artjoasia
27.04.07, 20:22
Witam! Od jakiegoś czasu obserwuję, co się dzieje na tym forum i wreszcie
odważyłam się opowiedzieć o sobie. Mam 40 lat, z moim mężem jestem od 5 lat,
mamy pięciomiesięczną córkę, mieszkamy z moją matką. Sytuacja w moim domu
coraz bardziej przypomina piekło - nie ma dnia bez kłótni i awantur, od męża
słyszę już w zasadzie niewiele oprócz jakichś "kurew w dupę ..ych" z byle
powodu, mąż nie odzywa się normalnie, tylko sączy się z niego jad i nienawiść,
co wieczór całe mieszkanie śmierdzi wódką. Do niczego się nie nadaję, nic nie
potrafię, najwyraźniej całe zło tego świata jest moją wyłączną winą. I mojej
matki, ona też jest obiektem nienawiści. Do tej pory zdążyłam się zorientować,
że nigdy nie chodzi o jakieś konkretne rzeczy, które mu przeszkadzają i które
można jakoś rozwiązać. Chodzi o to, żeby się czepiać, wdeptywać w ziemię i
zastraszać tymi swoimi wybuchami wściekłości. Nigdy, ani razu nie doczekałam
się odpowiedzi na pytania typu co wobec tego zrobić, jakie on widzi
rozwiązanie, czego by chciał. Jego nie interesuje znalezienie rozwiązania. Bo
czego by się wtedy czepiał? Wszystkie wywoływane przez niego awantury są
zupełnie nieprzewidywalne. Zdarzało się, że wpadał i wyrywał kable z
komputera, bo za długo siedzę, zdarzały się też pretensje, że nie mam pojęcia
o komputerach, bo za mało sie tym interesuję. I tak ze wszystkim. Za późno
chodzę spać. Albo za wcześnie. Za dużo gadam przez telefon z E. Jak mogę tak
długo nie dzwonić do E, świnia jestem. Za ciepło się ubieram. Albo za lekko.
No kurczę, naprawdę wszystko może być przyczyną wybuchu złości. I wtedy żadne
racjonalne argumenty nie trafiają (przecież chciałeś, żeby... robię tak,
ponieważ...)Trochę to wygląda na jakąś manię władzy, jakby chciał obsesyjnie
wszystko kontrolować, nie wiem, może niezupełnie tak. Do tej pory wszystkiemu
winne były moje papierosy. Gdybym nie paliła, to on by nie pił, to miałby
większą motywację do wszystkiego, to by mu się chciało żyć, to by się mnie w
ogóle nie czepiał, bo byłabym ideałem. Ha, ha! Podobnie z dzieckiem - wszystko
byłoby cudownie, gdybyśmy mieli dziecko. Tymczasem po urodzeniu dziecka
sytuacja się pogorszyła w sposób lawinowy. Przedtem też nie było najciekawiej,
ale były długie okresy dobre lub niezłe. Wódki też było mniej. Teraz mąż jest
pijany codziennie. Jeżeli nie pracuje, to pije od rana. Kupuje czysty spirytus
i robi z niego drinki. Nie mogę już znieść tego nieustannego smrodu. Papierosy
już nieaktualne - nie palę już pół roku (i nawet jednego ciepłego słowa na ten
temat nie usłyszałam, zero wsparcia czy czegokolwiek, chociaż do tej pory
wcale się nie przyzwyczaiłam i wcale mi nie pasuje niepalenie!) - więc teraz
zamiast papierosów wrogiem nr.1 stała się moja matka. Teraz coś, co się w pale
nie mieści i naprawdę nie wiem, jak mogło do tego dojść. Moja matka
utrzymywała nas przez cztery lata! Ja do tej pory jestem na jej utrzymaniu. Bo
jakoś mu nie przyszło do głowy, że jak się chce mieć niepracującą żonę, to ona
coś tam musi jeść, przynajmniej czasami... Nie dość, że mąż wprowadził się do
mieszkania mojej matki, doprowadził je do takiego stanu, że już nawet nie
bardzo jest gdzie usiąść, nie dawał na życie, nie dokładał się do rachunków
(pół roku temu dopiero przejął płacenie niektórych rachunków), wiecznie żebrał
o jakieś pożyczki (bo komornik zajmie samochód itp) i w ten sposób wyciągnął
od mojej matki oszczędności całego życia - może i niewiele, ale to wszystko,
co miała - to jeszcze teraz śmie mówić, że "nienawidzi tej starej rury" i
"niech się ta stara ku.. od mojego dziecka odczepi". Jezu, w co ja wdepnęłam
- ja, panienka z dobrego domu, grzeczna, miła i naiwna! W moim domu nikt nigdy
nie przeklinał, nie robił awantur, nie trzaskał drzwiami, nie rzucał niczym...
Najdziwniejsze jest to, że nikt by mi nie uwierzył - on w kontaktach z innymi
jest naprawdę uroczy, taki "swój chłop", bardzo uczynny, życzliwy,
uśmiechnięty. Wszystkie sąsiadki proszą go o przysługi typu wymiana uszczelki
albo naprawa telewizora i uważają, że to skarb taki mąż co wszystko potrafi.
Może i potrafi, tyle że ja całymi latami nie mogę się doprosić o najprostsze
rzeczy. W domu tylko wszystko rozgrzebuje (czyli rozwala) i nie kończy. Bo nie
ma czasu, bo nie ma pieniędzy, bo moja matka akurat musiała iść do kibla,
kiedy on chciał szpachlować ścianę... W tej chwili jedyne pomieszczenie, które
nadaje się do użytku, to kuchnia. Reszta wygląda jak plac budowy albo
składowisko śmieci. Bo chciał tylko odnowić przedpokój przed urodzeniem
dziecka. A za chwilę zaczęły się wymówki, że on to wszystko pie.., bo moja
matka mu łazi. Na litość boską, a niby czego się spodziewał, że będziemy do
kuchni czy do łazienki przez okno wchodzić z podwórka czy co? Cały czas żyje
jakimiś mrzonkami i ten remont to chyba jedna z nich. Robi mi sceny, że nie
chcę się stąd wyprowadzić... Ale niby jakim cudem? Skoro do tej pory nie płaci
czynszu ani nie płaci za moje utrzymanie, a pieniędzy i tak nie starcza??? A
on sobie wyobraża, że bez problemu mógłby coś wynająć. Albo że mógłby kupić
dom na wsi. I naprawdę myśli, że to kwestia mojego oślego uporu albo złej
woli. Jezu. Dyskusji o piciu oczywiście nie ma. Bo przecież on nic złego nie
robi, co w tym złego, że sobie w domu po pracy parę drinków wypije? Przedtem,
kiedy pił trochę mniej (tzn. nie codziennie, tylko z przerwami), zawsze używał
jakichś wymówek i każdy pretekst był dobry. Głownie niskie ciśnienie. Albo
przewiało go i coś go bierze. Albo miał męczący dzień i chce się odprężyć. I
początkowo w to wierzyłam. Przed ślubem tylko raz sobie pozwolił na zbyt
wiele, powiedziałam na ten temat parę słów i potem nie pił przez pół roku.
Więc nie podejrzewałam wtedy nic złego. Teraz już się nawet nie tłumaczy. Nie
twoja sprawa, odczep się ode mnie, co cię to obchodzi, daj mi święty spokój.
Czasami mam wrażenie, że to jedyne, co go jeszcze obchodzi. Nie wiem, dlaczego
mnie tak nienawidzi. To się stało nagle, kiedy urodziło się dziecko. Zaczęły
się wybuchy agresji: co ty wyprawiasz, nie umiesz nawet dziecka nakarmić, nie
tak, nie potrafisz ubrać, przewinąć, wziąć na ręce, do niczego się nie
nadajesz, ta twoja mać niczego cię nie nauczyła... Zdarzało się to nawet przy
ludziach - córka początkowo leżała w inkubatorze i jeździliśmy do niej do
szpitala. Kilka razy nawet pielęgniarki próbowały interweniować - proszę pana,
niech pan się uspokoi, bo dziecko będzie nerwowe, przez pierwsze dni nikt nie
umie i każda kobieta musi się najpierw nauczyć, jak pan będzie tak żonę
traktował, to straci pokarm... Istotnie po miesiącu straciłam pokarm. I też do
niego nie dotarło. To pewnie dlatego, że coś ze mną nie w porządku, a z tym
stresem to tylko głupie wymysły. Mogłabym tak jeszcze długo. I może kiedyś
jeszcze się wyżalę. W każdym razie czuję się kompletnie samotna i pozbawiona
jakiejkolwiek pomocy, dla mnie to sytuacja bez wyjścia. Mogę chyba tylko
znosić to nadal i mniej lub bardziej się buntować po swojemu. Co i tak nic nie
da. Bo jeżeli od niego odejdę, to przecież wyląduję z dzieckiem pod mostem.
Albo na Centralnym. Albo jeszcze gorzej - sama wyląduję na Centralnym, a on
zabierze dziecko. Bo tak sobie myślę... chyba żaden sąd nie przyzna dziecka
osobie, która nie ma żadnych środków utrzymania...
A taki był zakochany... po trzech dniach już chciał się koniecznie
żenić... powinnam się połapać, że to porąbane jakieś...