andaba
07.01.05, 03:24
Tak sobie myślę, jakie to miałam sielskie życie, gdy miałam tylko trójkę
maluchów... Stabilizacja, punktualność, aż się wierzyć nie chce! Rano
śniadanie,sprzątanie, ubieranie, zakupy, spacerek, obiadek. Po obiedzie
potomstwo pokotem szło spać, na mniej więcej trzy godziny, a mamusia mogła
robić co chciała: spać, czytać, sprzątać, prasować lub patrzeć w sufit.
Przeważnie wybierałam opcję drugą. Potem podwieczorek, spacerek lub zabawa w
zależności od pogody i pory roku,kolacja, kąpiel i do spania. No i znowu
mogłam robić co chciałam.
Teraz dzieci przybyło, najstarsze poszło do szkoły, w dodatku zmieniliśmy
miejsce zamieszkania.
I wygląda to tak:
- Wstaję, robię góóóóóóry kanapek, bo w przedszkolu tylko herbatke dostają,
wyżywienie we własnym zakresie. Zdzieram towarzystwo z wyrek, z mniejszym
(pierworodny),lub większym (córunia) trudem. Jedzą , myją się, najstarszy
idzie do szkoły (od trzeciego tygodnia września chodzi sam, przynajmniej
jedno mam z głowy!) i zaczyna się: JA CHCĘ BYĆ ŚLICZNIE UBRANA! Ta sukienka
nie, tamta nie, spodnie nie te, ale tamte też nie. Robię się zła,każę wracać
do łóżka, do przedszkola nie idzie! To znowu ryk, bo ona chce. Ale
zaszantażowana ubiera co daję,jeszcze tyko mini-awantura przy czesaniu: nie
warkocz, tylko precelki, nie ta frotka tylko tamta i jeszcze te spinki, i
jeszcze tamte. No.. już.
- Ubrani, uczesani, maszerujemy do przedszkola. W drzwiach dąs na użytek
wychowawczyni (popatrz jaka jestem nieszczęśliwa). Pani nieodmiennie daje się
nabrać, bierze na ręce, zabawia, humor gwieździe się poprawia. Z
westchnieniem ulgi zamykam drzwi od zewnątrz.
- Wracam do domu, biorę sie za stajnię Augiasza. Budzi się Jędruś, przerywam
więc, myję, przewijam, ubieram. Zapycham wiecznie głodną paszczę. Kończę
sprzątanie, idziemy na zakupy. Potem galopem ze sklepu do przedszkola, bo
dwunasta.
- Zabieram dzieciaki, wysłuchuję relacji kto kogo szczypał, kto był
niegrzeczny, kto najładniej narysował (oczywiście Żaba).
- W międzyczasie wraca pierwszoklasista i od progu woła: KIEDY OBIAD????
- No właśnie, obiad. Ziemniaki na szczęście obiera babcia, jedno z głowy.
Robię resztę. Teraz konsumpcja. Jędruś znów zjada mi cały obiad. Słusznie, po
co mu gruba mama.
- teraz należy wygonić młodszych do zabawy, najlepiej na pole. O ile pogoda
na to pozwala. Jędruś dostaje flachę i idzie... no właśnie, niekoniecznie
spać. Nieraz po wydojeniu wychodzi z łóżeczka i radośnie przybiega wrzucić
pustą flachę do zlewu.
- Jeżeli starsze rodzeństwo nie wykazuje entuzjazmu na myśl o bawieniu z
braciszkiem, to pozostaje podrzucenie go babci. Wymaga to od babci sporo
poświęcena, bo Jędruś robi następujące rzeczy: rozkręca radio, spycha
telewizor, wchodzi do lodówki, depta po poduszce, urywa firankę, ściąga obrus
i przytula babcię tak,że jej oczy na wierzch wychodzą lub kontrastowo -
gryzie ją w tylek. Aha, jeszcze zakłada sobie różaniec na szyję, bierze
nowennę i klęka przed radiem (zgadnijcie czego babcia słucha).
- Po obiedzie następuje kolejny odcinek horroru p.t. SMERF ODRABIA LEKCJE.
Głupi chłopczyna nie jest, ale tak roztrzepany, że przy przepisywaniu z
podręcznika, który ma przed nosem, potrafi zrobić trzy błędy w słowie
czteroliterowym. No i to rysowanie... W każdym zeszycie rysunki , rysunki i
rysunki. A on talent do tego ma jak nie przymierzając mamusia... Potem
jeszcze wysłuchanie czytanki... I tu jest rzecz dziwna. Syn przy opowiadaniu
potrafi odegrać całe przedstawienie, z odpowiednią intonacją, mimiką i
gestami,Pazura i Atkinson w kompleksy by wpadli, a czyta jakby tasiemke
połykał - powoli, monotonnie i dławi się przy każdym słowie.
- Na wieść, że koniec na dzisiaj, pierwsze słowa to: jeść mi się chce!!!
- POdwieczorek.
- Chwila relaksu, to znaczy tłumaczenie Zbysiowi, że siostrzyczka nie chciała
pomiąć mu rysunku, tylko go nie widziała. Tłumaczenie Danusi, że bloku Leszka
malować nie należy. Tłumaczenie Leszkowi, że zabijać Danusi nie należy, mimo
że blok pomalowała. Tłumaczenie Andrzejkowi (podparte rękoczynami), że wstęp
do pokoju starszaków wyłącznie za zgodą wyżej wymienionych (czyli nigdy).
Tłumaczenie Zbysiowi, że po ciemku na pole się nie wychodzi.
Tłumaczenie...itd., itp.
- Potem kolacja (Boże, gdzie się to w nich wszystko mieści!!!!)
- Burza w wannie. Efekt - woda wszędzie, tylko nie w wannie.
- I do spania. HURRRRRRRRRRRRA!!! No, nie wszyscy moje zdanie
podzielają...Jeszcze bajka, jeszcze pacierz, jeszcze buzi, no... już.
- Mamuuuuuuuuuusia! Bo on mni kołdrę zabiera. Mamuuuuuuusia! Bo ona śpiewa.
Mamuuuuuuuusia! Powiedz mu coś. Mamuuuuuuuuusia! Bo on zaczyna.
- Cisza. Wreszcie czas dla mnie . Do momentu, gdy zasypiam.
- Wycie. Swędzi ją. Boli ją . Noga. Głowa. Ząb. Brzuch. Co kwadrans co
innego. Mniej więcej co drugą noc. W dzień zdrowa jak grzybnia muchomora, w
nocy koncert. Oto dlaczego nie śpię o tej porze. Nie opłaca mi się.
- Rano nocny wyjec jak skowronek, ja przeciwnie.
Ale wiecie co? Nie jest tak źle! Coraz częściej myślę, że chciałabym jeszcze
jedno do kompletu.
Masochistka jestem, czy co?