Gość: Kot Behemot
IP: *.client.attbi.com
23.12.03, 07:32
Licencjat - przyklad glupoty i zapatrzenia sie w Zachod. Owszem,
w USA najpierw zdobywa sie dyplom tzw. bakalarza (B.S.).
Dlaczego? Ano dlatego, ze podczas tych nizszych kursow (tzw.
undergraduate) "studenci" douczaja sie tego, czego u nas ucza sie
dzieciaki w liceum. Wzglednie prostej matematyki, na przyklad.
Inny system. Tam pasuje, u nas - nie.
Licencjat, przynajmniej w naukach scislych, to fikcja. Co moze
umiec zdobywca takiego dyplomu z, powiedzmy, chemii?
Pierwsze kilka lat na studiach magisterskich sa poswiecane na
nauke niezbednych podstaw, w tym z matematyki i fizyki. Dopiero
po tym, od trzeciego roku, przechodzi sie do bardziej
zaawansowanej chemii, na czwartym idzie na wybrana specjalizacje,
przerabia zaawansowane kursy z danej dziedziny i robi dyplom. No
i dobra, powiedzmy, ze dzielimy to na licencjat i magisterium.
Na tym "licencjacie" nie mozna ludziom podac tej zaawansowanej
chemii czy biochemii, bo brakuje im podstaw teoretycznych. Jesli
z podstaw zrezygnujemy, to dajemy dyplom licencjata malpie, ktora
wykula sie na pamiec pewnego podzbioru materialu i powtarza go, w
zab nie rozumiejac. Jesli podejdziemy do sprawy uczciwie i
nauczymy ich tych podstaw, to akurat wypelnimy czas studiow
licencjackich. I mamy licencjata od czego? Od rozwiazywania
calek? Od przerobionego kursu fizyki?
Och, moze chodzi o co innego. Moze chodzi o to, zeby znaczacej
czesci spoleczenstwa podarowac fikcje, ze byli "studentami", ze
ukonczyli "wyzsza uczelnie". To mozliwe, zwlaszcza w tzw. naukach
spolecznych (gdzie "naukowcy" przerzucaja sie belkotem sprzecznym
nie tylko ze zdaniem przeciwnika, ale i wewnetrznie). Tylko
prosze tego nie okreslac mianem "studiow" czy "nauki".