zalozylem ten watek tez na sasiednim forum...
oto moja warsja wydarzen sprzed dwoch tysiecy lat...
Chrystus posiadl pewna wiedze, niekoniecznie droga logicznych rozmyslan...
wiedza ta, nie jest wiedza dostepna zmyslami, a ze mozna taka wiedze
posiasc, wiem z wlasnego doswiadczenia...
Chrystus wyrusza w droge glosic 'Dobra Nowine'...
jednak 'korci' go te 'Dobra Nowine' czyms poprzec, czyms co dawaloby
swiadectwo Prawdzie...otoz wie, ze takim swiadectwem moze byc zlozenie ofiary
ze swego zycia...nie zwleka wiec, spieszy sie nawet, bo trzy lata nauczania,
to przeciez bardzo malo...wyraznie widac tu pospiech...jeden problem go wszak
nurtuje, czy smierc jego bedzie miala sens, czy wystarczy za swiadectwo...
tym wlasnie tlumacze sobie jego meki w Ogrojcu, bo innego wytlumaczenia nie
widze...byc moze nurtowaly go tez watpliwosci natury moralnej, czy nie jest
to akt w pewnym stopniu samobojczy...
wytrwal jednak w postanowieniu oddania swego zycia za Prawde jaka glosil,
za wiedze jakiej doswiadczyl...
ale nauka Chrystusa zostala poddana obrobce, zostala przeinaczona lub
niezrozumiana...jego Prawda zostala polknieta i wydalona w postaci
niezrozumialej papki doktryn, dogmatow, wymyslow i bzdur...Amen