panna.ze.dworku
02.05.18, 09:30
Właśnie rozmawiałam (po kolei) z dwiema koleżankami - pokłóciły się, a właściwie obie poczuły się urażone. A poszło o kwestie kulinarne. Otóż jedna (powiedzmy Ania) zaprosiła drugą (powiedzmy Basię) na imprezę "ogrodową" z okazji majowego długiego weekendu.
Wersja Ani:
"Ależ jestem wściekła! Natyrałam się jak osioł, pomyślałam, ze zrobię coś ekstra, Baśki sto lat nie widziałam! Uszykowałam sushi, sałatkę z liści wasabi, zupę Pho Ga, przegrzebki... No, narobiłam się, żeby było fajnie i elegancko, a ta pogmerała widelcem w talerzu i prawie nie tknęła!!!"
Wersja Basi:
"A idź... Byłam u Anki, tak się cieszyłam, bo sto lat się nie widziałyśmy! Zaprosiła mnie na obiad. No i ok, przyszłam, a tam na stole porcje jak dla Barbie, w dodatku jakieś mdłe to wszystko, bez smaku... surowa ryba, a ja po surowiźnie mam wątrobę, uważasz, i Anka o tym wie! Poza tym owoce morza, których nie znoszę! Ta, wiadomo, dorobili się, to już musi pokazać, że normalna kuchnia nie dla niej, ona jest "exclusive" a nie jak ja tandeciara co by rosół i schabowego zjadła!"
Próbowałam sprawę załagodzić, mam nadzieję, że im przejdzie, ale zaczęłam myśleć niejako "szerzej". Która z nich popełniła nietakt? Czy są potrawy, których podawać nie wypada? Do jakiego stopnia jako gospodarz i jako gość powinniśmy się dostosować do warunków? Czy Basia słusznie poczuła się "zagniewana" na Anię? W końcu Ania zaprosiła na obiad a gość de facto wyszedł głodny... Czy Ania ma słuszne pretensje? W końcu narobiła się i wykosztowała (a WIEM, że wcale się aż tak nie dorobili) żeby Baśkę ugościć a ta nie doceniła...