Witam wszystkich,
od dłuższego czasu podczytuję forum (od kiedy zostałam kochanką

) , ale piszę pierwszy raz.
Od 5 lat jestem sama (rozwód 4 lata temu). Początkowo szukałam miłości, spotykałam się z mężczyznami, ale albo nie byli dla mnie, albo chcieli zbyt wiele.
W zasadzie 2 lata mi minęły.
Wtedy był wyjazd integracyjny, spotkałam faceta, który na mnie podziałał. Ale to były ostatnie tańce, pożegnaliśmy się pod drzwiami mojego pokoju (jego wybór

)
Kilka miesięcy potem - kolejny wyjazd. Byliśmy nierozłączni. To mężczyzna z moich marzeń.
Poszliśmy do łóżka, było rewelacyjnie.
Zaczęliśmy flirtować. Umówiliśmy się na spotkanie. Od początku było jasne dla nas obojga - to tylko seks. On ma rodzinę, której nie zamierzam rozbijać. Nie wiodło się tam dobrze, inaczej nie wylądowałby ze mną w łódzku, ani potem nie spędzałby ze mną całych wieczorów na komunikatorach.
Tak minęły 3 lata, niemal co wieczór na komunikatorze, a co kilka tygodni upojny wyjazd.
Kochamy się, ale żadne z nas nie chce zmienić swojego wygodnego życia (ja jestem sama, ale mam 2 dzieci, które tu mają swoje miejsce, mam pracę, mieszkanie, on to samo i na dodatek żonę, z którą w dzień dobrze mu się układa, w nocy wcale)
Ostatnio sprawa się rypła, ona przeczytała jakiegoś smsa (nie ode mnie, nie piszę do niego przez tel

).
On się przyznał do jednorazowego wyskoku

Ona postanowiła się poprawić.
Życzę im, żeby się poukładało, ale nie chcę by nasz związek się skończył.
On zapewnia, że chce byśmy utrzymali status quo. Ja też.
Ale zastanawiam się (o czym mu powiedziałam), czy nie ryzykujemy (w zasadzie on) zbyt wiele?