dziekanoszczak1
01.10.06, 09:11
Dorzynki IV Rzeczypospolitej?
Emisja przez TVN nagrań zrobionych ukrytą kamerą w sejmowym pokoju posłanki Renaty Beger, która zaprosiła tam posłów Lipińskiego i Mojzesowicza, by negocjować z nimi warunki wyprowadzenia stadka posłów z Samoobrony do PiS, stała się, niczym wystrzał z "Aurory", sygnałem do ogólnopolskiego buntu, jaki razwiedka pracowicie przygotowała przeciwko rządowi premiera Jarosława Kaczyńskiego.
Ten bunt był rzeczą pewną już od kilku miesięcy - od kiedy Sejm uchwalił ustawę z 9 czerwca br. o długim tytule: "Przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz służbie Wywiadu Wojskowego oraz ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego". Ustawa ta przewidywała m.in. rozwiązanie 30 września Wojskowych Służb Informacyjnych, będących rdzeniem razwiedki, której agenci, uplasowani na eksponowanych stanowiskach w różnych dziedzinach życia państwowego i społecznego, oraz wysługujący się im konfidenci i wytresowani przez "Gazetę Wyborczą" pożyteczni idioci tworzą rządzący Polską od 17 lat układ Okrągłego Stołu. Umowa Okrągłego Stołu, jak tego dowodzą odnalezione w archiwach IPN "protokoły mędrca Kuronia", nosiła charakter zmowy "lewicy laickiej", czyli dawnych stalinowców, którzy w różnych okresach i z różnych powodów zerwali z partią przewodniczką, z wywiadem wojskowym PRL, który w końcu lat 80. był absolutnym hegemonem ówczesnej sceny politycznej. Zmowy, której celem było podstępne wyzucie polskiego społeczeństwa z politycznej suwerenności, ograbienie z majątku i poddanie ekonomicznej eksploatacji przez dawnych właścicieli PRL, prominentów naszej młodej demokracji, krajowych i zagranicznych cudzoziemców oraz lichwiarską międzynarodówkę. Oprócz rozwiązania WSI ustawa przewidywała również weryfikację funkcjonariuszy, obejmującą złożenie pod rygorem odpowiedzialności karnej oświadczeń o znanych sobie faktach tajnej współpracy razwiedki z przedsiębiorcami, nadawcami telewizyjnymi i radiowymi, redaktorami naczelnymi, dziennikarzami i wydawcami prasy. Informacje wynikające z tych oświadczeń odsłaniają agenturalną i mafijną podszewkę naszej młodej demokracji, a podanie ich do publicznej wiadomości, co ustawa też przewiduje, wysadza w powietrze cały układ Okrągłego Stołu, ze wszystkimi zagarniętymi do tego czasu "zdobyczami". Było zatem oczywiste, że oznacza to otwartą wojnę razwiedki z rządem, który chce zgotować jej taki los, i że nie będzie ona bezczynnie się temu przyglądać, tylko w nadchodzących miesiącach spróbuje wysadzić w powietrze rząd, a być może nawet prezydenta. Emisja nagrań z kamery ukrytej w pokoju posłanki Renaty Beger była iskrą, która podpaliła lont bomby podłożonej przez razwiedkę pod państwo. Rozwój wypadków możemy obserwować na bieżąco, a tymczasem warto przypomnieć, jak do tego doszło.
"Wywiad gospodarczy" zmienia dekoracje
W styczniu 2001 roku z inicjatywy Andrzeja Olechowskiego, Donalda Tuska i Macieja Płażyńskiego utworzona została Platforma Obywatelska, której trzon początkowo stanowili dawni członkowie Unii Wolności - partii powstałej z połączenia Unii Demokratycznej z Kongresem Liberalno-Demokratycznym. Początkowo wydawało się (sam się na to nabrałem), że jest to inicjatywa zmierzająca do przełamania swego rodzaju monopolu politycznego "partii ludzi rozumnych", jak skromnie mówili o sobie działacze UW, ale wkrótce się okazało, że plany razwiedki są całkiem inne. Andrzej Olechowski, były (?) agent "wywiadu gospodarczego", jak przy każdej okazji podkreślał, tak manewrował Donaldem Tuskiem i za jego pośrednictwem całą partią, że stała się ona nową ekspozyturą polityczną razwiedki, podporządkowując jej interesom cały swój program i propagandę. Był to jeden z powodów, dla których z PO odszedł Maciej Płażyński, a Andrzej Olechowski, człowiek - jak go po swojemu scharakteryzował Lech Wałęsa - o zaletach "fizjologicznych i innych", po wyznaczeniu Platformie pożądanego kursu też usunął się w cień. Na czoło partii, obok Donalda Tuska, razwiedka demokratycznie wysunęła Jana Marię Rokitę i Bronisława Komorowskiego, których opozycyjna przeszłość stanowiła znakomity parawan, kamuflujący rzeczywisty charakter Platformy Obywatelskiej, nad którą surveillance sprawuje Grzegorz Schetyna.
Scenariusz czysty wyborowy
Więc kiedy na skutek nieporozumień w klubie gangsterów okazało się, że spadkobierca partii przewodniczki, czyli SLD, musi przejść kwarantannę, przyszedł czas na nadymanie Platformy Obywatelskiej. Zaraz po pogrzebie Jana Pawła II reżimowe media trzy razy na dzień zaczęły wbijać obywatelom do głowy, jak ma być.
A miało być tak, że ubiegłoroczne wybory wygrywa Platforma Obywatelska, po czym zawiera umowę koalicyjną z Prawem i Sprawiedliwością w charakterze przyzwoitki, no i wszyscy żyją sobie długo i szczęśliwie, oczywiście z wyjątkiem tych, którzy do dalszego życia politycznego nie zostali przez razwiedkę zakwalifikowani. Wydawało się, że skołowany Naród już się z tym losem pogodził, a w każdym razie taką informację można było wydestylować z dostarczanych na obstalunek sondaży. Wprawdzie PiS epatowało wyborców programem "Polski solidarnej", która miała być przeciwieństwem "Polski liberalnej" lansowanej przez Platformę Obywatelską, ale przecież każdy normalny człowiek wie, że po 1 maja 2004 roku, kiedy to Polska została przyłączona do Unii Europejskiej, o kształcie polskiego ustawodawstwa w co najmniej 80 procentach decyduje już Bruksela, no i lichwiarska międzynarodówka, kupująca rządowe obligacje na pokrycie budżetowego deficytu. Było zatem oczywiste, że to licytowanie się na społeczną wrażliwość ma zrobić wrażenie na naiwniakach, podczas gdy tak naprawdę w wyborach tych chodzi o to, czy Polską będzie administrować i frymarczyć dotychczasowa "grupa trzymająca władzę", której korzenie sięgają czasów stalinowskich, czy też zostanie ona rozpędzona w imię budowy IV Rzeczypospolitej przez Prawo i Sprawiedliwość, które zajmie jej miejsce. Tak też oceniała sytuację razwiedka, oddając do dyspozycji Platformy Obywatelskiej agenturę uplasowaną we wszystkich środowiskach społecznych, dyspozycyjne media, no i oczywiście pieniądze. Aliści na tym świecie pełnym złości zdarzają się sytuacje nieprzewidziane. Tak też stało się i w tym przypadku za sprawą Radia Maryja.
Walka o panowanie w powietrzu
Strony umowy Okrągłego Stołu doskonale wiedziały, że dla utrwalenia stworzonego wtedy układu niezbędne jest odpowiednie ukształtowanie nie tylko sceny politycznej, lecz także ładu medialnego. W skrócie polegał on na tym, że pewne środowiska mogły wypowiadać się "w imieniu Narodu", inne - tylko w imieniu własnym, a jeszcze inne w ogóle nie miały nic mówić, tylko słuchać i ewentualnie się "radować", gdyby padł taki rozkaz. I kiedy wszystko wydawało się załatwione raz na zawsze, w 1991 roku powstała w Toruniu rozgłośnia radiowa, którą możni tego świata wyniośle zlekceważyli, ponieważ miała być niszowym radiem dla pobożnych tubylczych "Irokezów", którym okrągłostołowy ład medialny wyznaczał rolę milczącego tła. Rychło jednak się okazało, że "Irokezi" też mają polityczne poglądy, z którymi w dodatku nie krępują się coraz głośniej występować na forum publicznym, wskutek czego audytorium Radia Maryja nabrało całkiem sporych rozmiarów, przełamując monopol medialny ustanowiony przy Okrągłym Stole. Skutki przełamania tego monopolu okazały się podobne do następstw utraty panowania w powietrzu w operacjach militarnych, bez którego, jak wiadomo, trudno liczyć na sukces. Objawiły się one w całej pełni w końcowej fazie kampanii, kiedy to na skutek włączenia się słuchaczy rozgłośni rezultaty wyborów okazały się odwrotne od zatwierdzonych. Wygrali Prawo i Sprawiedliwość oraz Lech Kaczyński.
Wygrać mimo przegranej
Jednak Platforma Obywatelska, czując za sobą siłę razwiedki, nie dawała za wygraną i próbowała osiągnąć utracone korzyści podczas rozmów koalicyjnych. Mimo że zachowywała się wobec PiS nader mocarstwowo, nie udało jej się przejąć zwierzchnictwa nad tajnymi służbami i rozm