Ale się pochrzaniło!!!

29.01.05, 14:35
Siedzę n-ty dzień i nie wiem co zrobić...
Jak pisałam wcześniej moje dożywocie po kilku fatalnych świństwach
wyrządzonych mi pod moim własnym dachem oswiadczyło że się wyprowadza.
Spytałam parę ładnych razy, czy aby na pewno jest świadom tego co mówi i robi
i czy nie zmieni zdania. Tak, jest świadom na 100%, wie czego chce, odchodzi,
kontakty z dzieckiem chce zachować, rozplanujemy to sprawiedliwie (pół na
pół). Ok, nie ma sprawy, zakasałam rękawy i przymierzyłam się do życia w
pojedynkę (no, tak szczerze to nie do końca w pojedynkę, bo ktoś mi się na
horyzoncie pojawił, niezobowiązująca znajomość, ale jednak... bardzo dla mnie
wazna). Sęk w tym, ze młody poza kilkoma telefonami w sprawie pokoju do
wynajęcia nie zrobił nic w kierunku szumnie zapowiadanej przeprowadzki i nadal
siedzi mi na karku, śpi a ja płacę za wynajem mieszkania, je co kupię...
śmieszne; faktem jest że niedawno stracił pracę (po niespełna 2 tygodniach
kariery zawodowej), na dziecko w związku z tym nie łoży, bo z czego??? był
projekt, ze zamiast zatrudniać opiekunkę, zatrudnię jego za pół ceny, wtedy tę
drugą połowę niejako finansuje z własnej kieszeni, nie wytrzymał. Wracam do
domu, burdel niesamowity, młody siedzi przy kompie na portalu sympatia.pl W
godzinach pracy!!! Kazałam mu wynieść się na noc i wrócić rano gdy zaczyna
opiekę. Przyszedł następnego dnia z zamiarem zostania na noc. O nie, mój
drogi. Dałam w łapę na bilet do rodziny, miał wrócić w poniedziałek. Juz
miałam telefon z zapytaniem, czy może w niedzielę wieczorem, bo tak naprawdę
to mnie kocha i nie chce się wyprowadzać a to co robi, to szaleństwo i
wariacja, ale on już jest taki porywczy... Poszłam po rozum do głowy. ktoś, do
cholery, musi tu być rozsądny. Postawiłam ultimatum: możesz zostać ale pod
warunkiem: 1) robisz w tym domu jako siła robocza, wynagrodzenie to wikt i
opierunek, panienek nie sfinansuję i 2) dajesz sobie na wstrzymanie ze
wszystkimi Magdami, Beatkami i jeszcze z kim tam z internetu (nie wiem od
której mógłby coś złapać i przywlec do domu) do czasu gruntownego przemyślenia
wszystkiego i podjęcia dorosłej ostatecznej decyzji, tak żeby później nie było
zastawiania się porywczością, żadnych szaleństw dopóki tkwimy "w poczekalni".
I niech wraca w tę niedzielę. Jeszcze nie wiem jak to pogodzić z tą moją
znajomościa, zwłaszcza że ja wiem czego chcę i ten facet nie jest typowym
Next, wielką miłością z którą chcę sobie układać zycie, on ze mną też nie
chce. Jest nam dobrze, bo jest z kim pogadać, mieć świadomość ze na drugim
końcu miasta jest ktoś kto o mnie pamięta, bo łaczy nas częściowo też praca,
bo jest seks... Sama sobie nawarzyłam piwa, trochę młody mi pomógł, ale to
trzeba jakoś rozwiązać, na pewno bez szkody dla Natalki, tyle tylko wiem.
Jeśli macie jakiś pomysł na życie, komentarz lub konstruktywną krytykę, czekam.
Karolina
    • iziula1 Re: Ale się pochrzaniło!!! 29.01.05, 20:18
      Wiesz, nie wiele zrozumiałam z tego postu.
      Kim jest Młody?
      To jakis zapyziały nastolatek czy tak nazywasz Tatusia Natalki?A Natalka to
      Twoja córka?
      I kolejne pytanie- chyba ostatnie.
      Piszesz,ze spotykasz się z kims niezobowiazująco, jest seks, gadanko(przed, po
      czy w trakcie nie istotne)jest jednak dla ciebie ważny, ale On nie chce z Toba
      układac życia?I Ty tez nie?
      To tak naprawde czego chcesz?
      Sama musisz sobie to wszystko poskładac , zastanowić sie czego chcesz, stanąć z
      boku i popatrzeć krytycznie na siebie i swoje zycie a potem postanowić co dalej.
      Nikt nie jest w stanie poprowadzic cie za ręke i sprawić,że bedzie ok.To twoje
      życie i tylko ty za nie odpowiadasz.
      I mam wrażenie,że nieprzypadkowo pojawiło sie okreslenie" młody" w tym poscie.
      Pozdrawiam.
      • lolinka2 Re: Ale się pochrzaniło!!! 30.01.05, 19:11
        Dziękuję za odpowiedź. Naprawdę Twój komentarz dużo mi uświadomił.
        "Młody" to mój mąż a tata Natalki (naszej 3-letniej niespełna córeczki).
        Najstarszy, fakt, nie jest, ale już nie nastolatek (27 lat).
        O co mi chodzi? Dobre pytanie. Odpowiedź na chwilę obecną brzmi: o odnalezienie
        swego miejsca w życiu, niezależnie od tego jak i gdzie się ono dalej potoczy.
        Wiem że muszę je odnaleźć sama i nikt na świecie nie da mi na to złotej recepty
        bo takowa po prostu nie istnieje. Tyle że najlepiej mi się wszystko prostuje w
        głowie, gdy z kimś rozmawiam, a skoro nie mogę pogadać w "realu", mówię wirtualnie.
        Ta nowa znajomość... nie chcę myśleć o układaniu sobie życia z nowym facetem, bo
        ten rozdział życia jeszcze nie jest zamknięty i to mieszałoby jeszcze bardziej.
        U niego podobnie... Zresztą chyba nie straciłam do końca nadziei na 'wyleczenie'
        swojego oficjalnego związku... na pewno będzie to wymagało sporo pracy... i
        sporo czasu, przede wszystkim na ustalenie czy ma to sens, a później na
        ewentualne "remonty". I w takiej sytuacji po prostu łatwiej będzie mi zakończyć
        ten kumpelsko-łóżkowy układ. Pokrętne to myślenie, pewnie nawet trochę chore...
        ale tak to teraz widzę.
        Tyle tym razem,
        pozdraiwam i raz jeszcze dziękuję.
        Karolina
        • virtual_moth Re: Ale się pochrzaniło!!! 30.01.05, 20:30
          Na poczatek - zakończyć romans.

          Obgadać z mężem strategie działania. Nie sama, ale z nim. Sama to mozesz
          ewentualnie wnieść pozew o rozwód, gdy już wszystkie szansy naprawy sytuacji
          wykorzystacie. Nikt nie udzieli Ci tu złotej rady, bo nikt nie zna sytuacji.
          Znamy ją tylko z jednej strony - Twojej. Życie pokazuje, że zazwyczaj wersja
          drugiej strony przedstawia sytuację w zupełnie inny sposób.

          Potem niech maz znajdzie pracę. Uważam, że w tym jest pies pogrzebany, bo o ile
          dobrze zrozumiałam, jest bezrobotny.

          Pomóż mu w tym, jeśli masz możliwość. Jeśli się rozwiedziecie to i tak lepiej
          mieć exa wypłacalnego niż biegającego po zielonej trawce.

          Jeśli się nie zgodzi i nie będzie chciał dogadać, wtedy podejmuj kroki prawne.
          Papier na facetów działa bardzo stymulujaco i mobilizująco, więc bardzo
          możliwe, że po otrzymaniu pozwu o rozwód jeszcze tego samego dnia znajdzie
          mieszkanie do wynajęciawink

          Zalecam jednak ostrożność, próbę dogadania się, poczekanie aż znajdzie pracę.

          Jak już się rozwiedziesz (czego Ci nie życzę, a zwłaszcza Twojemu dziecku),
          wtedy zadzwoń do kochasiasmile

          Pozdrawiam

    • tata_malolata Re: Ale się pochrzaniło!!! 31.01.05, 09:04
      "Się pochrzaniło"?

      Niby samo z siebie. A może ktoś coś schrzanił ?

      Wybacz, że tak piszę ale szlag mnie trafia gdy czytam jak ludzie robią świństwa
      najbliższym. Może i ten Twój "młody" jest osioł ale Twoja "niezobowiązująca
      znajomość" jest w tym wszystkim tragiczna. Po co Ci to było ?

      Pomysł na życie ? Nie wiem czy ma sens bym ja - bez pomysłu na swoje - dawał
      komuś porady ale myślę, że rozwiązanie z "poczekalnią" może być dobrym
      wyjściem. Byle określić przedział czasowy - np. pół roku. Myslę też, że warto
      byłoby pogadać w obecności psychologa. Może on pomógłby "wykryć pola minowe"
      czyli to co drażni jedno z Was w drugim i pokazać czego oczekuje od drugiego.
      W każdym razie ja bym ratował...

      • lolinka2 Re: Ale się pochrzaniło!!! 02.02.05, 12:41
        Dzięki za odpowiedzi.
        Jaestśmy na etapie rozważnia terapii rodzinnej, jeśli miałoby to w czymś pomóc...
        Tata_małolata: tytułem wyjaśnienia, rozumiem ze umawianie się i uprawianie seksu
        z 3 (chyba ze o kilku nie wiem) panienkami, każda w inny dzień tygodnia jest
        o.k., bo robi to facet, ale jeśli kobieta kogoś sobie znajdzie to jest "be", bo
        powinna dzielnie stać na strazy ogniska domowego? Powiedz, że źle Cię zrozumiałam...
        Z drugiej strony (to do wszystkich) nie bardzo wiem, czy jest co kleić, bo on
        albo twierdzi, ze nie wie co robi (bo jest taki gwałtowny), albo ze wie i w tych
        wszystkich znajomościach chodzi o seks, a za chwile zmienia wersję że o seks to
        tylko z jedną bo dla drugiej jest kumplem a trzecią chyba kocha, mnie oczywiście
        też kocha (co nie zmienia faktu, ze informuje mnie o wszystkich pikantnych
        szczegółach swoich podbojów, a moze to właśnie z miłości...). Równie namiętnie
        zmienia zdanie jeśli chodzi o wyprowadzanie się, raz chce raz bardzo nie, a ja
        jednak jestem storzenie humanitarne, no bo jak on sobie poradzi bez pracy, bez
        wykształcenia, bez mieszkania, bez pieniedzy... Parę razy mi przyszło do głowy,
        zeby te panienki może zaczęły się o to martwić a nie ja, ale ...co ja powiem
        dziecku za tych kilka lat??? Że dla wygody czy nie wiem jeszcze czego pozbyłam
        się problemu w postaci uciążliwego pod każdym względem małżonka??? I tu...pewnie
        się uśmiejecie...ten mój właśnie niezobowiązujący facet mi regularnie przemawia
        do rozsądku: zebym się zastanowiła czy aby na pewno o to mi chodzi, bo jemu się
        akurat mocno wydaje ze nie, czy to rozwiąże problem czy tylko skomplikuje
        sytuację i czy jestem gotowa na stawianie sobie zycia do góry nogami, bo to co
        się wydarzyło to jeszcze małe piwo w porównaniu z rozwodem (towarzyszyć w
        problemach, co prawda, komuś można i dzielnie kibicować, ale się na siebie
        fizycznie nie da tego wziąć), no i Natalka. I tak tkwię 'w poczekalni',
        zobaczymy co się zadzieje dalej. Ale chyba mam coraz mniej sił na stany
        przejściowe, chciałabym zeby się to jakoś rozstrzygnęło w którąś stronę. I
        naprawdę nie mam ochoty być osobą, która podejmuje w tym momencie decyzję jako
        pierwsza, mam tego dość przez całe życie (zawsze to ja wyciągałam rękę pierwsza
        do zgody, proponowałam rozwiązania, szukałam pomocy itp. to, co robię teraz to
        próba znalezienia w tym wszystkim siebie- nie zony, nie matki, ale po prostu
        mnie). I tak sobie myślę, ze jeśli pójdę tym kursem to moze jeśli ja będę
        zadowolona, wpłynie to też pozytywnie na resztę narodu...
        Ale nadal czekam na konstruktywną polemikę i pomysły.
        Karolina
        • ania_rosa Re: Ale się pochrzaniło!!! 02.02.05, 14:07
          Hej
          Dwa dni temu napisałam Ci długi post, ale serwer mi go "wciął", więc nie
          pisałam już ponownie.
          Gwoli uściślenia: "poczekalnia" to określony z góry czas, w którym obie strony
          starają się wyciszyć konflikt, zgadzają sie na wzajemną uczciwość i
          niepodejmowanie nowych zobowiązań ( w tym związków erotycznych), a także
          postanawiają spokojnie i z boku popatrzeć na swój zwiazek i odłożyć finalną
          decyzję do jakiegoś czasu (np. pół roku). Tak więc używanie
          terminu "poczekalnia" w Twojej sytuacji jest nieprecyzyjne.
          Po drugie: KAŻDA zdrada oznacza komplikację. Zdrada to każdy związek rozpoczęty
          w czasie, kiedy zwiazek wcześniejszy jeszcze nie wygasł. Jesli obie osoby
          decydują się pozostać ze sobą mimo obopólnej lub jednostronnej zdrady, wówczas
          na starcie fundują sobie dodatkowe komplikacje poza tymi, które wywołały
          kryzys. Poza tym: nie każdy jest w stanie wybaczyć zdradę, przejść nad nią do
          porządku dziennego, nawet jeśli świadomie deklaruje chęc wybaczenia. To sa
          niuanse psychologiczne, emocjonalne itd., których często nie umiemy unieść mimo
          dobrych chęci. Trzeba mieć to na uwadze. Ale zdrada (nasza zdrada) jest też
          komplikacją w przypadku, gdy decydujemy się na rozstanie. Wtedy zdrada staje
          się dość szczególnym wianem na przyszłość, od którego trudno się uwolnić. Nie
          chodzi tu o ustalanie reguł, wedle których męzczyźni mają prawo do podwójnej
          moralności, a kobiety mają się bawić w kapłanki Westy. Pies jest pogrzebany
          głebiej: początkowo uruchamiamy system racjonalizacji dotyczący zdrady (byłam
          nieszczęśliwa, on zasłużył itd), potem minimalizujemy wagę problemu (choiło
          tyylko o seks, on tez mnie zdradzał itd.). Rzeczywiste pokłosie zbieramy dużo
          później, kiedy dopadają nas wyrzuty sumienia, pytania o moralne prawo, a przede
          wszystkim wtedy, gdy zaczynamy się rozliczać sami ze sobą. Wtedy okazuje się,
          że "podły samiec" (ex maż) odszedł, ale my zostałyśmy- i to z całym
          dobrodziejstwem inwentarza i konsekwencji psychicznych.
          Po trzecie: zadałabym sobie na Twoim miejscu parę pytań.
          1. Na czym zamierzasz oprzeć swoje małżeństwo? Ty go zdradzasz, On Cię zdradza.
          On nie ma pracy, nie zajmuje się dzieckiem. Co jest fundamentem waszego
          związku, do ktorego można się odwołać? W przypadku tak dużego impasu jak ten, w
          ktorym znalazł się Wasz związek, potrzeba ściśle okreslonego celu, o którym
          będzie można powiedzieć, że jest wart pracy, poświęceń i trudu. Nie wpadaj w
          pułapkę i nie stawiaj za cel dziecka! Jesli chcesz naprawić małżeństwo, to
          naprawiasz dziedzinę relacji między kobietą, a mężczyzną jako zona i mężem, a
          nie jako matką i ojcem. Uzdrowić związek to znaczy: poczuć się dobrze w związku
          także jako kobieta. Jeśli tego zaniedbasz dopuścisz do powstania kontraktu
          rodzicielskiego, który nie bedzie miał nic wspólnego z "naprawionym związkiem",
          a ograniczy się do rodzicielskiej umowy opieki nad dzieckiem połączonej ze
          wspólnym mieszkaniem i okazjonalnym seksem. Tak tez mozna, tylko to z kolei
          rodzi inne konsekwencje i pułapki.
          2. Na ile cala ta sytuacja jest pretekstem? Mam wrażenie, że tak naprawdę nie
          masz ochoty na kontynuowanie związku. Nie oceniam tego, jeśli tak faktycznie
          jest. Sugeruję tylko, że warto jak najszybciej odpowiedziec sobie na to
          pytanie, aby nie brnąc w rozwiązania, które z założenia będą bezsensowne i
          spowodują tylko obopólną frustrację
          3. Co jest rzeczywistym problemem w Waszym małżeństwie? Od tego pytania nalezy
          zacząć rozpatrując naprawę, jak i rozstanie. Często spektakularna zdrada jest
          tylko skutkiem i czubkiem góry lodowej, a prawdziwe powody kryzysu są
          długotrwale i dotyczą innych zupełnie zagadnień. Na przykład: jeżeli czujesz
          się niezrealizowana jako kobieta (zona) to nawet spisanie wzajemnej umowy
          odnośnie zaprzestania zdrad czy znalezienia pracy skoryguje tylko wierzchnią
          część relacji. Właściwy problem (brak Twojej satysfakcji ze związku) pozostanie
          aktualny i po pewnym czasie znów znajdziesz się w punkcie wyjścia.
          4. Jakie kompromisy i wymagania jesteś w stanie zaoferować/postawić drugiej
          stronie? Innymi słowy: rzecz o braniu i dawaniu. Wysonduj swoje prawdziwe i
          szczere podejście, bo najgorszą rzeczą, jaką mozna zrobić jest okłamywanie
          siebie. Prawda ma zawsze wartość, nawet jeśli jest prawdą egoistyczną. Uważaj
          tez na tzw. PR zewnętrzny i nie próbuj go podtrzymywać. Poklask otoczenia dla
          Twojego heroizmu i walki jest krótkotrwałą słodyczą- nie wystarczy na osłodę
          całego życia w małżeństwie, ktore Będziesz tworzyć Ty, a nie otoczenie.
          5. Po piąte doradzałabym zerwanie tej znajomości erotycznej. Niepotrzebnie
          zaciemnia i tak niejasny obraz Twoich relacji z mężem. Uniemożliwia wejście
          do "poczekalni". Przedłuża agonię lub utrudnia naprawę wydłużając trwanie tej
          sytuacji małżeńskiej. Niczego nie zmienia: co ma wisieć- nie utonie, a kac
          moralny trwa dłużej niż poalkoholowy i nie da się go zaleczyć alka primem.
          6. Czego Ty własciwie chcesz od zycia? Sugerowałabym zrobienie orientacyjnej
          listy pt. "ja za rok" i "ja za dziesięc lat". Zobacz, czy jest tam miejsce dla
          twojego męża, co się dzieje z Tobą, co chcesz osiągnąć i kim się stać.
          Pamiętaj, że uczciwości nie da się nabyć- albo jest, albo jej nie ma. Pracujesz
          na nią już teraz.

          Rosa
          • maciupeq2 Re: Ale się pochrzaniło!!! 02.02.05, 16:53
            Oj pochrzaniło się i to równo sad Zgadzam się z tym w pełni. Jednak nie wydaje mi
            się żeby wina leżała tylko po mojej stronie. Zgadzam się z tym, że narobiłem
            wiele świństw i głupot, których cofnąć nie mogę, jednak Karolina też nie jest
            aniołkiem co udowodniła mi wielokrotnie w ciągu tego miesiąca. To JA byłem przy
            niej kiedy wypłakująć mi się w mankiet za NIM marnowała mi koncert na placu
            defilad, kiedy to podejrzenie ciąży pozamacicznej pchnęło ją do szpitala i
            trzeba było ja odebrać po 1 w nocy (zasadniczo nie wiadomo czyje to dziecko
            miałoby być, więc się trochę też przejąłem), To nie Ona zmieniała wszystkie
            możliwe ustalenia i również zrobiła mi móstwo świństw. Nie chćę się wybielać,
            czy licytować kto bardziej zawinił, ale piszę to bo już nie mogę znieść tego, że
            wszyscy w otoczeniu Karoliny wiedzą, że ja ją zdradzam i jednocześnie myślą, że
            ona jest taka święta i pokrzywdzona. Wiem, że często zmieniam zdanie i bardzo
            często nie wiem czego chcę i podejmuję tragiczne w skutkach decyzje, owszem
            zdaża mi się opowiadać pikantne szczegóły, ale nie zdaża mi się po powrocie od
            kobitki... nie znów za dużo powiem i po co?
            Zastanawiam się czy pisanie tutaj ma jakikolwiek sens, czy roztrząsanie naszych
            problemów na tak szerokim forum publicznym jest najwłaściwszym rozwiązaniem?
            Jedno chcę Wam powiedzieć...

            TO NIE JEST TYLKO MOJA WINA !!!

            Tata Natalki i jeszcze mąż Karoliny
            • maciupeq2 Re: Ale się pochrzaniło!!! 02.02.05, 17:32
              Ostatnio wpadła na genialny pomysł, że moglibyśmy spróbować się pogodzić. Bardzo
              chętnie! Pomysł polegał na tym, że ja kończę wszystkie moje znajomości i zostaję
              tylko dkla niej, natomiast ona (w domyśle zostaje z Nim) i zastanowi się przez
              nieokreślony bliżej czas czy ma ochotę być ze mną czy nie. No coś mi tu nie
              pasuje. Moje chore popieprzone widzenie świata krzyczy głośno, że chyba aby coś
              zmienić to oboje powinniśmy zrobić ten krok, ale ja jestem idiotą więc się nie
              będę upierał. Ona pierwsza kroku nie zrobi, więc ja mam żyć w celibacie przez...
              no zasadniczo jakiśtam okres a Ona może się kiedyś zdecyduje.
              Poza tym, nie wspominałem chyba jeszcze, że jestem totalnym nieudacznikiem, bez
              wykształcenia, nie umiejącym nic poza pisaniem na komputerze (i to nie do końca,
              bo robię straszne błędy ort.) nigdy nie parałem sie żadną konkretną praca, no
              może udało mi się pare razy po 2-3 miesiące gdzieś popracować, jestem wstrętnym
              babiarzem. Ot możnaby jeszcze długo wyliczać moje "zalety" powodujące taki a nie
              inny stan rzeczy.

              Tata Nataliki i jeszcze mąż Karoliny
              Nath
              • marcepanna do meza Karoliny 02.02.05, 18:17
                1. wez sie do roboty tj praca i pokaz babie kto nosi spodnie w tym zwiazku
                2. rzuc w cholere te idiotki z sieci
                3. umow sie na meska pogawedke z kochasiem zony i obij mu ryj ale lekko, albo
                wystrasz zeby ja puscil kantem bo widzisz ze Karolinka po dobroci go nie
                zostawi bo sie baba zakochala
                4. no i zajmij sie corka
              • ania_rosa Re: Ale się pochrzaniło!!! 03.02.05, 00:13

                Maciupeq, to forum nie nazywa się Sąd Najwyższy i nikt tu od nikogo nie wymaga
                udowadniania ilości win i wykazywania się jakością tychże.
                Dorośnij, Chłopie.
                Odbudowy zwiazku ( o ile masz ją w planach) nie zaczyna się od matematycznych
                wyliczeń, kto zawinił bardziej i w czym. Malżeństwo nie jest piaskownicą ani
                spisem powszechnym, gdzie zaznaczamy, ile razy nam się potknęła noga, ile razy
                zonie i jaka wychodzi średnia, oraz ile razy w związku z tym możemy się jeszcze
                puścić.
                Przez Twój post przebija poczucie krzywdy, a ewentualne wyrzuty sumienia sa
                prędko wyrównywane argumentami, że miałeś prawo, bo zona nie była idealna. Otóż
                nie, Mój Drogi, to nie jest licytacja na winę. Albo traktujemy się uczciwie i
                odpowiadamy za siebie przed sobą, albo po prostu nie dorośliśmy do
                odpowiedzialności. Cudza zdrada nie jest wytłumaczeniem naszej zdrady, a cudze
                świnstwo nie wybiela naszego.
                Odnośnie zaś Twoich argumentów:
                Znoszenie czyjegoś płaczu w mankiet nie jest heroizmem. Zwłaszcza, jeśli tym
                kimś jest zona. Tak więc nie traktuj tego jako wyświadczonej Jej łaski, bo
                wzajemne wspieranie się jest obowiązkiem małżeńskim, a nie uprzejmością. I
                zaskakujące jest, ze w tym kontekście piszesz o "marnowaniu Ci koncertu", jakby
                naczelnym celem świata powinno być uszanowanie Twojego dobrego samopoczucia.
                Tak samo odebranie kogoś ze szpitala nie jest powodem do wieńca laurowego.
                POwiedziałabym raczej, że jest to normą cywilizowanych stosunków
                międzyludzkich. A może dożyłam czasów, w których elementarna kultura jest
                powodem do chwały?
                Nie chcesz się wybielac ani licytowac, ale dokładnie to robisz.
                A teraz odnośnie tego fragmentu:
                "Wiem, że często zmieniam zdanie i bardzo
                często nie wiem czego chcę i podejmuję tragiczne w skutkach decyzje, owszem
                zdaża mi się opowiadać pikantne szczegóły"

                Drogi Maciupqu, co Ci napisać? Dorosły facet, mąz i ojciec, który się
                rozkosznie tłumaczy, że wprawdzie podejmuje tragiczne decyzje, nie wie czego
                chce i ciągle zmienia zdanie, ale w sumie "co złego to nie on" - jest...
                śmieszny? Żenujący? Rozbrajający w swoich roszczeniach "jestem wiecznym
                chłopcem i za to mnie kochajcie"?
                To nie żłobek, Kolego. To nawet nie gimnazjum. Nie umiesz byc odpowiedzialny za
                rodzinę- nie zawracaj głowy. Masz pretensje, że otoczenie wie o Twoich zdradach-
                nie zdradzaj. Nie umiesz zarobić na rodzinę i wysiedzieć w jednej pracy na
                tyłku dłużej niż dwa miesiące- nie dziw się określeniu "truteń". Uraża Cie
                określenie "babiarz"- trzymaj rozporek zapięty. Dotykają zarzuty "braku
                wykształcenia"- dokształć się.
                To jest życie, a nie plac zabaw. Świat nie powstał po to, aby zapewnić Ci
                dożywotni "fun and entertaiment". Ludzie mają inne cele, świat ma inne cele,
                rodzina jako taka ma inne cele.

                A oceniając to realistycznie i bez osobistych wtrętów:

                Nie da się rozpocząc pracy nad zwiazkiem w sytuacji, gdy jedna ze stron nie
                jest gotowa do pracy nad sobą. Kiedy woli oznajmić "taki jestem, takiego mnie
                bierz" i na tym poprzestać. Zrewiduj swoje podejście, bo może niepotrzebnie
                oboje się męczycie. Obraz, który wyłania się z Twoich postów świadczy dobitnie
                o tym, że do pewnych rzeczy nie dojrzałeś. A nie da się kogoś zmusić do
                dojrzałości i uszanowania pewnych priorytetów.
                Rosa
              • pelaga Re: Ale się pochrzaniło!!! 03.02.05, 08:39
                > więc ja mam żyć w celibacie przez..
                > no zasadniczo jakiśtam okres

                I to jest najwiekszy problem, buhahahhahhahahah wink))
                Jak juz sie zdecydujesz to moze pomoze obkladanie lodem???? tongue_out tongue_out tongue_out
Pełna wersja