16.06.08, 08:06
już samam nie wiem jak to nazwać...
10 lat bulimii, liczne terapie, wyzdrowiałam, byłam czysta przez rok, odżyłam.
POtem wpadka, nastepna, znowu, potem pół roku czystości i znowy wpadki, nie są
częste (raz na miesiąc), ale nie moge wyjść całkowicie na prostą. O bulimi,
aspektach psychologicznych wiem wszystko, a mimo to mam wpadki. Odnoszę
wrażenie że są to furtki żeby najeść się zakazanych rzeczy, bez konsekwencji,
a potem wrócić do normalnego życia. Ech, porażka...
Obserwuj wątek
    • galaaa1 Re: wpadki 16.06.08, 09:17
      hej!
      wg mnie, Twoim problemem sa te 'zakazane rzeczy'. dopoki beda
      zakazane, nigdy nie wyjdziesz 'na prosta'.
      pozdrawiam i zycze wszystkiego dobrego!
    • ikha Re: wpadki 16.06.08, 19:36
      zgadzam się z gaalą w zupelności.
      po terapii nie stawiałam sobie ograniczeń, jadłam i jem to co chcę,
      oczywiście "słucham "swojego organizmu i jem tyle ile potrzebuje,
      nie mam już paniki, że musze na zapas. To sparwia, że moge jeść i
      czekolade i jak mnie najdzie boczus z grilla. Czuje się
      świetnie,wygladam też świetnie. Bardzo sie bałam na początku jesć
      normalnie, ale psychiatra uprzedzała mnie, że nawet przez rok moj
      organizam może fiksować i na przemian tyć i chudnąc. I tak było, ale
      nie przez rok, tylko krócej. Trzeba to bylo tylko przetrwac. Na
      poczatku cały czas o tym myslalam, a potem to normalne jedzenie bylo
      tak przyjemne, ze przestalam o tym myslec zupelnie naturalnie .
      POtem okazalo sie , ze wchodze w moj rozmiar 38 bez zadnego
      problemu. Trzymam kciuki :)
    • goga2007 nibywpadka 17.06.08, 12:59
      doskonale rozumiem, ja tak samo miałam, wyleczona póżniej wpadki, teraz objadanie się i póżniej głodzenie:(:(
      • magda5989 Re: nibywpadka 17.06.08, 13:01
        Dziewczyny... czy my kiedyś będziemy zdrowe... ?? Bo ja powoli przestaję w to
        wierzyć, przynajmniej jeżeli chodzi o mnie:/
        • nin4 Re: nibywpadka 22.06.08, 09:34
          Lista rzeczy zakazanych - to mój odwieczny problem. Na liście znajdowały się nie
          tylko jedzenie, ale zachowania, reakcje, emocje. W czasie terapii opróżniałam
          listę, z czasem, jak przyszło zdrowie, zapomniałam o niej. Dzięki za ta
          sugestię, to niby takie proste ale dopóki koś tego nie nazwie po imieniu, to
          ciężko poskładać jedno do drugiego. Wczoraj sięgnęłam dna po raz kolejny, na
          własne życzenie, żadne tam napięcie, nerwy, whatever, ale najzwyklejsze,
          wykalkulowane obżarstwo.
          Ja nie jestem chora, tylko kryję się za choroba, łatwiej zwalić na nią wszelkie
          niepowodzenia, obwinić za brak przyjaciół, znajomych, problemy z zajściem w
          ciążę. Tylko co to da?
          Dzieki kochane za ta odrobine psychoterapii. Wracam.
          • nin4 Re: nibywpadka 24.06.08, 10:46
            Jest jeszcze jedna rzecz która mnie nurtuje. Jak to jest ze na codzien spokojnie
            sobie zyje jak normalny człowiek, ale wystarczy ze narzeczony wyjedzie to
            wstepuje we mnie diabeł! Boje się każdego samotnego wieczoru, świadomości, ze
            bede musiała sama podjąć decyzję i poniesc jej konsekwencje, ze znowu przegram.
            I pomyśleć, że jeszcze pół roku temu nie wyobrażałam sobie jak można chorować na
            bulimie...
            Nie wierze, że mozna się tego pozbyć na zawsze :(
            • beatrishe Re: nibywpadka 24.06.08, 23:24
              nin myslę, ze dziewczyny maja rację, pisząc np ,ze dzielenie jedzenia na
              zakazane lub dozwolone to już niepokojący objaw choroby. Jeśli wiec cały czas
              czujesz przymus unikania pewnych rzecz, pomimo ze udaje się zachowywać
              czystość(kiedy nie jesz niczego "złego"), tzn ze nie wszystko udało się uleczyć
              i nad pewnymi rzeczami należałoby jeszcze popracować. W ogóle zastanawiam się co
              dla Cię oznacza wyzdrowienie?Czy jest to brak objawów? Pytam, bo sama nie
              wymiotuję od jakiegoś czasu ale nie uważam się za os całkowicie zdrową. Owszem
              cieszę się z braku objawów, ale uważam, ze to tylko część sukcesu i wierzchołek
              góry lodowej...Obalenie całej reszty, leżącej u podstawy choroby nie da się tak
              łatwo zaobserwować i zmierzyć, no i niestety wymaga długotrwałego wysiłku,
              czujności,ostrożności. Sytuacja wydaje mi sie podobna do tej u alkoholików,
              którzy nawet po wielu latach abstynencji zachowują pokorę wobec uzależnienia i
              przedstawiają się jako alkoholicy, co prawda nie pijący ale w dalszym ciągu
              alkoholicy. Nie chodzi mi o to, ze do końca życia mamy chodzić z przyklejoną
              łatką bulimiczki, ale chyba trzeba trochę czasu, zmian(nie tylko w postaci braku
              objaw) by móc ją z całą pewnością uznać za nieaktualną...Życzę więc
              wytrwałości, czujności i długotrwałych sukcesów w walce z zaburzeniem.
              Aha piszesz, ze żyjesz sobie jak normalny(co pewnie znaczy zdrowy)człowiek,az do
              momentu gdy coś w Cię nie wstąpi i nie zburzy tego normalnego zycia, wtrącając
              Cie w chorobę.Śmiem twierdzić, ze uzdrowienie nie było całkowite, wymagało
              poprawek i dalszej pracy. Kiedy człowiek jest zupełnie zdrowy(ja ciągle nie wiem
              w którym momencie to następuje)nie przewróci się tak łatwo, co nie znaczy, ze w
              ogóle. Jak się wzmocnisz, ustabilizujesz,nabierzesz "krzepy" psychicznej to
              żadna samotność nie powali Cię na łopatki, a nawet jeśli tak sie zdarzy,
              będziesz potrafiła podnieść się po ciosie, czego z serca życzę!!!!
              • nin4 Re: nibywpadka 25.06.08, 07:48
                Dziękuje Beatrishe. Widzisz, ja sobie doskonale zdaje sprawę, że nie do końca
                jestem zdrowa. Tylko że mam wrażenie, że to już wymaga pracy tylko i wyłącznie
                ode mnie, że z psychologiem poruszyłam wszystkie bolesne strony mojego życia i
                specjalista niewiele mi może pomóc. Bulimia to tylko wierzchołek góry lodowej.
                To, co mnie zabija to delikatnie rzecz biorąc "nielubienie" siebie, brak
                pewności, ciągła potrzeba przypodobania się komuś a jednocześnie odtrącanie
                innych, samotność, poczucie że coś jest ze mną nie tak. Zawsze musiałam być naj,
                konkurencje wyczuwałam wszędzie, w szkole, na podwórku, w rodzinie. Ciągła
                zawiść że ktoś jest lepszy, ładniejszy, mądrzejszy pozostała mi do dzisiaj.
                Świadomość tych uczuć jest wykańczająca. Nie wierzę jak ktoś mi powie że jestem
                fajna, bo wiem, jaka jestem naprawdę. Czy można wyleczyć aż tak chorą duszę, czy
                można nauczyć się na siłę bezinteresowności, wyzbyć choć odrobinę egoizmu? Ale
                tak szczerze, nie na siłę, nie dlatego że wypada. Boje się że nie.
                • beatrishe Re: nibywpadka 25.06.08, 10:08
                  Kochana, poczułam sie jakbym czytała siebie....Sama choruję od 10 lat, za sobą
                  mam różne terapie, szpital, leki itp.Od pewnego czasu tzn od wyjścia z kliniki
                  nie współpracuję z żadnym psychoterapeutą. Mam wrażenie, że nałykałam się już
                  tej teorii aż po dziurki w nosie, a teraz sama powinnam wkroczyć do
                  gry...Zakasać rękawy i działać....Próbuję, staram się ale różnie wychodzi...
                  Czasem również mam wrażenie, ze to co najważniejsze, pozostaje poza zasięgiem
                  moich możliwości...o wiele trudniej jest zastosować wiedzę w praktyce niż ją
                  zdobyć...
                  Oczywiście wiem, ze piękno jest cechą patrzącego, no właśnie ale jak to zrobić
                  by uczciwie spojrzeć na siebie łaskawym wzrokiem....nie mówiąc już o
                  zachwycie...(ja cały czas jtem na etapie uczenia sie akceptacji...daleko mi do
                  pełnego zadowolenia)?
                  Dalej, jak wyzbyć się wspomnianego egoizmu, próżności, pychy i przestać
                  obsesyjnie myśleć o sobie, swym wyglądzie, prezencji,o tym jak postrzegają,
                  oceniają nas inni....co o nas myślą ?Jak uniezależnić się na trwałe od ludzkich
                  spojrzeń, języków, by ich ukłucia nie bolały już boleśnie...?Niestety nie
                  wystarczy sobie tylko powiedzieć: zrób to, przestań sie przejmować, zajmować
                  tym, bo od słowa do czynu bardzo daleka i ciężka droga....Kiedyś ktoś
                  powiedział, ze najtrudniejsze jest "przesunięcie " zrozumienia, wiedzy z umysłu
                  do serca....Ja się z tym zgadzam!!!!O wiele łatwiej było mi zrozumieć, ze źródło
                  mojej wartości tkwi we mnie, niż je w sobie odnaleźć..(ciągle szukam....).
                  Pewne obszary mojej osobowości są tak powykrzywiane, pokaleczone, że czasem
                  trudno uwierzyć w ich wyprostowanie, a co za tym idzie w normalne- zdrowe
                  życie...Rzeczywistość i codzienne życie w każdej chwili pokazuje mi jak wiele
                  mam jeszcze do zmienienia, przezwyciężenia...lęk, strachy, w dalszym ciągu
                  zaniżone poczucie wartości, brak stabilnej samooceny,i wiary w siebie, własne
                  możliwości...Czasem również przypominam taka wiotką(psych:)trawkę na wietrze,
                  która przy mocniejszym powiewie leci na pysk....Osiągnięciem wielu lat pracy
                  jest fakt, ze próbuję się podnosić, czasem niezdarnie, trwa to wieki, ale jednak
                  podnoszę poobdzieraną gębę do góry i pełznę dalej....Widzę, ze codziennie wypada
                  szperać koło siebie, naprawiać usterki, łatać braki....i dochodzę do wniosku, ze
                  to ciężka harówka na całe życie....Nie warto wymagać od siebie doskonałości, bo
                  wtedy czekają nas tylko rozczarowania, trzeba pokory i zrozumienia/
                  zaakceptowania naszej słabej, ludzkiej natury. Czy kiedyś wyzdrowieje nasza
                  chora dusza...? Ja zaczęłam myśleć, ze chyba dopiero w innym świecie....na tym
                  zawsze będziemy niedomagać....
                  Jest jeszcze jedna ważna rzecz, wierzę, ze choroba oprócz cierpienia i bólu cały
                  czas daje mi wiele dobrego ...zrozumienie, pokorę, uczy
                  wytrwałości,cierpliwości, wrażliwości i odwagi.....kształtuje mnie jako
                  człowieka...bez niej nie byłabym tym, kim jestem...więc staram się być ze sobą
                  pogodzona, z całym dobrodziejstwem inwentarza....Pokochać, polubić, zaakceptować
                  siebie i świat bez grymaszenia, to mój plan....na całe życie.....cholernie
                  ciężka "robota" do zrobienia, nie tracę jednak nadziei , że możliwa do
                  zrealizowania...Serdeczności ślę!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!1
                  • nin4 Re: nibywpadka 25.06.08, 22:42
                    Beatrishe, nawet nie wiesz jak bardzo zazdroszcze ci optymizmu! Ja mam wrażenie,
                    że nie ważne ile wytrwam, czy to będzie miesiąc czy rok, to to cholerstwo na
                    zawsze ze mną zostanie, będzie tkwiło jak zadra i prędzej czy później na nowo
                    się pojawi. Nie da się żyć w różowych okularach, prędzej czy później pojawi się
                    stres na tyle silny, że wrócą zachowania wyuczone, reakcje, wypełzną gdzieś z
                    naszej podświadomości jako te najskuteczniejsze, bo przecież kiedyś taką ulge
                    przynosiły...
                    Ja po prostu straciłam wiarę, że wyzdrowieję na 100%. Owszem, mogę "wydobrzeć"
                    ale co to da? Nie wierzę też że ktokolwiek poza mną samą mógłby mi pomóc i to
                    też trochę przygnębia. Ty piszesz, że powoli do przodu, mimo wpadek, a mnie
                    każda wpadka dobija, zniechęca. Kiedyś psycholzka powiedziała mi że dla mnie
                    istnieją tylko dwa extrema, nie ma środka, więc albo nic, albo wszystko.
                    Mi się już po prostu nie chce, tyle lat wegetacji, dążenia do celu, skupiania
                    sie na przyszłości. Czuję jak ten czas przeleciał mi przez palce. Studia? -
                    zaledwie pare wspomnień, nic nie znaczących. Za to wspomnienia sprzed choroby -
                    jak żywe. Perspektywa przyszłości - nijaka. Skąd tyle siły w Tobie? Mimo tych 10
                    straconych lat. Z perspektywą na dalszą walkę. Skąd?
                    • nin4 Re: nibywpadka 25.06.08, 22:48
                      Beatrishe, jeszcze raz przeczytałam twojego posta i poczułam ciepło na sercu a
                      na twarzy zagościł uśmiech. Uff, jak górnolotnie brzmi, ale tak właśnie czuję!
                      Dziękuję i dobrej nocki życze :)
                      PS. Pewnie jesteśmy w podobnym wieku (ten sam staż chorobowy) a skąd jesteś? (ja
                      z Kraka)
                      • beatrishe Re: nibywpadka 26.06.08, 08:55
                        Witaj Nin,mam 27 lat, za sobą skończone studia, z których na razie nic nie
                        wynika, nawet nędzna praca.Daleko mi od optymizmu, ale mam poczucie
                        humoru(czarne)i coraz bardziej racjonalne spojrzenie na świat i się...Skąd
                        czerpię siłę do dalszej walki z choroba...?Z obecności Jezusa w moim życiu, bez
                        Niego nie byłoby mnie na tym świecie... To On mnie prowadzi, podtrzymuje, dodaje
                        skrzydeł, gdy obniżam loty...Obdarza spokojem, wiarą i nadzieją...Oprócz buli,
                        mam jeszcze syndrom DDA i nawracające depresje, więc bywa różnie...ale dzięki
                        Bożej pomocy, trzymam się chyba na tyle dobrze, ze zostaje nawet uznana za
                        optymistę...:)

                        Ja jestem z takiego malutkiego miasteczka na podkarpaciu, gdzie obecnie
                        mieszkam...Marzę o jakiejś grupie wsparcia, ale w mojej mieścinie nie ma na
                        takową szans, a z pomocy psychologa nie mam ochoty już korzystać...Za bardzo
                        napakowana jestem wiedzą teoretyczna, by nie chcieć już następnej upychać do
                        mózgownicy:)A tak to z reguły bywa na indyw,wnioskuję to bynajmniej z własnego
                        doświadczenia...
                        A w Kraku byłam w klinice, na kopernika, zresztą bardzo sobie chwalę pobyt w
                        tamtejszej psychuszce....

                        Nin, piszesz, ze straciłaś wiarę w pełne wyzdrowienie...na szczęście pewne
                        rzeczy jesteśmy w stanie odzyskać, a Ty na pewno potrafisz to zrobić....wszystko
                        potrzebuje czasu, trzeba dać czasowi czas....Każdy ma swoje tempo zdrowienia i
                        nie ma co się sugerować innymi, tylko iść swoim rytmem, nie gwałcąc swoich
                        potrzeb i możliwości....Szanuj swe słabości, nie naciskaj, nie popędzaj...
                        postaraj się o wyrozumiałość i cierpliwość dla się...Na wszystko przyjdzie
                        odpowiedni moment...Rzeczywiście w chorobie pojawiają sie wyuczone
                        przyzwyczajenia, no ale jedne(złe) nawyki można zastąpić
                        nowymi....dobrymi!!!Głowa do góry, uda się!!!!

                        A jeśli chodzi o przykre doświadczenia, to one tez nas kształtują(w życiu
                        wszystko dzieje się po coś....nawet jeśli teraz tego nie rozumiemy) i należałoby
                        oddać im pokłon w postaci uznania...Nie warto sie ich wypierać, bo tym samym
                        uciekamy od ciemniejszej(co nie znaczy gorszej)historii własnej. Nawet jeśli
                        pewne fakty były trudne to nie zmienia tego, iż pojawiały się w naszym życiu,
                        zostawiając odcisk na naszym charakterze uczuciach, myślach....Odkrywając się
                        powinniśmy zapoznać się tez z nasza mroczną, acz prawdziwa stroną, bo tylko
                        wtedy jesteśmy w stanie dosięgnąć Siebie, swego autentycznego ja. A znajomość
                        się, jest największą "bronią" w walce z chorobą, musisz wiedzieć "czym"
                        dysponujesz i kogo wystawisz do starcia z buli....Szukaj więc siebie również w
                        bólu,leku, cierpieniach, doznanych krzywdach, a wraz z wiedza o sobie poznasz
                        środek i sposób na chorobę....bo on jest ukryty w Tobie, tylko czeka na
                        odsłonięcie go....Nie wiem jak najlepiej poznaje sie siebie, w ramach
                        psychoterapii, poprzez pracę, związki z ludźmi( i kotami:), bo każdy ma swój
                        indywidualny, jedyny i niepowtarzalny sposób, a raczej ich setki...Ty postaraj
                        się wykorzystać i zastosować swój własny, posłuchaj więc się i zapytaj jakim
                        ścieżkami chcesz podążać do się i zdrowia.....Ta droga okaże się Twym ocaleniem,
                        wierzę w to głęboko i z całego serducha życzę powodzenia!!!!!Uściski!!!!!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka