jedruch
22.07.06, 09:05
Kiedy zaczynałem wolontaryjnie przychodzić do dr K. do ambulatorium Kliniki
Chemioterapii u nas w Instytucie, musiałem przebijać się przez tłum pacjentów
- zwykle lekarz musiał przyjąć, zbadać, zdiagnozować i podjąc decyzję odnośnie
kwalifikacji do leczenia około 60-70 chorych dziennie. Daje to jakieś 6 minut
na pacjenta.
Dr K. był swego czasu na stażu w Wielkiej Brytanii i opowiedział mi pewną
poglądową historię. Opiekun jego stażu, konsultant z Kliniki Onkologii w
Londynie, zszedł któregoś dnia do ambulatorium, żeby dowiedzieć się, ilu
chorych ma zarejestrowanych. Kiedy wrócił, był strasznie zdenerwowany, ciskał
wulgaryzmami i krzyczał do dr K.: "Jak mam pracować? Jak podejmować
odpowiedzialne decyzje?" Okazało się, że na ośmiogodzinny pobyt w ambulatorium
miał zapisanych 9 chorych. Taka jest różnica pomiędzy tamtejszą onkologią a naszą.
Pozwala to zrozumieć, dlaczego nasi lekarze mogą nie mieć czasu na spokojną,
merytoryczna dyskusję z pacjentem w ambulatoriach placówek publicznych.
Wymagania są wielkie, i dobrze, ale trzeba stwarzać warunki do spełniania wymagań.