od tego jak sie zachowamy, jak ją wykorzystamy zależy
      czy "talent" zostanie zakopany czy pomnożonysmile

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka