kosmos_pierzasty
19.12.21, 17:33
Do tych, które towarzyszyły umierającym.
Gdy dawno temu umierał mój ojciec, dom był pełen ludzi i w sumie przycupnęłam gdzieś z tyłu tego zgrupowania, nikt na mnie szczególnie nie zwracał uwagi, ale widziałam (na lusterku) jego ostatni oddech. Niewiele wtedy poczułam. Nic? Aczkolwiek z drugiej strony... Jakiś dziwny, trudny do wytłumaczenia, impuls wyciągnął mnie z mojego pokoju, w którym się zaszyłam. I bym tam pozostała przez cały wieczór, gdyby nie ten właśnie impuls.
I teraz... Wiem, nieporównywalne. Jednakowoż... Śmierć to śmierć.
Zostaliśmy zmuszeni przeprowadzić eutanazję naszego labradora, który był z nami 14,5 roku... I ta chwila... W gabinecie, gdzie weterynarz zachowywał się z największym wyczuciem, jakby chciał sprawić, że go nie ma... Mąż prawie zasłabł i usiadł z boku, a mnie otaczała taka nienaturalna cisza... Przytulałam psa i pierwszy raz w życiu poczułam prawdziwą grozę. Nie wiem, jak to opisać. Coś (serio, nawet jeśli to "tylko" zbiorowa wyobraźnia, przekaz... mitologia - jakkolwiek to nazwać) się tam pojawiło - jakaś potężna, budząca respekt siła, jakby nie z tej Ziemi... Tak to przynajmniej odebrałam.
Ktoś miał podobnie? Czy mam zwyczajnie zbyt bujną wyobraźnię?