Mam teraz wielkiego dola, zaburzenia nerwicowo-depresyjne i okropne mysli.
38 lat, swiazek od 22 lat!, dziecko, praca, kredyt i okropne leki ze to juz wszystko.
Nie mam pomyslu na siebie, zakochalam sie szalenczo w wieku 16 lat, (w domu milosci nie bylo)
i cale moje dorosle zycie bylo podyktowane temu zwiazkowi. Jest roznie, ale kochamy sie, natomiast czuje ze ten zwiazek mnie ograniczyl, nie wiem kompletenie co bym chciala robic.
mialam marzenia o podrozach ale to by sie wiazalo z rozstaniem wiec odpuscilam.
Ojciec mi zawsze mowil ze moge wszystko osiagnac co chce i czuje ze to mnie meczy, ze mialam byc wyjatkowa, cos osiagnac a moje zycie jest nudne, jalowe.
Kocham partnera i dziecko. Czuje sie z nimi szczesliwa ale ostatnio mam okropne leki, czuje ze sie dusze, chce uciec.
Zaczelam terapie. terapeuta mowi ze chec bycia wyjatkowa to efekt wychowania kiedy bylam nagradzana za sukcesy. Ok, niech i tak bedzie, ale ja mam poczucie ze mnie juz calkiem nie ma, nawet drobnych codziennych zainteresowan nie mam

uzaleznilam sie od partnera, wszystko robimy razem. Jestem strasznie zlakniona akceptacji, milosci i on mi to daje. Kocha mnie taka jaka jestem, nigdy nie krytykuje. Ale ma swoje zajecia, zainteresowania a ja sie tylko podlaczam pod niego.... Boje sie ze nic mnie w zyciu nie spotka, ze takie jalowe, nudne bede prowadzic, az zrobie sie stara i bede zalowac tak jak juz zaluje ze zmarnowalam swoje zycie.
Czytam te wszystkie artykuly zeby zaczac robic to co sie kocha, zeby zycie nie przecieklo przez palce a ja cholera nie wiem co robic. Bo jedyne co kocham to podroze i mialam marzenie zeby cale zycie gdzies byc indziej, ale czy to nie forma ucieczki przed problemami.
a do tego panicznie boje sie smierci.
Ja pierdziele jak to wszystko czytam to jestem zalamana
Wiem ze to nie jest wlasciwe forum na takie rozkminy, ale moze ktoras z was ma, miala podobnie?