Mam chorego kota.
Przyczyna choroby jest specyficzna i rzucająca cień na mnie jako
właścicielkę kota, bo kot wypadł z balkonu piątego piętra
Faktem jednak jest, że teraz jest chory. Nie chce jeść ani pić,
po przejściu kilku kroków kładzie się, nie myje się...Do niedawna
pakował mi się bezceremonialnie na kolana, gdy tylko usiadłam.
Teraz zdecydowanie woli dystans - ale nie za duży. Wlecze się za mną
gdy pójdę do kuchni i kładzie w odległości dwóch metrów. Potem
to samo, gdy idę do pokoju. Drugi kot zachowuje dystans wobec niego,
chociaż jeszcze niedawno toczyły regularne walki a potem spały
przytulone na jednym posłaniu. Wyjątkiem był wczorajszy ranek, gdy
zdrowy kot zrobił choremu toaletę (wylizał go całego).
Zastanawiam się, na ile ludzie są podobni do kotów w podchodzeniu
do chorego członka rodziny bądź jakiejś innej bliskiej osoby.
Czy relacje międzyludzkie z chwilą choroby (poważniejszej niż katar)
zmieniają się na relacje typu lekarz - pacjent?
Wczoraj oglądałam kawałek "Na dobre i na złe". Akurat trafiłam na fragment
gdzie dwoje ludzi rozmawia jak się zachować na imprezie, której
gospodyni(ich przyjaciółka) jest poważnie chora. Najchętniej zrezygnowaliby
z uczestnictwa. Jednym z dylematów było, czy wypada rozmawiać o swoich
wakacyjnych planach przy osobie, o której wiadomo, że może nawet nie dożyć
do wakacji?
Czy boicie się chorych?