biala25
16.10.05, 11:21
Rzecz dzieje się w przedsiębiorstwie miejskim np. może być w kanalizacji.
Firma dobrze pracuje, jej prezes jest kompetentny. Musi jednak ustąpić
miejsca byłemu sekretarzowi miasta, który też jest fachowcem /prawnikiem/,
niestety nowy prezydent ma na to miejsce rodzinkę z dalekiej wiochy. Były
prezes zostaje dyrektorem i jakoś we dwóch ciągną wózek. Nic się nie dzieje,
bo prezydent mało się interesuje tą firmą. Do czasu. Postanawia ją najpierw
sprzedać, a jak to się nie udaje chcę ją sprywatyzować /tak na siłę/.
Władze spółki przeciwstawiają się tym pomysłom i słusznie tłumacząc, że takie
plany są szkodliwe dla miasta itd. Dodatkowy problem wyskakuje, kiedy
prezydent postanawia zatrudnić w tym przedsiębiorstwie swojego /a jakże
ukochanego/ zięcia. Powstają nowe konflikty, tym bardziej, że zięć potrzebuje
dużo kasy /nowe mieszkanie/ i zostaje zatrudniony dodatkowo w szpitalu
miejskim w Radzie nadzorczej innego przedsiębiorstwa. Nie może się rozdwoić i
musi 2 etaty zrobić w 8 godz. /w domu czeka żona, ukochana córka naszego
władcy/. Szefowie miejskiej spółki /np. kanalizacyjnej/ na takie rzeczy się
nie godzą. Prezydent uwielbiany przez swoich poddanych /jak Łukaszenko/ nie
certoli się i zmienia prezesa spółki /np. kanalizacji/ na swojego kumpla,
który nie ma żadnych „dziwnych” skrupułów wobec zięcia. Nowy prezes
oczywiście /emeryt górniczy/ nie ma pojęcia np. kanalizacji a ni też o
prowadzeniu spółki, ale wie, że jego zadanie jest zupełnie inne. Jakie?
Stary zarząd /mimo, że fachowcy/ idzie do kasacji.
Bajka jak bajka, ale co na to poddani?