Jechałam dzisiaj rano samochodem z kolegą męża. Słabo go znam, wprowadził się na nasze osiedle w zeszłym miesiącu. Z mężem znają się z pracy. Mąż poprosił go, czy nie podrzuciłby mnie dzisiaj rano do pracy. Zwykle jeżdżę autobusem, ale dzisiaj musiałam zawieść prawie 10 kg ładunek, dość nieporęcznie zapakowany a komunikacją miejską to prawie godzina. Kolega męża miał przejeżdżać akurat tamtą trasą, mąż wychodził 2 g. wcześniej, więc jakoś się porozumieli i on mnie podwiózł oraz pomógł z wniesieniem ładunku do samochodu a następnie wyjęciem go i dostarczeniem do pracy. Wszystko szybko i sprawne, mężczyzna uśmiechnięty i życzliwy, ale zasmuciło mnie wydarzenie w trakcie przejazdu. Jechaliśmy jedną z bocznych ulic, 50-60 jak mi się zdaje i nagle z boku wpadł na szybę gołąb. W sumie to leciał z naprzeciwka pod kątem dość szybko, po obu stronach drogi krzewy z gałęziami ograniczające widoczność i pole manewru, tak sobie to przynajmniej tłumacze. I walnął w szybę, samochód duży SUV, może myślał, że tam nie ma nic i "przeleci" przez środek. Sama nie wiem. W każdym razie solidnie uderzył, odrzuciło go na bok drogi, my jechaliśmy dalej. Ja w szoku, kolega męża powiedział tylko "coś takiego", włączył wycieraczkę i spryskiwacz (szyba nie uszkodzona). Wiem, że nic takiego się nie stało, takie sytuacje się zdarzają, ale jakoś mi szkoda tego gołębia, mam wyrzuty sumienia, że nie poprosiłam go żeby się zatrzymał. I jakiś dziwny uraz mam do faceta, że kompletnie, ale to zupełnie, go to nie ruszyło. Napiszcie, że jestem głupia i żeby nie zajmował się głupotkami

Ciągle o tym myślę