Dodaj do ulubionych

Albańskie losy

18.12.09, 23:43
Zainspirowana tym, co Nertila napisała o tragedii w Cieśninie Otranto, i
smutną konkluzją, że przytłoczeni codziennością, nie mamy czasu na zgłębianie
niedawnej historii kraju,że umyka nam coś bardzo ważnego,bo ludzie, ktorzy w
niej uczestniczyli, powoli odchodzą, postanowiłam opowiedzieć o jeszcze jednym
albańskim losie - do refleksji i zadumy

WYSOKIE Obcasy

Saga rodziny Lubonjów, albańskich intelektualistów
Dorota Horodyska
2002-03-22,

Lubonjowie są rodziną albańskich intelektualistów. Są bardzo znani w Albanii,
bo splotło się z nimi wiele wydarzeń w powojennej i najnowszej historii kraju.
Lubonjowie mieli przestać być. Zostali wyklęci przez Hodżę. Uznani za wrogów i
zdrajców. Mieli skończyć w więzieniach i na zesłaniu. Przetrwali.

więcej zdjęć
Liri jest krucha. Jak trzcinka. Byle wietrzyk mógłby ją złamać. Ciężko znosi
upały. Najchętniej zaszyłaby się gdzieś i przeczekała do zmierzchu. Rozgrzana
terakota nie chłodzi bosych stóp. Jest pełnia albańskiego lata. Centrum
Tirany. Liri chwyta wachlarz i opada na fotel. Przynosi jej to ulgę, siada
wygodniej i, poruszając wachlarzem, machinalnie opiera drugą rękę na kolanie.

Przypomina "Kobietę z wachlarzem" Modiglianiego. Jego ulubioną modelkę Lunię
Czechowską. Tak samo spokojna. Z takim samym lekkim uśmiechem. W sposobie
pochylenia głowy i trzymania wachlarza obie mają grację i szlachetność damy.

Tyle że modelka Modiglianiego ma kasztanowe włosy upięte w ciężki kok a
krótkie, siwe włosy Liri upiąć się nie dają. Można je co najwyżej odgarnąć za
uszy, a grzywkę przypiąć spinką, by nie opadała. Lunia trzyma elegancki
wachlarz, ten Liri jest stary i zniszczony. Lunia ma kosztowną suknię, Liri -
kretonową w blade kwiatki. Lunia jest świadoma i pewna swojej urody, Liri od
dawna nie spogląda w lustro i nie chce, by robić jej zdjęcia. Lunia ma skórę
gładką i brzoskwiniową. Twarz Liri jest pełna zmarszczek.

Ojciec i syn

Lubonjowie są rodziną albańskich intelektualistów. Są bardzo znani w Albanii,
bo splotło się z nimi wiele wydarzeń w powojennej i najnowszej historii kraju.
Lubonjowie mieli przestać być. Zostali wyklęci przez Hodżę. Uznani za wrogów i
zdrajców. Mieli skończyć w więzieniach i na zesłaniu. Przetrwali.

Dziś Liri Lubonja ma 73 lata. Jej mąż Todi 78, starszy syn Fatos 51, młodszy
Agim 46. Mają dorosłe wnuki: dwie córki Fatosa i dwóch synów Agima.

Fatos Lubonja jest pisarzem. Po wyjściu z więzienia, w marcu 1991 roku, nie
wyjechał za granicę, jak wielu innych. Był jednym z twórców albańskiego ruchu
obrony praw człowieka. Z hasłem "Kwiaty zamiast kamieni" nawoływał do
pokojowego dialogu w 1997 roku, gdy w wyniku upadku piramid finansowych kraj
stanął na skraju wojny domowej. Jest wydawcą i redaktorem naczelnym czasopisma
"Përpjekja" ("Wysiłek"), forum niezależnej myśli. Fatos zabiera głos w każdej
ważnej albańskiej sprawie. Ma ogromny autorytet, mimo iż jego artykuły często
doprowadzają do pasji polityków wszystkich opcji. Chociaż polityka jest stale
obecna w jego artykułach, woli trzymać się od niej z daleka. Pozostać
niezależnym publicystą.

Odwrotnie niż jego ojciec. Todi Lubonja - historyk i dziennikarz - w czasach
Hodży należał do partyjnego establishmentu. Podczas wojny walczył w ruchu
oporu. Potem został wiceministrem komunikacji, późnej pierwszym sekretarzem w
ważnych miastach - Elbasanie i Kukës, posłem, członkiem prezydium Zgromadzenia
Ludowego, przez siedem lat redaktorem naczelnym "Zëri i Popullit" ("Głos
Ludu"), do 1972 roku dyrektorem Albańskiego Radia i Telewizji.

To właśnie wtedy radio zaczęło nadawać zachodnią muzykę, wprowadzono
transmisje światowego futbolu, naukę języków obcych. Ale Hodża uznał, że to
sabotaż i odchylenie od linii Partii. Lubonja jako zdrajca trafił do więzienia.
Obserwuj wątek
    • dajti-2 Re: Albańskie losy cd.2 18.12.09, 23:48
      Liri też jest historykiem. Walczyła w czasie wojny. Całe lata pracowała z
      młodzieżą: w Komitecie Centralnym Młodzieży, z pionierami ze szkół średnich.
      Przez wiele lat była sekretarzem redakcji "Zëri i Rinisë" ("Głos Młodzieży"),
      także jego redaktorem naczelnym. Przed aresztowaniem męża pracowała w Instytucie
      Historycznym. Jako żona i matka wrogów ludu - komunisty i antykomunisty -
      została internowana.

      Tobie, Ojczyzno

      Głos Liri jest dźwięczny i ciepły. Ale jest w nim jakieś pęknięcie. Jak
      przedtakt. Ułamek sekundy dłużej trwająca pauza. Historia Lubonjów układa się w
      opowieść o losach rodziny, której przyszło żyć "w chorym świecie chorych ludzi".
      Takie życie w czasach reżimu było udziałem tysięcy albańskich rodzin. Każda ich
      opowieść ma własny, niepowtarzalny rytm i tempo. Tylko cierpienie jest jedno.

      Liri nie potępia. Nie ma w niej skargi. Wszystko znalazło swoje miejsce w
      pamięci. "Tamto" pozostało w melodyjnym przeciąganiu słów. Tak śpiewnie w języku
      albańskim wyraża się ból.

      Tak samo mówią Fatos i Todi.

      - Oboje z Todim byliśmy komunistami. Z przekonania. Walczyliśmy o lepszą,
      piękniejszą i szczęśliwszą Albanię. Takich jak my - entuzjastów i idealistów -
      było wielu, bardzo wielu. Wierzyliśmy, że nie będzie wyzysku, że honor, godność
      i wolność będą najważniejsze. Wszystko wydawało się łatwe i proste. Tylko ręką
      sięgnąć. A i my dawaliśmy z siebie wszystko.

      Poznali się w styczniu 1945 roku w Peszkopii, miasteczku na wschodzie Albanii.
      Ona miała 17 lat, on 22. Liri przyjechała jako przedstawicielka młodzieży
      komunistycznej pracować z dziecięcą organizacją antyfaszystowską, Todi był
      komisarzem okręgu. Najpierw spotykali się służbowo, później codziennie po pracy,
      coraz częściej i dłużej. Aż okazało się, że żyć bez siebie nie mogą.

      Pewnego dnia Todi przyszedł do matki Liri: - Liri już do domu nie wróci. I Liri
      poszła do mieszkania Todiego. To był ich ślub. - Obie matki załamywały ręce. Do
      czego to podobne! Nie szanować staroalbańskich obyczajów! - Liri uśmiecha się
      promiennie.

      - Zalegalizować? - odpowiedział Todi ojcu pytaniem na pytanie. - Po co! Ludzie
      widzą i wiedzą o naszej miłości. Zaręczyny i ślub to przeżytek.

      Musieli jednak zdobyć jakiś papier, bo nie chciano ich meldować we wspólnym
      pokoju w hotelach, gdy wyjeżdżali razem w delegacje. Zarejestrowali się w 1947
      roku w Elbasanie, podczas kolejnej delegacji. Świadkami byli kierowca i ktoś z
      ulicy. Wesela nie było.

      Oboje studiowali korespondencyjnie - język albański i historię. Liri z samego
      rana wybiegała z domu, ledwo zjadła śniadanie. Wracała w południe coś przekąsić
      i do późnego wieczora przesiadywała na zebraniach. Todi jako wysoki
      funkcjonariusz partyjny mógł wybierać mieszkania i dobre dzielnice. Ale
      mieszkali w służbowych pokojach. Długo razem z ojcem Todiego. Nie mieli czasu na
      luksus.


      Czasu zabrakło także dla własnych dzieci.

      Liri to również dawno przemyślała: - Krzywdziłam chłopców. Za mało okazywałam im
      miłości, gdy potrzebowali rodziców. A nas wciąż nie było. Todi w delegacjach, ja
      na zebraniach.

      Wieczorami na progu witała mnie teściowa z płaczącym Agimem na ręku i Fatosem
      uczepionym jej spódnicy. - Po coście płodzili dzieci, skoro nie macie czasu się
      nimi zajmować!?

      Wiedziała już, że Fatos różni się od innych dzieci: - Martwiliśmy się o niego.
      Szybko nauczył się czytać i połykał wszystko, co mieliśmy w domu. Całą
      literaturę albańską i światową. Wcześnie zaczął pisać. O partyzantach,
      robotnikach i chłopach. Debiutował w "Głosie Młodzieży". Szybko jednak się
      zorientował, że to, co pisze, jest tylko powtórzeniem gazetowej propagandy.
      Zrozumiał, że został oszukany, i zawstydził się. Później opisywał już tylko taką
      rzeczywistość, jaką widział. Zdawał sobie sprawę, że nigdy tego nie opublikuje.

      Już wtedy był dysydentem. Ukrytym, milczącym. Myślałam o tym, jak będzie
      wyglądało jego życie. Bałam się o niego. Ale przecież on miał zostać fizykiem,
      nie pisarzem.

      Fatos wcześnie się ożenił. Z Zaną, córką Fadila Paçramiego, sekretarza do spraw
      ideologicznych w Tiranie, znanego dramaturga. Byli szczęśliwi. Wkrótce urodziła
      im się córeczka Ana.

      Glisty i ślimaki

      25 grudnia 1972 roku rozpoczął się w Albanii XI Festiwal Piosenki. Todi Lubonja,
      jako dyrektor generalny Radia i Telewizji, oraz Fadil Paçrami, sekretarz
      ideologiczny, zatwierdzili jego program.

      Festiwal różnił się od poprzednich. Po raz pierwszy piosenkarki wystąpiły w
      długich sukniach lub minispódniczkach (burżuazyjno-rewizjonistyczna
      degeneracja), piosenkarze nosili długie włosy (kontestacja). Po raz pierwszy nie
      śpiewano o miłości do Wodza (dywersja), lecz o zwyczajnej, ludzkiej
      (dekadentyzm). Po raz pierwszy grano bigbit i rock (bezprzykładna degeneracja),
      a w dekoracjach po raz pierwszy zabrakło sierpa, młota i gwiazdy, za to pojawił
      się abstrakcyjny, kolorowy horyzont (dywersja do kwadratu).

      - Przyszedł Zachód do Albanii! A gdzie albański duch!? Dosyć tego! - Hodża walił
      pięścią w stół. - Należy pogłębić walkę ideologiczną przeciwko obcej obecności i
      liberalnym stanowiskom wobec niej!

      Teraz wszystko potoczyło się błyskawicznie. W czerwcu 1973 roku zwołano IV
      Plenum. Todiego i Fadila oskarżono o szerzenie zgniłego, zachodniego ducha.
      Hodża wrzeszczał: "Jesteście kosmopolitami, wrogami ludu, wrogami socjalizmu.
      Jesteście anty, anty, anty... Jesteście glistami, ślimakami. Jesteście
      poplecznikami Moskwy, Paryża, Londynu i Belgradu. Zgnieciemy was jak ślimaki.
      Jesteście śmiecie, szmaty. Zostajecie wykluczeni z KC i pozbawieni wszystkich
      funkcji państwowych".

      Od rozprawy z Lubonją i Paçramim rozpoczęła się kolejna albańska czystka. Na
      wzór stalinowski. I rewolucja kulturalna. Na wzór chiński.

    • dajti-2 Re: Albańskie losy cd.3 18.12.09, 23:50
      Wolności siedem", "wolności piętnaście"

      W kwietniu 1974 roku Fatos skończył 23 lata.

      Pod koniec czerwca Agim z bardzo dobrymi wynikami zdał maturę.

      27 czerwca Zana urodziła drugą córeczkę. Fatos nazwał ją Tetyda - Tetis.

      25 lipca o szóstej rano zabrano Fatosa. Sigurimi - tajna policja polityczna -
      znalazła jego pamiętniki.

      27 lipca aresztowano Todiego.

      W lipcu 1975 roku aresztowano Fadila Paçramiego.

      Liri była krucha. Jak trzcinka. Nic nie mogło jej złamać.


      Na pilnie zwołanym zebraniu partyjnym poradzono jej rozwieść się z mężem.

      - Jak będziesz z nim żyć? Jeśli nie zechcesz, skończysz na budowie - grożono.

      - Dobrze, pójdę na budowę. Kochając męża, nie okłamuję partii. - Oczekiwałam, że
      towarzyszka Liri da nam przykład, jak postępować w takich przypadkach, ale się
      zawiodłam - podsumowała jedna z aktywistek. Liri wyrzucono z partii. Należała do
      niej trzydzieści lat.

      Przez pół roku nie wiedziała, co się dzieje z Todim i Fatosem. Przesłuchiwali ją
      godzinami. - Nie wiemy, które z was jest gorsze - słyszała - twój mąż, twój syn
      czy ty?

      Nie aresztowali jej jednak. Już wcześniej, w czerwcu 1973 roku, gdy Todiego
      wyrzucono z pracy, wszystkich - Liri, Agima, Zanę wraz z dziewczynkami
      internowano i zesłano na głuchą prowincję. Na piętnaście lat. Bez sądu i wyroku.
      Fadila Paçramiego skazano na dwadzieścia pięć lat.

      Wreszcie nadszedł z Tirany telegram od Zany: "Wolności siedem" - napisała o
      Fatosie. Liri zrozumiała: dostał siedem lat. Za agitację i propagandę przeciwko
      reżimowi. O tym, że Todi już odsiaduje wyrok, dowiedziała się dopiero z
      pierwszego listu Fatosa z więzienia: "Ty, mamo, koniecznie musisz przyjechać,
      ale dopiero, gdy skończy się zima. Boję się o Zanę i dziewczynki. Na ile został
      skazany tata?".

      Dostał piętnaście lat za agitację i propagandę oraz nielegalne posiadanie broni.
      Odczuła ulgę. Najważniejsze, że ocalił głowę. Agima - utalentowanego muzyka o
      delikatnych palcach, który miał zdawać do konserwatorium - powołano do wojska na
      pięć lat. Dostał łopatę i kilof. Miał kopać tunele i rowy. Od świtu do nocy. Zaś
      po skończeniu służby - kopać na zesłaniu. Konserwatorium nigdy nie ukończył.

      Liri zaczęła prowadzić dom. W którymkolwiek więzieniu by on nie był. Wszędzie
      tam, gdzie byli jej mężczyźni.

      F, T, A

      Najważniejszy był kalendarz ścienny. W nim zaznaczała daty wysłania listów: F -
      Fatos, T - Todi, A - Agim. Wysyłała dwanaście miesięcznie, po cztery do każdego.
      Zgodnie z regulaminem mogła ich wysłać i trzydzieści, ale nie wszystkie
      otrzymywali. Najpierw nie wiedziała dlaczego, w końcu Fatos wyjaśnił: "Mamusiu,
      postaraj się, aby twoje listy były krótsze, zdania prostsze i bardziej
      zrozumiałe". Długie i zawiłe cenzura niszczyła.

      Nadchodziły odpowiedzi: Liri Lubonja - z Wydziału X, Liri Lubonja - z Wydziału
      Y, Liri Lubonja - z Wydziału Z.

      Pisała do Fatosa o pierwszym słowie Tetis, o pierwszym ząbku Any, o żłobku,
      przedszkolu i szkole. Niekiedy udawało jej się zrobić zdjęcia. Kiedy dziewczynki
      podrosły, prosiła, by pisały do taty i dziadka: - Chodźcie, napiszecie, chociaż
      tak króciutko: "Tatusiu, jesteśmy zdrowe, czujemy się dobrze, pamiętamy o Tobie".

      Todi i Fatos nigdy nie siedzieli razem w tym samym więzieniu. To mogłoby być
      zbyt niebezpieczne - dla reżimu, oraz zbyt łatwe - dla Liri. Regulamin zezwalał
      rodzinie na wizyty dwa razy w miesiącu. Początkowo często odwiedzała Todiego.
      Obładowana siatkami, większość drogi szła pieszo, bo kierowcy bali się zabierać
      rodziny więźniów. Nieraz po osiem razy zmieniała ciężarówki, nim dotarła. Drogi
      w Albanii nigdy nie były dobre. A już na pewno nie te prowadzące do więzień na
      końcu świata.

      Nadszedł moment, kiedy po raz pierwszy zobaczyła Fatosa: - Chciałam się trzymać,
      być silna. Nigdy nie byłam skłonna do łez. Od bólu i nieszczęść stałam się
      twarda. Jakieś wewnętrzne hamulce i wstyd powodowały, że wszystko, co złe,
      przeżywałam w sobie. Byłam w tym podobna do matki. Ona nigdy w życiu nie
      płakała. Na spotkaniu z Fatosem nie chciałam okazywać emocji. Tym bardziej że
      wokół było pełno strażników. Kiedy jednak zobaczyłam jego ogoloną głowę i
      podarte ubranie, nie wytrzymałam.

      Jeździła coraz rzadziej: raz na pół roku, raz na rok. Nie dawano jej przepustek
      - przed każdym opuszczeniem miejsca zesłania musiała pisać podanie. Brakowało
      pieniędzy. Liri miała wybór - albo nakarmić dziewczynki, albo płacić za
      ciężarówki. Sprzedała wszystko, co miało jakąkolwiek wartość: pantofle,
      sukienki, płaszcze, szaliki. Zostawiła książki, stół i łóżko.

      Jej pensja, później emerytura, były głodowe. Mogła za to kupić 42 kg cukru.
      Zgodnie z wolą Partii Liri skończyła jako robotnica. Kierowano ją do
      najcięższych robót: w magazynie rolniczym selekcjonowała warzywa; zbierała
      szałwię, od czego się dusiła, bo była uczulona; ładowała worki z owocami na
      ciężarówki; cerowała i zszywała spleśniałe worki; nosiła cement; mieszała
      zaprawę. Kazano jej kopać rowy w centrum miasta w 40-stopniowym upale. Gdy
      lekarz zabronił jej pracy w słońcu, kazano jej sprzątać toalety.

      - Chcą cię upokorzyć - powiedział jej znajomy lekarz. Jedna z nielicznych osób,
      które odważyły się zamienić z nią słowo.

      Przezroczysta

      W 1995 roku, w pięć lat po powrocie z zesłania, Liri napisała książkę "Z dala od
      ludzi i wśród nich". Tytuł podpowiedział Fatos. Oddaje on istotę zesłania.
      Internowanego, czyli "wroga ludu", "element niebezpieczny", należało oddzielić
      od "zdrowej tkanki społeczeństwa", poddać go "reedukacji" poprzez ciężką pracę
      fizyczną i psychiczne gnębienie. Aż do unicestwienia. Liri poznała ten mechanizm
      i przystosowała się, co znaczyło: nie poddała się. Miała dla kogo i po co żyć. O
      co walczyć. Gorzej było z opuszczonymi przez bliskich. Nieraz załamywali się,
      tracili zmysły.

      Bycie "wrogiem ludu" oznaczało ciągły strach o życie najbliższych, śmiertelne
      zmęczenie, szykanowanie przez urzędników. Wykluczenie ze społeczności bolało
      najbardziej.


      - To zaczęło się znacznie wcześniej, jeszcze gdy Todi był dyrektorem Radia i
      Telewizji - teraz to się wydaje Liri śmieszne. - Zaczęło się od wazonu. Spodobał
      mi się bluszcz na korytarzu Radiokomitetu i chciałam odnóżkę, a oni, pełni
      uniżoności, przystali skwapliwie, bo żonie dyrektora się nie odmawia. Mało tego,
      przywieźli mi do domu cały pęk w pięknym wazonie. Aż pewnego dnia przyjechał
      kierowca z telewizji i wazon zabrał.

      Wkrótce potem, siedząc w bibliotece, zauważyła, że wszystkie miejsca wokół niej
      są puste. Starzy znajomi bali się, że może ściągnąć na nich nieszczęście. W
      drodze do sklepu nikt jej nie pozdrowił, nie przywitał. - Ale było to i tak
      lepsze niż ukradkowe, ciekawskie spojrzenia przyjezdnych, których informowano po
      cichu, pokazując palcem "O, ta tam, to żona...". Powiedziałam do jednego z nich:
      - Co się tak gapisz?

      Taka śmierć żywego człowieka była absurdalna, nie do przyjęcia. Nawet krewni
      zamieniali się w obcych ludzi. Oto idzie po chodniku mój brat cioteczny,
      partyjny, i nie dość, że się nie zatrzyma, to jeszcze odwraca głowę. Jak w bajce
      o czapce niewidce. Ja też skreśliłam wszystkie znajomości. Lepiej, żeby nikt do
      nas nie przychodził.

      Czy mój tatuś jest Niemcem?

      Ana kończyła trzy lata i Fatos przysłał jej na urodziny 50 leków zarobionych w
      kopalni. Liri kupiła jej chińską lalkę. Gdy Ana ją zobaczyła, oczy jej zalśniły.
      Wyciągnęła rączki. - Dla Any, dla Any? - nie wierzyła.

      Ana, wrażliwa i nad wiek rozwinięta, wyczuwała wokół mur, którego nie mogła
      pojąć. Dzieci Lubonjów traktowano gorzej: w przedszkolu, na podwórku, w szkole.
      Najpierw nie rozumiały, dlaczego ulubiona pani z przedszkola, która była tam dla
      nich serdeczna, w sklepie odwróciła się i odeszła bez słowa, gdy Tetis zawołała
      za nią radośnie "Ciocia". Później już do nikogo nie podbiegały. Gdy trochę
      podrosły, pytały, co tatuś i dziadkowie zrobili, Liri odpowiadała: "Nic nie
      zrobili". Zaczynały rozumieć sens słowa "niewinni".

      W przedszkolu Any nigdy nie włączono d
    • dajti-2 Re: Albańskie losy cd.4 18.12.09, 23:52
      Czy mój tatuś jest Niemcem? - spytała kiedyś Ana po powrocie z przedszkola. -
      Jak to Niemcem, przecież jest moim synem? - odpowiedziała Liri zaskoczona. - A
      czy ty, babciu, jesteś Niemką? Liri próbowała tłumaczyć: - Byli przecież także
      dobrzy Niemcy, niektórzy nawet przyjeżdżali do Albanii nam pomagać, jako
      przyjaciele. - Co ty mówisz, babciu! Jak ci nie wstyd! Wujek Enver nie lubi, gdy
      się kłamie!

      Ale pewnego ranka Ana oświadczyła, że już nigdy nie pójdzie do przedszkola. -
      Mnie pani zawsze robi Niemcem. Nigdy partyzantem albo narodem. Nie chcę być Niemcem!

      Odwieczny wróg narodu

      - Kiedy tatuś wróci? - Ana nie mogła się doczekać. Liri wyjaśniła, że gdy Ana
      pójdzie do pierwszej klasy.

      Gdy w 1979 roku Ana poszła do pierwszej klasy, "cynicznego, z przejawami
      zawziętej wrogości" Fatosa oraz sześciu innych więźniów "odwiecznych wrogów
      partii i narodu, element zdegenerowany politycznie", aresztowano w więzieniu i
      pod fałszywymi zarzutami oskarżono o "udział w organizacjach kontrrewolucyjnych
      - "nacjonalistycznej" i "rewizjonistycznej". Trzech skazano na śmierć i
      rozstrzelano.

      Fatos dostał szesnaście lat. Zapewniono go, że skończy tak samo jak oni. Wkrótce
      po wyroku podjął strajk głodowy przeciwko przymusowej pracy w kopalni. Dostał
      miesiąc karceru. Wyszedł i znowu odmówił. Miesiąc karceru. I znów odmowa i
      karcer. Wciąż odmawiał - pobito go tak, że przez sześć dni był nieprzytomny.
      Przeżył.

      W 1985 roku umarł Enver Hodża. Jego następca Ramiz Alia trochę złagodził kurs.
      Na mocy amnestii wypuszczono Todiego. Wyszedł po trzynastu latach, 7 czerwca
      1987 roku, ale z nakazem zesłania na pięć lat. Z chorobą serca i cukrzycą. Miał
      64 lata.

      W upalny lipcowy dzień pojechał do Spaçu zobaczyć Fatosa. - To było bolesne
      spotkanie. Dla nich obu. Po tylu latach więzienia zobaczyć syna. W więzieniu.
      Ale była też ogromna radość. Żyli obaj - po raz pierwszy głos Liri się załamał.

      Koc i poduszka

      Liri i Todiemu pozwolono wrócić do Tirany pod koniec 1990 roku. Nie mieli nic:
      mieszkania, mebli, pościeli, ubrań.

      W miastach wrzało. Latem 1990 roku tysiące Albańczyków szturmowało porty, by
      uciec jak najdalej. Tysiące okupowało ambasady, by dostać wizę. W lutym 1991
      roku studenci uniwersytetu w Tiranie rozpoczęli strajk głodowy. Żądali usunięcia
      imienia Hodży z nazwy uniwersytetu i uwolnienia więźniów politycznych. 20 lutego
      obalono jego pomnik. Wprowadzono stan wyjątkowy.

      Lubonjowie spodziewali się uwolnienia Fatosa. Liri pisała, aby zabrał ze sobą
      koc i poduszkę. By miał się czym okryć na wolności.

      Todi pisał: "Ukochany Fatosie, wydaje mi się, że nadchodzi wreszcie koniec tego
      cierpienia, którego doznawaliśmy przez siedemnaście lat, a które teraz, w ciągu
      tych ostatnich trzech miesięcy, stało się prawdziwą duchową torturą... Nie do
      udźwignięcia. Pragnę, aby ten list nie zastał Ciebie już tam, aby był ostatnim
      moim listem wysłanym do więzienia, w którym na siedemnaście lat zamknięto mojego
      ukochanego syna. Aby szczęśliwie nie dotarł do adresata, bo ja w tym czasie będę
      już mojego Fatosa trzymał w ramionach".


      Liri: "Cóż mogę do Ciebie napisać w tych strasznych i pełnych napięcia i trwogi
      dniach. Czekam, czekam, czekam, jak nigdy dotąd. Do zobaczenia, synku ukochany".

      W dzienniku więziennym na tydzień przed zwolnieniem Fatos zanotował: "Dostałem
      ostatni list od rodziców. Ich listy były dla mnie przez te siedemnaście lat
      nadzwyczajnym oparciem i ratunkiem. Nie wiem, jaki byłbym bez tej niezwykłej
      duchowej pomocy, ale jestem pewien, byłbym innym, zupełnie innym człowiekiem".

      Fatos wyszedł w niedzielę, 17 marca 1991 roku, o godzinie 18.45. Miał 40 lat.

      W przedszkolu

      Już dwunasty rok Liri i Todi są bez mieszkania. Mieszkają w przedszkolu. Jak
      trafili tam z zesłania, tak już zostało. Wszyscy się przyzwyczaili: dyrektorka,
      rodzice, dzieci.

      W 1997 roku Fatos przeprowadził się do własnego mieszkania kupionego za
      pieniądze z odszkodowania. Niecałe 800 dolarów za każdy rok więzienia. Także
      Todiemu przysługiwało odszkodowanie. Otrzymał je w bonach towarowych. Nie zdążył
      zamienić ich na pieniądze. Bony straciły wartość.

      Liri ma w domu pełną torbę dokumentów, które uzbierała, starając się o
      mieszkanie. Ilekroć zmieniała się władza, tylekroć Lubonjowie na nowo
      dostarczali papiery: zaświadczenia od dyrektorów policji, szefów więzień-obozów,
      z sądu najwyższego, wojska, wydziału mieszkaniowego, urzędu miasta, hipoteki,
      wydziału podatkowego.

      Gdy ostatnio po raz kolejny dostarczyli to wszystko do właściwego urzędu, spalił
      się dysk w kompute-rze. Trzeba było zaczynać od początku. Liri zbuntowała się: -
      Todi, więcej tam nie pójdę. Będziemy siedzieć w przedszkolu. Nie mam zamiaru
      umrzeć w urzędach.

      Dla wielu Todi nadal pozostaje wrogiem, bo był komunistą. Dla
      weteranów-enverystów jest zdrajcą, bo zdradził Envera. A do tego jeszcze Fatos -
      syn komunisty, który krytykuje wszystkie siły polityczne. Nie zaszkodzi więc,
      jeśli i mieszkanie Todiego trochę poczeka. Zgadzają się w tym antykomuniści i
      komuniści zasiadający wspólnie w ważnych komisjach.

      Kilka dni temu jednak zmienili zdanie. Przyznali Lubonjom mieszkanie jako
      kombatantom. Za udział w wojnie narodowowyzwoleńczej. Mieszkanie jest wygodne,
      dwupokojowe, z telefonem, w dobrej dzielnicy. Przeprowadzają się w maju.

      Mają siebie

      Lew Tołstoj napisał: "Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda
      nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób". A może wszystkie
      nieszczęśliwe rodziny są szczęśliwe na swój sposób? Lubonjowie poskładali swoje
      przetrącone życie. Zabliźnili. Nie nadrabiają straconych lat, nie sposób. Cieszą
      się każdym dniem i tym, co mają. A mają siebie.

      Jeszcze ostatniej wiosny można było zobaczyć Liri i Todiego, jak powolutku idą
      pod rękę na spacer, a potem siadają w ulubionej kawiarni. Dwoje starych ludzi w
      niemodnych ubraniach.

      Teraz Todi prawie nie wychodzi. Serce coraz boleśniej przypomina o sobie. Liri
      wędruje sama. Zajrzy do ulubionej księgarni, zrobi zakupy na bazarze i spieszy
      przygotować obiad, bo Todi jako diabetyk musi jadać regularnie.

      Bardzo dużo czyta. Po włosku, francusku. Zna każdy artykuł Fatosa i każdą z nim
      polemikę. Kibicuje powstawaniu kolejnego numeru "Përpjekji" i martwi się, gdy
      druk się opóźnia.

      Lubi żartować i śmiać się. Głośno, serdecznie, niewymuszenie. Chce wiedzieć
      więcej i więcej. Uważnie słucha rozmówcy. Tacy są także Fatos i Todi.

      Przeszłość powraca w ich książkach, artykułach, codziennych rozmowach. Ale nie
      ma w nich nienawiści i żądzy odwetu.

      W gabinecie Fatosa, na biurku, wśród książek i papierów, oparte o ścianę stoi
      czarno-białe zdjęcie Liri. Bez ramek, trochę sfatygowane. Liri taka krucha. Jak
      trzcinka.

      Nostalgia

      Liri przechowuje całą więzienną korespondencję. Podzieloną według lat, od
      pierwszego do ostatniego listu Fatosa. Zawsze była systematyczna. To nawyk z
      pracy w Instytucie Historycznym. Dokument - data - archiwum - półka.


      Ciągnie ją do Lezhy - miejscowości, w której była internowana. Niedawno tam
      pojechała.

      - Nie wiem dlaczego, ale wspominam Lezhę z nostalgią. Nie boję się do niej
      wracać. Tam zostawiłam cząstkę siebie. Byli tam ludzie, którzy nas kochali i nam
      współczuli, ale nie mogli niczego zrobić. Byli karierowicze, serwiliści i
      szpiedzy. Trzeba to odróżnić. To było siedemnaście lat życia, ale przeżytych tak
      intensywnie. Uleciało mi z pamięci wiele wydarzeń sprzed internowania. Ale z
      tego okresu pamiętam każdy krok, minutę, szczegół. To dlatego, że było tyle
      cierpienia.

      Gdyby nie stało się to, co się stało, wszystko toczyłoby się po staremu.

      Czy było inne wyjście?

      "Liri" po albańsku znaczy "wolność".

      Artykuły Fatosa Lubonji od 1999 r. ukazują się w "Gazecie Wyborczej"

      • dajti-2 Re: Albańskie losy epilog 18.12.09, 23:58

        Todi Lubonja zmarł przed trzema laty.

        Poniżej link, gdzie można zobaczyć fotografie rodziny Lubonjów

        www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/51,96856,749173.html?i=0
    • dajti-2 Re: Albańskie losy Danuta i Danish 1 20.12.09, 13:35

      Dorota Horodyska
      WARIANT DANUTY


      tekst ukazał się w Tygodniku Powszechnym 18 sierpnia 1996 roku

      Za trumną Danuty biegł Filutek, a z nim szły tłumy mieszkańców Szkodry. Danutę
      Jukni-Kościuszko pochowano wśród cyprysów na zalanym słońcem cmentarzu. 1500 km
      od Polski i w 30 lat od przyjazdu do Albanii.
      Pomnik zaprojektował Danish. Biała marmurowa płyta wyróżnia się spośród innych
      grobów na komunalnym cmentarzu. Na ścieżce pożółkły skrawek polskiej gazety. To
      Danish ją przyniósł. Aby Danuta miała coś polskiego.

      *

      W 1953 r. Danish przyjechał z Albanii do Krakowa studiować malarstwo. Był na
      trzecim roku Akademii Sztuk Pięknych, a Danuta na pierwszym roku medycyny, gdy
      się spotkali.
      - Gdy poznałam ciebie, wszystko mi się odmieniło – powiedziała Danuta i wtedy
      chyba podjęła decyzję, by być zawsze tam, gdzie Danish.
      Danuta urodziła się w 1935 roku w Kielcach. Matka umarła w czasie wojny, a ona
      razem z ojcem znalazła się w Niemczech na robotach. Po wojnie ojciec ożenił się
      powtórnie. Już dawno nie żyje. Przyrodni brat mieszka gdzieś we Francji, a
      macocha w RFN. O tym Danuta dowiedziała się kilkadziesiąt lat później, na
      początku lat dziewięćdziesiątych, gdy otworzono granice i zaczęły do niej
      przychodzić listy ze świata. Jakby chciały nadrobić utracony czas.

      *

      W ich mieszkaniu w Szkodrze czas zatrzymał się 20 maja 1994 roku, w dniu, w
      którym Danuta odeszła na zawsze. Danish tylko wciąż zmienia kwiaty w wazonach.
      Danuta bardzo lubiła bukiety. Meble zaprojektowane przez Danisha. Białe z
      delikatnym czerwonym wzorem. Biało-czerwone. Torebka tam, gdzie ją po raz
      ostatni położyła. Danish wyciąga szuflady. Pokazuje dokumenty. Wszystkie ułożone
      w paczuszki, posegregowane.
      - Ona wiedziała, że umrze. Uporządkowała je przed śmiercią.
      Danish mówi cicho przepiękną polszczyzną:
      - W naszym domu rozmawialiśmy tylko po polsku. Staraliśmy się zatrzymać tę
      Polskę, jak tylko można było. A przecież wtedy nic nie można było. Żadnych
      kontaktów, rozmów, listów. Bożego Narodzenia też nie było. Ale był zapach
      grzybów, barszczu, ryby. Były potrawy o polsko-albańskim smaku.
      Jego głos przeplata się z głosem Danuty. Danish pożyczył magnetowid i pokazuje
      film, który w 1992 roku zrobiła telewizja polska o szpitalu w Szkodrze i o
      Danucie. Ogląda go po raz pierwszy od trzech lat. Słucha głosu swojej żony. Głos
      Danuty – zdecydowany i spokojny – wędruje po mieszkaniu. Oczy spoglądają na
      Danisha. Silna, postawna kobieta. Krótko obcięte blond włosy.
      - Chodziłam codziennie do szpitala, nie miałam nigdy świąt: praca, biblioteka.
      Starałam się żyć tak, aby nie zostać w tyle. Przyjechałam do Albanii za mężem.
      On był na trzecim roku, ja na pierwszym, gdy poznaliśmy się. Cztery lata byliśmy
      osobno. On w Albanii ja w Polsce. A potem w 1963 r. przyjechałam do męża...
      Danish nie chce pokazywać swojej pracowni. Tam wszystko jest jak za Danuty.
      Tam Danuta umarła.
      - Tak jej obiecałem.
      - Postaram się utrzymać mieszkanie tak, jak ty zostawiłaś. Będę czekał aż wrócisz.

      *

      Danuta była inna. Od razu widać, że cudzoziemka. Inna była jej uroda i akcent
      oraz duma, która może drażnić. Była zbyt niezależna. Starannie dobierała
      przyjaciół Gdy kogoś nie lubiła, to do końca. Gdy coś się je nie podobało, była
      konsekwentna. Na znosiła na przykład tradycyjnych wieczornych spacerów.
      - Po cóż mam iść, plotkować tylko, albo paradować w nowych ciuchach.
      Wolała z Danishem pojechać rowerem do lasu lub nad jezioro. Albo, gdy mieszkali
      jeszcze w Tiranie, nad Adriatyk. Tak spędzali wolne chwile i wakacje. Danish i
      Danuta wystarczali sami dla siebie.
      - Gdzieś kiedyś odnaleźliśmy się, by nigdy się już nie rozstać.
      - Chyba urodziliśmy się nie w tym wieku co trzeba – mówili i oboje byli zgodni:
      „Tak, trochę za późno”.
      Zazdroszczono im tej miłości. Dziwiono się, że nie mają dzieci. To do niczego
      niepodobne. I taka miłość do niczego jest niepodobna.
      Równie niepojęta była jej troska o bezpańskie psy. Psy od zawsze wałęsały się
      po ulicy. Dopiero ta cudzoziemka je dostrzegła. Leczyła, karmiła. Kiedyś
      przyplątał się jeden. Sama żałość. Nazwali go „Vangog”, bo był rudawy. Potem
      były inne. Z połamanymi nogami, sparaliżowane. Dla nich zawsze był chleb i woda.
      Znalazły dom. A Filutek przywędrował na pogrzeb. Podczas Mszy siedział w oknie
      kaplicy i nie dał się wyrzucić.
      Gdy inni wracali z pracy, Danuta jechała do pracy. Starym rowerem na koniec
      miasta. Nieraz dwa razy dziennie. Surowa i wymagająca wobec siebie i innych,
      nie znosiła ludzi niezdolnych, przeciętnych, bez wyobraźni.
      - Przez całe życie nie dostosowałam się do tutejszej nieodpowiedzialności.
      I od tej nieodpowiedzialności umarła.
      W 1993 roku złamała nogę. Noga nie chciała się zrastać. Danuta pojechała do
      Tirany. Tam zrobiono jej operacje i czymś ją zakażono. Została sparaliżowana od
      pasa w dół. Męczyła się dwanaście dni.
      Rozmawiali ze sobą. Przez dwanaście dni.
      - Tak bardzo chciałam pojechać do Krajowa. Teraz ty pojedziesz sam.
      - Po cóż mam jechać bez ciebie. To nie ma sensu.
      W 1992 roku Danuta otrzymała polski paszport. Zaproszono ją wówczas do
      ambasady. Wręczono uroczyście. Na lato 1994 roku zaplanowali podróż do Polski.
      Po raz pierwszy od trzydziestu lat.
      - To najlepsza pora. Tam latem nie jest tak gorąco, jak tutaj.

      *

      Niedługo po przyjeździe do Albanii zainteresowała się Danuta służba
      bezpieczeństwa: „Co tutaj robi ta obca?” Mieszkali wówczas w Tiranie. Zaczęły
      się naciski, aby wyjechała. Tak, jak wyjeżdżały inne żony-cudzoziemki.
      - Jestem razem z Danishem. Nie pozostawię męża. Nie wyjadę z Albanii.
      Zaczęły się szykany. Danisha prześladowano za twórczość. Dopatrzono się obcych
      realizmowi socjalistycznemu wpływów w jego malarstwie. Ale główną przyczyną była
      Danuta. Przez nią stał się podejrzany. Niepewny. Danutę atakowano za „obcość”.
      Za polskość.
      Bo Polska była najbardziej niebezpieczna. Stamtąd płynęło największe zagrożenie.
      Studenci albańscy wracali z Polski odmienieni. Nałykali się demokracji. Za dużo
      chcieli i wiedzieli. Różnili się od tych ze Związku Radzieckiego i
      Czechosłowacji. Byli zbyt niezależni, za bardzo twórczy. Niepokorni. Wiedziano:
      „Ci z Polski są najgorsi”.
      W 1976 r. zmuszono ich do wyjazdu do Shkodry. W Tiranie Danish był szefem
      Katedry Malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych, w Shkodrze – nauczycielem
      wychowania plastycznego w szkole podstawowej. W Tiranie odebrano im piękne
      mieszkanie. W Shkodrze najpierw mieszkali pół roku w hotelu. Później otrzymali
      pomieszczenie na peryferiach w brzydkim domu bez wygód. Danuta pracowała jak
      mężczyzna, by je jakoś przystosować. Szpital Danuty znajdował się na
      przeciwległym krańcu miasta.
      - Jesteśmy razem, będziemy walczyć o siebie. Spokój, wygody – tylko tyle, ile
      można mieć.
      Początkowo Danuta nie miała obywatelstwa albańskiego. Tak było bezpieczniej.
      Obce obywatelstwo jakoś jednak chroniło. Otrzymała specjalny dokument dla
      cudzoziemców, co oznaczało, że za każdym razem, gdy chcieli jechać do drugiego
      miasta, musieli starać się o przepustkę.
      Przez 15 lat Danuta miała obywatelstwo polskie, ale przez 15 lat nie wolno jej
      było pójść do polskiej ambasady, ani nawet zatrzymać przy ogrodzeniu. Byłoby to
      równoznaczne z oskarżeniem o szpiegostwo. A za to groziło wieloletnie więzienie,
      a nawet śmierć.
      Kiedyś przyjaciele zapytali Danutę: „Dlaczego przyjechałaś i zostałaś w tej
      „dziurze Europy”? Widzisz przecież, co się tu dzieje.
      Odpowiedziała: Miałam dwa warianty. Albo zostawić Polskę, albo Danisha.
      Wybrałam Danisha.

      *

      Danuta była niezwykle cenionym pediatrą. Znano ją doskonale i w Tiranie, i w
      Szkodrze. Gdy w Tiranie słyszano, że przychodzi pacjent z „polecenia Danuty”,
      otwierały się przed nim wszystkie szpitale. Danuta miała „kliniczne oko”.
      Spojrzała i wiedziała. Nie myliła się. Ale wiedzy wciąż było dla niej za mało.
      Przesiadywała w bibl
      • dajti-2 Re: Albańskie losy cd Danuta i Danish 2 20.12.09, 13:37
        Przez całe życie pracowała na intensywnej terapii. Przywożono do szpitala dzieci
        ze wsi, z gór. Często w beznadziejnym stanie:; zapalenie opon mózgowych,
        biegunki, zaburzenia oddechu. Danuta robiła, co mogła. Dyżury nocne brała dwa
        razy w tygodniu. Później, gdy dzieci były już w domu, zaglądała do nich kilka
        razy dziennie.
        Danuta uratowała tysiące dzieci przed śmiercią. A wówczas śmiertelność w
        Szkodrze była ogromna – 10%.
        - Wtedy nie byliśmy w stanie ocenić jej jak należy. Była pediatrą nowoczesnym.
        Jednym z najlepszych w Albanii. Może nawet najlepszym. W innym kraju uważano by
        ją za wybitnego lekarza. W warunkach albańskich było tak, jak było.
        Była zawiść. Zazdroszczono jej profesjonalizmu, zaufania rodziców, popularności.
        Obca im była jej obowiązkowość, dokładność. I gnębiono ją tak, jak potrafią
        gnębić mali ludzie – małym i większym dokuczaniem, ale tak, by poczuła i
        zapamiętała. Za wszystko. Za zbyt wysoko uniesioną głowę, za niezależność, za
        inność.
        Ale była też wdzięczność rodziców, którym uratowała dzieci. Później wdzięczność
        dorosłych już dzieci, gdy leczyła ich własne dzieci.
        Oni wszyscy ją żegnali. Tysiące ludzi. Msza trwała bardzo długo. Dzieci
        śpiewały. Wszyscy śpiewali.
        Pozostał podziw dla tej surowej, mądrej kobiety.
        I szacunek. Za odwagę i niezłomność.
        Taki polski ślad zostawiła w Albanii Danuta Jukni. Z domu Kościuszko.

        *

        Danisch nie przyjedzie do Polski. Albańskie Ministerstwo Kultury proponowało mu
        udział w wystawach. Odmówił.
        - Nie chcę do Polski sam.

        *

        EPILOG

        Danish zmarł w 2003 roku. Na raka kości. Przed śmiercią bardzo cierpiał.
        A może my, gdy nasze drogi kiedyś zawiodą do Szkodry, złożylibyśmy kwiaty na ich
        grobie?
        • dajti-2 Re: Albańskie losy cd Danuta i Danish 2, wstawka 20.12.09, 13:41
          W koncówce części pierwszej zabrakło akapitu:

          Przesiadywała w bibliotekach. Czytała fachowe czasopisma po niemiecku, włosku,
          francusku, angielsku. Niemieckiego nauczyła sie podczas wojny. Pozostały języków
          - w Albanii.
          • nertila artykuł o Danishu Jukni po albańsku 20.12.09, 17:15
            znalazłam artykuł z listopada 2009 na temat tego albańskiego artysty:
            www.yllpress.com/6698/danish-jukni-piktori-shkodran-me-stil-perendimor.html
            Tekst jest po albańsku,mam nadzieję, że zainteresuje albańskojęzycznych forumowiczów.
            Może warto pokazać go znanemu Albańczykowi?
            W końcu część z forumowiczów takowego posiada we własnym domu, prawda? wink

            Tu film dokumentalny z 1987r znaleziony na youtube :
            Film dokumentar nga Ditet e Pikturës në Berat,tetor 1987
            www.youtube.com/watch?v=sIFd8lpR78Q
            długo się ściąga ale może warto zobaczyć jak Albania wyglądała w latach 80'?
            Mnie to zainteresowało,bo dzięki temu mogłam zobaczyć Berat z okresu dzieciństwa mojego męża.
            Wydaje mi się ,że na filmie jest sam Danish Jukni malujący Berat.
            Pod koniec filmu jest przez chwilę pokazany kawałek obrazu z jego podpisem: D.Jukni
            • nertila Wątek polecany 09.02.10, 14:53
              Historia Danuty i Danisha warta odświeżenia i przypomnienia.
              Danuta - polska lekarka ,która stając przed wyborem albo związek z Albańczykiem i przeprowadzka do Albanii albo pozostanie w rodzinnym kraju-Polsce bez niego, wybrała miłość.
              Ile osób jest z kimś obecnie: bo jesteśmy w UK,Grecji,Włoszech,ale w Albanii?Tam nigdy!
              Może warto sobie uświadomić jaką wartość ma takie bycie ze sobą,taka "miłość"? Ne dashuri komandon ai qe dashuron me pak....
              Gdyby teraz kazano wybierać kobietom: albo przeprowadzasz się do Albanii,albo zostajesz sama w miejscu obecnego pobytu,ciekawe ile osób wybrało by postawę Danuty i przeprowadzke do kraju męża?


              Film na temat tej pary pokazała albańska telewizja. Pacjenci Pani Danuty pamiętają o niej,bo zawdzięczają jej życie.
              Jej historia pokazała,że wszędzie można być po prostu sobą i robić to co się kocha, w jej wypadku pracować w szpitalu i leczyć dzieci. Czy w Polsce czy w Albanii.
              Pokazała,że warto ryzykować i jeśli się kocha prawdziwie - wybrać miłość. Choćby trudną,choćby z góry skazaną na lata rozłąki,ale jednak prawdziwą,bo przetrwała wszystko.


    • nertila Film: Rozwód po Albańsku-historia Vasila i Barbary 12.02.10, 19:33
      Chciałabym w tym wątku przedstawić jeszcze jedną historię polsko-albańskiej pary: Vasila i Barbary. Na jej podstawie ,a także na podstawie historii innych mieszanych albańsko-zagraniczych par powstał film dokumentalny. Link do zwiastunu filmu na dole.


      ROZWÓD PO ALBAŃSKU

      Film dokumentalny, 60 min, Niemcy/Bułgaria/Polska 2007
      Scenariusz i reżyseria: Adela Peeva
      Zdjęcia: Joro Nedelkov
      Muzyka: Fatos Qerimaj

      Albania pod rządami partii komunistycznej stała się najbardziej absurdalnym i zacofanym gospodarczo i społecznie państwem w Europie. Symbolem okrutnego reżimu był stojący przez 40 lat na czele partii Enver Hodża, najwierniejszy uczeń Stalina, ogarnięty obsesją na punkcie zewnętrznego zagrożenia kraju i swojej
      własnej osoby. Za jego rządów w kraju powstało 700 tys. schronów, a co trzeci Albańczyk trafił do więzienia lub obozu pracy, albo co najmniej na przesłuchanie.
      Ofiarami bezwzględnych rządów Hodży padli też bohaterowie filmu: trzy mieszane małżeństwa Albańczyków ożenionych z cudzoziemkami. Ten fakt był ich jedynym "przestępstwem", które jednak wystarczyło, by całkowicie zburzyć im życie. Zagraniczne żony władza uznała bowiem za szpiegów, a ich mężów za wrogów ludu. W komunistycznej Albanii trudno było o większe przewinienie.
      W chwili, gdy powstawał ten film, jeden z mężczyzn już nie żył. Jego rosyjska żona Volia Sharonova, odsiedziawszy 10 lat w więzieniu i straciwszy męża oraz syna, którzy pod przymusem odwrócili się od niej, od 1988 r. mieszka samotnie w Moskwie. Drugi z Albańczyków, Vasil, od bardzo dawna nie widział swojej
      polskiej żony Barbary. Ślub z nią okupił 18 - letnim pobytem w więzieniu. Ona spędziła w więzieniu "tylko" 2,5 roku, ale brutalne przesłuchania, podczas których faszerowano ją narkotykami, doprowadziły do trwałych uszkodzeń mózgu. Po powrocie do Polski leczyła się psychiatrycznie, teraz żyje pod opieką córki w przeświadczeniu, że jej mąż zmarł, miał przecież wyrok śmierci. Nie reaguje na wielokrotnie ponawiane przez Vasila próby skontaktowania się z nią. Tragiczne przejścia wytrzymała razem jedynie trzecia z par, Minela i jego rosyjska żona Elena, którzy dochowali się nie tylko dwóch synów, ale i kilkorga wnuków. W 1962 r. Elena miała opuścić Albanię i wrócić do ZSRR, ale nie potrafiła zostawić męża i dzieci. W efekcie oboje aresztowano pod zarzutem szpiegostwa.
      Elena spędziła w więzieniu 7 lat, ale do dziś obojgu śnią się koszmary, jakie przeżyli za murami.
      Vasil, Barbara, Volia, Minela i Elena są już ludźmi w podeszłym wieku. Przeszli przez piekło, którego wspomnienie
      pozostanie w nich na zawsze, doświadczyli okrucieństwa i niesprawiedliwości, tortur i poniżeń, na wiele lat,a niekiedy na zawsze stracili swych bliskich, rozstali się z dziećmi. Zrujnowano ich zdrowie, szczęście, życie. Po latach mówią o tym z żalem, ale i rezygnacją: losu już nie da się odwrócić.
      To, co najbardziej jednak zadziwia i oburza, to butna postawa ich dawnych oskarżycieli, którzy również wypowiadają się przed kamerami. Nie czują się winni, nie widzą potrzeby przepraszania za cokolwiek: wykonywali tylko swoje obowiązki, jak przystało na sumiennych urzędników.

      www.youtube.com/watch?v=Zk1ijkPIsD0

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka