bracia_zbrojek
18.12.05, 11:20
Z prof. Mirosławem Karwatem, politologiem z Uniwersytetu Warszawskiego,
rozmawia Piotr Skura (wg. "Tr-y" CIEKAWE!)
52 proc. uczestników sondażu CBOS uważa, że rządy niedemokratyczne mogą być
lepsze od demokratycznych. W ciągu 4 lat liczba zwolenników rządów silnej
ręki wzrosła z 34 do 40 proc. Co trzeciemu obywatelowi (31 proc.) demokracja
kojarzy się głównie z bałaganem i chaosem. Dlaczego Polacy tak bardzo
obrazili się na demokrację?
- W dużej mierze z powodów socjalno-ekonomicznych. Przekonanie o wartości
demokracji na ogół powstaje wtedy, kiedy dzieje się dobrze, a ludzie czują
się bezpiecznie. Tymczasem przemiany demokratyczne kosztowały bardzo dużo.
Okazało się, że ludzi wyrzuconych za burtę jest znacznie więcej niż
ktokolwiek przewidywał. Ortodoksyjni reformatorzy poświęcali dość łatwo
interesy różnych grup, jak np. pracowników PGR-ów, ale przeliczyli się.
Powstało bezrobocie strukturalne, ogromne obszary biedy. Widmo degradacji
sprawiło, że masy ludzi odpłynęły w stronę populizmu radykalnego, ale - jak
się okazało - radykalnego tylko retorycznie jak w przypadku Samoobrony. Z
czasem zauważyli, że mają do czynienia tylko z tanią kontestacją i
awanturnictwem. Idą więc krok dalej i szukają gospodarza. Syndrom silnego
człowieka opiera się właśnie na stereotypie gospodarza. Ludzie akceptują i
pałkę, i więzienie, ponieważ uznawane jest to za normalną oprawę porządków,
które mają spowodować poprawę ich losu.
To elity polityczne zapracowały więc na takie postrzeganie demokracji?
-Mamy do czynienia z przyspieszeniem procesu alienacji elit. Nawet polityczni
nowicjusze, osoby, które w krótkim czasie zrobiły szybką karierę, odrywają
się już od swojej bazy. Działa tu syndrom „wyszedł z ludu i nie powrócił".
Nawet w ruchach populistycznych posłowie, którzy przeszli do Sejmu ze
zwykłych stanowisk pracy - nauczyciela, lekarza niższego szczebla, pracownika
najemnego - po wejściu na salony uzależnili się od siebie nawzajem, a nie od
tych, którzy na nich głosowali. Jeżeli już się czegoś boją, to tylko mediów i
odstrzelenia w grach wewnętrznych. Te gry relacjonują media, głównie w
tonacji aferalnej. Politycy kręcą tu zresztą sznur na własną szyję obwiniając
się o przestępstawa, zdrady, szkodnictwo i dywersje. Myślą, że demonizacja
przeciwnika szkodzi tylko jemu. Tymczasem powstaje obraz zdegenerowanej
elity, gdzie wszystkim chodzi wyłącznie o koryto.
Trudno więc dziwić się ludziom, że tęsknią za rządami silnej ręki?
- Pamiętajmy zawsze o tym, że jest to bardziej obraz medialny niż rzeczywiste
proporcje zjawisk. Ludzie jednak przez jakiś czas uważali, że poprzez kolejne
wybory kogoś ukarzą, a komuś innemu zaufają i w efekcie będzie lepiej.
Tymczasem nie jest lepiej! Rotacyjne rządy różnych ekip nie powodują
radykalnego uzdrowienia sytuacji. Zajmują się tylko redystrybucją władzy.
Niczym ponadto.
Sondaż CBOS zbieżny jest z wynikami ostatnich wyborów do Sejmu, w których
zwyciężyli zwolennicy rządów silnej ręki. Ostrzeżenia mediów przed
autorytarnymi zapędami polityków PiS nie odegrały tu swojej roli.
- Zgadza się. Ludzie zareagowali na te ostrzeżenia wręcz przekornie.
Alarmujące przed dyktaturą i zamordyzmem media spodziewały się zmobilizowania
ludzi do obrony demokracji. Nie wzięły jednak pod uwagę tego, że sporej
części obywateli taki autorytaryzm odpowiada.
Czy to oznacza, że pogodziliby się też z autorytaryzmem w praktyce?
Zakceptowaliby antydemokratyczne poczynania rządzących?
- Tak. Na tym polega autorytaryzm - oddaje się władzę z całym dobrobytem
inwentarza: „Dajemy ci mandat. Zrób, co trzeba. Nie pytamy o szczegóły".
Jak można to zmienić?
- To musi potrwać. Jednym z lekarstw, które mogą najszybciej zadziałać, jest
konsolidacja systemu politycznego. Czyli zmiana dzisiejszej sytuacji, gdy
mamy do czynienia z ciągłym rozdrobnieniem, rozłamami i alienacją elit
politycznych. To właśnie staje się argumentem na rzecz autorytarnych
porządków. Siłą rzeczy powstaje odruch obrony przed takim rozproszeniem.
Gdyby ukształtował się czytelny układ sceny politycznej, z siłami
politycznymi, z których każda jest wyrazista, wówczas społeczeństwo
poczułoby, że ma jakiś wybór. Jeśli dojdzie do powstania silniejszych
organizmów, partii z poglądami, z bazą społeczną, reprezentujących interesy
grup społecznych, to jest szansa na to, że demokracja znów stanie się
atrakcyjna.