tialia
08.07.05, 16:50
bolesne jak cholera...
mój narzeczony jest alkoholikiem. jesteśmy razem od pięciu lat; po roku
znajomości, po przejściu wszystkich etapów zaprzeczenia, że nim nie jest,
udało mi się namówić go na terapię. nie pił przez rok. potem znowu picie.
jestem wyczerpana. nie mam złudzeń, że coś, ktoś, że ja, mogę go uleczyć.
chciałam zapisac się na terapię dla współuzaleznionych, ale zniechęciła mnie
postrawa młodej terapeutki. staram się radzić sobie sama. oddzielam się od
niego wyimaginowaną ścianą, kiedy pije, by go nie widzieć. kiedy przestaje
pić, po dwóch dniach leczenia kaca, przychodzi czas na depresję, która mija
po około tygodniu; potem jest dobrze przez tydzień, góra dwa, a potem znowu
picie i wszystko od początku. on, kiedy pije, namawia mnie, bym ratowała
siebie, odeszła. kiedy przestaje pić, widzę, jak bardzo mnie potrzebuje. jak
ciągle, mimo wszystko wierzy, że się wyleczy. nie zliczę już prób podjętych i
nie zakończonych terapii.
już nie mam sił. pracuję całe dnie i kiedy wracam w nocy i widzę ten cały syf
w domu, puszki, butelki, jego śpiącego w barłogu pełnym petów, już nie mam
sił by układać wszystko od nowa. i na zmianę, na odejście od niego, sił nie
mam także.
jesteśmy chorzy oboje.