Dodaj do ulubionych

Creepypasta.

31.07.12, 14:45
Creepypasta- straszne historie, niektóre dla odważnych.

Co o nich sądzicie? Lubicie czytać ; >? Ja uwielbiam : D. Szczególnie wieczorem ;3.
A wy? Macie swoje ulubione?
Jeden z lepszych:
Nazwanie tego zaskoczenia bulwersującym, to tak, jak nazwać Hitlera niemiłym.

"Zły Pan"

Śledzi mnie. Od miesięcy. Nie mam pojęcia kim jest, ale wiem czym jest i czego chce. Jest niebezpieczny, zabijał już wcześniej więc i teraz nie będzie się powstrzymywał. Czy tego właśnie chce... ?

Zabić... ?

Nie...

Ma inny plan. Chce mnie porwać... zabrać, do obrzydliwego miejsca... miejsca, z którego już nigdy nie wrócę. Jeden fałszywy ruch i po mnie. Nie mogę na to pozwolić! Nigdy!

Zawsze byłem ostrożny, bardzo ostrożny... cholernie ostrożny! Teraz i tak nic z tego, znalazł mnie... Nigdzie nie będę już bezpieczny. Cały czas czuję na sobie jego wzrok... nawet wtedy kiedy sam nie mogę na niego spojrzeć. I teraz jest tutaj, w moim mieszkaniu, w mojej świątyni.

Musiałem się ukryć. Bałem się... mamo, jak ja bardzo się bałem. Na początku nie czułem niczego więcej : czysty strach przenikał każdą najmniejszą kosteczkę w moim ciele. Ale kiedy zobaczyłem jak wkrada się do mojego domu, stąpając po tej uświęconej ziemi cały strach zamienił się w furię. Wiedziałem, że jest zdolny do okropnych rzeczy. Wiedziałem także, że jego siła znacznie przerastała moją. Może będę przeklęty po koniec swych dni ale nie mam zamiaru poddać się bez walki.

Zastanów się! Myśl! Musisz być dzielny! Serce wyrywa się z klatki piersiowej, dudniąc głośno... Wycieram spocone dłonie o dżinsy. Pozbieraj się chłopie - karcę sam siebie. Zrób to co trzeba, pozwól aby gniew cię poprowadził. Stań oko w oko z własnym strachem i pokonaj go!

...

Wystarczy tej czczej gadki, pora działać.

Wykorzystałem czas gdy zniknął mi z oczu aby znaleźć sobie miejsce z którego będę mógł przeprowadzić mój atak. Tak... ten będzie nadawał się świetnie... Kuchenny narożnik; mimo, że nie jest on dobrą kryjówką to z pokoju do którego się udał prowadzi tutaj tylko jedna droga. Kiedy będzie wracał nie zauważy mnie. To świetny plan... najlepszy na jaki mogłem wpaść w obecnej sytuacji.

Chociaż wiem, że to prawdopodobnie daremne działanie, cichutko podnoszę z blatu ostry kuchenny nóż. To jest to...

To dzieje się naprawdę...

To nie jest sen...

Ani koszmar...

Gdyby jednak przypadkiem nim był, to właśnie stał się wyjątkowo rzeczywisty.

Jestem ciszą. Jestem jak posąg. Jestem jak duch... Z całego strachu i napięcia jakie towarzyszyły mi od początku zmieniło się moje postrzeganie rzeczywistości. Czas zwolnił, tak jakby cały świat miał stanąć w miejscu... Kuchenny zegar, głucho tyka :

*tik*tak*tik*tak...

Moje serce głośno bije :

*padam*padam*padam*padam...

Słyszę jego kroki, kiedy się do mnie zbliża :

*tap*tap*tap*tap... Wraca do kuchni.

Stoję prostopadle do wejściowych drzwi, częściowo ukryty w cieniu. Jeżeli tylko obróci głowę to po mnie. Sprawdzał już to pomieszczenie więc powinnien iść prosto, powinnien prawda ? Mogę mieć tylko nadzieję, to jedyne co mi pozostało.

*tap*tap*tap*tap... Boże zlituj się nade mną. Dzieli nas niecały metr...

To moja jedyna szansa. Tak szybko i zwinnie jak tylko potrafię rzucam w jego stronę kieliszek. Roztrzaskał się w sporej odległości od niego na setki, jak nie tysiące kawałeczków. Czy połknie haczyk ?

Boże, proszę niech to zadziała...

Serce praktycznie podskoczyło mi do gardła. Nagle... Tak! Powoli, krok za krokiem skierował się w stronę źródła hałasu. Muszę to zrobić teraz, inaczej wszystko na nic. Podbiegłem do niego, uniosłem nóż, złapałem za włosy i jednym mocnym cięciem poderżnąłem mu gardło... Upadł na kolana, charcząc i plując krwią... Po chwili panowała już tylko błoga, niczym niezmącona cisza...

Zrobiłem to... Zrobiłem! Poczułem jak w jedej chwili opada ze mnie cała adrenalina. Czy ja jestem w szoku ? Czy to dzieje się naprawdę ? Koszmar się skończył ? Włożyłem nóż do zlewu - przyjdzie też czas na sprzątanie.

Pomimo tego, że ręce jeszcze trochę mi drżały, byłem w stanie otworzyć drzwi do piwnicy. Pieprzona świnia! Myślał, że jestem jakimś amatorem ? Że moim kosztem dostanie się na pierwsze strony gazet ? Co za szmata! Detektyw się znalazł... Cóż ja żyję, on nie - to jest najważniejsze...

Zapaliłem światło...

Wyglądała na przerażoną, starała się schować... jak słodko. Zdziwieni ? Czego innego można się spodziewać po 12-letniej dziewczynce zamkniętej w ciemnej, wilgotnej piwnicy ? Czule, z miłością otarłem jej policzek na którym pojawiła się zabłąkana łezka. Rozsunąłem rozporek...

"Już nie musisz się martwić słoneczko... Zły pan sobie poszedł"

źródło: www.facebook.com/creepypastapolska
Obserwuj wątek
    • jonasofanka Re: Creepypasta. 01.08.12, 09:00
      odświeżam.... ludzie, te historie naprawdę są ciekawe.
    • yellowgreenblue Re: Creepypasta. 01.08.12, 09:11
      Niezła... Czytam czasem straszne historie ale większość z nich jest kompletnie niestraszna uncertain

      kwejk.pl/obrazek/1261469/bez-wyrazu.html - z lekka przerażające
    • love_r.h.c.p. Re: Creepypasta. 01.08.12, 09:31
      przeczytałam... niezłe, ale najlepsza wg mnie jest ta o pokemonach ^^
      • jonasofanka Re: Creepypasta. 01.08.12, 10:57
        yellowgreenblue

        Ja właśnie zaczęłam przygody z Creepypastami od tej historii. Znalazłam na kwejku przeraziła mnie i tak jakoś zaczęłam to czytać : D. Masz racje, jest przerażająca ;x.

        love_r.h.c.p.

        Chodzi ci o to, że gra miała jakiś tam ton niewykrywalny dla uszu czlowieka? Nic mnei w niej nie przeraziło, ale sa gusta i guściki :3.

        Ktoś jeszcze się wypowie ;3?
    • jonasofanka Re: Creepypasta. 02.08.12, 08:45
      odświeżam x2.
      • noicomipowiesz Re: Creepypasta. 02.08.12, 12:02
        nie, nie czytam takich rzeczy. nie lubię po prostu.
    • marsjanka115 x__x 02.08.12, 12:13
      Ta wyżej przedstawiona nie jest straszna, a chora . No cóż, są gusta i guściki.
    • sekai. Re: Creepypasta. 02.08.12, 13:44
      Oh, uwielbiam creepypasty. ^ ^ Czytam je pomimo świadomości, że w nocy nie będę mogła usnąć...Są uzależniające. ;3
      Najbardziej lubię te o Pokemonach.Chociaż ta muzyczka z Lavender town nigdy mnie nie przerażała, przeciwnie - podobała mi się. suspicious
    • pegan_ Re: Creepypasta. 02.08.12, 16:25
      Lubię Creepypasty. Dawno ich nie czytałam...dzięki za przypomnienie!smile

      Ta historia akurat jest średnia. Kiedyś czytałam naprawdę interesującą. Napisałabym, że obrzydliwą, ale to nie jest dobre słowo. Jakbyś chciała to mogą Ci ją jakoś wysłać, ale nie tu, bo mogłabym się spotkać nie tylko z krytyką, ale i zablokowaniem konta..
    • katyk Dżef de Kiler! 02.08.12, 23:28
      Imho najgorsze w creepypastach są te creepy obrazki ;C
    • pegan_ Re: Creepypasta. 03.08.12, 11:58
      Wrzućże coś jeszcze. :3
      • pegan_ Re: Znalezione. 03.08.12, 13:09
        Oko
        Jest późno. Powinieneś już spać.

        To niezdrowe otaczać się ciemnością z nudnym monitorem rzucającym światło na wszystko wokół ciebie. Twoja świadomość może mieć mnie w nosie. Możesz myśleć, że jesteś zupełnie świadomy, co się dzieje. Cóż, to twój pogrzeb.

        Jestem tu, by cię ostrzec. Dokładnie ze 4 minuty i 15 sekund, zauważysz coś kątem oka. Odwrócisz gwałtownie głowę, usiłując skupić wzrok. Twój kot podejdzie do ciebie, wesoło kołysząc ogonem. Paraliż zacznie cię opuszczać, kiedy przywitasz kociego towarzysza. Posadzisz go przy laptopie. Zwierze upadnie ze zmęczenia, a powietrze wypełni zadowolone mruczenie.

        Kontynuując przeglądanie Internetu, zauważysz coś dziwnego u swego zwierzaka. Spojrzysz w dół i zauważysz karteczkę wetkniętą za jego obrożę. Będzie pusta. Zastanawiasz się, ale z powrotem zanurzasz się w Internet. Twój kot zatrzęsie się, przeciągnie, zeskoczy na ziemię i odejdzie. Karteczka, którą odłożyłeś przy komputerze zacznie krwawic czarnym atramentem. Rozłożysz zmięty papier i popatrzysz pod światło monitora. Wtedy zacznie pojawiać się ilustracja oka.

        Wtedy uświadomisz sobie, że nie masz kota.

        Teraz czas namysłu. Jeśli masz jakąś nadzieje na uratowanie siebie, znajdź kawałek papieru. Narysuj oko.

        Wyłącz monitor. Otocz się ciemnością. Nawet się nie waż zamknąć oczu. Spróbuj, a wszystko pójdzie na marne. Będziesz martwy, zanim nawet poczujesz opadanie powiek.

        Uklęknij. Złóż obrazek i przytrzymaj pomiędzy rękami przed sobą. Teraz poczujesz to na sobie. Oko będzie cię obserwować. Zaczniesz się dusić. Nie możesz się poddać. Następnie posłuchaj: „Widzę cię”.

        Upuść kartkę i wróć do komputera.

        Przykro mi to mówić, ale oko nigdy się nie zamknie. Zawsze będziesz to czuć. Obserwuje cię nawet teraz.

        Fajna koszulka.
        • pegan_ Re: Znalezione. 03.08.12, 16:14
          Smile.jpg


          3 lipca 2009 otrzymałem e-mail’a od mojego przyjaciela Matt’a Garcia w którym po prostu spytał mnie: "Czy słyszałeś o smile.jpg?
          Odpisałem mu szczerze: "Nie, nie słyszałem... czy to jakiś plik? Co to jest? "

          Potem postanowił mi o tym opowiedzieć:
          "Natknąłem się na to wczoraj wieczorem. Najwyraźniej jest to jakiś stary obrazek, lecz nie wiadomo kto go umieścił i po co. Dziwnie wpływa na ludzi, którzy na niego patrzą. Bardzo trudno jest go znaleźć, bo przeważnie okazuje się fałszywym plikiem albo został już usunięty. Może mi się tylko wydaję, ale gdy go oglądam czuję się dziwnie, jakby coś zza obrazu patrzyło na mnie. Za pierwszym razem wystraszyłem się nie na żarty i natychmiast zamknąłem przeglądarkę. Nie mówię, że obrazy na zdjęciu są straszne, ale te kolory i wzory, mają w sobie jakiś hipnotyczny efekt. Powinieneś sam to sprawdzić i ocenić. Poniżej wysyłam ci link do strony i zdjęcia. Daj znać, co o tym myślisz. -Matt G.

          Odkąd otrzymałem e-mail’a od Matt’a, sprawdziłem tę historię i zapisałem tajemniczy obrazek na dysku. Badałem go przez ostatnie pięć dni. Mogę powiedzieć jedno, …moje koszmary stały się bardzo realistyczne. Ten obraz związał się ze mną. Przyłapałem się na myśleniu o nim kilka razy w ciągu dnia. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że zawsze miałem koszmary. Ale ten tydzień był inny. Czułem, że stały się one bardziej rzeczywiste. Nie mówię, że uwierzyłem w tą historię, ale powiem, że jest to … trochę ironiczne. Sami sprawdźcie . Na dole tego postu znajduje się link do ściągnięcia oryginalnego smile.jpg. A teraz opowiem wam historię Mary. Mówi się, że ten obrazek zniszczył jej życie. – Shad

          Ciekawy przypadek Mary

          Po raz pierwszy spotkałem się osobiście z Mary E. latem 2007 roku. Umówiłem się z jej mężem, Terence’em, abym mógł przeprowadzić z nią wywiad . Mary początkowo zgodziła się, bo nie byłem reporterem, ale raczej amatorskim pisarzem gromadzącym informacje na kilka tematów na uczelnie, jeśli wszystko by poszło zgodnie z planem, zebrałbym trochę czystej fantazji. Zaplanowaliśmy rozmowę na weekend, kiedy akurat byłem w Chicago z niepowiązanych spraw, ale w ostatniej chwili Mary zmieniła zdanie i zamknęła się w swojej sypialni, odmawiając wizyty ze mną. Przez pół godziny siedziałem z Terence’em przed drzwiami sypialni, następnie słuchałem i robiłem notatki gdy Terence próbował bezskutecznie uspokoić żonę. Rzeczy, które Mary mówiła nie były zbyt sensowne, ale nadające się do wzorca, którego się spodziewałem: choć nie widziałem jej, wiem, że płakała i częściej niż jej wymówki aby nie rozmawiać ze mną, skupiała się na chaotycznym dialogu z jakaś wyimaginowaną istotą, z jej snów lub koszmarów. Terence przeprosił mnie z całego serca, kiedy przestał uspokajać Mary, a ja starałem się ją przekonać, przypominając, że nie jestem reporterem w poszukiwaniu historii, ale tylko ciekawym, młodym człowiekiem w poszukiwaniu informacji. Poza tym, pomyślałem, że może mógłbym dowiedzieć się czegoś o niej w inny sposób jeżeli tylko zdobędę odpowiednie materiały.

          Mary E. była odpowiedzialna za obsługę sieci internetowej w niewielkiej siedzibie w Chicago Bulletin Board System w 1992 r., kiedy po raz pierwszy zetknęła się ze smile.jpg i jej życie zmieniło się na zawsze. Ona i Terence byli małżeństwem tylko od pięciu miesięcy. Mary była jedną z około 400 osób, którzy widzieli obraz, kiedy został opublikowany na BBS jako hiperłącze, jednak była ona jedyną osobą, która otwarcie mówiła o tym doświadczeniu. Reszta pozostała anonimowa, lub być może nie żyje. W 2005 r., kiedy byłem dopiero w dziesiątej klasie, smile.jpg po raz pierwszy zwrócił moją uwagę przez rosnące zainteresowanie w internetowych, niewyjaśnionych zjawiskach. Mary była najczęściej wskazywaną ofiarą tego, co jest czasem określane jako "Smile.dog", nazwa smile.jpg jest to rzekome ułatwienie do wyświetlenia. To, co ożywiło moje zainteresowanie (nie oczywiste elementy grozy cyber legend i moja skłonność ku takim rzeczom) był zwykły brak informacji, zazwyczaj ludzie nie wierzą, że może istnieć coś poza plotką czy mistyfikacją.

          Ten przypadek jest wyjątkowy, ponieważ, mimo że cały fenomen opiera się tylko na jednym obrazku, nigdzie nie można go znaleźć. To oczywiste, że wiele fałszywych i pozornych śmieci internetowych nazwanych smile.jpg, pojawia się na najczęściej odwiedzanych stronach o tematyce paranormalnej na przykład takich jak 4chan czy imageboard. Podejrzewa się, że są to podróbki, bo nie oddziaływają na ludzi tak samo jak prawdziwy smile.jpg , który może powodować nagłą padaczkę, ból w skroniach lub silne poczucie niepokoju. Te rzekome reakcje są jednymi z powodów, dlaczego smile.jpg traktuje się z taką pogardą, ponieważ wydaje się być oczywistym absurdem, ale w zależności kogo spytamy o niechęć do potwierdzania istnienia smile.jpg jest po prostu spowodowana strachem lub po prostu niedowierzaniem.

          Ani smile.jpg ani Smile.dog nie jest nigdzie wspomniany na Wikipedii, ale na stronie znajdują się artykuły o innych skandalicznych przypadkach jak hello.jpg lub 2girls1cup, wszelkie próby stworzenia strony o smile.jpg są usuwane przez jednego z wielu administratorów encyklopedii.
          Spotkania z smile.jpg są materiałami napędzającymi powstawanie legend Internetu. Historia Mary E. nie jest jedyna, istnieją niepotwierdzone pogłoski, że pokazano smile.jpg w pierwszych dniach istnienia Usenet. Istnieje nawet opowieść, że w 2002 r. haker sfloodował forum humoru i satyry strony Something Awful zdjęciami Smile.dog, powodując, że prawie połowa użytkowników forum dostała padaczki. Mówi się też, że od połowy lat 90 do ich końca, smile.jpg był przekazywany na Usenet jako załącznik w e-mail’ach łańcuszkowych z tematem "UŚMIECHNIJ SIĘ! BÓG CIĘ KOCHA!” Jednak pomimo wielu odsłon tych afer okazało się, że niewiele osób przyznaje się do brania jakiegokolwiek w tym udziału. Żaden ślad ani link do oryginalnego pliku nigdy nie został odkryty.

          Ci, którzy twierdzą, że naprawdę widzieli smile.jpg często tłumaczą się, że byli zbyt zajęci, aby zapisać kopię obrazu na dyskach twardych. Jednak wszystkie domniemane ofiary, podają ten sam opis zdjęcia: Pies-jako stworzenie (zazwyczaj opisywany jako podobny do Husky), oświetlone przez lampę błyskową aparatu, znajduje się w mrocznym pokoju, jedyny szczegół, który jest widoczny w tle jest ręka ludzka, wychodząca z ciemności po lewej stronie ramki. Ręka jest pusta, ale zazwyczaj opisywana jest jako „machająca” lub „kiwająca”. Oczywiście, najwięcej uwagi poświęca się psu (lub stworzeniu podobnemu do psa, ponieważ nikt tak naprawdę do końca nie wie co widział). Pysk zwierzęcia rzekomo dzieli szeroki uśmiech, który ukazuje dwa rzędy białych, bardzo prostych, bardzo ostrych, bardzo ludzko wyglądających zębów…

          Chyba najbardziej znana. Linku niestety nie ma.
          • pegan_ Re: Znalezione. 03.08.12, 16:26
            Dead Bart

            Czy wiesz, jaki, amerykańska stacja telewizyjna Fox, ma dziwny sposób liczenia odcinków Simpson’ów? Odmówili policzenia kilku z nich, przez co kolejność odcinków jest niespójna. Powodem tego jest zaginiony odcinek z sezonu pierwszego.

            Znalezienie informacji o tym odcinku jest bardzo trudne, nikt, kto przy nim pracował nie chcę o nim rozmawiać. To, co zostało zmontowane w utraconym odcinku zostało napisane w całości przez Matt’a Groening’a. Podczas produkcji pierwszego sezonu, Matt zaczął się dziwnie zachowywać. Był bardzo cichy, wydawał się zdenerwowany i chory. Gdy ktoś wspominał coś o jego zachowaniu, Matt wściekał się i zakazywał komukolwiek o tym wypominać. Pierwszy raz usłyszałem o tym na jednym z pokazów, gdzie wypowiadał się David Silverman. Ktoś z tłumu zapytał go o ten odcinek, wtedy Silverman po prostu zszedł ze sceny, kończąc prezentacje godzinę wcześniej. Numerem produkcji odcinka był 7G06, a zatytułowany został jako Dead Bart. Epizod oznakowany jako 7G06, Moaning Lisa, został stworzony później a nazwie Dead Bart nadano tylko numer produkcji aby ukryć jego istnienie.

            Oprócz ogólnej złości, pytano wszystkich, kto był na prezentacji aby powstrzymać każdego przed bezpośrednią próbą kontaktu z Matt’em Groening’iem. Podczas spotkania dla fanów, gdy opuszczał tłum, udało mi się za nim niespostrzeżenie podążyć i w końcu miałem szanse porozmawiać z nim sam na sam, kiedy wyszedł z budynku. Nie wydawał się zdenerwowany tym, że za nim szedłem, prawdopodobnie spodziewał się typowego spotkania z natrętnym fanem. Kiedy jednak wspomniałem o zaginionym odcinku, zbladł i zaczął się trząść. Kiedy zapytałem go, czy mógłby mi zdradzić jakieś szczegóły, on brzmiał jakby miał się zaraz rozpłakać. Chwycił kartkę, napisał coś na niej i wręczył mi ją. Prosił mnie abym już nigdy nic nie wspominał o tym odcinku.

            Na kartce był zapisany adres strony internetowej, nie chcę go podawać ze względów, o których zaraz się dowiesz. Wpisałem adres do przeglądarki i wszedłem na stronę, która było całkowicie czarna, z wyjątkiem żółtej linii tekstu, linku do pobrania. Kliknąłem na niego i rozpoczęło się pobieranie pliku. Gdy plik został ściągnięty, mój komputer oszalał, był to najgorszy wirus, jakiego widziałem. Przywracanie systemu nie działało, cały komputer musiał być ponownie uruchomiony. Przedtem jednak, skopiowałem plik na płytę CD. Spróbowałem go otworzyć na wyczyszczonym komputerze i tak jak podejrzewałem, był to jeden z odcinków The Simpsons.

            Odcinek rozpoczął się jak wszystkie inne, ale był w bardzo słabej jakości. Jeśli widziałeś oryginalną animację Some Enchanted Evening, to było podobne, ale mniej stabilne. Pierwsza część była dość normalna, ale sposób, w jaki postacie się zachowywały był bynajmniej dziwny. Homer wydawał się bardziej zły, Marge jakby smutna, Lisa jakaś niespokojna, a Bart wydawał się rozdrażniony, darząc rodziców szczerą nienawiścią.
            Odcinek był o Simpson’ach udających się w podróż samolotem, pod koniec pierwszej części, samolot startuje. Bart jak zawsze się wydurnia. Jednak, gdy samolot jest na wysokości około 50 stóp nad ziemią, Bart wybija okno w samolocie i zostaje wyssany na zewnątrz
            Na początku serii, Matt wpadł na pomysł, że animowany świat Simpson’ów, reprezentował nieprawdziwe życie a ta śmierć miała zmienić wszystko na bardziej realistyczne. Zostało to wykorzystane w tym odcinku. Zdjęcie zwłok Bart’a było ledwie rozpoznawalne, wykorzystali swoje możliwości w pełni, dlatego rysunek jego martwego ciała był niemal fotorealistyczny.

            Część pierwsza zakończyła się widokiem zwłok Bart’a. Kiedy rozpoczęła się część druga, Homer, Marge i Lisa siedzieli przy stole i płakali. Płacz wydawał się nie mieć końca, coraz bardziej to bolało, a brzmiało to wszystko coraz bardziej realistycznie, lepiej odegrane niż mógłbyś to sobie wyobrazić. Obraz zaczął się jakby rozpadać, im bardziej oni płakali, w tle można było usłyszeć jakieś szmery. Ledwo dało się rozpoznać postacie, zostały one rozciągnięte i rozmyte, wyglądały jak zdeformowane cienie, na które losowo rozrzucono jasne kolory. Przez okna zaglądały jakieś twarze, pojawiały się i znikały, nie można było dostrzec czym są. Postacie płakały przez całą drugą część
            Część trzecia zaczęła się tytułem, który informował, że minął już rok. Homer, Marge, Lisa byli bardzo chudzi i nadal siedzieli przy stole. Nie było żadnego znaku od Maggy czy zwierząt…

            Zdecydowali się odwiedzić grób Bart’a. Springfield było całkowicie opuszczone, a gdy szli na cmentarz domy były coraz bardziej zburzone. Wyglądały jakby wszystkie były opuszczone. Kiedy dotarli do grobu, ciało Bart’a leżało przed jego nagrobkiem, wyglądało identycznie jak na końcu części pierwszej.

            Rodzina znowu zaczęła płakać. W końcu przestali i tylko patrzyli na ciało Bart’a. Obraz zostaje zbliżony na twarz Homera. Według zestawień, Homer w tej scenie opowiada dowcip, ale nie jest słyszalny w wersji, którą ja widziałem, nie wiadomo, co Homer mówi.

            Obraz wraca do normalnego ujęcia, gdy odcinek zbliża się do końca. Nagrobki w tle miały nazwy wszystkich gwiazd goszczących w Simpson’ach. O niektórych nikt jeszcze w 1989r. nie słyszał lub nie zostały jeszcze stworzone w serialu. Wszyscy mieli na nagrobkach daty śmierci. Były terminy dla osób, które już zmarły np. Michael’a Jacksona czy George'a Harrisona. Napisy końcowe były wyświetlane w całkowitej ciszy i sprawiały wrażenie ręcznie napisanych. Na końcowym obrazie znajdowała się rodzina Simpson’ów siedzących na kanapie, jak na wstępie, ale zostali namalowani martwi i super realistycznie,tak, jak zwłoki Bart’a.

            Po obejrzeniu odcinka, przyszła mi do głowy pewna myśl, aby spróbować użyć nagrobków do przewidzenia daty śmierci gości Simpson’ów. Lecz jest coś dziwnego w większości tych, którzy jeszcze nie umarli. Na nagrobkach gwiazd znajduje się ta sama data śmierci.
            • pegan_ Re: Znalezione. 03.08.12, 16:36
              Takie tam bez tytułu.


              W XIX wieku ze względu na panującą psychozę pogrzebania żywcem, trumny bywały budowane np. z dziurami, do których przymocowano dwumetrowe miedziane rury i dzwonek. Rury pozwalały oddychać tym, którzy zostali omyłkowo uznani za zmarłych i pogrzebani, zaś dzwonek wezwać pomoc.
              W pewnym małym miasteczku Harold, miejscowy grabarz, usłyszał pewnej nocy dźwięk dzwonka. Poszedł zobaczyć, czy to nie dzieciaki udające duchy, albo wiatr. Tym razem nie były to jednak dzieciaki, czy wiatr, Harold usłyszał głos spod ziemi błagający o wykopanie.
              - Ty jesteś Sarah O'Bannon? - spytał Harold.
              - Tak! - potwierdził zduszony głos.
              - Urodziłaś się 17 września 1827 roku?
              - Tak!
              - Na nagrobku jest napisane, że zmarłaś 20 lutego 1857 roku.
              - Nie, ja żyję, to pomyłka! Wykopcie mnie!
              - Przykro mi - odpowiedział Harold, przydeptując dzwonek i zatykając rurę ziemią - ale jest listopad. Czymkolwiek jesteś, możesz być cholernie pewna, że nie żyjesz i już stąd nie wyjdziesz.
              • pegan_ Re: Znalezione. 03.08.12, 16:50
                Dom BezKońca

                Pozwolicie, że zacznę swoją opowieść od poinformowania was, że Peter Terry był uzależniony od heroiny.
                Zostaliśmy przyjaciółmi w latach studenckich i pozostaliśmy nimi, kiedy studia ukończyłem. Celowo użyłem liczby pojedynczej; Peter rzucił naukę po dwóch latach.
                Wyprowadziłem się z a...
                kademika i przeniosłem do małego mieszkania. Wtedy przestałem widywać się z Peterem tak często. Utrzymywałem z nim kontakt głównie przez Internet. Był jednak moment, w którym Peter dosłownie zniknął na pięć tygodni. Nie widziałem go na żywo, nie pojawiał się również na AIM (komunikator internetowy – przyp. Tłum.). Nie martwiłem się tym jednak zanadto. Wiedziałem, że jest on dosyć ekscentryczną osobą, a poza tym lubi narkotyki. Sądziłem, że po prostu non-stop imprezował.
                W końcu, którejś nocy zalogował się na AIM. Zanim zdążyłem rozpocząć rozmowę wysłał mi wiadomość.
                - David, człowieku, musimy pogadać.
                Wtedy po raz pierwszy usłyszałem o Domu BezKońca. Z opowieści Petera wynikało, że było to coś w rodzaju zamku strachu, jednego z wielu, które tak często można spotkać w wesołych miasteczkach. W Domu BezKońca organizowany był pewien konkurs: pięćset dolarów czekało na tego, kto przejdzie przez wszystkie dziewięć pokoi i wydostanie się z tego rzekomo nawiedzonego budynku. Jak jednak głosiła legenda, nikt nigdy nie dotarł do drzwi wyjściowych. Stąd też wzięła się nazwa tego miejsca. Dom znajdował się na obrzeżach miasta, około czterech mil od mojego mieszkania.
                Peter powiedział mi, że próbował wygrać te pieniądze, ale nie podołał wyzwaniu. Był uzależniony od heroiny, więc stwierdziłem, że pewnie wszedł tam będąc na haju i wystraszył się papierowego ducha, czy czegoś równie śmiesznego. Twierdził, że ten dom potrafi złamać każdego zarówno psychicznie jak i fizycznie. Mówił, że jest w nim coś dziwnego, nienaturalnego. Nie wierzyłem mu. Nie miałem podstaw, żeby mu wierzyć. Poinformowałem go, że pójdę tam następnej nocy. Przekonywał mnie i prosił, żebym tego nie robił, ja jednak uparcie obstawałem przy swoim. Cholera, to było pięćset dolarów, które mogłem zdobyć minimalnym nakładem sił! Nie mogłem przegapić takiej okazji.
                Kiedy stanąłem przed fasadą budynku poczułem się dziwnie. Czytaliście albo oglądaliście kiedyś coś, co nie powinno być straszne, ale pomimo to przyprawiało was o ciarki na plecach? Miałem w tym momencie dokładnie to uczucie. Kiedy wchodziłem po schodach prowadzących na ganek dziwne poczucie strachu tylko się nasilało. Nabrało szczególnej intensywności, kiedy nacisnąłem klamkę frontowych drzwi.
                Serce przestało mi bić jak szalone, a ja sam odetchnąłem, kiedy moim oczom ukazało się całkiem normalne pomieszczenie, wyglądające jak recepcja hotelu udekorowanego na Halloween. Na środku pomieszczenia stał drogowskaz. „Pierwszy pokój w tę stronę. Po nim jeszcze osiem. Dojdź do końca, a zwyciężysz!”. Zachichotałem i poszedłem w wyznaczonym przez znak kierunku.
                Pokój, do którego wkroczyłem był wręcz śmieszny. Wypełniały go papierowe duchy, czaszki z gipsu oraz figury zombie, które wydawały głośny ryk, kiedy się obok nich przechodziło. Na przeciwległej ścianie znajdowały się drzwi. Niewiele się zastanawiając, ruszyłem w ich kierunku przedzierając się przez sztuczne pajęczyny.
                Kiedy tylko otworzyłem drzwi do drugiego pokoju zostałem otoczony przez mgłę. Od razu zauważyłem, że wyposażenie w tym pomieszczeniu stało na wyższym poziomie zaawansowania technicznego niż w poprzednim. Poza maszyną do wytwarzania mgły znajdował się tu między innymi przyczepiony do sufitu, zataczający powolne koła nietoperz. Przerażające. Całości dopełniała mroczna muzyka, która brzmiała niczym prosto z płyty kupionej w sklepie „Wszystko po 99 centów”. Nie widziałem głośników. Musieli je ukryć gdzieś poza zasięgiem wzroku zwiedzających. Ominąłem kilka mechanicznych szczurów jeżdżących po podłodze i stanąłem przed drzwiami, do których przybita była metalowa cyfra „3”. Wyciągnąłem rękę, żeby nacisnąć klamkę, lecz zamarłem w bezruchu. Ogarnęło mnie nagłe i przejmujące uczucie zgrozy. Nie chciałem otwierać tych drzwi. Czułem, że jest za nimi coś naprawdę złego. Ten dziwny stan minął po dłuższej chwili. Otrząsnąłem się, a następnie przestąpiłem pewnie przez próg.
                Pokój numer 3 był tym, w którym wszystko zaczęło się zmieniać.
                Z pozoru nie wyróżniał się niczym szczególnym. Na środku, na drewnianych panelach podłogowych stało krzesło. Pomieszczenie było oświetlane jedynie przez słabe światło lampy stojącej w rogu. Poza tym było zupełnie pusto. Nie licząc cieni. Zgadza się, celowo użyłem liczby mnogiej. Poza cieniem moim i krzesła były tu też inne. Ledwo przeszedłem przez próg, a już byłem autentycznie przerażony. To był ten moment, w którym zorientowałem się, że coś tu nie jest w porządku. W przypływie paniki odwróciłem się i spróbowałem otworzyć drzwi, którymi tu wszedłem. Były zamknięte od drugiej strony.
                Niemożliwe, żeby ktoś zamykał za mną drzwi w miarę mojego postępu. Usłyszałbym go bez wątpienia. A może był to zamek mechaniczny, który uruchamiał się automatycznie? Całkiem prawdopodobne. W tym momencie byłem jednak zbyt wystraszony, żeby logicznie myśleć. Odwróciłem się z powrotem w stronę pokoju. Cienie zniknęły. To znaczy cień krzesła został na swoim miejscu, ale wszystkie inne „wyparowały”. Odetchnąłem głęboko starając się uspokoić skołatane nerwy, po czym wolno ruszyłem przez pomieszczenie.
                Kiedy byłem dzieckiem zdarzało mi się miewać halucynacje. To przez moją wybujałą wyobraźnię. Stwierdziłem, że cienie niewiadomego pochodzenia musiałem sobie po prostu wymyślić pod wpływem strachu.
                Mniej więcej w połowie drogi przez pokój, przechodząc obok krzesła, przypadkowo spojrzałem w dół, na swoje stopy. I wtedy dostrzegłem coś, co sprawiło, że moje serce na powrót zaczęło walić niczym młot. Otóż, tak jak powiedziałem wcześniej, wszystkie cienie poza tym należącym do krzesła zniknęły. Łącznie z moim. Nawet nie krzyknąłem. Nie zdążyłem, ponieważ od razu puściłem się szaleńczym sprintem w kierunku drzwi opatrzonych cyfrą „4”. Pchnąłem je z całej siły i wkroczyłem do kolejnego pomieszczenia.
                Sądzę, że czwarty pokój był jednym z najbardziej niepokojących. Kiedy tylko zamknąłem za sobą drzwi znalazłem się w prawdziwie egipskich ciemnościach. Miałem wrażenie, że całe światło zostało wyssane z tego pokoju. Nie boję i nigdy nie bałem się ciemności, ale w tym momencie byłem sparaliżowany ze strachu. Zresztą słowo „ciemność” nie opisuje tego, czego byłem świadkiem. To było coś znacznie gorszego. Nie tylko nie mogłem dostrzec ręki, którą wymachiwałem przed twarzą, ale nie mogłem też niczego usłyszeć. Absolutnie niczego. Kiedy siedzi się w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu da się usłyszeć swój oddech czy bicie własnego serca. Tutaj nawet te dźwięki do mnie nie docierały.
                Zacząłem powoli kroczyć przed siebie. Starałem się dojrzeć drzwi, ale mrok skutecznie mi to uniemożliwiał. Nie byłem nawet pewien, czy są tu jakieś drzwi.
                Nagle cisza została zmącona przez niskie, przeciągłe brzęczenie.
                Poczułem, że coś stoi za mną. Odwróciłem się gwałtownie, lecz w nieprzeniknionych ciemnościach nie mogłem niczego dostrzec. Wiedziałem jednak, że to coś tam jest. W międzyczasie zauważyłem, że brzęczenie przybrało na sile, a na dodatek dźwięk zaczął się do mnie zbliżać. Nie mogłem określić skąd pochodził, ale wiedziałem, że jego źródło musi być gdzieś bardzo blisko, dosłownie centymetry ode mnie.
                Zrobiłem krok w tył. Nigdy dotychczas nie czułem takiego strachu. Nie potrafię nawet dobrze opisać uczucia, które towarzyszyło mi w tamtej chwili. Nie obawiałem się bowiem, że umrę. Bałem się raczej tego, co może mnie spotkać zamiast śmierci.
                Wtedy na ułamek sekundy w pomieszczeniu rozbłysło światło. Dzięki temu zobaczyłem to, czego tak bardzo się obawiałem. Pusty pokój. Tak, byłem tam zupełnie sam, jestem tego pewien. Po chwili wszystko na powrót pogrążyło się w ciemności. Natarczywe brzęczenie, które towarzyszyło mi przez
                • pegan_ Re: Znalezione. 03.08.12, 16:53
                  Cholera.

                  Dom BezKońca2

                  Wtedy na ułamek sekundy w pomieszczeniu rozbłysło światło. Dzięki temu zobaczyłem to, czego tak bardzo się obawiałem. Pusty pokój. Tak, byłem tam zupełnie sam, jestem tego pewien. Po chwili wszystko na powrót pogrążyło się w ciemności. Natarczywe brzęczenie, które towarzyszyło mi przez cały czas przerodziło się w dziki skrzek. Krzyknąłem w panice, jednak nie byłem w stanie usłyszeć swojego głosu – dźwięk niewiadomego pochodzenia skutecznie go zagłuszył. Odwróciłem się na pięcie i pobiegłem przed siebie, rozpaczliwie szukając drzwi. W końcu je znalazłem. Naparłem na nie całym ciałem, po czym wpadłem do pokoju numer pięć.
                  Zanim opiszę pokój numer pięć musicie się czegoś o mnie dowiedzieć. Nie jestem narkomanem. Nigdy nie brałem żadnych narkotyków, nigdy też nie miałem problemów z psychiką, poza wspomnianymi halucynacjami z okresu wczesnego dzieciństwa, a nawet te zwidy miewałem tylko wtedy, gdy byłem naprawdę zmęczony. Wszedłem do Domu BezKońca z czystym umysłem.
                  To, co zobaczyłem, gdy tylko wpadłem do pokoju numer pięć nie przeraziło mnie, lecz szczerze zaskoczyło. Rosły tu bowiem najprawdziwsze drzewa o koronach górujących wysoko nade mną. Nie trudno było się domyślić, że sufit musiał być tutaj położony znacznie wyżej niż we wszystkich pozostałych pokojach Domu BezKońca, które odwiedziłem do tej pory. Otrząsnąłem się z pierwszego szoku i uważnie rozejrzałem się po okolicy. Znajdowałem się zdecydowanie w największym pomieszczeniu, położonym prawdopodobnie gdzieś w centrum budynku.
                  Niech o rozmiarach tej izby świadczy fakt, że z miejsca, w który stałem nie byłem w stanie dostrzec drzwi wyjściowych. Rosnące blisko siebie rozłożyste drzewa dodatkowo utrudniały orientację w terenie.
                  Nie mogłem zrozumieć jednego: dlaczego ten pokój tak znacząco różnił się od poprzedniego? Wiecie, sądziłem, że w miarę mojej wędrówki w głąb domu będę świadkiem coraz to bardziej przerażających scen. Nagle okazuje się jednak, że to pomieszczenie bardziej przypomina raj niż salę, w której miałbym zmierzyć się z moimi najgłębszymi lękami. Moja opinia o tym pomieszczeniu miała wkrótce ulec drastycznej zmianie.
                  Zacząłem zagłębiać się w gęstwinę drzew znajdującą się w pokoju. Gdy przeszedłem mały kawałek, zacząłem słyszeć dźwięki, które wyraźnie wskazywały na to, że znajduję się w sercu lasu. Świergotanie ptaków oraz bzyczenie owadów wydawało się być moim jedynym kompanem w tym osobliwym pomieszczeniu. Dźwięki były właśnie elementem, który zastanawiał mnie najbardziej. Słyszałem bowiem zwierzęta, lecz nigdzie nie mogłem ich znaleźć.
                  Zacząłem się zastanawiać, jak duży może być ten budynek. Z zewnątrz wyglądał jak zwyczajny, jednorodzinny dom, jednak musiał stwarzać tylko takie pozory: w rzeczywistości z pewnością był większy. Jak inaczej pomieściłby się w nim cały las?
                  Pokój naprawdę przytłaczał swoimi rozmiarami. Gęste korony drzew nie pozwalały mi dojrzeć sufitu, a roślinność dookoła skutecznie uniemożliwiała wypatrzenie ścian. Prawdę mówiąc w tamtym momencie jedyną rzeczą, która utrzymywała mnie w przekonaniu, że nadal jestem wewnątrz budynku była podłoga, którą stanowiły ciemnobrązowe, drewniane panele.
                  Kontynuowałem moją wędrówkę, mając cichą nadzieję, że gdy tylko minę kolejne drzewo, moim oczom ukażą się drzwi prowadzące do następnego pokoju.
                  Po kilku minutach marszu poczułem komara na mojej ręce. Potrząsnąłem nią, żeby odpędzić natrętnego insekta. Nie przestawałem przy tym przedzierać się przez gąszcz roślin. Chwilę później poczułem, że więcej owadów ląduje na moim ciele. Były dosłownie wszędzie: na rękach, nogach, a nawet na mojej twarzy. Zacząłem się dziko miotać, próbując odgonić od siebie te dokuczliwe, małe bestie. Spojrzałem w dół i wydałem z siebie krótki okrzyk rozpaczy. Nie widziałem bowiem żadnego komara. Czułem i słyszałem je jednak bardzo wyraźnie. Siadały na mojej skórze i gryzły mnie, a ja mimo to nie mogłem zobaczyć ani jednego z nich! Odpędzanie się od nich rękoma nie przynosiło rezultatów, rzuciłem się więc na ziemię i zacząłem się tarzać, mając nadzieję, że chociaż ta desperacka metoda poskutkuje. Na nic się to nie zdało.
                  Na czworakach zacząłem pełznąć przed siebie. Nie wiedziałem, dokąd zmierzam. Wyjścia nie było nigdzie w zasięgu wzroku. Po prostu brnąłem do przodu, chcąc uciec od komarów, od bólu wywołanego ich ukąszeniami, a w końcu od tego przeklętego pokoju. Po ponad godzinie błądzenia w końcu znalazłem drzwi. Wstałem, opierając się o najbliższe drzewo. Chciałem pobiec w kierunku drzwi, w kierunku wybawienia, lecz nie mogłem; moje ręce i nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Udało mi się jedynie zrobić kilka chwiejnych kroków, podpierając się przy tym o pobliskie drzewa.
                  Wtedy znów to usłyszałem. Niskie brzęczenie. Dochodziło z sąsiedniego pokoju. Było intensywniejsze i bardziej natarczywe niż dotychczas. W miarę zbliżania się do źródła tego dźwięku uczucie obecności ucztujących na moim ciele insektów stopniowo słabło. Kiedy położyłem swoją drżącą rękę na klamce owady zupełnie zniknęły. Nie potrafiłem jednak przemóc się i pchnąć drzwi, prowadzących do następnego pokoju. Przeczuwałem, że czeka tam na mnie coś jeszcze straszniejszego i bardziej potwornego niż to, czego doświadczyłem do tej pory. Wiedziałem jednocześnie, że przejście przez próg jest jedyną opcją. Nie mogłem puścić klamki, gdyż gdybym to zrobił, owady z całą pewnością wróciłyby. O powrocie do pokoju numer cztery nie było nawet mowy. Stałem więc, opierając się głową o drzwi i zbierając w sobie wystarczająco odwagi, żeby zrobić następny krok. Brzęczenie było tak głośne, że nie mogłem usłyszeć własnych myśli. Nie mogłem zrobić nic innego, musiałem iść naprzód. Pokój numer sześć czekał na mnie, a był on prawdziwym piekłem.
                  Oczy miałem zamknięte, w uszach ciągle rozbrzmiewał mi ten przeklęty ton. Lecz kiedy tylko drzwi zatrzasnęły się za mną, wszystko ucichło. Zaskoczony otworzyłem oczy. Zobaczyłem, że drzwi, którymi wszedłem do tego pomieszczenia, zniknęły. W ich miejscu znajdowała się ściana. Odwróciłem się gwałtownie i obrzuciłem spojrzeniem pomieszczenie. Wyglądało dokładnie tak samo, jak pokój numer trzy. Ta sama lampa, to samo krzesło stojące na środku. Nie było tu jednak żadnych drzwi; ani tych, którymi się tu dostałem, ani tych, prowadzących do następnego pokoju. Byłem uwięziony.
                  Tak jak powiedziałem wcześniej, nie mam i nigdy nie miałem żadnych problemów psychicznych. Jednakże w tamtym momencie popadłem w prawdziwy obłęd. Nie krzyczałem. W zasadzie nie wydawałem z siebie żadnego dźwięku. Na początku po prostu drapałem delikatnie ścianę. Robiłem to, ponieważ wiedziałem, że drzwi muszą gdzieś tam być. Przy pomocy obu rąk skrobałem ścianę w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu znajdowała się klamka. Robiłem to coraz mocniej, w coraz większej desperacji szukając tych pieprzonych drzwi. Moje paznokcie zaczęły się łamać. Poczułem krew na opuszkach palców. Upadłem na kolana, nie przestając drapać ściany. Miałem łzy w oczach. Wiedziałem, że te cholerne drzwi muszą gdzieś tu być. Muszą! Gdybym tylko mógł przebić się przez tę ścianę…
                  - Wszystko w porządku?
                  Poderwałem się gwałtownie i obróciłem, szukając osoby, która wypowiedziała te słowa.
                  Dostrzegłem małą dziewczynkę, ubraną w białą suknię sięgającą jej aż do kostek. Miała długie, proste blond włosy, kredowobiałą skórę oraz duże, smutne, niebieskie oczy. Była najbardziej przerażającą osobą, jaką w życiu widziałem i jestem pewien, że nie spotkam nikogo, kto wyglądałby tak niepokojąco, jak ona. Gdy na nią patrzyłem widziałem bowiem nie tylko małe, niewinne dziecko. Było coś jeszcze. W miejscu, w którym stała, znajdowała się również inna dziewczynka, niezwykle podobna do tej pierwszej. Miała na sobie brudną, znoszoną sukienkę barwy sadzy, jej włosy były w kompletnym nieładzie, a oczy wyrażały lęk połączony ze szczerą nienawiścią.
                  Naprawdę trudno opisać mi to, co widziałem. Obie postacie stały w tym samym miejscu, wzajemnie przez siebie przenikając. Miałem wrażenie, że znajdują się w dwóc
                  • pegan_ Re: Znalezione. 03.08.12, 16:56
                    Znowu..

                    Dom BezKońca3

                    Naprawdę trudno opisać mi to, co widziałem. Obie postacie stały w tym samym miejscu, wzajemnie przez siebie przenikając. Miałem wrażenie, że znajdują się w dwóch odrębnych wymiarach, a w jakiś dziwny, niewytłumaczalny sposób ja byłem w stanie widzieć je obie jednocześnie.
                    Zaniemówiłem. Strach całkowicie mnie sparaliżował, uniemożliwiając mi wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Stałem, opierając się o ścianę i gapiąc się wprost na tę istotę. Byłem uwięziony z tym czymś w pokoju, z którego nie było żadnej drogi ucieczki. Wtedy dziewczynka przemówiła raz jeszcze.
                    - Davidzie, powinieneś posłuchać.
                    Słowa te zostały wypowiedziane przez dwa głosy. Jeden był delikatny i wysoki. Wydobywał się z gardła schludnie ubranej dziewczynki.
                    Drugiego głosu nie usłyszałem. Nie w zwykłym tego słowa znaczeniu. Nie dobiegał bowiem od tej istoty, usłyszałem go bezpośrednio w swojej głowie. Był nienaturalny, zniekształcony. Jestem pewien, że żadna ludzka istota nie byłaby w stanie mówić w ten sposób.
                    Obie bezustannie powtarzały to jedno zdanie. Wiedziałem, że mają rację. Powinienem posłuchać. Powinienem nie wchodzić do tego domu.
                    Nie wiedziałem, co robić. Przyłożyłem dłonie do uszu, chcąc, żeby ich głosy przestały mnie dręczyć, jednak to nie pomagało. Jednocześnie bez przerwy się na nie patrzyłem. Nie mogłem oderwać wzroku od tych przerażających dziewczynek.
                    W końcu osunąłem się na kolana i trwałem w tej pozycji chwiejąc się naprzemiennie w przód i w tył. Chciałem, żeby to wszystko się skończyło. Chciałem, żeby te istoty odeszły, byłem skłonny umrzeć, byle tylko to wszystko dobiegło końca. Wiedziałem jednak, że ten dom, ten pokój nie da mi umrzeć. On chce mnie dręczyć. Chce się nade mną znęcać.
                    Te istoty stały naprzeciwko mnie. Próbowałem od nich uciec. Zacząłem pełznąć przed siebie. Dziewczynki stały w miejscu. Wydawało mi się, że nie są w stanie się ruszyć.
                    Zauważyłem, że w moją stronę zbliża się mechaniczny szczur, dokładnie taki, jakiego widziałem w pokoju numer dwa. Wiedziałem, że dom bawi się ze mną. Drażni się ze mną niczym kot z myszą, zanim przystąpi do posiłku.
                    W tym momencie stwierdziłem, że nie pozwolę mu na to. Zrozumiałem, że nie chcę tu umrzeć. Mam zamiar wyjść żywy z Domu BezKońca za wszelką cenę.
                    Odetchnąłem głęboko, po czym podniosłem się z ziemi. Zobaczyłem niewyraźny kształt na ścianie naprzeciwko. Powolnym krokiem zacząłem się do niej zbliżać.
                    Poczułem czyjś oddech na karku. Wiedziałem, do kogo należy. Byłem pewien, że dziewczynki stoją tuż za mną. Słyszałem ich głosy tuż obok swojego ucha. Nie chciałem się odwracać. Bałem się tego, co mogę zobaczyć. Zamiast tego żwawiej postąpiłem do przodu. Na ścianie widniał namalowany ołówkiem, wysoki prostokąt. Położyłem na nim rękę. Na wysokości moich oczu pojawiła się cyfra 7. Naparłem na ścianę całym ciałem.
                    Głosy przerodziły się w rozdzierający krzyk. Krzyk, który rozbrzmiewał zarówno w moich uszach jak i w moim umyśle. Byłem niemal pewien, że zaraz ogłuchnę.
                    A wtedy ściana runęła, a ja poleciałem do przodu, na twarz. Wrzask ucichł. Leżałem na kawałkach gruzu, pokryty tynkiem.
                    Byłem fizycznie i psychicznie wyczerpany, wiedziałem jednak, że jestem już bezpieczny. Podświadomie zdawałem sobie sprawę z faktu, że dziewczynki nie mogły opuścić pokoju numer sześć.
                    Obróciłem się na brzuch, po czym moim oczom ukazała się bezkresna czerń. Czerń oraz mnóstwo małych, białych punktów. Gwiazdy. Byłem na zewnątrz.
                    Zacząłem płakać. Nie mogłem uwierzyć, że udało mi się wydostać z tego piekła. Byłem pewny, że przyjdzie mi spędzić swoje ostatnie chwile w tym przeklętym domu. A jednak! Moja wola życia była silniejsza. Udało mi się! Byłem tak szczęśliwy, że zapomniałem nawet o obiecanej nagrodzie.
                    Dłuższą chwilę zajęło mi ochłonięcie i zebranie myśli. Nie chciałem niczego więcej poza powrotem do domu.
                    Podniosłem się, otrzepałem z tynku, po czym ruszyłem chwiejnym krokiem w stronę ulicy. Mój samochód stał wciąż w tym samym miejscu. Zresztą, czemu miałoby go tam nie być? Nikt by go przecież nie ukradł w tak spokojnej okolicy. Usiadłem za kierownicą, uruchomiłem silnik. Ruszyłem w drogę powrotną do domu.
                    W miarę zbliżania się do celu mojej podróży zacząłem czuć się nieswojo. Radość z opuszczenia Domu BezKońca wyparowała ze mnie, a na jej miejsce wstąpił strach. Nie mogąc pozbyć się natarczywego i intensywnego uczucia zaparkowałem przed domem, wysiadłem z auta i ruszyłem w stronę drzwi wejściowych. Wszedłem do mieszkania. W progu przywitał mnie mój kot Baskerville. Był pierwszą żywą istotą, którą zobaczyłem po opuszczeniu tego piekła. Wyciągnąłem rękę, chcąc go pogłaskać, ale ten, zamiast przymilać się do mnie, wrogo zasyczał, po czym uciekł w głąb mieszkania. Trochę mnie to zaskoczyło, ale szybko doszedłem do wniosku, że kotom w końcu zdarza się mieć humory. Prawdopodobnie wyczuł ode mnie coś, co mu się nie spodobało i dlatego zareagował w ten sposób.
                    Nie byłem głodny ani spragniony, chociaż wydawało mi się, że spędziłem w Domu BezKońca długie godziny. Zamiast tego stwierdziłem, że muszę natychmiast wziąć prysznic. W drodze do łazienki zdecydowałem się zajrzeć do pokoju rodziców. Słyszałem włączony telewizor, byłem więc pewny, że jeszcze nie śpią. Wszedłem do ich sypialni z uśmiechem na twarzy, szczęśliwy, że w końcu będę mógł porozmawiać z normalnymi ludźmi.
                    Oboje siedzieli wyprostowani na kanapie. Swoje odcięte głowy trzymali na kolanach. Ich oczy były zwrócone na telewizor. Był wyłączony.
                    Zwymiotowałem. Zatrzasnąłem gwałtownie drzwi. Moich uszu ponownie dobiegły dźwięki z telewizora. Miałem tego dość. Odwróciłem się, chcąc jak najszybciej wyjść z domu. Na drzwiach, przed którymi stanąłem widniała cyfra 8.
                    Nadal byłem w Domu BezKońca. Zaszlochałem głośno, nie wiedząc, co robić. Nie wiedziałem, czy ten cholerny dom faktycznie zabił moich rodziców, czy może to po prostu kolejna sztuczka. Bałem się zrobić jakikolwiek ruch.
                    Usłyszałem, że drzwi od pokoju moich rodziców otwierają się. Zdecydowałem, że nie chcę zobaczyć, co z nich wyjdzie. Postanowiłem iść naprzód. Może kiedyś to szaleństwo dobiegnie końca? Z tą myślą wkroczyłem do ósmego pokoju.
                    Byłem praktycznie martwy. Wiedziałem, że mój umysł jest na tyle spaczony, że nigdy już nie powrócę do normalności, nawet, jeśli w końcu uda mi się stąd wydostać. Byłem jednocześnie przekonany, że po tym, co ten popie...ny budynek ze mną zrobił, nic gorszego nie może mnie już spotkać.
                    Jak ja mogłem w to wierzyć? Oczywiście, że mogło mnie spotkać coś gorszego. I spotkało.
                    • pegan_ Re: Znalezione. 03.08.12, 16:57
                      Dom BezKońca4

                      Pomieszczenie, do którego wszedłem, było idealną kopią pokojów numer cztery i sześć. Ponownie na środku stało krzesło. Tym razem jednak, siedział na nim mężczyzna. Po kilku sekundach niedowierzania, mój umysł w końcu zaakceptował fakt, że osobą siedzącą na krześle byłem ja. Nie ktoś, kto był do mnie podobny, tylko ja sam, David Williams, we własnej osobie. Podszedłem bliżej. Musiałem przyjrzeć mu się dokładniej, nawet, jeżeli byłem stuprocentowo pewien, że moje oczy mnie nie mylą. David siedzący na krześle spojrzał na mnie. W kącikach jego oczu lśniły łzy.
                      - Proszę, błagam, nie rób tego. Nie krzywdź mnie!
                      - Co? – zapytałem zdezorientowany. – Nie mam zamiaru nic ci zrobić.
                      - Kłamiesz! – Zaczął szlochać. – Skrzywdzisz mnie, a ja tego nie chcę! – Podkulił nogi, po czym zaczął się chwiać naprzemiennie w przód i w tył.
                      - O czym ty mówisz? – zapytałem.
                      - Skrzywdzisz mnie. Skrzywdzisz mnie, jeżeli chcesz wyjść. Skrzywdzisz mnie – powtarzał, pociągając przy tym nosem.
                      - Dlaczego tak sądzisz? Proszę, uspokój się. Uspokój się i wyjaśnij mi, co tu się dzieje – poprosiłem.
                      Pochyliłem się nad nim, co pozwoliło mi dostrzec ten jeden kluczowy szczegół. David siedzący na krześle wyglądał jak ja i nosił identyczne ubranie. Na jego koszulce, w okolicach serca, widniała jednak mała, czerwona cyfra 9.
                      - Skrzywdzisz mnie. Skrzywdzisz mnie. Skrzywdzisz mnie. Proszę, nie rób tego. Nie krzywdź mnie – słowa wypowiadał niezwykle szybko.
                      Gdy tylko zobaczyłem ten mały znaczek na koszulce mojego sobowtóra wiedziałem, co Dom chce mi przekazać.
                      - Davidzie? – zapytałem łagodnie.
                      - Tak, skrzywdzisz mnie. Zrobisz to. Na pewno! – położył szczególny nacisk na ostatnie zdanie.
                      Stwierdziłem, że w tym stanie nie ma szans, żeby udało mi się z nim dogadać. Postanowiłem nieco się rozejrzeć. Tak, jak to miało miejsce w przypadku pokoju szóstego i tym razem drzwi, którymi wszedłem, zniknęły. Z jakiegoś powodu wiedziałem, że szukanie konturów na ścianie również nie przyniesie żadnego skutku. Zacząłem szukać jakiegokolwiek śladu na podłodze. W końcu zajrzałem pod krzesło.
                      Do spodu siedzenia przyczepiono nóż oraz małą karteczkę. „Dla Davida od Zarządu Domu BezKońca”. Wzdrygnąłem się. Nie trudno było się domyślić, czego chciał ode mnie ten budynek. Miałem zabić samego siebie.
                      Podniosłem oczy do góry i spojrzałem prosto w przerażoną twarz mojego sobowtóra, który w końcu przestał kołysać się jak szaleniec.
                      Nigdy wcześniej nie zabiłem człowieka. Na samą myśl o tym, co zamierzałem zrobić robiło mi się niedobrze. Nie chciałem użyć noża, ale byłem świadom, że to jedyne wyjście z tej sytuacji. David na krześle też zdawał sobie z tego sprawę.
                      Zupełnie nieświadomie zacząłem myśleć o Peterze. Zastanawiałem się, czy on też dotarł tak daleko i czy spotkał identycznego Petera Terry siedzącego na krześle. Zastanawiałem się, co on zrobił.
                      Szybko otrząsnąłem się z tych myśli. Nie ważne było, czy zabił swojego brata bliźniaka, czy nie. Ja wiedziałem, że muszę zrobić użytek z tego noża, jeżeli chcę się stąd wydostać. Chwyciłem ostre narzędzie.
                      - Davidzie – spokojnym tonem zaczął mój sobowtór. – Co zamierzasz zrobić?
                      Podniosłem się z ziemi, trzymając drżącą ręką nóż.
                      - Zamierzam stąd wyjść.
                      David wciąż siedział na krześle, jego zachowanie jednak uległo zmianie. Był teraz bardzo spokojny. Popatrzył na mnie. Na jego twarzy zamajaczył lekki uśmiech. Nie wiedziałem, czy zacznie się śmiać, czy też rzuci się na mnie. Powoli wstał. To było niesamowite. Był tego samego wzrostu, a nawet patrzył się na mnie w identyczny sposób, jak ja na niego. Mocniej ścisnąłem nóż.
                      - Teraz cię skrzywdzę – powiedział łagodnie. – Skrzywdzę cię i będę cię tu przetrzymywał.
                      Nie odpowiedziałem mu. Skoczyłem na niego, przewracając go na ziemię. Przygwoździłem go do podłogi. Uniosłem rękę, gotowy zadać cios. Popatrzył wprost na mnie. Był przerażony. Zupełnie tak, jak ja. Czułem się, jak gdybym patrzył w lustro. Opuściłem gwałtownie rękę. Stalowe ostrze przebiło jego pierś.
                      Ponownie zostałem otoczony przez nieprzenikniony mrok. Ciemność była jeszcze głębsza niż w pokoju numer trzy. Wydawało mi się, że jestem zawieszony w powietrzu. Nie mogłem się ruszać. Stan ten trwał przez wiele godzin, może nawet dni. W czasie tym do mojej głowy przychodziło wiele myśli. Rozmyślałem o moich rodzicach, o Peterze, a przede wszystkim o Domu. Udało mi się: byłem w pokoju numer dziewięć. Dom BezKońca miał jednak koniec, a ja do niego dotarłem. Jednak co dalej?
                      Ostatecznie się poddałem. Nie miałem już siły dłużej walczyć. Wiedziałem, że jestem tu uwięziony na zawsze, a moim jedynym towarzyszem będzie ciemność. Nie miałem szans na wydostanie się z tego pokoju. Nie mogłem poruszyć żadną kończyną. Nie mogłem wydać żadnego dźwięku. Nie słyszałem swojego oddechu. Próbowałem wyczuć jakikolwiek smak w ustach, nie poczułem jednak nic. Byłem stracony. Pokój numer dziewięć był piekłem, w którym przyjdzie mi spędzić wieczność.
                      Wtedy to się stało. Dostrzegłem światło. Jedno z tych stereotypowych światełek na końcu tunelu. Poczułem, że odzyskuję władzę nad ciałem. Pod moimi nogami pojawił się stały grunt. Nie pozostało mi nic innego, poza kroczeniem w stronę światła.
                      Otocznie wokół mnie gwałtownie się zmieniło. Stałem teraz w holu Domu BezKońca. Wszystko było identyczne. Pomieszczenie wyglądało, niczym udekorowane na Halloween. Wiedziałem, że coś musi być nie tak. Coś musi się różnić. Miałem rację. Na stole, na środku pokoju leżała koperta. Znalazłem w niej pięć studolarowych banknotów i kolejną małą kartkę.
                      „David Williams
                      Gratulujemy! Udało ci się znaleźć wyjście z Domu BezKońca! Proszę, weź te pieniądze, jako nagrodę za twój niezwykły wyczyn!
                      Pozdrawiamy
                      Zarząd Domu BezKońca.”
                      Zacząłem się maniakalnie śmiać. Nie mogłem przestać. Śmiałem się, gdy wyszedłem z budynku i wsiadłem do swojego samochodu. Śmiałem się jadąc do domu. Śmiałem się, kiedy stanąłem przed drzwiami swojego domu i śmiałem się, kiedy zobaczyłem namalowaną na nich liczbę dziesięć.

                      Miłej lektury. wink
                      • jonasofanka Re: Znalezione. 03.08.12, 17:49
                        pegan_

                        Widzę, ze sie nieźle wkręciłaś ahhahahhaha : D. No cóż, żeby Ci się odwdzięczyć za to, ze mam kilka past do czytania (oprócz Domu BezKońca , czytałam: >wink. Wstawię coś zaraz, jeśli znajdę coś naprawde dobrego :3.
                        • jonasofanka Re: Znalezione. 03.08.12, 18:12
                          Cz.I

                          [b]Wiele osób intuicyjnie wyczuwa miejsca w których straszy. Nie wiedzą co, nie rozumieją dlaczego ale czują chłód obecności, nieokreślony paraliżujący lęk. Duchy mają swoje ulubione miejsca pobytów, które my określamy jako wyjątkowe. Występują przeważnie w opuszczonych domach, na cmentarzach, leśnych uroczyskach. Czerpią energię z błąkających się w pobliżu zwierząt, biegających dzieci lub wędrujących turystów. Zawsze czekają – cierpliwe i nieustępliwe.

                          W okolicach Barda istnieje kilkanaście takich miejsc. Wiele związanych z nimi opowiadań to mniej lub bardziej fantastyczne bajki o duchach, rusałkach, wampirach i różnych demonach. Wszystkie nieprawdopodobne i niewiarygodne. Wszystkie z wyjątkiem jednej.

                          Pracując nad historią tego miejsca miałem wątpliwości czy wyjawić czytelnikom jego lokalizację. Moje wątpliwości wynikały z dramatycznych wydarzeń, jakie były związane z tą sprawą w minionych lat. Doszedłem jednak do wniosku, że każdy kto posiada umiejętność intuicyjnego wyczuwania takich miejsc lub więcej niż trochę odwagi, powinien mieć możliwość udania się tam osobiście i doświadczenia wszystkiego na własnej skórze. Oczywiście na własną odpowiedzialność. A jak się mówi: odwaga to nic innego jak sztuka zaciskania zębów w odpowiednim momencie.

                          Gdzie więc znajduje się to miejsce? Otóż każdy, kto weźmie do rąk mapę Gór Bardzkich i spojrzy na ich Grzbiet Wschodni, z łatwością znajdzie na niej szczyt o nazwie Wysoki Kamień (niemiecka nazwa: Der Hohe Stein). Znajduje się on mniej więcej w połowie linii prostej między wsią Laskówka a Przełęczą Łaszczowa. Wierzchołek góry jest dość płaski i wydłużony z dwoma widocznymi niewielkimi wzniesieniami. Na jednym z nich znajduje się właśnie „Wysoki Kamień” będący potężnym, wysokim i masywnym blokiem skalnym skrytym wśród drzew. Wokół niego, w promieniu kilku metrów, dookoła całego zbocza, znajduje się rumowisko mniejszych bloków skalnych tworzących jakby okręg wokół centralnego bloku.

                          Wysoki Kamień byłby wymarzonym miejscem na spacery gdyby nie pewne wydarzenia z 1966 roku, które na zawsze odmieniły jego historię. Z rozmów ze świadkami, do których udało mi się dotrzeć i przeprowadzonej kwerendy w prasie z tamtych czasów udało się ustalić najważniejsze fakty.

                          16 lipca 1966 roku grupa czterech nastolatków, dla rozrywki, postanowiła przeprowadzić seans spirytystyczny i wywołać ducha. Podeszli do sprawy bardzo poważnie zgromadziwszy wszystkie potrzebne przedmioty i przestudiowawszy dostępną literaturę na ten temat. Na miejsce owego seansu wybrali szczyt góry Wysoki Kamień, z uwagi na aurę tajemniczości jaką roztaczało to miejsce wokół siebie i zupełne odludzie. Seans odbył się dokładnie o północy. Celem było wywołanie ducha, związanego z miejscem w którym się znajdowali. Byli pewni, że nie wyjdzie z tego nic oprócz dobrej zabawy. Przeliczyli się.

                          Tuż po zakończeniu seansu nagle ucichł wiatr. Letnie, ciepłe powietrze zamarło i zgęstniało. Nie poruszało się ani jedno źdźbło trawy, ani jedna gałązka. Nastąpiła głucha cisza. Ognisko, które rozpalili, zgasło nagle tak jakby po prostu ktoś je zdmuchnął. Przerażeni rzucili się do plecaków po latarki. W tym momencie usłyszeli szelest kroków. Coś lub ktoś zaczęło się poruszać biegiem, w szaleńczym pędzie, dookoła ich obozowiska. Łamiąc z trzaskiem gałęzie, poruszając krzaki, kołysząc mniejszymi drzewami. Świecąc latarkami w ciemnościach, w kierunkach skąd dobywały się te dźwięki widzieli tylko ruszające się gałęzie i drzewa. Spanikowali. Rzucili się do ucieczki na oślep w dół zbocza.

                          Do najbliższej wsi, Laskówki, dotarło tylko dwóch. Byli wykończeni, przerażeni i cali pokaleczeni nocnym biegiem po lesie. Nikt nie chciał im uwierzyć w to co opowiadali. Od razu wezwano milicję.

                          Rankiem, po dwóch dniach od zdarzenia, rozpoczęto poszukiwania dwójki, która była w noc wywoływania duchów na górze i nie wróciła do tej pory. Trwały one sześć dni. Sześć dni w czasie których przeczesano góry na całej szerokości, od Barda po szosę Kłodzko-Złoty Stok. Chłopaków nigdy nie odnaleziono. Zostali uznani oficjalnie za zaginionych.

                          Po tym zdarzeniu cała dwójka, która pozostała, miała co noc koszmary senne o swojej śmierci. W każdym śnie występowała niewyraźna, wysoka postać o imieniu Aargaroth (pisownia zachowana według wywiadu jednego z chłopaków dla gazety), która, jak mówili nastolatkowie, patrzyła się jak umierają.

                          Pierwszy z nich zniknął bez wieści 24 lipca, osiem dni po wydarzeniu, drugi zaś dwa dni później tj. 26 lipca 1966 roku. Nigdy ich nie odnaleziono. Od 16 lipca 1966 roku do czasów dzisiejszych istnieje łącznie osiem udokumentowanych przypadków zaginięć osób, które były w dni poprzedzające zaginięcie na Wysokim Kamieniu. W większości byli to pracownicy leśni. Obecnie zbocza Wysokiego Kamienia porasta najgęstszy i najbardziej niedostępny las w całych Górach Bardzkich. Ci, którzy wracają z góry, zawsze w dzień, opowiadają o niesamowitych rzeczach jakie dzieją się na samym jej szczycie. Jak do tej pory nikt nigdy nie zdecydował się zostać tam po zmroku. Mówią, że strach ma wielkie oczy ale na Der Hohe Stein czuć nie tylko jego wzrok na sobie ale także dotyk…

                          Ostatnio, idąc leśnym szlakiem w Bardzie znalazłem dziennik. Po przeczytaniu treści pomyślałem, że ktoś ma bujną wyobraźnię, ale dla pewności zaniosłem go na policję. Oto fragment z ostatnich stron:

                          15 lipca 1966, 17:00

                          Wreszcie udało mi się namówić znajomych na planowaną od roku wyprawę na Wysoki Kamień. Wszyscy mieszkamy w Bardzie, a nie mieliśmy jeszcze okazji być w tym miejscu. Jutro o 11 zaczynamy wędrówkę. Kamil wspominał, że zabierze tablicę Ouji i pobawimy się w wywoływanie duchów. Wszyscy z okolicy znają legendy związane z tym miejscem. Oczywiście nikt nie wierzy w te głupoty, ale z tablicą będzie niezły ubaw. Planujemy zostać tam na noc, pod namiotami.

                          16 lipca 1966, 10:30

                          Wyruszyliśmy z Przełęczy Bardzkiej zielonym szlakiem w stronę Wysokiego Kamienia. Miała iść z nami jeszcze Magda, ale chyba się rozchorowała. O 16 powinniśmy być na miejscu.

                          16 lipca 1966, 16:30

                          Właśnie dotarliśmy. Mieliśmy lekkie opóźnienie bo zgubiliśmy trasę. Nie wiem czemu, ale mam dziwne wrażenie, że ktoś nas obserwował po drodze. Pewnie to tylko durne przeczucie i wmówiłem sobie coś, słuchając zmyślonych historii tych idiotów przez całą drogę. Niech nie myślą sobie, że udało im się mnie wystraszyć. Czas nazbierać gałęzi i rozpalić ognisko.

                          16 lipca 1966, 20:00

                          Zaczyna się ściemniać. Kamil wyciągnął swoją magiczną tabliczkę i chce odprawić rytuał przywołania ducha. Marek prosi go, by tego nie robił- w końcu jesteśmy w samym środku lasu, z dala od cywilizacji i nikt nam nie pomoże. No ale przed czym ktoś ma nam pomagać? Chyba nie wierzy w te głupoty o duchach. W ostateczności przekonaliśmy go do odprawienia rytuału. Kamil z szyderczym uśmiechem zaczął przyzywać ducha. Mówił: "Duchu! Duchu! Przyjdź, jeśli mnie słyszysz! Przyjdź, jeśli istniejesz! Nie bój się, przyjdź! Słyszysz idioto?! Przyłaź! ". Oczywiście, tak jak podejrzewaliśmy nic się nie stało.

                          16 lipca 1966, 21:00

                          Po wypiciu kilku piw rozbliśmy namiot. Chyba czas już iść spać.

                          16 lipca 1966, 21:30

                          Mam dziwne wrażenie, że słyszałem coś na zewnątrz namiotu. Pewnie to wiatr przewalił jakieś gałęzie. Nie będę zawracał sobie tym głowy.

                          16 lipca 1966, 21:45

                          K*rwa mać! Co za idiota! Gdy zasnęliśmy, Kamil wyszedł na zewnątrz i zaczął krzyczeć "Uciekajcie! Duch przyszedł i chce się zemścić!" i kopał w namiot. Mało nie zszedłem na zawał.

                          16 lipca 1966, 22:00

                          Coś naprawdę uderzyło w namiot. Tym razem to na pewno nie jest Kamil, ani nikt z nas bo wszyscy są w namiocie. Ktoś musi wyjść sprawdzić,co to. Mam nadzieję, że sarna albo inne zwierzę. Ciągneliśmy losy. Padło na Marka.

                          16 lipca 1966, 23:00

                          Marka dalej nie ma. Nie wiem co robić. Gdzie on jest tak długo?! Boję się ruszyć! Cały drżę ze strachu.

                          16 lipca 1966, 23:10

                          Boże! Do namiotu ktoś wrzucił jego głowę! Marek nie żyje! Ta gł
                          • jonasofanka Re: Znalezione. 03.08.12, 18:13
                            Cz.II

                            16 lipca 1966, 23:10

                            Boże! Do namiotu ktoś wrzucił jego głowę! Marek nie żyje! Ta głowa ma wydrapane oczy! Musimy stąd uciekać. Jakiś psychopata chce nas zabić!

                            16 lipca 1966, xx:xx

                            Wraz z Kamilem wybiegłem z namiotu. Przed nim ujrzeliśmy straszny widok. Rozczłonkowane zwłoki Marka. Wszędzie było pełno krwi. Rzuciliśmy się do ucieczki. Było ciemno jak w du*ie. Biegliśmy drzewami na oślep. Kamil został trochę z tyłu. Właśnie siedzę pod jakąś skarpą i czekam na niego. Mam nadzieję, że żyje.
                            Słyszę szelest ściółki leśnej. Ktoś tu idzie.
                            Na szczęście to Kamil. Jest jakiś dziwny. Co on robi?! Stanął przede mną i patrzy się na wprost, nieobecnym wzrokiem. Powiedział "Aargaroth videt te. Tempus mori.", po czym wbił sobie nóż w brzuch i opadł na ziemię.
                            Ku*wa. Co ja mam robić?! Co się tutaj dzieje?! I kto to do k*rwy nędzy jest Aargaroth?!
                            Muszę biec przed siebie. Słyszę za sobą szybkie kroki i krzyki. Upa...

                            Na policji okazało się, że 16 lipca 1966 zaginęła trójka młodych ludzi. Ich ciał do dzisiaj nie odnalezionio. Najprawopodniej jest to fragment pamiętnika Michała.

                            najnowszy z creepypastaPolska. Wciągnęło mnie, zaraz wyląduje tu druga pasta, specjalnie dla
                            pegan_
                            • jonasofanka Re: Znalezione. 03.08.12, 18:15

                              "princess.exe"

                              Mój brat, zaraz po tym jak otrzymał posadę jako technik komputerowy, wyprowadził się z domu. Był to początek 2002 roku i od tamtej pory słuch o nim zaginął. Starałem się z nim skontaktować – dzwoniłem, pisałem maile – wszystko na nic… Któregoś dnia postanowiłem osobiście złożyć mu wizytę. Przywitały mnie zamknięte drzwi oraz 3 koperty przybite do jego drzwi (jakieś zaległe rachunki i listy).

                              Wracając do domu, zauważyłem, że ktoś zostawił szary uszkodzony laptop na środku mojego podjazdu. Wysiadłem z samochodu aby obejrzeć go dokładniej.

                              Monitor LCD zdecydowanie wykazywał oznaki „użytkowania”. W lewym górnym rogu ekranu widać było ogromny otwór, który wpasowywał się dokładnie w rozmiar standardowego śrubokręta marki „Philips Head”. Nad nim, widniała kamerka internetowa, która także została zniszczona przy użyciu śrubokręta. Oprócz tych dwóch „szczegółów”, komputer wydawał się być praktycznie nowy. Klawisze były lekko wyblakłe, ale nie do tego stopnia aby nie można było ich używać. Spojrzałem na tył monitora, aby dowiedzieć się jakiej jest marki, jednak nie mogłem nic znaleźć. Jestem pewien, że dokładnie go sprawdziłem i nigdzie, powtarzam NIGDZIE, nie znalazłem żadnego tekstu, żadnego logo. W rzeczywistości laptop nie posiadał nawet „Dowodu Licencji” czy naklejki gwarancyjnej. Co dziwniejsze, laptop posiadał tylko dwa porty : VGA (używany do podłączenia zewnętrznego wyświetlacza przyp. tłum) oraz USB. Było to zastanawiające ponieważ jak długo, jakiekolwiek urządzenie elektroniczne, może działać bez portu ładowania ? Uznałem w końcu, że musiał być to jeden z tych bardzo tanich laptopów w którym aby naładować baterię , należy wyjąć ją z komputera i podłączyć do zewnętrznej ładowarki – jeszcze bardziej zastanowiło mnie, dlaczego w takim wypadku posiadał on kamerkę internetową ?

                              Zaintrygowany, co dokładnie znajduje się na laptopie, pobiegłem do mojej piwnicy, gdzie był przechowywany mój stary, nieużywany od dawna komputer. Znajdował się tam tylko dlatego, że zapomniałem przenieść tego behemota do lokalnej stacji SarCan (punkty recyklingu elektroniki przyp. tłum). Używał bym go dalej jednakże potrzebuje on od 5-6 godzin aby w pełni się uruchomić, ponieważ zawsze przechodzi w tryb odzyskiwania systemu, a jego procesor jest o wiele za „wolny” aby odzyskać wszystkie dane na 500 gigabajtowym dysku twardym (pamiętaj ze 120mhz procesorem Pentium nie zajedziesz daleko). Cóż… nieważne zresztą. Usunąłem więc stary monitor typu CTR firmy LG i podłączyłem go do laptopa. Miałem już nacisnąć przycisk zasilania, gdy…

                              …Zatrzymałem się. Nie ma mowy żeby działał, bateria już dawno musi być rozładowana.

                              Przetrząsnąłem całą piwnicę aby znaleźć mój tester napięcia. Gdy tylko go dorwałem odłączyłem baterię od laptopa i sprawdziłem odczyt… Bardzo niskie… Nie ma szans aby działał. Trudno – pomyślałem – najwyżej poleży tutaj do rana. Jutro zabiorę ten cały szmelc do SarCan i zrobią wreszcie z tym porządek. Odłączyłem monitor od laptopa, podłączyłem do mojego PCta i zostawiłem tak wychodząc z piwnicy. Skierowałem się prosto do mojego pokoju aby pooglądać telewizję. Oglądałem ją przez jakieś trzy godzinki po czym położyłem się do łóżka.

                              Jednak nie cieszyłem się długo słodkim snem. Został on przerwany przez bardzo głośny dźwięk. Ku mojemu zdziwieniu rozpoznałem go jako sygnał uruchamiania systemu Windows 2000 – z wrażenia spadłem z łóżka. Hałas był tak głośny, że mógłbym przysiąc, że ktoś trzymał głośniki tuż przy moich uszach. Gdy wreszcie się jakoś pozbierałem, przez minutę czy dwie starałem się zrozumieć gdzie znajduje się źródło tych dźwięków.

                              Wreszcie wpadłem na świetny pomysł :

                              - Komputer ! Musiałem go przez przypadek włączyć gdy zmieniałem monitory !

                              Zadowolony z tego, że udało mi się rozwiązać zagadkę, skierowałem się w kierunku piwnicy, gdy nagle zamarłem w połowie drogi…

                              Zaraz...

                              To nie mógł być żadnym sposobem mój komputer…

                              Przecież miałem na nim zainstalowanego Windowsa 95…

                              Po tym wszystkim nie miałem najmniejszej ochoty na wybieranie się gdziekolwiek a na pewno nie do mojej piwnicy. Jednak zdrowy rozsądek zaczął brać górę nad przerażeniem i zdecydowałem, że musi być to jakiś problem systemowy – w końcu komputer był dość długo nieużywany. Ku mojemu zdziwieniu, komputer nie był włączany… mówiąc szczerze nie był on nawet podłączony do prądu. W takim razie pozostała ostatnia możliwość :

                              - Laptop…

                              Pośpiesznie usunąłem z niego baterię i podłączyłem jeszcze raz do woltomierza.

                              Tym razem nie mogłem odczytać żadnej konkretnej liczby. Tester zupełnie oszalał.

                              Podłączyłem baterię jeszcze raz i wcisnąłem przycisk „start”. Zaświeciły się jakieś światełka kontrolne co świadczyło o tym, że komputer jest w 100 % sprawny. Musiałem wiedzieć co się tutaj do cholery wyprawia. Podłączyłem mój stary monitor CTR do laptopa, i moim oczom ukazał się…

                              …Praktycznie pusty pulpit, jedyne co można było zobaczyć to trzy ikony znajdujące się w lewym dolnym rogu ekranu. Pasek zadań był pusty, nie było także nigdzie widać przycisku „start”.

                              Tapeta (a raczej jej brak) była zupełnie czarna. Czemu ktoś miałby zrobić coś takiego ze swoim komputerem ? Pytałem sam siebie. Każdy z nas może usunąć wszystkie ikony z pulpitu, ale trzeba być bardzo dobrze wyszkolonym hakerem aby zrobić to samo z przyciskiem „start”. Z wszystkich trzech ikon, jeden był to folder „Gry” a drugi „Video”. Trzecia ikonka to cmd.exe. Przez chwilę miałem wrażenie, że jest to jeden z tych laptopów stworzonych specjalnie dla dzieci. Kliknięcie na folder z grami potwierdziło moje przypuszczenia; laptop musiał należeć do jakiejś małej dziewczynki. Poczułem jakieś irracjonalne wyrzuty sumienia, dziewczynka musiała być dość biedna ponieważ w folderze znajdowała się tylko jedna gra i nie miałem bladego pojęcia jakiego gatunku. Nazywała się princess.exe. Włączyłem program z czystej ciekawości – chciałem zobaczyć na czym polegała. Moim oczom ukazał się w pełni animowany ekran tytułowy. Pojawiały się na nim różne bajkowe postacie. W tym momencie na ekranie pojawiło się logo gry. Nazywała się „Kreator Księżniczek : Spraw byś była piękna !”.

                              Ah, więc musiała być to jedna z tych nisko budżetowych gier typu „nałóż na swoje zdjęcie jpgi. ubranek”. Oczywiście dalsze buszowanie w programie tylko to wszystko potwierdziło. Gdy na ekranie pojawiło się „menu” otrzymałem do wyboru dwie możliwości :

                              - „Wystrój się !”
                              - „Przeglądaj śliczne zdjęcia”

                              Chciałem zobaczyć jak wyglądała dziewczynka do której wcześniej należał laptop więc wybrałem drugą opcję. Nie mogła mieć więcej niż 5 lat, co więcej wyglądała bardzo uroczo. Po jej rysach twarzy oraz kolorze skóry wywnioskowałem, że pochodziła z rodziny meksykańskiej bądź hiszpańskiej. Ubrana była w lekko zniszczoną białą sukieneczkę, dookoła kołnierzyka i rękawów miała doszyte czerwone falbanki. Cała sukienka była pokryta malutkimi czerwonymi różyczkami. Uśmiechnąłem się sam do siebie, wyglądała jakby sprawiło jej dużo frajdy nałożenie wirtualnego diademu na jej małą słodką główkę. Przeglądając zdjęcia zauważyłem, że więcej niż połowa zdjęć przedstawiała pusty pokój – jedyną widoczną rzeczą było łóżko znajdujące się w rogu pokoju. Jak sądzę z jakiegoś powodu unikała aparatu jakby miał ją poparzyć, czy coś w tym rodzaju, sam już nie wiem... Po chwili stwierdziłem, że wystarczy już zabawy z tym programem (w końcu był on skierowany do małych dziewczynek a nie do dorosłego faceta!). Nadszedł czas na kolejne foldery. Postanowiłem, przy użyciu aplikacji cmd poszukać innych plików znajdujących się na dysku twardym.


                              Moze czytałaś, a moze nie, ale to też jest niezłe ;3.

                              • jonasofanka Re: Znalezione. 03.08.12, 18:16
                                Cz.II

                                Po uruchomieniu, moim oczom ukazało się „:\>_”. Ok, to było już dość dziwne – nie było tam żadnej litery oznaczającej dysk ! Wprowadziłem polecenie „start C:\” . Wcisnąłem klawisz „Enter”. DOS przekazał mi tylko tyle, że „start” nie jest rozpoznane jako polecenie zewnętrzne, wewnętrzne czy też jako plik wsadowy. Po kilku sekundach program zawiesił się, a ja znów powróciłem do pulpitu. Ostatnią rzeczą do zobaczenia były więc pliki video. Po dwukrotnym kliknięciu na folder...

                                ...Ekran momentalnie stał się czarny. Pomyślałem, że pewnie się zawiesił. Jednak w tym momencie zauważyłem mały migający punkcik w lewym górnym rogu :

                                "_"

                                Po krótkiej chwili, na ekranie wyświetlił się komunikat : "start :\>videos\001.wmv". Pojawił się film, wyświetlony w trybie pełnoekranowym. Bohaterką filmu była ta sama mała dziewczynka której zdjęcia przeglądałem przed chwilą. Uśmiechała się i trzęsła z podniecenia. Jej szczęście sprawiło, że zrobiło mi się ciepło na sercu. Mimowolnie się uśmiechnąłem. Domyśliłem się, że musiała nagrywać film w czasie gdy grała w tą „ubierankę”. Na początku po prostu przesuwała paluszkami po padzie, chichocząc co chwilę. Musiała być to dla niej naprawdę dobra zabawa. Po jakiś dwóch minutach ekran znów stał się czarny na ułamek sekundy. Następnie wyświetlił się kolejny film... Tym razem dziewczynka miała na sobie różową koszulkę z odblaskowym napisem „Go Go Girl!”. Myślę, że program po prostu nagrywał ją za każdym razem, bez jej wiedzy. Poczułem się trochę nieswojo... Po co ktoś miałby właśnie tak zaprogramować zwykłą grę ? Zresztą nieważne, jeżeli folder z filmami nie zawierał niczego innego to równie dobrze mogłem wyłączyć komputer. Wcisnąłem więc przycisk zasilania...

                                ...Laptop jednak nie zareagował w żaden sposób. Film nadal trwał, tym razem dziewczynka miała na sobie pomarańczowy topik. Uśmiechała się i chichotała jak zawsze, uznałem więc, że system sam się wyłączy po tym jak skończy wykonywać polecenie. Nie mógł przecież trwać długo. Odtwarzały się kolejne części filmu, a ja powoli zaczynałem przysypiać. Po kilkunastu cięciach jednak coś się zmieniło...

                                ...Tym razem dziewczynka stała przed komputerem, bez żadnego wyrazu twarzy, zupełnie jakby nie odczuwała żadnych emocji... Zastanawiając się, co się tutaj do cholery dzieje, ponownie zainteresowałem się filmem. Tym razem nie wywołał on uśmiechu na mojej twarzy, mogę powiedzieć więcej – czułem się bardzo nieswojo widząc ją bez swojego zwykłego szerokiego uśmiechu... Pokój był bardzo ciemny, jedyne źródło światła to mała nocna lampka która stała na biurku. Tym razem ubrana była w białą piżamkę. Co ona ma zamiar zrobić – zastanawiałem się. Stała tam przez dobrą minutę, z tym przerażającym obojętnym wyrazem twarzy... Wpatrywałem się w nią w napięciu, jakby coś strasznego właśnie miało się wydarzyć...

                                W tym momencie pochyliła się i spod biurka podniosła piłkę do metalu. Trzymała ją przed sobą, jakby chciała mi ją pokazać... Następnie przyłożyła ją do swojego prawego policzka...

                                Na sam widok, skuliłem się w sobie...

                                Co tutaj się ku... dzieje ?!

                                Dziewczynka powolutku zaczęła odcinać sobie część twarzy. Krew kapała jej na szyję... Powoli byłem w stanie zobaczyć jej ząbki... Po 10 sekundach było widać już wszystkie... Krew pokryła praktycznie całą jej prawą stronę ciała. W końcu dotarła do swojej dolnej szczęki... Jej policzek odpadł na ziemie z cichym łoskotem... Nadal patrzyła w kamerę bez żadnych emocji... Nie mogłem już tego wytrzymać. Wyrwałem baterię z laptopa ale film nadal trwał...

                                Kolejne cięcie...

                                Tym razem dziewczyna krzyczała z bólu... Prawie spadłem z krzesła – dźwięk był tak głośny... Krzyczała w agonii przez 10 sekund. Od strony drzwi było słuchać głośny stukot. Ktoś najprawdopodobniej chciał dostać się do środka. Była to kobieta, mówiła w języku, którego nie byłem w stanie zrozumieć. Waliła w drzwi z całych sił, jednak nie mogła ich otworzyć – dziewczynka musiała je w jakiś sposób zatrzasnąć. Miałem już tego dość, starałem się odłączyć monitor od zasilania jednak wyglądało jakby ktoś go zespawał go z portem. Krzyki i wrzaski trwały do następnego cięcia...

                                Znów, jej twarz nie zdradzała żadnych emocji... Kobieta nadal łomotała w drzwi, krzycząc i nawołując swoją córeczkę. Dziewczynka znów chwyciła piłkę i przystawiła ją do swojego prawego ramienia. Na ten widok zupełnie mnie zatkało... To było okropne, niewyobrażalnie okropne i obrzydliwe... Krew lała się strumieniami... Krzyki za drzwiami zamilkły – założę się, że kobieta pobiegła po pomoc. Kiedy piła dotarła do kości, usłyszałem okropny zgrzyt od którego zjeżyły mi się włosy na całym ciele... Miałem ochotę zwymiotować. Zauważyłem że kawałek jej mięśnia utkną pomiędzy ząbkami. Wtedy nastąpiło kolejne cięcie... Po nim kolejne... Jej ubranko było już całe czerwone od krwi...

                                Ponownie, patrzyła w monitor bez żadnych emocji...

                                Boże... co ona ma zamiar teraz zrobić...

                                Kobieta w tym czasie wróciła, byłem w stanie rozróżnić jeszcze dwa inne głosy, prawdopodobnie był to jej ojciec i brat. W tym momencie przyłożyła piłę do prawej części swojej główki... Słychać było głośne rytmiczne uderzenia w drzwi... Starali się je wyważyć... Dziewczynka powoli, tak jak poprzednio, przecinała swoją głowę na pół. Krew tryskała dosłownie w każdym kierunku... Jej prawe oko, wywróciło się i po chwili z oczodołu zaczęła wypływać krew... Dotarła do górnej szczęki i zaczęła torować sobie drogę przez kości i zęby... To był najgorszy dźwięk jaki kiedykolwiek w życiu usłyszałem... Wciąż czasami go słyszę, tak jak teraz... Rytmiczne uderzenia w drzwi nasilały się, jednak ja w duchu miałem nadzieję, że jednak im się nie uda – że nie będą musieli patrzeć na ten koszmarny widok...

                                Kolejne cięcie...

                                I kolejne...

                                Na następnym widać było jak połowa jej główki upada na biurko... Jej oczy wypadły z oczodołów pod wpływem uderzenia. Krew dosłownie wszystko zalała... Dopiero wtedy udało im się wyważyć drzwi. Wszyscy niemal stracili przytomność na tak makabryczny widok. Ich córeczka była w kawałkach. Matka zwymiotowała i wybiegła z pokoju. Ojciec wpadł do pokoju, „złożył” jej główkę, przytulił do siebie i zawył z rozpaczy. Drugi mężczyzna, prawdopodobnie jej starszy brat, po prostu patrzył przerażony, chyba nie bardzo wiedząc co ma zrobić.

                                Ten przerażający pokaz samookaleczenia skończył się z tym filmem i po następnym cięciu widać było tylko pusty pokój... Westchnąłem z ulgą, byłem cały spocony i ciężko dyszałem. Nie zdawałem sobie sprawy, że było tak gorąco... Tyle pytań kłębiło mi się w głowie...

                                - Jak to w ogóle było możliwe !?

                                Byłem tak wystraszony, że spędziłem dobre 30 minut siedząc i wpatrując się w monitor – byłem dosłownie sparaliżowany. Wreszcie zebrałem się w sobie i wstałem... Popatrzyłem na laptop; miałem nadzieję, już po raz ostatni. Ciągle widać było pokój z łóżeczkiem...

                                Nagle...

                                Następne cięcie...

                                Na ekranie pojawiła się moja twarz...

                                Siedziałem w mojej piwnicy, używając laptopa...


                                O, także ten :3.
    • jonasofanka Re: Creepypasta. 03.08.12, 22:09
      Więc jak : >? Jeszcze coś, ktoś ;3?
      • pegan_ Re: Dobrze, że Myszka Micky nie miała takich akcji 04.08.12, 16:12
        Za drzwiami Disneya.

        Zastanawialiście się kiedyś, co się dzieje z tymi dziecięcymi gwiazdami Disneya? Za szybko w show biznesie, od razu na pełnych obrotach, obserwowane przez cały świat. Jasne, możesz się z nich śmiać, że są dla małych, naiwnych dziewczynek. Tak właśnie jest. Ale to nie jest n...
        iewinny świat. To nie jest kolorowa rzeczywistość z gazet.

        Pewnie znasz te historie. Załamania nerwowe po latach na szczycie. Zaczęło się od Britney Spears. Potem poszły kolejne gwiazdki. Te gwiazdeczki jednego sezonu, pamiętasz chociaż ich imiona? Demi Lovato – samookaleczanie, depresja, bulimia. Zaczęło się jak miała 12 lat. Miley Cyrus – dysfunkcyjna rodzina. Nagie zdjęcia. Zaczęła, gdy miała 14 lat. Wszystkich łączy to, że są lub były gwiazdami Disneya.

        Powiem ci coś. To wszystko przeczytałam w anonimowym mailu, który dostałam pewnego ranka. Szukałam informacji o ludziach wychodzących z depresji – o tych ludziach, którzy są obserwowani przez fanów, paparazzich. Szukałam na różnych, również amerykańskich stronach. Mail był bardzo niepokojący. Przedstawię wam tu jego treść, przetłumaczoną na polski.

        „Od: ghostwriter@gmail.com
        Do: *******@gmail.com
        Temat: za drzwiami disneya.
        Hej. Widziałem, czego szukasz. Powiem ci szczerze, że podzielę się z tobą tymi informacjami z trochę egoistycznych pobudek: nie chcę już tego trzymać w sobie. Muszę kogoś tym obarczyć. Jesteś pewna, że chcesz to czytać?

        Nieważne, jak mam na imię. Powiem tylko, że pracowałem w studiu Disney. Przyszedłem tam akurat, jak zaczynali kręcić te gó...ane seriale dla małolatów: Hannah Montana, Czarodzieje z Wavery Place, Słoneczna Sonny. Nie wiem, czy kiedykolwiek widziałaś któryś z tych badziewi, ale pewnie w mniejszym lub większym stopniu słyszałaś o tych ‘gwiazdeczkach’. To tak naprawdę rozpieszczone gó...arze, ale powiem ci: cholernie im współczułem. Jak ja miałem 14 lat, to martwiłem się tylko tym, że mam za dużego pryszcza na brodzie lub czy dostanę się na domówkę do seniorów.
        Zastanawiasz się moze, skąd oni się biorą? Z reguły to dzieciaki z małych miast. Marzące o karierze, sławie, pieniądzach. O tak, dostają to wszystko. I jeszcze więcej. Spójrz w ich mętne oczy i sztuczne uśmiechy. Po oczach widać, czy uśmiech jest szczery. Ich – nigdy.

        Oni nie dożyją trzydziestki. Wiem to. I myślę, że też to czujesz. Autodestrukcja. W jeszcze większym stopniu niż wszyscy inni. Możesz pomyśleć sobie, że przecież każdy był kiedyś młody. Jasne, ja też piłem piwo, czasem zajarałem fajkę lub zielsko. Ty pewnie też? Ale oni uciekają. Nieustannie.

        Widziałem te dzieciaki i patrzyłem, jak podpisują własne akty zgonu. Dosłownie. Rodzicie pobieżnie czytali umowy, niewiele rozumiejąc. Jeśli raz się podpiszesz, jesteś ich na zawsze. Nawet, jak już cię przeżują, wyplują i zostawią. Już zawsze będziesz dzieckiem Disneya. Nie uciekną od tego. Biedne dzieciaki, naprawdę.

        Ale dość tego trucia, przejdę do sedna. Wszystko co o nich słyszysz, jest zaplanowane. Celowo ich niszczą, a te dzieciaki, załamane jeszcze bardziej, sięgają głębiej. I potem widzisz siedemnastolatki chodzące po klubach bez majtek, uprawiające seks z przypadkowymi ludźmi, a następnego dnia uśmiechają się przy cukierkowych posterach swoich seriali. Cześć, jestem Hannah Montana. Jrstem taka szczęśliwa.
        Ktoś ich ciągle obserwuje. Chodzi za nimi. I tak zamyka się krąg. Uciekają. Wpadają w kolejne nałogi. Kariera się załamuje. Disney mówi: ŻEGNAM. A oni? Zamykają się w domach, w ciemnym pokoju oglądają seriale ze swoim udziałem. Uśmiechają się nieobecnie.

        Słyszałaś o Andy Tornillo? Raczej nie. Na przełomie 2000/2001 miała być nową gwiazdą serialu pt Amazing A. Typowy serial dla nastolatek, z chłopakami, szkołą w tle. Sama wiesz. Andy Tornillo, miała zaledwie 14 lat, ale była bystrą dziewczyną. Od początku czuła, że coś jest nie tak. Że obiecują jej za dużo. Że to się na niej zemści. Po podpisaniu umowy na pierwszy sezon serialu, Andy zaczęła czuć się coraz gorzej. Ciągle wymiotowała, miała ataki paniki, kilka razy zemdlała. W końcu dostała ataku serca. CZTERNASTOLATKA. Podobno coś wystraszyło ja na śmierć. W dłoni zaciskała kawałek papieru z nabazgranym ‘on mnie widzi’. Jak myślisz, kto?
        Wiem, że to jest chaotyczne. Sam do dzisiaj nie wiem, KTO lub CO stoi na najwyższym szczeblu w tej cholernej stacji. To nie są niewinne seriale. To nie są bajki dla dzieci. Spójrz na ich twarze. Ich oczy proszą o pomoc.”

        Demi Lovato próbowała popełnić samobójstwo. Kilkukrotnie. Anonimowi ludzie z jej otoczenia wspominali, że podczas jej ratowania, dziewczyna rzucała się krzycząc ‘on tu jest! Pozwólcie mi uciec!’. Jak myślisz... o kogo chodzi?
      • pegan_ Re: A żeby się trochę pośmiać. 04.08.12, 16:52
        Wieczór. Stoję przed lustrem w łazience z lekko uchylonymi drzwiami i staram się nie patrzeć na brzegi lustrzanej tajemnicy, tylko na twarz. Coś przemknęło po tafli, jeszcze raz i znowu. Nagle usłyszałem krzyk. To była moja mama:
        -Nie maż palcami po lustrze! Myłam je dopiero. A ty Heniek zrób coś w końcu z tymi mrówkami w łazience!
        Odetchnąłem. Wyszedłem z łazienki i od razu wskoczyłem do mojego ciepłego łóżka. Musicie wiedzieć, że z mojego pokoju wychodzą drzwi do opuszczonego pomieszczenia. Często słyszałem tam drapanie i trzask desek, ale czułem, że dziś nastąpi apogeum.
        Puk puk.
        Mówiłem, Ktoś stamtąd puka.
        Puk puk.
        Podszedłem na palcach do drzwi i nasłuchiwałem.
        -Kto tam? - krzyknąłem
        -Listonosz!
        -Kto?
        -No listonosz, k#rwa!
        Okazało się, że ktoś pukał do drzwi wejściowych.
        -Nie ktoś, tylko listonosz Jarek!
        To znaczy, okazało się, że to był listonosz Jarek. Otworzyłem mu drzwi i spojrzałem na niego, ale wcale nie wyglądał jak listonosz Jarek. Postać w ogóle miała wykrzywioną twarz, była nienaturalnie gruba, w ręku trzymała kij i uśmiechała się szpetnie.
        -Żartowałam, jestem sprzątaczka Barbara, ale i tak przyniosłam list, bo mnie o to poprosił listonosz Jarek.
        Podziękowałem i wziąłem dostawę do ręki. Zamknąłem drzwi i rozerwałem kopertę. Oczom ukazała mi się płyta z napisem "Icy Power, 0.6". 0.6? Przypomniał mi się ostatni mecz naszej reprezentacji. Tylko kto mógł coś takiego wysłać? Nie było nadawcy, był tylko odbiorca. Właśnie, jakby inaczej przyszła ta przesyłka? Dlaczego właśnie do mnie? Dlaczego nie przyszedł listonosz Jarek? Usłyszałem pukanie. Otworzyłem drzwi. To była sprzątaczka Barbara.
        -Listonosz Jarek nie mógł przyjść, bo zachorował. Na grypę chyba, jakby cię to ciekawiło.
        -Dziękuję za informację.
        -Proszę.
        Miałem odpowiedź przynajmniej na jedno pytanie. Odpaliłem zatem ową gierkę i mym oczom ukazał się człowiek w czapce. Nieco pikselowaty, ale trochę przerażająco uśmiechnięty. Muzyka była straszna, krzykliwa i piszcząca. Wcisnąłem "Start game" i nagle obejrzałem się, że jestem w piwnicy i trzymam w ręku słoik ogórków. Co ja tu robię? Dlaczego tu jest tak ciemno? Aha, mama kazała mi zejść po ogórki na obiad, a światło już od roku tu nie działa. Wróciłem do pokoju, gdy zadzwonił telefon.
        -Słucham?
        -To ja!
        -Halo? Jaki "ja"?
        -Twój koszmar!
        -Co?
        -Spójrz przez okno!
        -Nie!
        Rzuciłem telefon w którym coś jeszcze zabrzęczało (-Chłopaki! Mówiłem, że ten lamus się nabierze!) i zasłoniłem wszystkie zasłony i żaluzje. Rodzice się zdziwili, ale mówiłem, że to dla ich dobra. Ojciec zapytał mnie, czy pojadę po wujka do zakładu psychiatrycznego, bo dziś wychodzi i będziemy się nim opiekowali. Zgodziłem się, ale pod warunkiem, że wezmę ze sobą mój pistolet.
        -Jaki pistolet? - zapytali rodzice.
        -Nieważne...
        Po pół godziny nieustannej podróży zatrzymałem się na stacji, by coś przekąsić. Gdy wróciłem do samochodu, na przednim siedzeniu siedział stary mężczyzna, smutny i obdrapany. Zapytał, czy go podwiozę. Odmówiłem ze strachu, po czym on przeklinając mnie, wybił mi szybę i uciekał z radiem. Zastrzeliłem go. Dojeżdżałem już do psychiatryka, gdy zadzwoniła moja komórka, ktoś z nieznanym mi numerem. Trzęsącą się ręka odebrałem połączenie.
        -Słucham?
        -Robi? Dzwonię z telefonu mamy, fajna ta gra, którą ci wysłałem?
        -Fajna! - rozłączyłem się wściekły.
        Byłem na miejscu. Zatrzymałem samochód na parkingu i wszedłem do budynku. Wujek kiedyś był znanym piosenkarzem, muszę przypomnieć tylko jego pseudonim artystyczny i zrobię temu recepcjoniście niezły kawał. Już wiem!
        -Chcę widzieć się ze Strażnikiem Pieśni.
        -Następny, k#rwa! - rzekł ów recepcjonista i mnie pobił. Rzucił we mnie kamieniem i rzekł:
        -Kamień jest przedmiotem pierwszym z ostatnich, gdy tu wrócisz dostaniesz nim ponownie.
        Gdy obudziłem się z omdlenia, policja mnie szukała za zabicie tego staruszka ze stacji benzynowej.
        Musiałem uciec do Meksyku.


        ~A zastanawiałaś się dlaczego sąsiad Jarek nie przyszedł? Też musiałam uciec do Meksyku..

        big_grin
        • pegan_ Re: A żeby się trochę pośmiać. 04.08.12, 18:16
          Perdona. To był listonosz Jarek.
          • jonasofanka Re: A żeby się trochę pośmiać. 04.08.12, 19:28
            Dlaczegooo tylko my sie u odzywamy :C?

            Ale tak w ogóle, znielubiła pasty na fejsie. Weszłam na ich czat, napisałam adres swojego bloga i ban AHAHAHAHAHA. To wiesz, fak ju i nie lubię tej strony. Ch...e ;3.

            Ale pasty czytam nadal. Cóż, czekam az ktoś inny jeszcze wrzuci pastę : D
            • pegan_ Re: A żeby się trochę pośmiać. 05.08.12, 15:07
              To^ mi przypomniało jak kiedyś na jakimś hiszpański czacie napisałam zdanie po polsku i też dostałam bana. To dopiero rasizm pełną gębą. xD

              Ja też ich nie lubię, bo nie mam facebooka i mogę czytać tylko te najnowsze, a tych archiwalnych już nie. Chyba, że mogę, ale tego nie wiem.
              Ja je czytam na paranormalne.pl. Tyle tam jest tego, że ho ho.

              Dobrze to już nic nie wrzucam tylko czekam na kogoś innego. wink
    • limewire Re: Creepypasta. 04.08.12, 19:53
      to nie jest w ogóle straszne xd
      najlepsze są te z kwejka big_grin
    • pegan_ Re: Creepypasta. 06.08.12, 15:56
      UP!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka