Dodaj do ulubionych

Rumunia sierpień 2008

18.08.07, 23:18
Właśnie dzisiaj wróciłem z mojej trzeciej wyprawy do Rumunii i
przedstawiam w odcinkach krótką relację.
Tym, razem wybraliśmy się dwoma samochodami w osiem osób. Ja, moja
siostra Ania, szwagier Igor, nasz kolega Kuba z dwoma swoimi
kolegami Marcinem i Norbertem, kolega Igora Leszek z żoną Agnieszką.
Poza mną w Rumunii byli Ania, Igor i Kuba, reszta była tam po raz
pierwszy.
Niecałe dwa tygodnie spędzilismy w miasteczku Saliste ok. 20 km od
tegorecznej kulturalnej stolicy Europy - Sybina
Dzień I
Wyruszamy z Warszawy o 7 rano trasą przez Radom, Ostrowiec
Świętokrzyski, Rzeszów i przełęcz Dukielską. Ok godz. 13:00
bezproblemowo przekraczamy granicę słowacką, kupujemy obowiązkowa
winięte za podróżowanie słowackimi drogami robimy drobne zakupy w
miejscowści Śvidnik i kierujemy się na Presov. Drogi słowackie
zdecydowanie lepsze od polskich, bardzo ładne widoczki.Słuchamy
słowackiego radia niemal wszystko rozumiejąc i mając niezły ubaw ze
tekstów typu "O moj Boże tako, to je" Na przedmieściach Presova w
Kapusanach słowacka policja łapie nas na przekroczeniu prędkości.
Zamiast dozwolonych 60 jechalismy 83 bardzo sympatyczny policjant
wlepia nam mandat w wysokości 1000 koron choć początkowo miało byc
2000 koron. Mówi że Słowakowi to by odebrał na jakiś czas prawko i
wymierzył dużo większą grzywnę, ale żeby nie robic nam kłopotu
potraktuje nas ulgowo. Od tej pory postanawiamy przestrzegac
przepisów.
W Presovie wjezdzamy na ok. 20 km świetnej autostrady (bez
dodatkowych - poza ogólną winietą opłat), dojeżdżamy w ten sposób do
Koszyc a z tamtąd już tylko 17 kilometrów do przejścia granicznego z
Węgrami Milhost-Hindasnemeti gdzie jesteśmy ok. 16:00 .
Na Węgrzech czujemy się jak w innym niezbyt przyjaznym świecie.
Nudny monotonny krajobraz,wioski jakies ponure, nazwy ich zupełnie
obce, napisy ni w ząb niezrozumiałe. Z granicy słowackiej jedziemy
jakieś 55 kilometrów do miejscowości Felsozsolca, omijamy Miskolc i
jedziemy dalej opłatkami przez wioski Alsozsolca,, Sajolad, Onod aby
nie płacić za krótki odcinek autostrady. Węgierskie drogi nawet te
drugorzędne są wysmienite jeszcze lepsze niż na Słowacji. Niestety
często występują ograniczanie prędkości i to do 40 km/h a czasami
nawet 30. Mając nauczkę na Słowacji i pod wpływem zasłyszanych
opinii ( nie wiem na ile prawdziwych ale dmuchamy na zimne) o
wyjatkowej złośliwości i chamstwie węgierskiej policji postanawiamy
je respektować, co powoduje że podróżujemy dosyc wolno. W Sajolad
zatrzymujemy sie na posiłek w dosyc ładnej restauracji. Niestety
nikt tam nie mówi ani po angielsku ani po francusku, więc językiem
migowym zamawiamy nie bardzo wiemy co (meny po angielsku nie ma),
ale okazuje się bardzo smaczne i ogromna porcja. Natomiast
węgierskie piwo o marce Borcsodi czy jakoś tam wodniste i obrzydliwe-
okazuje się ze robią je z kukurydzy. Obok restauracji jest pensjonat
a jest 18:00 i czas pomyśleć o noclegu. Niestety zupełnie nie
jesteśmy w stanie się dogadać i nawet nie wiemy jaka jest cena
noclegui za jakie pokoje. Angielski na Węgrzech wydaje się zupełnie
nieznany.
Postanawiamy poszukac czegos w większym miescie to jest Debreczynie-
może tam da się dogadać. Jedziemy przez pusztę (miejscowości Polgar,
Tiszaujvaros, Hojdubosormeny) do Debreczyna. Gdy dojeżdzamy do
miasta jest już ciemno , zaczyna padać deszcz. Bładzimy po miescie
szukając jakiegoś motelu. Znajdujemy jeden ale obsługa znowu nic a
nic po angielsku a tym bardziej francuzku tak że nawet nie potrafimy
ustalic czy mają wolne pokoje. Postanawiamy jechac dalej i
dojeżdzamy ok. 22:00 do leżącej 35 km za Debreczynem miejscowości
Berettyoujfalu, gdzie okazuje się że moteli jest całe mnóstwo.
Zatrzymujemy się w pierwszym z brzegu przy skrzyzowaniu drogi z
Debreczyna do Biharkerestesz i granicy rumuńskiej. Obsługa mówi po
angielsku-bingo!. Cena za nocleg wynosi w przeliczeniu na naszą
walute 75 zł. Ania, Igor Leszek i Agnieszka tu zostają, ja z
chłopakami znajduje tuż obok hotelik (nazwa Josodpenzio czy cóś
takiego) gdzie cena za pokój to ok. 40 zł.Z włascicielem ubranym
skórę i złoty łańcuch kuba dogaduje się łamanym niemieckim
Rzokładamy niezbedne bagaże i schodzimy do przychotelowego barku na
piwko (tylko nie Borcsodi). Barek wyglada dosyc podejrzanie. Nie ma
żadnego klienta nie pytając jakie piwo chcemy barmanka nalewa nam i
rząda w przeliczeniu 20 zł. Przysiadają się też dwie brzydkie panie
nie mówiece w żadnym innym języku niż węgierski-ale oczywiste jest
że trafiliśmy do burdeliku. Szybciutko ku wyrażnemu rozczarowaniu
pań wychodzimy i wypijamy piwo (na szczęście nie Borcsodi szkoda
tylko że za 20 zł) na zewnątrz. Potem idziemy jeszcze po piwko i
jakieś kanapki na pobliską stacje benzynową. Wypijamy i zjadamy w
plenerze i ok. 24 wracamy do pokojów

Dzień II
Ok. 8:00 ruszamy w kierunku granicy rumuńskiej , która znajduje się
28 km. za Berettyoujfalu. Po jej przekroczeniu natychmiast
drastycznie pogarsza się jakoś drogi. Odprawa ogranicza się do
spojrrzeniu na dowody osobiśte prze węgierskie pogranicznika
rumuński , nawet nie chce ich oglądać. po rumuńskiej stronie totalny
bałagan. Stajemy w kolejce po rowiniety, które trzeba wykupić aby
korzystać z rumuńskich dróg. z ogłoszenia wynika że płacić za nie
można jedynie w euro.Pani w obskurnej budce oświadcza nam że
sprzedaje tylko dla cieżarówek (dla osbowych właśnie się wyczerpały)
a dla osobowym musimy poszukać na stacjach Petromu w Oradei albo w
Klużu.
Jedziemy zatem do Oradei gdzie docierami po jakichś 15 minutach.
Miasto choć liczy około 220 tys mieszkańców robi wrażenie
ogromnego , ludnego i niezwykle chaotycznego. Jest całkowicie
zakorkowane, ruch uliczny potężny. Rumuńscy kierowcy nie uznają
czerwonego swiatła, jakichkolwiek ograniczeń prędkości,
pierwszeństwa przejazdu. Widzimy jak dwóch wysiada na środku
skrzyżowania i niemal nie zaczynają się bić. Inni na nich trąbią.
Zresztą z twego co widzimy Rumuni trąbią i bez powodu.
Zatrzymamujemy sie przy pierwszej stacji Petromu ale Roviniet nie
ma. Wysyłają nas na poczte. Zatrzymujemy się koło Mcdonalda,
zakupujemy w kantorze leje, zaopatrujemy się w supermarkecie w
prowiant (ceny żywności takie jak w Polsce) i udajemy sie na
poszukiwanie roviniet. Po rozpytaniu kilku przechodniów trafiamy do
urzędu pocztowego, w którym panuje typowy rumuński bałagan , całe
mnóstwo okienek, kilka kolejek i brak informacji gdzie się co
załatwia. Ustalamy wreszcie kolejkę, do okienka z rovinietami. Gdy
dochodzimy do okienka dowiadujemy się że roviniety na poczcie można
nabyc tylko na samochody zarejestrowane w Rumunii. Roviniety dla
cudzoziemców tylko na stacjach Petromu lub Mola. Bezskuteczne
szukanie roviniet powoduje sporą stratę czasu, którego nie starcza
na zwiedzanie Oradei. Ok. 10:30 Wyjeżdżamy zatem (bez roviniety) w
kierunku na Beius i Devę. Droga marna, przejażdamy przez urokliwe ,
lecz biedniutkie miasteczka i wioski. Zaczynają się coraz ładniejsze
widoki . Niemal w każdej wiosce napotykamy radiowóz-pusty -
policjant gdzieś sobie poszedł. We wioskach zauważymy że wiele
osób , zwłaszcza starszych siedzi sobie przed domami i ogląda
przejżdżąjące samochodu. Na niemal każdej stacji pytamy o roviniety
i niegdzie nie mają-mówią żebyśmy próbowali dalej.
Przejeżdżamy przez Beius, Stei i Vascau. Za Vascau zaczynają się
seprentyny i bardzo ładne widoki. Z jednej strony Góry Bihorskiej z
drugiej Codru-Moma. Przy drodze spotykamy starszych ludzi
handlujących owocami,. przetworami i przede wszystkim różnymi
rodzajami tradycyjnej rumuńskiej palinki, którą oferują w
dwulitrowych butelkach. Zatrzymujemy się i nabywamy u bardzo
sympatycznego dziadka, cztery litry palinki ze śliwek i cztery z
gruszek w cenie w przeliczeniu ok. 18 zł za litr. Dziadek pyta skąd
jestesmy, gratuluje mi znajomości rumuńskiego, pyta się gdzie się
nauczyłwem, życzy m
Obserwuj wątek
    • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 19.08.07, 11:37
      No to pisze dalej- nie wiemy czemu nie zamieściło mi całego posta
      więc muszę troszkę od nowa.No i pomyliłem sie z datą-oczywiście
      chodzi o 200& r. a nie 2008
      A zatem ten dziadek od palinki życzymi nam dużo zdrowia szerokiej
      drogi pyta skąd jesteśmy. Przesympatyczni są rumuńscy chłopi.
      Jedziemy dalej. Marcin i Norbert nie mogą się powstrzymać aby już w
      samochodzie nie skosztować palinki. Stwierdzają , że jest
      straszliwie mocna i w samochodzie w czasie jazdy pić się tego nie
      da. Nad tym trzeba spokojnie usiąść i "rozpracować".
      Przekraczamy granice judetów (województw) Arad i Hunedoara czyli
      wjeżdżamy z Kriszany do Transylwanii i jestesmy w zupełnie innym
      świecie. Jakość drogi zdecydowanie się poprawie -jest chyba lepsza
      niż w Polsce, mnóstwo czytelnych drogowskazów nie sposób zabładzić.
      Jesteśmy zaskoczeni ogromną iloscią patroli policji drogowej. To już
      nie puste radiowozy. Policjanci w nowiutkich Daciach Loganach z
      radarami są wszechobecni i lepiej przestrzegać przepisów bo
      wykroczenia drogowe w Rumunii sa karane zatrzymaniem prawa jazdy na
      30, 60 lub 90 dni w zależności od wagi wykroczenia ale prawko mozna
      stracić juz za wyprzedanie na trzeciego czy wymuszenie
      pierwszeństwa.Mamy ogromnego pietra bo jedziemy bez winiet ale
      policja nie zwraca na to uwagi
      Wyraźnie widac że Transylwania jest znacznie bogatsza. Ładniejsze
      wioski solidne malowane na pastelowe kolory domki, lepsze samochodu,
      ludzie lepiej ubrani. Nie zauważamy szczególnej biedy.
      Jedziemy przez Brad, Soimus , Devę. W Devie znowu ogromny
      korek.Stojąc w korku zauwazamy ciekawe zjawisko-w kabinach
      rumuńskich TIRów mnostwo krzyzyków, obrazków świętych, aniołów
      Michałoó i .... zdjęć gołych bab. Na stacji Petromu dowiadujemy się,
      że winiet nie dostaniemy aż do Bukaresztu. Zabrakło ich w całej
      Rumunii i tymczasowo zawieszono obowiązek ich posiadania!Dlaczego
      nikt nam tego wcześniej nie powiedział!?
      Za Devą w przydrożnym barku zamawiamy jakies ciorby i koltety z
      grila. ci co po raz pierwszy spotkali sie z rumuńska kuchnią
      stqwierdzają, że jest dobra. Tylko dla Marcina i Norberta rumuńskie
      piwo za łagodne (pijusy!).
      Jedziemy dalej drogą E68 przez Simerię, Orastię, Sebes. Sebes bardzo
      ładny, i niestety choc to nie wielkie miasto ogromny korek.
      Wreszcie około 21:00 dovcieramy do Saliste, ale o tym w następnym
      poscie
      • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 19.08.07, 12:04
        Ciąg dalszy.
        docieramy do pensjonatu Salisteanca gdzie mamy mailowo zarezerwowane
        kwatery i poznajemy naszego gospodarza Iuliana. Ma ok. 30 lat
        doskonale mówi po angielsku i okazuje się przesympatycznym
        człowiekiem. Wida nas tuika , no to my otwieramy naszą palinkę i
        zaczyna sie powitalna imprezka tym bardziej, że Leszek ma akurat
        urodziny. Palinca smakuje w zasadzie tylko Leszkowi , Norbertowi
        jedynie śliwkowa-reszta stwierdza, że jest obrzydliwa ale jesteśmy w
        końcu Polacy-Katolicy więc darów bożych nie wylejemy-palinkę trzeba
        stopniowo wypić
        Kwatery okazują się rewelacyjne, czyściutkie, wygodne,trzy pokoje
        dwóosobowe z telewizorami, dwie łazienki, lodówka do dyspozycji
        gości. Zajmujemy cały pensjonat,Niorbert i Marcin poniewąż zgłosioli
        sie ostatniod dostają dostawki-łóżko polowe o materac - za pół ceny.
        Cena nioclegu 13 euro ze śniadaniem.
        Ponadto Iulian prowadzi kemping, na który przyjeżdżają głównie
        Holendrzy i Francuzi. Cena 3, 5 euro za namiot, 3, 5 euro za osobę,
        1, 50 za samochód. Nocleg w pokojach z całodziennym wyrzywieniem
        kosztuje 20 euro. Kemping i pensjonat Iuliana bardzo polecam podaje
        namiary SALISTEANCA -adres Strada Baii 13 Saliste (jud. Sibiu) tel.
        stacjonarny 0040269553121, tel. komórkowy 0040744374537,
        email :iulian-parau@yahoo.com
        Iulian jest wolontariuszem i współpracuje z holenderską
        organizacją, zajmującą się pomocą humanitarną dla rumuńskiej wsi, w
        tym Cyganów. Opowiada nam sporo o warunkach życia w Rumunii oraz o
        Cyganach. Jest ich ok. 1,5 mln żyją w gettach , które Rumunii
        obchodzą szerkim łukiem. Mimo, że Iulian pomaga także Cyganom ma o
        nich zła opinię. Nie chcą pracować, utrzymują się z przestępczości i
        wyłudzania zasiłków socjalnych, które są w Rumunii stosunkow wysokie-
        zwłaszcza zasiłek prorodzinny-totez Cyganie zajęli się masową
        produkcją dzieci.
        Ok. 12:00 idziemy na niocny spacer po Saliste. Miasteczko jest
        urocze choc boczne ulice nie są wybrukowane. Solidne ładne, kolorowe
        domki, z charakterystycznymi okiennicami i bramami. Na każdym krzyż
        lub obrazek z Matką Boską. W centrum ładny rynek z najelegantszymi
        jedno pioetrowymi domkami, oraz sympatycznym parkiemNa
        skrzyżowaniach przydrożne kapliczki. W mieście zamieskałym przez ok.
        3000 ludzi jest kilka sklepów spożywczych i wielobranżowych, trzy
        bary, pub, restauracja, klub nocny, a także poczta, bank z kantorem,
        policja, urząd skarbowy, sąd, prokuratura, trzy cerwkie, liceum i
        kilkanascie pensjonatów oraz gospodarstw agroturystycznych. W
        zachodniej części brudne i zapuszczone ale malownicze , klimatyczne
        osiedle Cyganów gdzie szanujący się Rumun wogóle nie wchodzi.
        Cyganie powinni żyć oddzielnie twierdzi Iulian.
        Marcin i Norbert są mocno zainteresowani pubem i kulbem nocnym tym
        bardziej że pod pubrem kręci się kilka ładnych dziewczyn ale dziś
        jesteśmu już mocno zmęczeni i około 1 w niocy idziem spać
        CDN
    • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 19.08.07, 21:43
      Dzień III

      Wstajemy na godzinę dziesiąta na śniadanie, która przygotowywuje
      mama Iuliana Doamna Ileana. Bardzo sympatyczna pani w srednim wieku,
      która niemal stale z czegoś się śmieje.
      Na śniadanie dostajemy do wyboru kawe albo herbatę, omlet albo jajka
      na twardo, albo jajka sadzone oraz dwa duże tależe różnych gatunków
      salami, szynki i sera a ponadto świeże ogórki i pomidory. Naprawde
      solidne śniadanie. Pani Ileana biega wokół nas pyta czy czegoś
      jeszcze chcemy. Gdy tylko kończy się chleb przynosi następny , gdy
      tylko skończy się wrzątek przynosi nowy.
      Po śniadaniu wychodzimy na łatwą trasę w góry na szczyt Fantanele.
      Po drodze udajemy się do sklepiku obok kupić jakieś picie na drogę
      Pani w sklepie bardzo uprzejma. Wszyscy kupują wodę mineralną - poza
      Marcinem i Norbertem - ci biorą na drogę w góry spora ilość piwa.
      Idziemy przez Saliste- wielu ludzi mówi nam dzień dobry a do
      dziewczym "całuje rączki-sarut mana".
      Wychodzimy z miasteczka i lasem pod górkę. Od czasu do czasu mija
      nas jakaś Dacią lub potężna ciężarówa marki Roman. Mamy dwie
      rumuńskie mapy ale bardzo nieprecyzyjne, wręcz błędne. Nie ma w
      zasadzie żadnych oznaczeń szlaków, a jak już gdzieś znajdzie się
      jakaś strzałka czy znak to tak narysowany że naprawde nie wiadomo w
      którą stronę iść.
      Ponieważ przy pomocy rumuńskich map i rumuńskich oznaczeń terenowych
      nie za bardzo wiemy jak iść na Fantanele postanawiamu zmienić cel
      wyprawy i udać się do klasztoru Foltea bo akurat znależliśmy
      drogowskaz doń prowadzący-przynajmniej tak przypuszczamy. Wg
      drogowskazu klasztor ma być na rzut beretem. Idziemy , idziemy a
      klasztoru nie ma. Znajdujemy za to kilka przydróżnych kapliczek i
      jakieś dziwne drewniane rzeżby, oraz opuszczoną chatkę.
      Przy chatce tej zaczepia nas po francusku rumuńska rodzinka, która
      przyjechała Dacią, z dwoma belgijskimi profesorami geografi. Szybko
      przechodzę na rumuński. Okazuje się że mieszkają w Saliste i
      doskonale znają Iuliana. Dowiadujemy się że jestesmy tuż obok
      szczytu Fantanele gdzie pierwotnie zamierzaliśmy iść. chatka którą
      znależlismy to schronisko. Klucze do niego można pobrać w Saliste w
      primarii czyli zarządzie miasta. Ponadto uzyskujemy wiele informacji
      o górach Candrel i szlakach turystyczny. Okazuje się że w zasadzie
      nie ma tu tras jednodniowych a na takie się nastawialiśmy. Żeby
      wejść na jakieś ciekawsze szczyty trzeba nocować w górach. Nagle nad
      nami przelatuje ogromne ptaszysko- Rumunii mówią że to vultur czyli
      orzeł. Żegnamy się z nimi i idziemy na Fantanele, na których
      znajduje się galeria drewnianych rzeżb. Osobiście te rzeżby mi się
      zupełnie nie podobają za to widoki ze szczytu bardzo, choć niestety
      pogoda nie jest najlepsza.
      Schodząc z Fantanele napotykamy drogowskaz na Tilisca więdz
      postanowiamy, że aby urozmaicić dzień zejdziemy właśnie tam.
      Początkow idziemy normalną górską ścieżką, która stopniowo się
      ścieśnia i w pewnym momencie trudno mówić o jakiejkowliek drodze. Po
      prostu przebijamy się na dół przez krzaki. dla niektórych
      uczestników nioeprzyzwyczajownych do chodzenia po górach nie jest to
      wcele przyjemne chociaż mi się podoba.
      CDN
      • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 20.08.07, 11:31
        C.D.
        Wreszcie schodzimy do bardzo klimatycznej wioski Tilisca. Mnóstwo
        bawiących się dzieci, bezpańskich-bardzo chudych psów, starszych
        ludzi. Panowie obowiązkowo w kapelusikach , panie z chustami na
        głowach. z pojazdów dominują konne furmnanki. Igor i Leszek
        przyjmują rumuńskie zwyczaje i mówią wszystkim spotkanym dzień dobry-
        nie wiadomo czemu Igor jednak czasami robi to po słowacku..Jakiś
        starszy pan i dwie starsze panie siedzące na przystanku przyjażnie
        do nas zagadują. Niestety mówią bardzo niewyraźnie chyba jakąś gwarą
        i nie mogę ich zrozumnieć-mówią coś o cerkwi i o tym, że ktoś umarł.
        Żegnam się z nimi i idziemy dalej. Nagle wyczuwamy silny zapach
        siarki. Okazuje się że za rogiem znajduje się autentyczny warsztat
        kowalski i trafiamy na moment podkuwania konia. Idziemy dalej przez
        wioskę Gales i cygańską część Saliste gdzie Ania robi zdjęcia
        cygańskim dzieciom. W centrum Saliste jesteśmy ok. 17:00 i udajemy
        się do lokalnej restauracji Vatra Margimii znajdującej się w
        południowo-zachodniej części rynku. Wystrór restauracji nieco
        siermiężny. Zamawiamy głównie Mici i oczywiście piwko. Bardzo
        sympatyczna kelnerka ma wyrażny ubawa zmojego rumuńskiego i prób
        porozumienia się w celu zamówienia obiadu. W jej śmiechu nie ma
        jednka żadnej złośliwości. tłumaczy nam mając niezła zabawę , że
        jeden mic jest mały i nikt się nim nie naje. Dla mnie to zamwianie
        jest mocno stresujące-najpierw musze wszystkim po kolei wytłumaczyć
        menu (-jest tylko jedne na całą restauracje i tylko po rumuńsku),
        odpowiedzieć na szereg pytań i dla wszystkich zamówić, moim łamanym
        rumuńskim, do którego urzywania jeszcze nie wpełni się w drożyłem
        ale jakoś udaje się złożyc zamówienia. Mici wszystkim smakują. Jest
        akurat godzina wyjścia mieszkańców z pracy i do restauracji
        przychodzi sporo Rumunów. Jakaś starowinka w chusteczce w kącie
        popija piwo. Przy barze siedzi dwóch panów wyglądających na
        lokalnych urzędników i popija wino. Wchodzi jakiś starszy pan ,
        który robi wrażenie ważnej osoby w mieście. wita się z nami i
        komplementuje urodę Anii i Agnieszki. Na wszelki wypadek :-) mówie
        mu że są już żonate a on , że to nie ma znacznenia. Wchodzi grupa
        bardzo śniadych ludzi w kolorowych strojach-zapewne Cyganie.
        stosunkow młody pan i pani wyglądający na bardzo zakochanych, jakaś
        młoda kobieta i jakas cyganska nastolatka. Trójka siada i zamawia
        szklaneczke ładnie wyglądającego czerwonego płynu. Najmłodsza
        dziewczyna nie siada tylko stoli przy kreśle swojego prawdopodbnie
        ojca. Cyganie pytają nas czy jedlismy mujdei de ustutoi bo trzeba
        tego koniecznie spróbować. Akurat dzisiaj tego nie ma.Z magnetofonu
        leci rumuńska muzykla ludowa. Widać że jest bardzo popularna, bo
        często słychac ją z okien i z przejeżdżających samochodów. Ładne te
        piesenki czasem skoczne ,czasem rzewne tylko zawsze na jedno kopyto.
        Mam wrażenie że w tekstach bez przerwy powtarzają się słowa :
        Bucuros (radosny) Sanatos (zdrowy), Iubirea (miłość, ukochana), Dor
        (tęsknota, żal), Inima mea (moje serce), Viata mea (moje życie),
        Dumnezeu (Bóg).
        Na koniec prosimy o to samo co pili Cyganie-okazuje się iż jest to
        bardzo dobry likierek wiśniowy.
          • panz Re: Rumunia sierpień 2008 21.08.07, 09:44
            Czekam na ciąg dalszy ;-)).Mieliście apteczki samochodowe uzupełnione o słowackie "standarty"? Policjant, który Was zatrzymał sprawdzał może ich zawartość?(w piątek wybieram się autem do Rumunii)
        • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 21.08.07, 12:18
          No to CD ale od razu informuje, że nie wiem co to są słowackie
          standarty w apteczkach (czyżby prezerwatywy?) i nikt o nie nie pytał.

          Tak więc po wypiciu wiśniówki, wracamy na camping, gdzie dalej
          walczymy z palincą. Wykazuje Iulianowi podobne lub takie same wyrazy
          w języku polskim i rumuńskim- - Kuba pyta o pewien niecenzuralny
          wyraz na p i wszyscy z Iulianem na czele mają z tego dużo smiechu,a
          gdy okazuje się że jest drugi niecenzuralny wyraz brzmiący
          identycznie po rumuńsku na c a po polsku na k mozna uznać za
          udowodnione braterstwo naszych narodów, tym bardziej że i za
          kołnierz ani Rumuni ani Polacy nie wylewają, na dowód czego Iulian
          częstuje nas swoimi sporymi zapasami piwa.
          Na koniec idziemy do campingowej świetlicy gdzie gramy w pingponga i
          rzutki , co po pewnej ilości wypitego alkoholu jest dosyc zabawne.

          DZIEŃ IV
          O 10:00 śniadanie. Dzisiaj dostaliśmy znacznie więcej rumuńskiej
          kiełbasy tj. dwa czy trzy gatunki rumuńskiego salami natomiast nie
          dostaliśmy szynki. Wczoraj szynki szynki zjedlismy nie wiele bo
          rumuńska nie jest za dobra, no to dziś jest kiełbasa bo ją
          zjednlismy całą. Taka jest rumuńska gościnność!!!
          Po śniadaniu około 11:00 ruszamy do Sybina . Odległość od Saliste 23
          km. Ulice Sybina oczywiście zatłoczone, ale na szczęście droga z
          Saliste do Centrum cały czas prosta. Szukamy parkingu.
          Na parkingu przy Hotelu Continental na placu Unirii w samym centrum
          miasta popbierają jakieś horrendalne opłaty więc szukamy miejsca
          gdzie indziej i wjeżdżamy w ul. General Milea. Parkujemy na
          chodzniku obok całego rządku innych samochodów i ruszamy w kierunku
          starówki. Po przejściu kilku metrów zauważamy funkcjonariusza
          Politia Municipala czyli ichniejszej Straży Miejskiej który robi
          aparatem cyfrowym zdjęcia zaparkowanych samochodów w tym naszych.
          Wracamy się i pytam czy zaparkowalismy prawidłowo. Policjant jest
          bardzo miły. Pyta skąd jesteśmy, kasuje zdjęcia naszych samochodów.
          Informuje że zaparkowalismy nieprawidłowo bo chodniki na głównych
          ulicach są przeznaczone dla ruchu pieszego i samochodów na nich
          stawiać nie można. Ale grzywny oczywiście nie będziemy płacić. Mówi
          gdzie są parkingi a jak nie chcemy płacić, to radzi zaparkować na
          tyłach bloków. Co prawda są to miejsca dla lokatorów ale ci są teraz
          w pracy. Ponadto mówi jak dojść do centrum i życzy miłego
          zwiedzania. A tyle plotek się nasłuchałem jaka to wredna jest
          rumuńska policja....
          Parkujemy zatem samochody w podwórkach, ul. General Milea akurat tuż
          obok komisariatu i idziemy zwiedzać Sybin. Od miejca zaparkowania do
          Piata Uniiri jest kilkanaście metrów o od placu odchodzi
          reprezentacyjny deptak Sybina Strada Balcescu, która udajemy się w
          kierunku starówki. Deptak jest bardzo elegancki, jest na nim pełno
          drogich sklepów, pubów, kawiarni, banków itp. Ładne kamienice są
          wypolerowne, wymuskane ,odnowione. Mamy wrażenie że nie jestesmy w
          Rumunii a jakims mieście zachodnioueropejskim. Na ulicy prawdziwe
          tłumy ludzi zarówno idących jak i siedzących w kawiarnianych i
          piwnych ogródkach, na ogół dobrze ubranych, eleganckich. Docieramy
          do serca starówki na Piata Mare. Na wschodniej i północnej pierzeji
          rynku kamieniczki typowe dla miast Transylwani choć oczywiście
          większe bogatsze i bardziej eleganckie niż np. w Saliste. Na
          południowej i zachodniej pierzei monumentalne, pomalowane na
          pastelowe kolory budynki w stylu barokowym: Kościół
          Franciszkanów,Pałac i Muzeum Brukhental. Zwiedzamy kościół,
          zastanawiamy się nad muzeum Brukenthal gdzie jest wystawiana jedna z
          najciekawszych w Europie kolekcji malarstwa jednak rezygnujemy.
          Przez bramę pod wieża ratuszową Przechodzimy na Piata Mica mniejszy
          ale bardziej klimatyczny i bardziej średniowieczny rynek, zesłynnym
          Mostem Kłamców gdzie charakterystyczne okienka na strychach
          powodują, że domki wyglądają jak by miały oczy. Na jednej z
          kamienic , zauważamy w środku miasta gniazdo bocianów. Bociany w
          Transylwanii są zresztą wszechobecne nawet bardziej niż policja
          drogowa...
          Norbert i Marcin zdecydowania bardziej niż zabytkami zainteresowanii
          są urodą rumuńskich dziewcząt, które trzeba przyznać ,są
          rzeczyiwście śliczne. Marcin ma aparat z bardzo dobrym obiektywem i
          masowo , (oczywiście nie pytając modelek o zgodę) pstryka zdjęcia
          miejscowym pięknościom kierując aparat przede wszystkim na śniade
          twarze, biusty i pupy. (Młode Rumunki na ogół chodzą w baaardzo
          obcisłych jeansowych spodenkach) Norbert co chwile woła: "patrz po
          prawej, patrz po lewej, za tobą itd." .
          Pasarzem schodów-najstarszą, uroczą uliczką Sybina schodzimy do
          dolnego miasta, i szukamy jakiegoś obiadu. Kuba , Marcin i Konrad
          udają się do jakiejś pizzerii. Reszta wchodzi do restauracji Butoiul
          (a może Bujorul) de Aur. Wystrój bardzo ładny tylko nie wiadomo po
          co na ścianach powywieszali badziewne miecze Hy-mana
          • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 21.08.07, 12:42
            CD
            Ja i Leszek zamawiamy tokiturę rzeźnicką (tochitura macelereasca).
            Tochitura to rumuńska wersja gulaszu tyle że nie duszoną a zapiekaną
            czy poddsmażaną składająca się z siekanych w kostkę różnych gatunków
            mięs, kiełbasek itp. w ostrym sosie. Odmian tochitury jest całe
            mnóstwo. Reszta zamawia jakies dania rybne Ania i Igor pieczonego
            pstrąga.
            Tochitura rzeźnicka okazuje się chyba najbardziej z tochitur jakie
            jadłem w Rumunii przypominać węgierski gulasz. W jej skład wchodzą
            także spore kawały czytej słoniny, której biedny Leszek nie
            znosi .Mi smakuje bardzo. Taki porządny obiadek z mamałygą,
            surówką , piwkiem kosztuje ok. 25 zł
            Po obiedzie spotykamy się na Piata Huet pod kosciołem protestanckim.
            Za chyba dwa leje cześć wchodzi na bardzo wysoką wieżę po stromych
            krętych schodkach i drabinie. Wejście wymaga nie lada wysiłku. Z
            wierzy mozna oglądac wspaniała panorama miasta ale przede wszystkim
            spotykamy tam bardzo piękną i sympatyczną księżniczke, która po
            angielsku opowiada o hstorii wieży.Robimy sobie z księżniczką
            zdjęcie i proponujemy aby jechała z nami do Polski... Nie wiedzieć
            czemu nie wykazuje entuzjazmu dla tego pomysłu. Żegmamy się
            schodzimy na dół. Wchodzę do kościoła, nie wiem czemu reszta zostaje
            na zewnątrz. Za wejście niby płaci się ok. 4 lei i grzecznie kupuje
            bilet ale nikt tych biltów nie sprawdza i jak ktoś chce może wejść
            za darmo. Kościół jak to protestancki dosyć pustawy, ale wspaniałe
            gotyckie sklepienie i strzeliste kolumny robią spore wrażenie.
            Wychodze z koscioła i udajemy się uliczkami starówki do Katedry
            Prawosławnej. Zbudowano ją ok. 1907 r. ale gdy byłem dwa lata temu
            ogromnie mi się podobała, szczególnie wnętrze. Jest wielka ,
            wzorowana na bizantyjskiej Hagia Sophia wspaniale pomalowana i
            zdobiona środku. Niestety okazuje się że trwa renowacja, poustawiane
            są rusztowania, w związku z czym ikonostas i freski na ścianach są
            słabo widoczne. Zwracamy uwagę, że jedną z osób pracujących przy
            remoncie jest kobieta wśrednim wieku, chyba Cyganka , która na równi
            z mężczyznami dżwiga potężne bele i dechy.
            Wychodzimy z katedry Ania i Igor palą w specjalnym miejscu świeczki
            za naszą niedawno zmarłą Babcie. Pani nosząca dechy podchodzi do
            nich i mówi: "maani pliz". Igor zastanawia się czy ma ona na imię
            Mani i po prostu się przedstawiła czy też chodziło o co innego.w
            każdym razie "maani pliz" od tej pory staje się jednym ulubionych
            powiedzeń Igora, które będzie często powtarzał przez cała wyprawę.
            Robimy jeszcze spacerek wzdłóż dobrze zachowanego fragmentu murów
            obronnych po czym jedziemy do Reala zrobić zakupy głównie alkoholu.
            Ja szukam swojego ulubionego alkoholu piwa Silva Neagra, Kupuje dwa
            wina kilka puszek Silvy Czarnej i Jasnej. Innym uczestników do gustu
            przypadły piwa Timisorean i Ursus, zaś Anii i Agnieszce soczki
            owocowe Prigat a zwłaszcza gruszkowy
          • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 21.08.07, 16:40
            CD
            Dzień V
            Jemy śniadanie jak zazwyczaj o 10:00 i jedziemy zwiedzać zamki
            Transylwanii. Planujemy zaliczyc Calnic, Hunedoarę i Devę.
            Najpierw Calnic. 20 kilometrów za Saliste z drogi Arad-Sibiu w
            kierunku na Arad zjeżdzą się w lewo jedzie ok. 9 kilometrów wiejską
            ale jak najbardziej przejezdną drogą do wioski Calnic. Są wyraźne
            kierunkowskazy do zamku.
            Wioska biedna , zamieszkała chyba głównie przez Cyganów. Ich spora,
            nie całkiem trzeźwa grupa kręci się pod zamkiem. Przybiegają
            umorusane cygańskie dzieci i wskazują miejsca do parkowania.
            Z pewnym niepokojem zostawiamy pojazdy i idzemy zwiedzać zamek. Nie
            jest bardzo duży ale mimo to bardzo mi się podoba. Pochodzi z XIII
            wieku i jest doskonale zachowany toteż figuruje na liście zabytków
            klasy zerowej Unesco. Składa się z podwójnego solidnego muru,
            masywnego donżonu , barbakanu i kaplicy oraz pomieszczeń mieszkalno
            magazynowych. Zamek był początkowo siedzibą lokalnego feudała, a
            potem odkupiła go miejscowa gmina i stał się zamkiem chłopskim.
            Wyobrażam sobie, takiego prymitywnego i zapyziałego rycerza, który
            siedział sobie w donżonie, napadał przejeźdżających obok kupców,
            wymuszał prawo pierwszej nocy w naturze itp. w takim mniej więcej
            zamku musiał pewnie mieszkac bohater francuskiej komedii Goście,
            goście...
            W donżonie ciekawa wystawa poświęcona folklorowi Sasów
            Siedmiogrodzkich i innych zamieszkujących w okolicach nacji.
            Wychodząc z zamku zauważamy jak podjeżdża radiowóz a cygańskie
            dzieci z przerażeniem w oczach uciekają w gęste krzaki. Dorośli
            Cyganie coś między sobą krzyczą. Radiowóz chwilkę stoi przed zamkiem
            i odjeżdzą. My równiez odjeżdżamy , na szczęście samochody całe,
            szyby nie wybite nic nie zginęło. Wracamy na drogę Sibiu Arad i
            jedziemy jakieś 100 km na zachód w kierunku Devy przez jak zwykle
            zakorkowany Sebes (gdzie tracimy sporo czasu), Orastie i Simerię.
            Tuż przed Devą skręcamy na Hunedoarę. Są wyrażne drogowskazy do
            zamku. 13 kilometrowa droga do Hunedoary wiedzie wśród opuszczonych
            potężnych zakładów przemysłowych. Sama Hunedoara na pewno piękna nie
            jest, choć osobiście nie wydaje mi się aż tak brzydka jak opisywało
            to ze wstrętem wielu użytkowników. Jest po prostu szara i nudna,
            zwłaszcza w porównaniu z innymi transylwańskimi miasteczkami na ogół
            wesołymi i kolorowymi.
            Sam natomiast zamek jest zachwycający, zwłaszcza z zewnątrz. Bardzo
            cieszę się ,że nie pokierowałem się opinią niektórych forumowiczów
            iż można go sobie darować. Jest potężny , z wysokimi grożnymi
            wierzami, długim mostem otoczony dużą fosą wygląda jak rodem z
            opowieśći fantasy. Również piękny jest króżgankowy dziedziniec
            zamku. Natomiast musze przyznać , że w zamkowych salach nie ma
            właściwie nic ciekawego. Mimo to zamek trzeba dowiedzić koniecznie.
            Szkoda że nie można wejść na wieże, zwłaszcza wysuniętą basztę
            Neboisa.
            Tuż obok zamku kombinat metalurgiczny, który wybudowany dokładnie w
            tym miejscu na rozkaz Ceausescu miał wyrażać triumf rumuńskiego
            socjalizmu nad węgierskim feudalizmem. Zamek w końcu to siedziba
            Jana Hunyadego (jak wolą Rumunii Iancu de Hunedoara) węgierskeigo ,
            choć wywodzącego się z rumuńskich kniaziów bohatera narodowego,
            pogromcy Turków ojca majawybitniejszego króla Węgier Macieja Korwina
            (na marginesie zaciekłego wroga Polski). Kombinat szpeci okolice ale
            nie jest, aż tak wielki i okropny ja przypuszczałem. Nie niszczy
            wspaniałego wrażenia jakie robi zamek.
            Jest to oczywiście moja subiektywna opinia ale jeszcze raz muszę
            podkreślić, że nie zgadzam się z opiniami tych forumowiczów , ktorzy
            radzili darowac sobie Hunedoare i wszystkim radze aby tam pojechali
            bo jest to prawdziwa perełka-podbnie zreszta jak do Calnicu choć są
            to budowle krańcowo odmiennego typu.
            Po wyjściu z zamku idziemy na obiad. Znajdujemy dużą niezbyt
            ciekawie wystrojoną restauracje Corviniana. Bardzo miła pani
            kelnerka w średnim wieku cierpliwie stara się nam wytłumaczyc co
            jest w menu , i autentycznie stara się dogadać, nie robiąc krzywej
            miny jak nie raz zdarza się rumuńskim kelnerom gdy goście nie
            potrafią porozumieć się w miejscowym języku.
            Ja zamawiam kotlet korwiński. Czekamy na jedzonko dosyć długo ale
            jest naprawne pyszne, chyba to najlepszy restauracyjny obiad jaki
            jadłem w Rumunii. Moje danie składa się dwóch warst schabu,
            przełożonych boczkiem a wszystko to polane ostrą bryndzą. Inni też
            są zadowoleni.
            Cały obiad , bardzo porządna porcja z piwem, surówką , frytkami
            kosztuje ok 20 zł. Po raz kolejny utwierdzam się w bardzo pochlebnej
            opinii o rumuńskiej gastronomii. Dużo , bardzo smacznie, miło, nie
            za drogo
            Jest już około 17:00 i rezygnujemy (ja z dużym żalem) z Devy. Pewnie
            zamek i tak zaraz zamkną ( w Rumunii często rózne obiekty do
            zwiedzania są czynne tylko do 17:00) a ponadto po Hunedoarze może
            nie zrobić wielkiego wrażenia
            • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 21.08.07, 17:03
              Wracamy do Saliste. Lorraine nie pojawiła się. Wróciła z Sybina
              bardzo późno szybko poszła do namiotu a następnego dnia rano
              wyjechała. Ciekawe czy jej tata przyspieszył wyjazd widząc że jest
              oblegana przez facetów z Polski.
              Skoro Loraine nie przyszła Norbert próbuje poderwać Holenderki.
              Holendrzy to osobna historia. Byli już na kampingu zanim my
              przyjechaliśmy weyjechali jakieś dwa dni przed nami. Tata, mama i
              dwie dorastające dziewczyny. Od Iuliana wiemy , że bliżnniaczki bo
              wcale nie są całkowicie podbne. Bardzo ładne. Z tego co widzimy jak
              rano gdzieś jedziemy siedzą i czytają. Jak wracamy siedzą i czytają.
              Nawet do siebie się prawie nie odzywają. Raz gdy około godz 9:00
              wieczorem puściliśmy z samochodu trochę polskiego rocka przyszedł
              pan Holender i poprosił abysmy wyłączyli. Wyłączyliśmy , myślimy
              sobie może są zmęczeni, może idą już spać ale gdzie tam. Zapalają
              lampki i czytają książki. Pytamy Iuliana i mówi że rzeczywiście cały
              dzień siedzą i czytają, nie ruszają się prawie nigdzie. Przyjechali
              ze swojej płaskiej Holandii, kawał drogi do pięknej Rumunii tylko po
              to aby dwa tygodniu spędzić na campingu czytając książki. Dla nas
              niepojęte ale jeżeli tak lubią...
              Niemniej Norbert próbuje zagadać z jedną z Holenderek aby się do nas
              przyłączyły pogadały itp. Ta idzie spytać o zdanie siostry, zaś
              siostra mówi że chętnie by się z nami zapoznały ale za dużo pijemy i
              nic z tego. Na to Norbert do nich, że za dużo czytają i tak skończył
              się podryw Holenderek.
              A co do picia to rzeczywiście trochę palinki i piwka piliśmy ale
              nikt nigdy się nie przewracał, nie haftował, nie awanturował się .
              Reszte wieczoru spędzamy na piciu palinki-nieco więcej niż zwykle
              więc rozmowa schodzi na tematy egzystnecjalne, dotyczące życia w
              rodzinie , wspomnienia itp.
              Leszek uczy Anię grać w szachy
              Igor i Leszek opanowują całkiem dobrze podstawowe zwroty po
              rumuńsku. Język wyraźnie im się podoba. Niektóre zwroty tak sobie
              upodobali że powtarzają cały czas np. pentru mine (dla mnie), pofta
              buna (smacznego), la revedere (do widzenia) douazeci de bani
              (dwadzieścia groszy), trei sute (trzysta)-co przerabiają na tre
              sute, oraz wyrazy oznaczające czynności fizjologiczne wydalania
              (CENZURA)
              Igor ma ubaw z tworzenia dziwnych zwrotów typu pentru mine cizme
              (dla mnie kalosze) lub pentru mine trenul (dla mnie pociąg).
              • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 22.08.07, 18:23
                CD
                Dzień VI
                Dziś na śniadanie pojawiają się nowości. Parówki-bardzo smaczne oraz
                pasta z bakłażana (salata de vinete) Zdania na jej temat są bardzo
                podzielone. Mi smakuje choć żadna rewelacja.
                Po śniadanku jedziemy do Gura Raului nad jezioro o do Wąwozu
                Sybińskiego.
                Agnieszka , która jakoś tak wyszło, że została faktyczną
                kierowniczką wyprawy opracowała trasę. Nie jedziemy główną szosą
                lecz wiejskimi aczkolwiek zupełnie przyzwoitymi drogami przez ładne,
                turystyczne wioski Vale, Sybiel, Orlat i Gura Raului. Wjeżdżamy w
                nieco wyższe góry z sielankowymi pejzażami -troche bieszczadzkimi
                troche jak z Beskidu Sądeckiego. Pogoda jest akurat upalna. Mijamy
                pasące się stada koni, krów, owiec i bawołów.
                za Gurą Raului droga robie się coraz gorsza, nieasfaltowana.
                Dojeżdżamy do ślicznego choć sztucznego jeziorka. Bardzo ładny
                pejzaz góry wyrastają wprost z jeziora. Niestety kąpać się nie
                można. Marcin i Nirbert są wściekli bo na to liczyli. Są natomiast w
                krzakach przycupnięci wędkarze. Z zapory widzimy , że jeziorze
                pluskają sobie tłuściutkie pstrągi. Igor przeżywa frustracje bo jest
                bardzo zapalonym wędkarzem a nie wziął wędki. Zastanawia się nad tym
                aby utopić łowiąca obok grubą panią i zabrać jej wędki..od razu
                będzie zanęta. Jedziemy dalej wzdłuż jeziora. Zauważamy na
                przysłoniętej krzakami polance z boku drogi piknikującą grupkę
                ludzi. Kurcze..chyba przynajmniej część z nich jest nago..czyżbysmy
                zaskoczyli nudystów? Marcin biegnie szybciutko ze swoim super
                aparatem fotograficznym-może będą jakieś rozebrane laski, ale
                niestety wszyscy już ubrani poza małymi dziećmi, a i jakiś
                szczególnych lasek też nie widać. Po niemiecku pytają nas co jest
                dalej. Okazuje się że są z Węgier-i oczywiście nie znają
                angielskiego. Jakoś im tłumaczymy, że dalej jest wąwóz i jedziemy w
                dalszą drogę. Po ok. pół godziny jazdy z Gura Raului natrafiamy na
                dużą polanę.
                Piknikuje tam grupa Rumunów , którzy się z nami przyjażie witają,
                podjemują się popilnować samochodu i objaśniają droge do wąwozu.
                Wąwóz bardzo ładny głęboki, trasa zupełnie łatwa bez żadnych podejść
                ale atrakcyjna widokowo. Przez dłuższą część ściany wąwozu pokryte
                lasem , wiele drzew rośnie koroną do dołu lub pod kątem prostym do
                ściany. W końcowym odcinku skały-klimaty pienińskie. Przejście w
                jedną stronę zajmuje około 2 godzin. Myślimy aby pójść do Paltinisu
                ale łowiący pstrągi Rumun informuje nas że to jeszcze jakieś dwie
                godziny, amy dziś mamy na 18 zamówiony domowy obiad u Iuliana, więc
                wracamy do samochodów. Troszke się jeszcze opalamy na polance Ania
                robi zdjęcia pasącym się krowom i wracamy do Saliste.
                Na początek obiadu dostajemy po kieliszku tuiki jako aperitiv.
                Potem zupa jak dla mnie okropna. Po prostu woda, w której pływają
                ogromne i tłuste kawały wołowego mięcha. Zgodnie z rumuńskim
                sposobem podawania zupy każdy dostaje porcję śmietany i strączek
                ardei iute czyli pieprzu tureckiego. Zaprawiam tym zupę i z trudem
                zjadam choć aby zrobić gospodarzom przyjemnośc udaje że mi bardzo
                smakuje. innym podbno samkuje naprawde. Na drugie danie wielka
                porcja sarmale z mammałygą. Tu już nie muszę udawać bo są pyszne.
                Wole je zdecydowanie bardziej niż nasze gołąbki. Do popiecia do
                wyboru domowe wino lub piwo . Wszycy biorą wino, jest nieco
                cierpkie. Na deser jakies budyniowe bardzo dobre ciasto, które
                zjadamy z dużym trudem bo obiad był naprawde obfity.
                Wszystko to (dwa dania, deser, napoje) kosztuje ok. 26 zł.
                Taki obiad trzeba porządnie popić i tego dnia rzeczyiwście za dużo
                pijemy. W pewnym momencie palinca staje się dla mnie zupełnie
                nieprzyswajalna. Ok. 11:00 z Kubą, Marcinem i Norbertem idziemy
                sprawdzić czy może nocne Saliste się jakoś ożywiło. No niestety w
                night-clubie ta sama tłusta pani co wcześniej , w pubie pustki.
                Wracamy spać. Marcin znajduje jeszcze jakiś rumuński program
                erotyczny-zaskakująco ostry ale nikt (może poza Marcinem) nie ma
                ochoty go oglądać i po występie jednej modelki wyłączamy telwizor.
                Następnego dnia Ania twierdzi, że słyszała przez ściane jak uczyłem
                chłopaków różnych obrzydliwych słów i zwrotów po rumuńsku - jakieś
                złośliwe insynuacje.
            • Gość: lidek_syn_ubeka Re: Rumunia sierpień 2008 IP: *.aster.pl 23.08.07, 11:01
              Piotr wspaniala relacja.Jak znajde wiecej czasu zamieszcze swoja z
              sierpniowej podrozy po Rumunii.Jedna uwaga-Hunyady nie pochodzil z
              rumunskich kniaziow,bo w jego czasach nie bylo Rumunii,ktora
              istnieje od 1856r.W jego czasach istnialy dwa ksiestwa,z ktorych
              powstala Rumunia-Moldawia i Woloszczyzna.Rod Hunyadych pochodzil z
              Siedmiogrodu(weg.Erdely),ktory przez prawie 1000 lat nalezal do
              Wegier.Do Rumunii Siedmiogrod trafil jako lup wojenny traktatem w
              Trianon 1920r.
              • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 23.08.07, 11:52
                Dzięki Lidek za zainteresowanie moją relacją i pozytywną opinię.
                Natomiast co do Hunyadego nie mogę się z Tobą zgodzić. To że nie
                było Rumunii nie znaczy że nie było rumuńskiej grupy etnicznej a tym
                samym rumuńskich kniaziów.
                Zarówno w Siedmiogordzie jak księstwach wołoskim i mołdawskim
                dominowała (w Siedmiogrodzie jedynie liczebnie bo politycznie była
                upośledzona-choć oficjanie dopiero od 1437) ludność mówiąca językiem
                z grupy romańskiej, która w Siedmiogordzie i na Wołoszczyźnie
                określała się jako Romani w Mołdawi jako Moldeveni lecz swój język
                określała jako limba romana. Już w X wieku próbowała ona tworzyć w
                Siedmiogrodzie wspólnie ze Słowianami organizmy państwowe, które
                zostały jednak szybko podbite przez Węgrów
                Ludność ta przez cudzoziemców była określana jako Wołosi ( co jest
                bardzo blisko powiązane z nazwą etniczną Włosi), Vlahi, Olahi itp.
                lecz sama tej nazwy nie używała. Księstwo Wołoskie oficjalnie
                nazywało się Tara Romaneasca czyli Ziemia Rumuńska.
                Tak więć w sensie etnograficznym istniała narodowość rumuńska i
                rumuńskim szlachcicem (cneaz) był ojciec Jana Hunyadego Voicu.
                Wywodził się on nie z Siedmiogrodu a z Banatu Seweryńskiego (obecnie
                mniej więcej judety Mehedinti, Caras-Severin, Gorj), który był
                terenem spornym pomiędzy Węgrami a Wołoszczyzną. Voicu lawirował
                pomiędzy Wołoszczyzną i Węgrami i brał po stronie węgierskiej udział
                w walkach z Turkami, za co otrzymał posiadłość Vajdahunyad (czyli
                Hunedoare) w Siedmiogrodzie.
                Hunyady czuł się Węgrem i był wegierskim patriotą ale w życiu
                codziennym prawdopodobnie mówił po rumuńsku. Jego syn Maciej
                Korwin , król Węgier bez tłumacza rozumiał poselstwa z Mołdawii i
                Wołoszczyzny.
                Co ciekawe rumuńskiego pochodzenia była spora część węgierskiej
                arystokracji m.innymi takie rody jak Szilagy, Teleki, Lackfy
                • lidek_syn_ubeka Re: Rumunia sierpień 2008 23.08.07, 13:46
                  Piotrusiu,to jest bardzo ciekawe co Piszesz i jak najbardziej
                  sluszne.Oczywiscie,ze istniala w czasach Hunyadiego w Siedmiogrodzie
                  grupa jezykowa romanska.Nie moge napisac rumunska,gdyz jak
                  pisalem,Rumunii jeszcze nie bylo,a wprowadzanie dzisiejszych pojec
                  narodowosciowych do realiow sredniowiecza mija sie z celem.To jest
                  tak jak nazywanie Anglii Anglia w I w.po Chr.-wszak Anglowie od
                  ktorych wziela nazwe Anglia przybyli do niej w V w.po Chr.
                  Fenomenem jest to,ze ludnosc terenow polozonych na polnoc od
                  dolnego biegu Dunaju,owi Vlahi, przyjela jezyk oparty wprost na
                  rzymskiej lacinie,a religie na greckiej ortodoksji.Ludnosc terenow
                  polozonych na poludnie zas uzywala greki jako jezyka i greckiej
                  ortodoksji.Oczywiscie przed przybyciem Slowian.
                  Co do Banatu(weg.Bansag).Kraina ta jest tylko pojeciem geograficznym
                  i wchodzila zawsze,z krotkimi wyjatkami w sklad Siedmiogrodu,ktory
                  przez pewien czas byl jedynym niepodleglym panstwem wegierskim.Chyba
                  po I wojnie powstala na krotko republika Banatu,ale zostala
                  podzielona miedzy Rumunie i Serbie(SHS).
                  Co do jezyka-Hynyadi na pewno znal lacine i wegierski.Co do
                  romanskiego-nie wiem,ale nie sadze by go znal.Tego jezyka uzywalo
                  wowczas glownie pasterskie towarzystwo wygnane w gory przez
                  kolejnych najezdzcow.
                  A oprocz tego wydaje mi sie,ze bylismy w tych samych miejscach w
                  tym samym czasie:)Pozdrowienia!
    • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 21.08.07, 13:20
      Wracamy do Saliste. Wypijamy nieco palinki i piwka i idziemy do
      świetlicy na pingpo-ponga i rzutki. Julian tego dnia nie przychodzi.
      W pomieszczeniu obok świetlicy je kolacje grupa Francuzów. Kilka
      osób w średnim wieku , śliczna Francuzeczka wyglądająca na ok. 17
      lat ( z urody bardziej przypomina Rumunkę niż Francuzkę..!)i
      chłopiec około 10 letni. Dzieciakom musi się nudzić. Dziewczyna
      przygląda się nam z dużym zainteresowaniem. Zapraszam ją moim
      łamanym francuskim aby się przyłączyła do gry. Rzuca ze dwa razy
      rzutkami. Próbuje z nią rozmawiać, ale jest bardzo nie śmiała.
      okazuje się że nazywa się Lorraine, chodzi do liceum, ma prawie 17
      lat, mieszka w Saint Etienne w Burgundii jutro jedzie zwiedzać Sybin.
      Jej brat Pierre Antoine lat się chyba 7 a nie jak wczesniej
      sądziłem 10 gra z Anią , Leszkiem i Agnieszką i pingponga i okazuje
      się najlepszy!
      Rozmowa z Lorainne nie jest łatwa-ja mówie po francusku tak sobie,
      ona jest mocno speszona, a jej tata wygląda na niezbyt zadowolonego
      że córka gada z obcym facetem. Próbuje pogadać z nią i Norbert po
      angielsku. Francuzka zna ten język mniej więcej tak jak ja
      francuzki. Zaczyna się niezdrowa rewalizacja bo z reszta chłopaków
      zagadujemy Norberta i Lorainne robimy sobie z niego głupie
      żarty. "Błagam was idżcie sobie "-mówi Norbert. Francuzka wygląda na
      zadowoloną, że się nią interesujemy. Norbert dowiaduje się , że jest
      dobrze pilnowana przez rodziców i musi z nimi wszystko uzgadniać.
      Jutro postara się z nami spotkać i może razem pójdziemy na miasto.
      Chcemy wyciągnąć ją już dzisiaj ale nic z tego.
      Trudno idziemy sami z Kubą, Marcinem i Norbertem poznawać nocne
      życie Saliste. Wchodzimy do night-clubu znajdującego się na rynku.
      Nikogo nie ma, rumunska ludowa muzyka, wystrój burdelowy. Kręci się
      jedynie jakaś pucołowata pani z baaardzo dużym biustem, baaardzo
      dużą pupą, baaardzo dużym dekoltem i baaardzo króóóciutką jeansową
      spódniczką.
      Szybko wychodzimy i przechodzimy do znajdującego się kilka metrów
      dalej pubu Valahi gdzie w dniu przyjazdu kręciło się sporo dziewczyn.
      Dzisiaj w pubie jakoś mało gości i sami faceci. w jednej grupie
      siedzi tylko jakaś jedna dziewzyna ze swoim facetem. Na cały
      regulator leci ludowa muzyka. Wypijamy po piwie i wracamy na
      Camping. Jest około 1:00 w nocy czas spać
    • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 24.08.07, 13:07
      Lidek nie całkiem się z Tobą zgadzam. To, że nie było Rumunii nie
      znaczy że nie było Rumunów (przynajmniej w znaczeniu etnograficznym)
      Kurdystanu też nie było a Kurdowie są. Banat Seweryński w czasach
      Hunyadego nie należał do Siedmiogrodu i był oddzielna jednostką
      terytorialną administracyjną. Jako ban Severinu Voicu ojciec
      Hunyadego podlegał hospdarowi wołoskiemu choć równocześnie był
      lennikiem węgierskim.
      Po rumuńsku (nie romańsku) mówili nie tylko pasterze ale także i
      rumuńska szlachta (wojewodowie, kniaziowie), ktora z czasem w
      Siedmiogrodzie się zmadziaryzowała. Właśnie Hunyady są tego
      doskonałym przykładem.
      Jan Hunyady musiał znać język swojego ojca i matki-czyli rumuński.

      ale kontynuuje relację
      Dzień
      VII
      Ponieważ poprzedniego dnia wypiliśmy rzeczywiście sporo za bardzo
      nie możemy nigdzie jechać.
      W Rumunii kierowca we krwii może miec 0,0 promila. Jak ma więcej to
      traci na 90 dni prawko a jak ma powyżej 0,8 to grozi mu od roku do 5
      lat kryminału.
      Na śniadanie dostajemy nową rzecz - chiftelute. Maleńkie ,
      chrupiące, lekko pikantne, generalnie pyszne kotleciki mielone,
      ktore Leszek nazywa bobkami.
      Po sniadaniu nie robimy w sumie nic konkretnego- gramy w rózne gry,
      czytamy, lenimy się. Ok. 14:00 idziemy do Vatra Margimii na obiad.
      Jakoś gapy byliśmy i na czas nie zamówiliśmy u mamy Iuliana.
      W restauracji dziwnie pusto mimo, że to sobota. Jest inna pani niż
      poprzednio i robi wrażenie niezadowolonej, żę przysli klienci.
      Leszek, Igor i Ania są już w stanie sami zamówić obiad-tzn nauczyli
      się nazw potraw. Ja zamiawiam jakiś kotlet la gratar ( z grila - tu
      prawie wszystko jest la gratar) ze słynnym czosnkowym smarowidłem,
      czyli mujdei de usturoi, surówkę z kapusty (kapusta jest w Rumunii
      tak ważna jak i w Polsce) i wino do obiadu. Kotlet bardzo dobry,
      wino jakies cierpkie. Obiadek kosztuje 18 zł.
      Po obiedzie około 18:00 jedziemy do Sybina zlokalizować słynny
      skansen ASTRA i zobaczyc co się dziej wieczorem w mieście.
      Pogoda deszczowa.
      Agnieszka zarządza abysmy nie jechali główną drogą a przez wioski.
      Jedziemy zatem przyzwoitą drogą przez Vale, Sibiel , Orlat i z Orlat
      na Poplaca. Tylko że droga za Orlat na Poplaca , na mapie zaznaczona
      tak samo jak z Saliste do Orlat nagle robi się droga gruntową i
      bardzo wyboistą. Jedziemy nią wolniutka i jakieś 10 km pokonujemy w
      niemal godzinę. Przy okazji kilkakrotnie widzmy jakieś spore ptaki
      drapieżne ale z braku wiedzy ornitologicznej nie potrafimy ustalić
      jakie to. Są spore, może to nawet i orły. Wreszcie docieramy do
      biednej i zapuszcoznej wsi Poplaca i z tamtąd już solidną drogą
      jedziemy do Sybina. Ustalamy gdzie znajduje się skansen. Juz jest
      zamkniety więc jedziemy do Sybina i ponownie deptakiem str. Balcescu
      idziemy na rynek. Na rynku jakiś koncert hiphopowy. Ja tej muzyki
      cierpie ale ta co leci jest całkiem znośna a Norbertowi i Marcinowi
      całkowicie odpowiada. Zaglądamy do jakiegoś klubu ale nie ma tam nic
      ciekawego. Zaczyna naprawde porządnie padać i zaraz jestem cały
      mokry. Wchodzimy do kafejki Turabo na st. Balcescu. Wygodne klubowe
      fotele, kawiarnia chyba dla biznesmemów bo wyświetlają notowania
      giełdowe. Zamawiamy jakieś kawy, ciastka, lody. W oczekiwaniu biorę
      wyłożoną rumuńską gazetę. Wielki artykuł o alkoholiżmie w Rumunii.
      Okazuje się że w Unii Europejskiej Rumunia i Polska sa najbardziej
      pijackimi krajami i w obu jest to silnie zakorzenione kulturowo. W
      Rumunii nie ma udanej imprezy jak sie uczesnticy porządnie nie
      nawalą, tyle że u nich upijają się głównie winem.
      Konrad i Norbert bardzo zainteresowali sie natomiast folderem
      zawierającym informacje o night-clubach i podobnych przybytkach
      Wypijam bardzo dobrą kawusię (jakąś tropikalna0
      ) i zjadam dużą i smaczną porcję lodów. Tyle że cena naprawde
      kosmiczna (jakieś 17 zł wychodzi łacznie)-ale co tam raz się żyje.
      Nie bardzo wiemy co robić dalej. Agnieszka chce iść do klubu
      Imperium gdzie ma byc jakiś koncert jazzowy. Nie cierpie jazzu- nie
      ma gdzieś jakiegoś koncertu metalowego???. Ale większośc chce
      słuchać jazzu idziemy więc do Imperium . Nie wpuszczają nas bo nie
      ma już wolnych miejsc ,deszcz coraz większy. Nie bardzo wiemy co
      robić. Część towarzystwa chce jeszcze połazić i poszukać jakichś
      atrakcji. Ja Ania i Igor nie mamy ochoty łazić po deszczu więc się
      rodzielamy i wracamy do Saliste.
      Jest już całkiem ciemno (ok. 10:000 leje deszcz warunki jazdy
      fatalne).
      Na miejscu czeka już na nas Iulian który przez osttnie dwa dni się
      nie pojawiał. Częstuje nas piwem i gramy w karty. Uczy nas jakiejś
      rumuńskiej gry. Ja do kart jestem antytalent i nie moge pojąć o co
      tam chodzi a moja gra wywołuje dużo radochy u innych graczy-i to
      chodzi w końcu.
      Ok. 11:30 przyjeżdżają Agnieszka i Leszek. Kubę, Marcina i Norberta
      wysadzili obok night-clubu w Saliste. W Sybinie znależli fajny club
      taneczny Chill-out czy jakoś tam. Przyłączją się do gry.
      Chłopaki wracają za jakąś godzinę. Mówią że w night-clubie pełno
      ludzi, całe rodziny. Obok pucołowatej pojawiła się jakaś bardzo
      ładna pani ale nie tańczyły tylko zabawiały jakichś klientów. Były
      też dwie grupy rumuńskich dziewczyn bez facetów. Jak do jednej
      chłopaki zagadali to miały powiedzieć że już niestety muszą iść do
      domciu ale może innym razem.... Druga grupa na pytanie "Do you speak
      english?" odpowiedziała szorstko "nein!"
      Ponadto coś tam opowiadają o jakieś bardzo sexy-policjantce ale są
      chaotyczni i nie bardzo ich rozumiem.
      I tak siedzimy na grze w karty i różnych opowieściach do ok. 2:30
    • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 26.08.07, 21:07
      No to relacji ciąg dalszy
      Dzień VIII
      Jest akurat niedziela. Przed południem postanawiamy nigdzie nie
      jechac bo wczoraj pośliśmy spać , a ponadto część ekipy chce iść do
      koscioła. Na śniadanie pojawiają się zupełnie dobre pieczone
      kiełbaski.
      Ok. 11:00 ja, Ania, Kuba , Leszek i Agnieszka idziemy przynajmiej na
      część mszy prawosławnej bo w Saliste koscioła katolickiego nie ma .
      Są trzy cerwkie oraz zbór zielonoświątkowców. My idziemy do
      najstarszej zabytkowej cerkwii z połowy XVIII wieku.
      Z zewnątrz wygląda zupełnie jak saski kościół protestancki. Jest to
      zresztą bardzo typowe dla Transylwanii. Stare kościoły prawosławne z
      zewnątrz są dosyć skromne i stylem przypominają taki bardzo surowy,
      nawet siermiężny gotyk.
      Nowe cerwkie natomiast sa już budowane w bardzo lubianym przeze mnie
      stylu mołdawskim, albo wołoskim albo maramureskim albo i czasami
      rosyjskim. A nowych cerkwi buduje się bardzo dużo i za pieniądze
      rządowe. Konstytucyjnie istnieje wprawdzie rozdział kościoła od
      państwa ale w praktyce prawosławie jest religią państwową.
      Społeczeństwo rumuńskie jest najbardziej religijnym w Europie po
      Polsce a wpływy koscioła prawosławnego na życie społeczne sa bardzo
      silne. Nawet partie lewicowe deklarują poparcie dla prawosławia.
      Obecny liberalny premier w swoim ekspoze uznał za jedno z zadań
      swojego rządu zapewnienie wszystkim Rumunom łatwego dostępu do
      miejsc kultu.
      To tak na marginesie.
      Wchodzimy do cerkwi. W środku jest prześliczna . Calutkie ściany i
      sufit pokrytę wspaniałymi malowidłami w żywych i bogatych kolorach.
      Spogląda na nas całe mnóstwo, skupionych twarzy świętych i aniołów.
      Pełno ikon, chorągwi, ozdobnych lamp. Jak to w cerkwi ołtarz
      oddzielony od pomieszczenia dla wiernych specjalnym złoconym i
      wysadzanym ikonami parawanem tzw. ikonostasem.
      Podobnież założeniem cerkwienej architektury było przeniesienie
      wiernych do świata naprzyrodzonego i faktycznie człowiek w cerwkii
      jakoś szczególnie doświadcza sacrum. Dla nas byc może takie odczucie
      bierze się z różnicy wobec tego do czego jestesmy na co dzień
      przyzwyczajeni.
      Wchodzimy akurat na liturgie słowa. Wiernych przyszło sporo, nie
      można powiedzięc że kościół świeci pustkami, ale nie jest też
      wypełniony po brzegi. Młodzieży nie za dużo głównie starsze panie w
      chusteczkach. Przypominam sobie że gdy trzy lata temu byłem w
      cerwkii w Braszowie było zdecydowanie bardziej wypełniona ludżmi w
      najróżniejszym wieku. Trochę jestem zdziwiony, bo słyszałem, że
      okolice Saliste to jeden z najbardziej konserwatywnych, tradycyjnych
      regionów. No ale cerwkwie są trzy więć może mieszkańcy poszli też do
      tych pozostałych.
      Chór złożony z panów w raczej dojrzałym wieku w nieskończoność
      silnymi głosami powtarza Domnule miluieste ne pe noi (Panie zmiłuj
      sie nad nami)i Sfante Dumnezeule, Sfante tare, Sfante fara moarte
      (Święty Boże, Święty mocny , Święty a nieśmiertelny).
      Zdecydowanie bardziej podobał mi się śpiew chóru w Brasovie , który
      był złożony w młodzieży.
      Prawosławne liturgia robi naprawde duże wrażenie, szczególnie że
      jest śpiewana w tak pięknym języku jakim jest rumuński. Naprawde
      warto, niezależnie od wyznania wstąpić do cerwkii w niedziele nawet
      na pare minut.
      My też nie byliśmy w stanie wystać trzech godzin bo tyle trwa
      prawosławna msza. Wychodzimy zatem z cerkwii (przynajmniej byliśmy w
      niedzielę w kościele)i udajemy się do Sybina zwiedzać słynny skansen
      wsi rumuńskiej.
      Jest to największy skansen w Europie po stokholmskim. Na ogół nie
      lubię chodzić po muzeach i różne typy wiejskich chatek nie bardzo
      mnie interesują ale skansen w Sybinie ogromnie mi się podobał. Jest
      naprawde wielki, trasa zwiedziania wynosi 10 km. Odtworzono całe
      zagrody, ale także róznego rodzaju warsztaty, młyny wodne, wiatraki,
      prasy do wina, wiejską karuzelę, kościołek i całe mnóstwo innych
      urządzeń.
      Niestety spadł spory deszcz więc połowę skansenu zwiedziliśmy w
      dużym pospiechu. Dowiedzieliśmy się , że w środy jest jarmark w
      czasie które różni ludowi rzemieślnicy i artysci na miejscu
      wytwarzają i sprzedają swoje produkty. Żałujemy bardzo że wcześniej
      o tym nie wiedzieliśmy. Dzisiaj jest ty tylko kilka pań które
      sprzedają ręcznie robione stroje ludowe. Anii i Agnieszce bardzo
      podobają się ludowe bluzeczki ale cena ok. (220zł) powoduje że
      rezygnują z zakupu.
      Z powodu coraz większego deszczu chronimy się w znajdującej się na
      terenie skansenu stylizowanej na wiejską karczme restauracji Hanul
      la batrani. Obługa nieco powolna ale za to bardzo bogate meniu z
      całym mnóstwem rumuńskich potraw. Ja biorę na zakąskie pyszną
      wędzoną słoninę, a potem grilowaną pierś kurczka z mujdei de usturoi
      i duszoną kapustą. Płacę za to (plus frytki, piwo i coś tam jeszcze
      herbata chyba) ok. 23 zł Porcje ogromne i bardzo smaczne.
      po obfitym obiedzie, wykorzystując iż deszcz ustał i wyszło słonko
      kontynuujemy zwiedznanie skansenu. Przechodzimy do cześci gdzie
      wystawiane są przede wszystkim młyny, wiatraki, i inne dziwne
      maszyny. Przy młynie podchodzi do nas starszy, bardzo sympatyczny
      pan. Okazuje się że jest przewodnikiem i jeżeli chcemy chętnie
      opowie nam o młynach i pokaże jak działają. Oczywiście że chcemy. Ja
      musze oczywiście tłumaczyc co pan mówi całej wycieczce z
      rumuńskiego. Z satysfakcja stwierdzam, że chyba się już wdrożyłem do
      używania rumuńskiego bo generalnie rozumiem opis działania młyna!!!
      Przewodnik jest naprawde super. Przeciwieństwo wielu sztywnych i
      oficjalnych przewodników w polskich muzeach. Serdeczny, zabawny
      wyrażnie lubi, to co robi. Okazuje się , że niektóre młyny są aż z
      XVII wieku (pytam o to jeszcze raz bo trudno w to uwierzyć -
      przewdonik potwierdza) i chodziły do lat 60 tych ubiegłego wieku!
      Wchodzimy do poszczególnych młynów, nasz przewodnik przerzuca wajchę
      otwierając przepływ wody, kamień młyński się obraca!
      Chwila bardzo miłej rozmowy o tym skąd jesteśmy, jak się nam podoba
      i skąd tak dobrze znam rumuński. Pan bardzo nam dziękuje za
      zainteresowanie młynami bo ponoć goście najczęściej je ignorują.
      Głupcy! Te młyny są naprawdę super. Woła swojego kolegę który
      prowadzi nas do dziwacznego warsztatu. Okazuje się że jest to młyn,
      młockarnia wytwórnia palinki w jednym. Drugi przewodnik jest
      wyraźnie dumny z technologii wytwarzania palinki. Mówi: Polacy i
      Rumunii to równi ludzie-lubią mocne trunki. Bardzo Lubimy Polaków.
      Nie jestem pewien czy ja go dobrze rozumiem (odnosnie kwestii
      technologicznych). Jak to jedna maszyna robiła za młyn młockarnie i
      maszynę do wyrabiania palinki? Przewodnik śmnieje się serdecznie i
      mówi; To trudne do zrozumienia, ale to jest Rumunia.
      Idziemy teraz do bardzo przestronnej i eleganckiej chaty bogatego
      pasterza. Chata z XVIII wieku. Oprowadza nas bardzo dostojny ale
      sympatyczny Sas siedmniogrodzki. Opowiada o ciekawych zwyczajach
      ludowych. Drzwi do chaty są bardzo niskie aby każdy kto wchodzi
      musiał zdjąć nakrycie głowy i się pokłonić.
      w jednej izbie spał gospodarz z najstarszym synem. W drugiej jego
      żona z młodszymi dziećmi. Mogła się zamknąć od środka aby mąż nie
      mógł jej zmuszać do seksu. Jak miał ochotę na figielki musiał
      grzecznie poprosić. Gdy się zgodziła to szli do lasu albo na pole.
      Na terenie domu zwyczaj nie dopszczał seksu...(a co w zimę?). I
      znowu muszę odpowiedzieć na szereg pytań skąd znam rumuński, cz ynam
      się podoba. Pan Sas zaiteresowany kjest zwłaszcza tym czy smakuje
      nam rumuńskie jedzenie.
      Inny pan oprowadza nas po chacie pasterskiej z innego regionu ..już
      nie pamiętam z którego wieku. Bardzo solidnej chacie niemal twierdzy
      aby można się było bronić przed nieźdwiedziami , wilkami, Cyganami i
      bandami z Wołoszczyzny. Pokazuje bardzo fajny kolorowy wóz mówiąc:
      Taki wóz plus koń albo osiołek to ówczesna Dacia Logan. Najbardziej
      ekologiczna na nieszkodliwe dla środowiska paliwo-siano. a potem
      pyta nas czy jeszcze produkuje się w Polsce samochody Warszawa.
    • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 26.08.07, 21:12
      CD - znowu urwało posta.
      Potem jak zwykle serdeczna dyskusja o sprawach lużno związanych ze
      zwiedzanym obiektem. Stwierdzam że Rumunii to straszne gaduły ale to
      miłe.
      Całego skansenu w jeden dzień zwiedzić nie daliśmy rady. Jak już
      pisałem jest ogromny. Serdecznie polecam go także tym , których
      wiejskie chatki za bardzo nie interesują. W Sybinie pokazane są w
      bardzo profesjonalny, atrakcyjny i wciągający sposób. Nie
      spodziewałem się że tka mi się w tym skansenie spodoba.
      Zachaczamy jeszcze o hieprmarket-jak zwykle głównie po to aby
      zaopatrzeć się w napoje-rozmaitych kategorii.
      Wracamy do Saliste i jak zwykle piwko ,winko , palinca (ja tego
      świństwa nie pije) różne dyskusje gry, wygłupy i lulu
    • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 28.08.07, 13:11
      CD Relacji
      Dzień IX
      Dzisaj wycieczka się rozdziela. Ja z Anią, Igorem i Kubą jedziemy
      zwiedzać najpiękniejsze warowne koscioły. Leszek i Agnieszka jadą na
      romantyczną wyprawe w góry do słynnego górskiego kurortu Paltinis
      (ok. 30 km. na południe od Sybina) gdzie mają zamiar zdobyć szczyt
      Oncesti.
      Norbert i Marcin są jacyś przemęczeni i na razie zostają w Saliste.
      Po południu zamierzają jechać do Sybina i poimprezować.
      Jedziemy zatem w czwórkę do Biertanu.
      W Sybinie skręcamy na północ i kierujemy sie na Medias i Sihgisoarę.
      Droga jak to w Rumunii bardzo malownicza, wszędzie raz większe raz
      mniejsze góry, pełno soczystej zieleni,sady owocowe, pogoda jest
      bardzo ładna. Na zboczach gór charakterystyczne tarasy,ale nie
      widzimy aby na nich coś uprawiano. Zastanawiamy się czy są stworzone
      przez człowieka, czy może naturalne?
      Przejeżdżamy przez wioski i miasteczka wyrażnie biedniejsze niż w
      okolicach Sybina i Saliste. W niemal każdej duży gotycki, często
      warowny kosciół. Droga bardzo dobra chociaż to tylko droga
      wojewódzka.
      Przebijamy się przez Medias i i po jakichś 35 kilometrach (od
      Sybina 86) zjeżdżamy na droge wiejską ale całkiem przyzwoitą i
      bardzo atrakcyjną widokowo do Biertanu. Już z daleka widać położoną
      na górze masywną bryłe uchodżacego za najpiękniejszy w Transylwanii
      koscioła warownego, wpisanego na liste zabytków klasy zerowej
      Unesco.W czasie wojny takie kościoły były używane jako twierdze. Ten
      w Biertanie ponoć nigdy nie został zdobyty
      Cały Biertan to bardzo malownicze i ładniutkie ni to miasto ni
      wioska. W centrum pod kosciołem zabudowa miasteczkowa ale poza
      centrum wiejska.
      Jest dosyc gwarno sporo turystów
      Kosciół robi ogromne wrażenie. Wysoko położony, potężny otoczony
      trzema liniami murów, z kilkoma szpiczastymi wierzami podobnie jak
      zamek w Hunedoarze przywodzi a myśl budowlę z opowieści fantasy. Za
      drobną opłatą wchodzimy do środka po zadaszonych schodach. W środku
      jak na świątynie protestancka jest zupełnie ładny. Właśnie jest
      jakaś wycieczka z Włoch. Rumuński przewodnik mówi zupełnie
      niewyraźnie i cicho, tak że nic do mnie nie dociera. Trzy po trzy
      rozumiem za to włoskie tłumaczenie. mowa jest o mniejscowych
      zwyczajch weselnych i małżenskim, i o tym że wywieszone na ścianach
      zamku - koscioła dywany to vota przywożone przez kupców z wypraw
      handlowych do Turcji i na Bliski Wschód.
      Jakiś Italiono robi ukradkowe zdjęcie Anii.
      Wychodząc z kościoła spotykamy rodaków z Pomorza, którzy przyjechali
      terenowym Landroverem z Maramuresu, Gór Rodniańskich i Bukowiny.
      Dziwne bo to jedynii Polacy jakich spotkalismy,a z róznych relacji
      wynika że na ogół spotyka się sporo turystów z Polski.
      Obfotografowujemy jeszcze kosciół z zewnątrz. Igor i Kuba kupują
      sobie lody. Stwierdzają ,że są niedobre i Igor je wyrzuca ale Kuba
      zjada całe.
      Odjeżdżamyu z Biertanu i kierujemy się na Medias. Po drodze
      zatrzymujemy przy ustawionych stoiskach gdzie Cyganie oferują swoje
      rozmaite wyroby kotlarskie itp.
      Sprzedawane przez nich rzeczy są bardzo ładne ale ceny nie małe.
      Trzeba się potargować. W efekcie tych targów kupuje za w
      przeliczeniu 50 zł początkowo kosztujący 70 zł ...właściwie nie do
      końca wiem co to jest i do czego służy ale jest bardzo ładne.
      Cyganie są bardzo sympatyczni. Po zakończeniu transakcji zjawia sie
      nagle Cyganka z małym chłopczykiem i proszą abym coś dał dla
      dzieciaka. Chętnie bym dał ale nie mam akurat żadnego batonika ani
      cukierków ani drobnych. A Cyganie mówią (o ile ich dobrze
      zrozumiałem, czego nie jestem całkiem pewien) abym dał dla dzieciaka
      100 lei. Na taką propozycje pędem uciekam do samochodu. Cygan leci
      za mną, robi wrażenie skrzywdzonego i smutnego, że nic nie
      dostał "pentru copilul" (dla synka). Szybko odjeżdżamy bo nie
      całkiem wiem o co im chodziło.
      musze jednak przyznac , że trochę mi żal tych Cyganów i ze nie dałem
      nic dla dzieciaka. Chyba jednak nie mieli żadnych złych zamiarów.Jak
      następnym razem będe w Rumunii będe nosił przy sobie dyżurne batoniki
    • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 28.08.07, 13:51
      CD
      Zatrzymujemy się w Medias. Bardzo sympatyczne, mające swój klimat
      miasto, z ładnym odnowionym rynkiem, nad którym góruje warowny
      kościół św. Małgorzaty. Na ulicach sporo ludzi, atmosfera bardzo
      sympatyczna, ożywiona. Gdzieś na forum czytałem że Medias jest senny
      ja mam zupełne inne wrażenie wydaje mi się właśnie bardzo gwarny i
      ożywiony. Kręcimy się troszkę po rynku i wchodzimy do koscioła. Ze
      wszystkich kościołów protestanckich jakie widziałem ten wydaje mi
      się najładniejszy-jako kosciół, bo jako twierdza to nic takiego
      zwłaszcza w porównaniu z Biertanem. Jedna z naw jest pokryta
      ciekawymi freskami.
      Pani na chórze zaczyna śpiewać po angielsku jakieś protestanckie ,
      chyba barokowe hymny. Trzeba przyznać że ma kobieta bardzo ładny
      głos i talent. Nawet Ania , która takiej muzyki nie cierpi stwierdza
      że się jej podoba. Taki śpiew akurat bardzo pasuje do atmosfery tej
      świątyni.
      Podchodzi do nas blondyna - na pierwszy rzut oka widać, że Niemkinii
      ale mimo to zupełnie ładna i proponuje że opowie po niemiecku albo
      angielsku (rumuńskiego nie zna!?) o historii koscioła i gdzie co
      jest. No to prosimy aby opowiedziała po angielsku. Śmiesznie ten
      angielski z niemieckim akcentem brzmi, tym bardziej że pani musi
      mówić głosno aby przekrzyczeć śpiewaczkę. Reprezentuje jednak
      zupełnie inny styl opowiadania niz przewodnicy rumuńscy. Nam ten
      rumunski zdecydowanie bardziej odpowiada. Czytałem że w jednej z
      wież koscioła w Medias był więziony Vlad Palownik ale pani nic o tym
      nie wie . Mam wrażenia że chyba nie do końca, wie kto to taki ten
      Vlad Palownik.
      Wychodzimy z koscioła i szukamy jedzenia. Trochę nam się znudziło
      rumuńskie żarcie (aczkolwiek wszyscy je lubimy) toteż wchodzimy do
      pizzerii na rynku. Okazuje się że w pizzeri nie ma żadnej pizzy jest
      spaghetti. No cóż..na rynku jest naszczęście iina pizzeria (Orange
      czy cóś takiego niestety nie pamiętam nazwy), bardzo ładna. pizze
      nie drogie ok. 10 zł. Jas zamawiam pizze Dracula z cebulą, czosnkiem
      i miejscowymi wędlinami. Musze przyznać że bardzo dobra.
      Po obiedzie jedziemy dalej w kierunku na Sybin. po drodze zbaczamy
      do Valea Viilor, również dosyć dobrą wiejską i bardzo ładną widokowo
      drogą. W Valea Viilor ma znajdować się najładniejszy po Biertanie
      kościół warowny, również wpisany na listę Unesco. Rzeczywiście jest
      piękny choć zupełnie inny. Nie stoi na górze nie jest otoczony
      strzelistymi basztami . Jest natomiast bardzo masywny, wysoki,
      ściany bardzo grube, wąziutkie drzwi i okna strzelnicze, masywna
      wierza wbudowana w sylwetę koscioła. Jest w tym kosciele jakaś
      tajemniczość i mroczność.
      Atmosfera jest zresztą zupełnie inna niż w Biertanie. Nie ma
      zupełnie turystów wioska senna jaby wymarła. Przy wejściu do
      koscioła jakaś starowinka rozmawia z panią w średnim wieku po
      niemiecku. Ta pani płacze. Mam wrażenie że to przedstawicielka Sasów
      Siedmiogordzkich, która wyjechała do Niemiec i wróciła odwiedzić
      rodzinne strony. Jeszcze za Ceausescu Sasi stanowili ok. 5% ludności
      Rumunii. Wskutek wyjazdów w schyłkowym okresie komunizmu i po jego
      obaleniu ułamek ten zmiejszył się do 0,8%. zostali w zasadzie
      jedynie starzy ludzie. Saskie wioski opustoszały, koscioły
      pozamykano, już w niedziele nie odprawiają się w nich luterańskie
      nabożeństwa. Chociaż zdecydowanie wolę chaotyczną i bałaganiarską
      ale bardzo sponticzną i pogodną kulture Rumunów niż surową, nobliwą
      i doskonale zorganizowaną kulturę Sasów to jednak smutno patrzeć jak
      ta w zasadzie odrębna licząca sobie ok. 800 łat i bardzo ciekawa
      cywilizacja umiera na naszych oczach.
      Z takimi refleksjami opuszczam Valea Viilor. Następnie zatrzymujemy
      się w wiosce Axente Sever, gdzie tuż koło drogi widać kolejny
      ciekawy, choć dużo mniejszy od poprzednich kosciół. W podwórzu jakaś
      rudera. Ani ucieka wołając , że tu chyba mieszkają Cyganie. Wychodzi
      jednak na powitanie sympatyczny pan, pachnący palinką. Okazuje się ,
      że, jest Węgrem, ma żonę Rumunkę, i mimo że jest katolikiem opiekuje
      się tym protestanckim i niemieckim (czy raczej saskim kościołem).
      Żywy przykład wielokulturowości Siedmiogrodu. Wpuszcza nas do
      środka. Okazuje się że we wiosce zostało tylko trzech Sasów, nie ma
      już pastora. Jakaś bogata pani z Hollandi chce odrestaurować kosciół
      a obok postawić hotel. Wrzucam drobną sumę na restauracje koscioła.
      Mam nadzieje, że nie zostanie przeznaczona na palinkę.
    • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 28.08.07, 17:05
      Już ostatnim przystankiem na którym zatrzymujemy się w drodze
      powrotnej do Saliste sa ruiny zamku w Slimnicu, do ktorych trzeba
      podejść kawałek na górę.
      Mi przypominają nieco Czersk. Również ten zamek bardzo nam się
      podoba. Właściwie każdy zamek jaki widzieliśmy w Rumunii jest
      świetny , choć każdy ma zupełnie odmienny charakter.
      do środka wchodzimy za drobną opłatą, która pobiera stróż
      mieszkający na zamku z całą rodziną.
      W środku spotykamy przesymaptycznych turystów rumuńskich, którzy ,
      opowiadją nam torszkę o zamku i bardzo się cieszą , że jesteśmy z
      Polski. Po raz kolejny słyszymy że Rumunii bardzo lubią i szanują
      Polaków. Nasi rozmówcy znają Sienkiewicza (który podobno w Rumunii
      wchodzi do kanonu lektur szkolnych) okazuje się że sporo wiedzą o
      historii polski o Grunwaldzie, Sobieskim, polskiej kawalerii w 1939
      r i niszczeniem czołgów butelkami z benzyną w czasie Powstania
      Warszawskiego.
      niezwykle miłe spotkanie.
      A po wyjściu z zamku kolejne. Zagadują nas jadący furmanką rolnicy,
      ktorzy pytają się jak nam się podobał zamek i z jakiego kraju
      jesteśmy. Dowiadujemy się , że na terenie zamku odbywają się wesela
      i że będzie także w najbliższą sobotę i jesteśmy całkiem poważnie
      zaproszeni!?!?!?. Cholera w sobotę to już będziemy w drodze do
      Polski :-{. Wielka szkoda bo mogłoby byc bardzo fajnie-o ile to jest
      poważne zaproszenie ale nasi rozmówcy twierdzą , że tak.
      Wracamy do Saliste. Moment po nas przyjeżdżaja Leszek z Agnieszka.
      Zdobyli szczyt Oncesti, są bardzo zadowoleni, zakupili od bardzo
      sympatycznych pasterzy (właściwie wszyscy których spotykamy są
      bardzo sympatyczni) duże ilości sera. Jeden biały tzw. burduf dają
      na spróbowanie. Mi on akurat nie smakuje jakiś taki słodkawy.
      Norbert i Marcin dzwonią z Sybina że właśnie się rozkręcają i wrócą
      późno w nocy taksówką.
      popijamy wino-piwo już się nam troszkę znudziło, gadamy o czymś z
      Iulianem i idzemy spać.
      niestety noc nie jest spokojna. Kuba ma poważne sensacje żoładkowe i
      ostro biega-to chyba efekt lodów z Biertanu. Chyba około 2:30
      przyjeżdżają taksówką mocno podekscytowania ( i tacy wesolutcy)
      Marcin i Norbert i robią dużo hałasu. Mówią, że było miło, świetnie
      się bawili wydali przy tym jakąś ogromną sumę pieniędzy. Gdy
      zasypiają Marcin strasznie głosno chrapie.
      Tej nocy zupełnie się nie wyspałem
    • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 31.08.07, 09:46
      Dzień X
      Tan dzień nie był szczególnie udany.
      Wstaliśmy już ok. 7:00 bo mieliśmy jechać na trasę transfagaraską.
      Kuba czuje się żle i Iulian zawozi go do miejscowej przychodni. Tam
      Kuba dostaje zatrzyk, recepte na trzy pozycje leków i wskazanie
      ścisłej diety. Dzisiaj raczej nigdzie nie pojedzie więc zmieniamy
      plan. Transfagarasz przekładamy na jutro a dzisiaj jedziemy trasą
      zwaną transalpina żeby od strony jeziora Oasa wejść na Varful
      Candrel.
      Trasę wymyśliła Agnieszka. Z informacji z forum wynika że
      transalpina jest nieprzejezda, przewodnik tez nie poleca, ale Iulian
      mówi że był tam w zimę i to nie jest żaden problem. Z rumuńskiej
      mapy wynika, że jest to droga krajowa. Kierowniczka zadecydowała że
      tam jedzemy i jakoś nikt się specjalnie nie sprzeciwia.
      Oczywiście jedziemy opłotkami. Nie prosto na Sebes a potem z Sebes
      na Sugag, a przez wioski: Tilisca, Rod, Poiana Sibiului, Jina. Droga
      na razie baz zarzutów, ale ze względu na jej krętość i pod górkę
      jedziemy dosyć wolno, wioski bardzo ładne, super widoki. Nie wiem
      czy Jina to nie najwyżej położona wieś w Rumunii, w każdym razie w
      okolicy.
      Za Jina droga jednak robi się fatalna, a w pewnym momencie zupełnie
      nieprzejezdna. Kręta serpentyna, ostrow dół a przede wszystkim
      piaszczysta. Samochody utykają w piachu. Dobre to dla terenówek lub
      ciężarówek Logan. Nie jeździjcie przez Jinę na Sugag.
      Postanawiamy się wycofać.
      Wracamy do Poiana Sibiului i chcemy jechać do trasy Sibiu-Sebes. Z
      mapy wynika że można tam jechać albo przez Garbova (ewentualnie
      Calnic) albo przez Dobarca-ewentualnie wrócić do Saliste. W Poiana z
      uwagi na brak wyrażnego drogowskazu wogóle zjeżdżamy na manowce ale
      bardzo przyjaźni miejscowi górale zatrzymują nas i tłumaczą, że
      pojechaliśmy ślepą uliczką do lasu i na pola. Objaśniają jak zjechać
      na trasę do Sebes. Radzą aby jechać drogą gruntową przez Dobarca,
      która ich zdaniem jest zupełnie dobra. Stanowczą odradzją drogę
      przez Garbova i Calnic. to jedziemy tak jak nam mówią. Wolniuteńką
      bo tylko na żółwią szybkośc pozwala ta droga. Tak pokonujemy 17 km.
      mijając duże stada owiec i osiołków.. Po ok. chyba godzinie jazdy
      jesteśmy na wspaniałej sziosie E68 jakieś 20 km od Saliste.
      Zużyliśmy na to ok. 3 giodzin i mnóstwo paliwa, nie mówiąc już o
      eksloatacji samochodów na piaskach i wybojach. Igor i Ania są
      wściekli ja zresztą też. Agnieszka natomiast twierdzi że świetnie
      się bawi. Leszek też-no cóż musi zgadzać się z żoną :-).
      Przed Sebes jak zwykle korek. Zatrzymujemy się na stacji Mol. Od
      razu zjawia się jakiś sniady jegomośc po niemiecku, angielsku i
      rosyjsku informując , że już są roviniety i wskazując miejsce gdzie
      je sprzedają. Żeby nie mieć nieprzyjemności np. na granicy
      postanawiamy roviniety wykupić. Najtańsze to siedmiodniowe. Przy
      zakupie trzeba pokazać dowód rejestracyjny i prawo jazdy.
      Po dokonaniu transakcji znowu podchodzi sympatyczny śniady pan (ten
      który nas poinformował, że już są roviniety. Pyta o poziom życia w
      Polsce i średnie zarobki oraz jak się nazywa polska waluta.
      Twierdzi, żenigdy nie widział złotówek i czy moglibysmy pokazać mu
      polskie pieniądze. Na taką prośbe oświadczamy że, akurat nie mamy
      przy sobie , bardzo się spieszymy i szybciutko uciekamy.
      Przebijamy sie przez Sebes i kierujemy na Sugag.
    • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 31.08.07, 18:58
      CD
      Droga początkowo niezła. Jak to w Rumunii super widoki, chociaż
      pododbne już widzieliśmy w Gura Raului. Za Sugag jednak droga
      krajowa wg mapy, dumnie zwana Transalpina przeradza się w droge
      nieasfaltowaną, dziurawą i wyboistą. Widoków żadnych też nie ma bo
      po obu stronach gęsty las. Szybkość jazdy ok. 15 km/h.
      Jazdę "Transalpiną" wszystkim stanowczo odradzam.
      Stwierdziliśmy że do jeziora Oasa skąd miało być dogodne wejście na
      Candrel raczej nie dojedziemy. Mamy jeszcze około 50 km a zatem ok.
      trzech godzin jazdy w jedną stronę. Dotarliśmy jedynie do Tau Bistra
      jakieś 15 km za Sugag gdzie też znajduje się niewielkie jeziorko
      zaporowe. Bardzo ładnie ale uznaliśmy zgodnie-no może Agnieszka
      miała nieco inne zdanie, że wyprawa okazała się całkowitą porażką.
      Na jakąś 18:00 dotarliśmy w niezbyt dobrych humorach do Saliste.
      Kuba żyje i czuje się znacznie lepiej
      Cześć udała się do Vatra Margimii abby coś zjeść. Pani tym razem
      bardzo miła-ostatnio dostała nappiwek. Ja zamawiam pięć mici i
      cascaval pane czyli rumuńską wersję słynnego słowackiego prażenego
      syra.
      Jak dla mnie słowacki zdecydowanie lepszy. Ten rumuński jakiś taki
      słodkawy. Niemniej po zjedzeniu mici, kaszkawału i popicia piwkiem
      humory się generalnie poprawiają.
      Wieczorem pijemy niewiele. Iulian dziwi się że Transalpina w tak
      marnym stanie. Rozmwawiamy o kuchni . Iulian jest ciekaw co je się w
      Polsce.
      Spać idziemy wcześnie bo jutro musimy wstać rano i ruszyć na
      największą atrakce tegorocznych wakacji szosę transfagaraską
    • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 04.09.07, 11:11
      Dzień XI

      Ten dzień jest za to chyba najbardziej udany. Jedziemy dzisiaj na
      trase transfagaraską. Wstajemy raniutko, kuba już się czuje dobrze
      więc może jechać z nami. Na śniadanie dostajemy schabowego! -
      Prawdziwego schabowego a nie żadnego cotlet de porc la gratar.
      Pewnie ma to związek z wczorajszą rozmową o polskiej kuchni.
      zjadamy kotleta i ruszamy.
      Po drodze zatrzymujemy się w Sybinie przy banku i kantorze. Przy tym
      postoju okazuje się że Igor najechał widocznie na jakiś gwóżdż.
      Szybiutko wymieniamy koło i jedziemy dalej początkowo drogą Sybin-
      Braszów.
      Warto by gdzies zatankowac ale okazuje, że od Sybina do Scoreiu
      gdzie zjeżdzą się na trase transfagaraską nie ma stacji benzynowej.
      Znaczy sa ze dwie ale nieczynne. Mamy pewne obawy co bedzie po
      drodze.
      Zjeżdżamy na droge 7C czyli słynna trase transfagaraską. Mijamy
      Cartisoarę (gdzie stacji nie ma) czyli ostatnią na trasie
      miejscowośc po stronie transylwańskiej. Zaczynają się coraz większe
      i piękniejsze góry , i coraz ostrzejsze serpentyny. Stan drogi
      świetny , nawierzchnia idealna i co chwile napisy: Szczególnie
      niebezpieczne zakręty, zredukuj szybkość, prowadź ostrożnie. Co
      jakiś czas małe parkingi, naktórych można zatrzymać się popodziwiać
      i zrobić zdjęcia. Jedziemy bardzo wolniutko bo szybciej się nie da i
      nie ma sensu. Dłuższe postoje robimy przy Balea Cascada i Balea Lac
      i jeszcze jednym miejscu takiej polanie wśród majestatycznych skał w
      środku m.w. nie wiem jak to się nazywa. Jest naprawde cudownie i
      opisać się tego nie da w relacji ani zdjęcia tez tego nie oddają.
      Trzeba zobaczyc to samemu. Nie ma wątpliwości kolejny obowiązkowy,
      byc może najważniejszy (przynajmniej dla miłośników gór)punkt
      obowiązkowy w Rumunii.
      Na trasie mnóstwo samochodów w Balea Casacada i Balea Lac mnstwo
      turystów głownie rumuńskich. W Balea lak w sród tego tłumu w
      namiocie jakaś rumuńska prawosławna oaza czy coś takiego odprawia
      msze. Jest 1 5 sierpnia święto maryjne również w Rumunii. sziedze
      sobie, odpoczywam kontepluje góry i słucham dobiegającego z namiotu
      cerkiewnego śpiewu.
      Jedziemy dalej. Przejżdżamy przez słynny nieco przerażający tunel i
      jesteśmy po stronie wołoskiej. Góry stają się łagodniejsze i
      lesiste. Jedziemy wzdłuż sztucznego jezioro Lacul Vidraru. Niestety
      droga, której jakoś wyrażnie się pogarsza-ale całkwoicie przejezdna,
      biegnie przez las i tylko prześwitami widać jeziorko, które jest
      urocze. Jedziemy dziwnie długo, Igor jest już na rezerwie a żadnej
      stacji nie widać. Wreszcie dojeżdząmy do słynnej zapory. Jest tam
      mnóstwo samochodów i turystu nie ma nawet gdzie się zatrzymać więc
      kierujemy się od razu do Poienari prawdziwego zamku Vlada Palovnika
    • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 09.09.07, 11:23
      Szpulka , dzięki za tak miłą opinię o mojej relacji. Mam taką pracę,
      że musze pamiętac sporo szczegółów a ponadto robiłem troszkę notatek.

      ale pisze dalej zmierzjąc powoli do końca.

      Jestesmy więc w Poienari i udajemy się do zamku. Wejście tam to
      prawdziwa mordęga. 1480 stromych stopni. I na górze niektórzy są
      wkurzeni bo zamek to tylko troszkę ruin. Ponad połowa zamku gdzięs w
      połowie XIX wieku się zawaliła wskutek trzęsienia ziemi. Mi się tam
      podoba. Jest naprawde wspaniały widok chociaż wbrew temu co mówią
      przewodniki Fagaraszy ani nawet Lacul Vidraru nie widać. Jak dla
      mnie mimo że niewiele z zamku zostało i nie jest on duży-był to
      zamek ścisle wojskowy - refugialny, robi wrażenie. Zastanawiamy sie
      jak go tak wysoko zbudowano , jak niesiono cegły i matariały i jak
      tu wchodził Dracula. A właściwie to nie tyle Dracula co Vlad
      Palownik. Swoją droga ciekawa postać. Kroniki-niezbyt obiektywne
      przekazały obraz wyjatkowego sadysty i tyrana. Rumunii -pytałem o to
      Iuliana uważają jednak Vlada za bohatera narodowego. Trudno się
      dziwić - przez krótki okres jego panowania księstwo wołoskie kraik
      mały, słaby i rozdzierany wewnętrznymi konfliktami przeszło do
      ofensywy, pokonywało Węgrów i Turków, liczyło się w regionie. w
      kraju zazwyczja pogrążonym w walkach panował porządek a bojarzy,
      ktorych egoizm chronicznie osłabiał kraj i posuwał się często to
      kolaboracji z zewnętrznym wrogiem drżeli aby nie kończyc na palu.
      Tak sobie w zamku Poienari rozmyślam na smutną i zagmatwaną historią
      tych ziem i wogóle losami wielkich postacii historycznych. Niestety
      Rumunii nie mieli szczęscia do włądzców. Zdecydowana większość to
      sadysci, psychopaci a do tego miernoty. Kto wie może gdyby następcy
      Vlada -tak podbnego z charakteru i światopogłądu do Iwana Grożnego
      odziedziczyli po nim nie tylko okrucieństwo ale i zdolności księsto
      wołoskie zrobiło by taką karierę jak moskiewskie.Ale dosyc tych
      rozważań. Schodzimy z zamku i jedziemy na poszukiwanie stacji
      beznynowej. Decydujemy się wracać inną drogą przez Curtea de Arges i
      Ramnicu Valcea bo wracją przez transfagaraską skończy nam się
      beznyna. wjeżdżamy jakby do innego kraju. Jest znacznie większy upał
      niż po stronie transylwańskiej. Wioski zdecydowanie biedniejsze,
      malutkie domki, gorsza droga, gorsze samochody. Ludzie w wygladu
      bardziej południowi, przypominają Włochów. chyba dużo więcej
      Cyganów. Zamiast pastwisk dominują sady owocowe.
      W curtea de Arges rumuńskim Gnieznie niestety nie zatrzymujemy się
      na zwiedzanie, czego bardzo żałuje, ale godzina jest już pózna -
      dochodzi 17:00 a my mamy jeszcze szmat dorgi. Tankujemy tylko benzyn
      ei jedzemy opłotkami. Przedmieścia Curtea raczej brzydkie
      slamsowate. Przejeżdżamy koło jakiegoś tragu. Mnóstwo ludzi, mnóstwo
      policji, na cały głos leci typowo bałkańska muzyka, ogromny chaos i
      bałagan . Po wyjeżdzie z miasta w mijanych wioskach też słyszymy
      głosną muzyke i widzimy , ż eludzie masowo gromadza się przy
      lokalnych knajpach. Ogólnie atmosfera zabawy. kilkanście kilometrów
      za Curtea jakiś remont drogi i kilka metrów jedziemy terenowo. potem
      trafiamy na jakiś na szczęście dobrze oznaczony objazd przez wioski
      i znajdujemy się na drodze przez Ramnicu Valcea do Sibina. Ta droga
      jest akurat wspaniała i w Polsce takie by się przydały więc podróż
      nabiera tempa.
    • piotr754 Re: Rumunia sierpień 2008 11.09.07, 14:27
      CD
      Mijamy przedmieściami Ramnicu Valcea i dalej jedziemy przez
      Calimanesti sympatyczne , malownioczo położone uzdrowisko. Na samym
      końcu miasta dostrzegamy prawosławny kosciół w stylu wołoskim i
      pełno ludzi wokół. to słynny średniowieczny klasztor Cozia. Nie
      widzeiałem że jest tuż przy głównej drodze. nie palnowalismy
      wczesniej go zwiedzać ale skor jet tak blisko oczywiście
      zatrzymujemy się. klasztor został ufundowany pod koniec XIV w. przez
      walecznego Mirce Starego dziadka Palownika. Z zewnątrze jest malutki
      ale bardzo elagancki, proporcjonalny. Wnętrze jest natomiast
      niesamowite. Średniowuieczne malowidła są naprawde wspaniałe i
      doskonale zachowane. Jak to w prawosławnym kosciele nie ma ani
      kawałka wolnej powierzchni. Nie ukrywam że bardzo lubie rumuńskie
      cerkwie i znajdujące się na ich ścianach freski.
      Zwiedzających niestety tłumy. po wyjściu z cerwkii zwiedzamy jeszcze
      skromne muzeum, palimyświeczki za bliskie osoby, żyjące i zmarłe,
      pijemy wodę ze świętej studni, gdzie ludzie wrzucają pieniążki ,
      także banknoty. A rumuńskie banknoty, bardzo z reszta ładne, jako że
      robione nie z papieru a tworzywa nie ulegają w wodzie zniszczeniu.
      Jedziemy dalej doskonałą szosą biegnącą przełomem rzeki Olt.
      Przepiękna trasa. Widoki przypomiją mi nasz przełom dunajca w
      Pieninach tylko góry wyższe i bardziej skaliste no i Olt to jednak
      rzeka większa niz Dunajec. Nad jej brzegami mnóstwo wodengo ptactwa
      przede wszystkim czapli. Gdy dojeżdżamy do Sybina jest już ciemno.
      Zachaczamy o supermarket gdzie zakupujemy sporo wina, kiełbaski i
      mici aby zrobić grilla. Niestety jestesmy tak głodni że po drodze
      wstępujemy do MCDonalda gdzie nie byłem od jakichś siedmiu lat.
      Stwierdzam że mimo wszystko macdonaldowe jedzenie jest smaczne.
      W Saliste pieczemy na grillu zakupine mięso-i okazuje się że nikt
      nie chce go jeść. Tylko ja jeden zjadam swoją porcję mici i karkówki.
      Palinka też dziś jakoś ne wchodzi-wypijam jedynie trzxy kielonki i
      dę spać
    • Gość: AD Re: Rumunia sierpień 2008 IP: 213.17.150.* 21.09.07, 17:33
      Mam pytanie do kierowców którzy jechali autostradą do Bukaresztu.
      Ponoć w mieście gdzie zaczyna się autostrada (Ploesti) jest pewien
      przejazd kolejowy często opuszczany gdzie stoi kolejka pojazdów -
      głównie tirów, ponoć kręci się tam dużo podejrzanych osób i jak mój
      kumpel subiektywnie stwierdził jest niebezpiecznie. Prawda to ???

      można to jakoś objechać ???

      Dzięki za informacje.
    • Gość: rum10 Re: Rumunia sierpień 2008 IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.10.07, 15:54
      I want to make a couple of comments to your first/second day description. I
      myself drive often between Warsaw and Brasov, I would suggest you for the next
      time to cross the border to Slovakia at Barwinek. It's very nice and a good
      road. Further, from Svidnik, I suggest you to drive through Stropkov, Vranov nad
      Toplou, Trebisov and the Slovenske Nowe Mesto border crossing. The road is small
      but ok and without much traffic, I seldom see a police car and have never met
      radars yet (I have a detector...). In Hungary, this road is also much more
      interesting, through the wine regio of Tokaj and then Nyiregyhaza and Debrecen,
      like you were driving.
      In Hungary I have also not encountered radars and the Hungarians themselves
      drive quite something faster than allowed, so I adapt myself :)

      The vinietta problem in RO is known to me, but I also don't use it very often.
      They just never control it and it's lately often hard to get. However, I always
      pay for it in romanian Lei, never EUR. But as I speak the language, it's not
      difficult to make yourself understood.

      However, I think your description of traffic in RO is a bit exagerated. I have
      seen in Warsaw also sometimes things... And you must visit Greece, if you want
      some traffic like you described it or worse... :)

      Didn't have time yet to read your whole story, so I hope you had a good trip.
      It's a nice country, where you can see a lot.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka