Dodaj do ulubionych

Tragiczne pomylki w kuchni

    • mkrysiewicz Re: Tragiczne pomylki w kuchni 03.11.05, 09:51
      Tak.. dodałam margaryne zamiast masła do sosu beszamelowego z serem, zalałam
      tym brokuła i wstawiłam do piekarnika, zamiast się zapiec zwarzyło się i
      skwaśniało, calość poszała do muszli :) Pozałowalam że nie chciało mi się wyjść
      z domu i kupić masełko..
      • Gość: tsa Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.stat.gov.pl 04.11.05, 11:29
        Ja pamiętm ubiegłoroczne święta Wszystkich Świętych. Zawsze mam sporo gości.
        Piekłam ciasto - nie pamiętam już, ale jak nigdy miałam z nim same problemy-
        coś tam zapomniałam dodać, coś się rozleciało. Ale w końcu jakoś wyszło.
        Wyjęłam je z piekarnika i wyniosłam na balkon. Jako, ze balkon był zastawiony
        chryzantemami - postawiłam je zaraz z brzegu. I moja kochana mama, nie wiem po
        co po ciemmku chciała coś sprawdzić przt kwiatkach - otworzyła balkon i
        postawiła kroka prosto do ciepłej brytwanki z moim ciastem!!! Nie było czego
        ratować:-)
        • nona.x Re: Tragiczne pomylki w kuchni 05.11.05, 23:53
          1.naszą ulubioną jest, opowiadana przez Mamę, historyjka z dawnych czasów jak to
          mocno spóźniony, a przy tym napity mąż znajomej znajomych wrócił nocą do domu.
          Zachowywał się cichutko, coby jędzy nie obudzić, ale poczuł głód i zajrzał do
          kuchni (po ciemku) w poszukiwaniu czegoś na ząb. Szczęście dopisywało,bo znalazł
          na kuchni gar z zupą.Wtroił parę łyżek i znalazł kawał mięcha.Ale żuje i żuje,a
          to nie daje się pogryźć, zaczął złorzeczyć pod nosem, na co weszła ślubna
          zapalając światło i pytając -co mi łajzo w garze z mydlinami i zmywakiem
          grzebiesz?
          2.koleżanka weszła do kuchni i zobaczyła,że mąż ma bardzo dziwną minę i usiłuje
          coś schować za sobą.Okazało się,że napoczął jej najnowszy zakup- świeczkę żelową
          o zapachu truskawek z zatopioną sztuczną truskawką.Swieczka stała w lodówce,bo
          było to latem i trochę zmiękła w transporcie,a on myślał,że to galaretka!Długo
          pluł, a jego dzieci wraz z żoną o włos nie umarły ze śmiechu!
          • Gość: madzik Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.11.05, 21:52
            nie pomylka, ale co tam... dziecieciem bedac, w ramach niespodzianki zapieklam
            kasze jaglana. ot tak. korzystajac z przepisu z kuchni staropolskiej. mamie
            chyba troche bylo zal tych 10 wiejskich jajek (rzecz sie dziala w czasach
            kryzysu), z ktorymi kasze zapieklam, ale zniosla to dzielnie :). niestety w
            dobie pelnych polek nie udalo nam sie przepisu odnalezc :)
        • nallega_m Re: Tragiczne pomylki w kuchni 09.11.05, 14:50
          moja babcia postawila ne werandzie ciasto, zeby ostyglo. my, dzieciaki,
          gonilismy sie po calym domu, babcia nie zwracala na nas uwagi. w pewnym momencie
          babcia uslyszala dzwonek do drzwi. otwiera a tam dzieciak sasiadow(moj kolega)ze
          skruszona mina: przepraszam, ja wdepnalem pani w ciasto. w zasadzie byl juz w
          drodze do domu, ale sumienie go zawrocilo:)
    • marakesz13 Re: Tragiczne pomylki w kuchni 07.11.05, 22:05
      Robiłam barszcyk czerwony z prawdziwych burazków i po ugotowaniu odcedziłam do
      zlewu zostawiając tylko wygotowne resztki.
    • Gość: iBea Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.acn.waw.pl 09.11.05, 19:53
      1. Nowa kuchenka mikrofalowa, w dołączonej książce kucharskiej jak byk napisane,
      że można w niej upiec świetny biszkopt, a więc biorę się do pracy. Wszystko
      zrobione jak trzeba, wlewam do szklanej formy i wstawiam do kuchenki. Nastawiam
      ospowiedni czas, odpowiednią moc, chciwie wpatruję się przez szybkę czy już
      rośnie i ... i nic. Jak było białe, tak i jest, jak było płaskie, tak i zostało.
      No to pewnie jeszcze za krótko sie piecze! Nastawiam na kolejne minuty, czekam
      niecierpliwie i... i nic. Dodaję jeszcze kilka minut i w końcu wściekła wyjmuję
      biszkopt z kuchenki. Przewracam formę do góry dnem, a z niej wypada biały, ale
      kamienny suchar :) Nie dało się tego pokroić nawet nożem z ząbkami.

      2. Takie śliczne pieczarki, bielutkie, malutkie, równiutkie, aż się do mnie
      śmieją. Przekroiłam na ćwiatki i nastawiłam do duszenia na masełku w nowiutkim
      garnku super - hiper stalowym, wielowarstwowym i szczelnym. A potem o tym
      oczywiście zapomniałam. Garnek był rzeczywiście szczelny, bo dym, który się
      wydobywał ze spalonych grzybów był tak przefiltrowany, że aż niemal biały i
      bezwonny, właściwe go prawie nie było. W innym końcu mieszkania, zajęta
      przedświątecznymi porządkami, nic, a nic nie czułam. Zorientowałam się po
      dwóch-trzech godzinach, że coś jest nie tak, podbiegłam do garnkaa, podniosłam
      pokrywkę i... i to był błąd! Cały czarny, smolisty, śmierdzący i gryzący dym
      wypadł na zewnątrz w jednym, gwałtownym strzale. Wszystkie świeżo wyprane
      firanki, zasłonki, koce i inne domowe tkaniny prałam jeszcze raz, w
      przyspieszonym tempie. Ściany pomogli mi umyć domownicy, ale garnek nie dał się
      uratować, jego kilkuwarstwowe, super-hiper dno przepaliło się na wylot na czarno.

      3. Zupa pomidorowa mojej mamy. Te czarne znamiona na ryżu okazały się być
      oczkami robaczków. Pożywna zupka, nie ma co...

      4. Moja własna zupka pomidorowa. Chrzciny mojego synka, cała rodzinka w
      komplecie, bliżsi i dalsi krewni z całej Polski zjechali do nas, żeby sprawdzić,
      jak daje sobie radę młoda mama. A młoda mama chcąc dogodzić gościom dokłada
      przecieru pomidorowego z puszki, z drugiej, trzeciej. Nie można żałować gościom,
      ma być "Zastaw się, a postaw się!". I może byłoby nawet ok, gdyby nie rodzina
      męża przyzwyczajona do delikatnej zupki z pomidorów, przecieranych własną ręką i
      wlewanych do butelek przez teściową. Moją niemiłosiernie skrzywioną teściową!

      5. Teściowa. Tak wyśmiała jedną z kandydatek na narzeczoną swojego syna, że ta
      uciekła z płaczem i więcej nie wróciła. Poszło o krojenie makaronu, oczywiście
      za grubo i z obkrojonym paznokciem! Nauczona cudzym doświadczeniem (legenda
      rodzinna) nigdy nie pomagam teściowej w kuchni, to ona wie i umie lepiej, i
      nawet jakbym się nauczyła latać, to nic nie da, umiejętności teściowej nie
      przeskoczę. Więc nawet nie próbuję :)
      • kosciotrupek Re: Tragiczne pomylki w kuchni 10.11.05, 05:26
        Up,up, podciągam, bo świetny wątek. Ostatnie parę nocy spędziłam płacząc ze
        śmiechu nad tymi wpisami :-))))
        No a teraz moje kwiatki: (przypalonych garnków już nie liczę, nieposolonych
        ziemniaków na imprezie po chrzcie mojego synka też):
        Robiłam sernik gotowany na jakąś imprezę. Każdy pacan zorientowałby się, że jak
        się oda mąkę ziemniaczaną do mieszaniny jajek twarogu i cukru na gorąco, to
        wyjdzie z tego kisiel. Każdy, tylko nie ja. Wlałam tę mąkę i zamiast zacząć
        zaraz mieszać, wrodzone skąpstwo kazało mi wyskrobać wszystkie resztki tej
        mącznej zawiesiny z kubka. A w tym czasie w garnku spokojnie powstawał potężny
        glut ze zbitej mąki ziemniaczanej, pływający w twarogowej brei. Zaczęłam to
        mieszać, ale było jeszcze gorzej - glut rozbił się na kawałki i miałam w efekcie
        twarogową breję z pływającymi kawałkami kisielu. W ostatecznej desperacji
        (imprezka!) wpadłam na pomysł przetarcia tego wszystkiego przez sitko, no i pół
        nocy spędziłam na przecieraniu gluta. To co wyszło było miękkie, maziste i nie
        za bardzo chciało siedzieć w formie, więc zapakowałam jeszcze do lodówki. No i w
        ten sposób miałam sernik gotowany na zimno :-))) Ale w końcu okazało się, że
        jest całkiem dobre.
        Drugi kwiatek jest autorstwa mojego taty, tyle, że to raczej nie pomyłka: kiedyś
        będąc w jakiejś podróży na Ukrainie czy gdzieś tam jadł rewelacyjne pierogi. No
        i tak mu smakowały, że do domu przywiózł przepis. Z rysunkiem technicznym
        pieroga: wymiary, kąt zakrzywienia, opis itp.
        Jak mi się przypomni jeszcze to wrzucę (bo oj było tego...:-)))
    • Gość: madzik Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.11.05, 21:37
      pomylka jakich wiele, ale za to jak konsekwentnie pomylkowata:
      (rzecz dziala sie w czasach studenckich) moj niezwykle uprzejmy wspollokator
      zrobil mi kawe. w cukierniczce pusto, wiec siegnal po sloj z zapasem cukru.
      oczywiste jest chyba, ze obok w identycznym stala sol :). kawy nie dalo sie
      wypic, wiec uprzejmie zrobil mi druga. leniuch dalej nie napelnil cukierniczki
      :). probe poslodzenia trzeciej kawy podjelam sama. zeby nie bylo - napelnilam
      cukiernice. sami sie domyslcie, dlaczego i ta byla slona :).
      • agnieszekp Re: Tragiczne pomylki w kuchni 17.11.05, 09:32
        A ja kiedyś do kawy dodałam zproszkowany czosnek myśląc, że to śmietanka!
        Długo nie mogłam dojść do siebie po wyplutym łyku.
        Nie polecam!
    • viinga Re: Tragiczne pomylki w kuchni 17.11.05, 10:48
      Jak mój tata wynajmował sobie mieszkanie u starej Włoszki załozył sobie mały
      ogródek z warzywami jakich we włoszech się nie jada. Posadził sobie chrzan,
      Włoszka codziennie podgladała co on robi w tym ogródku. Pewnego razu tata
      patrzy przez okno, a ona obskubuje mu chrzan z liści, dodała je później do
      jakieś potrawy.
      Mama opowiadała mi, ze jak była mała poszła do domu koleżanki, mama kolezanki
      wychodzac powiedziała, ze jak ojciec wróci ma mu podgrzac zupe. Niestety córcia
      wylała wszystko na podłoge. strasznie sie bała taty więc pozbierała zupe z
      podłogi ścierką i wycisnęła do garka. Nalała tacie. Tata po kilku łyzkach
      stwierdził, że nie bedzie jej jadł bo smakuje jakby ją matka na szmacie
      ugotowała.:))
    • Gość: drygi Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.11.05, 14:23
      Moja znajoma smażyła dla mnie nalesniki w trakcie romantycznego spotkania.
      Chciała mi zaimponować, jak to ona ich świetnie nie podrzuca, i jeden naleśnik
      spadł jej prosto na twarz i sie przykleił. Próbowałem ja ratować, a ona zaczęła
      uciekać po całej kuchni. Kiedy wreszcie zdarłem resztki gorącego ciasta z niej,
      ona płacząc i krzycząc pobiegła do lustra i dopiero zaczęła wrzeszczeć.
      Zawiozłem ją na pogotowie i na tym skończyła się randka.
      :(
    • Gość: polla Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.chello.pl 20.11.05, 20:42
      Kiedys zamiast majeranku do swiatecznego pasztetu wsypalismy... piolun,ktory
      moja tesciowa postawila tuz obok majeranku w identycznym pojemniczku. Teraz
      mieszkajac juz od wielu lat osobno, zawsze dokladnie sprawdzam przyprawy.
    • Gość: Ilona Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.eu.org 21.11.05, 13:53
      do góry! do góry! naprawde świetny wątek:)
      • wandap1 Re: Tragiczne pomylki w kuchni 23.11.05, 10:00
        W dawnych czasach,kiedy nie mozna bylo się bawić/stan wojenny/ pojechaliśmy
        grupą do rodziców znajomej na wieś.Po całonocnej zabawie,poszliśmy na
        spacer,sprzatając resztki dla trzody.Ponieważ byla zima, gospodyni postawiła je
        na skraju pieca weglowego.Kolega, ktory troche zaniemógł,wstał póżno i poszedł
        na śniadanko.Zjadl 2 talerze i tylko jak wróciliśmy zapytał żony, co to była za
        dziwna zupa,bo takiej jeszcze nigdy nie jadł.Jak się dowiedział ,to dopiero był
        chory.Drugi przykład ze stanu wojennego:Znajomi urządzali chrzciny l zachciało
        im się zrobić karpia w galarecie. Był tylko 1 problem ,w całym Wrocławiu nie
        było żelatyny,a tylko galaretka cytrynowa.Po odsianiu cukru wyszła wspaniała
        cytrynowa galareta/trochę żółta/Polka potrafi, prawda.
    • Gość: mmsol Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.kosciuszki.silesianet.pl 23.11.05, 11:05
      Jakieś 15 lat temu moja mama gotowała barszcz na komunię mojego brata...gości
      miało być sporo -więc i barszczu był spory gar .Jak wiadomo gdy barszcz po raz
      pierwszy się zagotuje dodaje się octu aby nie stracił swojej barwy..w szafce w
      przedpokoju stały dwie butelki jedna z octem a druga z rozpuszczalnikiem :) nie
      muszę dodawać co wylądowało w barszczu :)
      mmsol
      • Gość: Madzia Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: 213.17.227.* 23.11.05, 11:15
        Ja jakis czas temu na sniadanko w niedziele robiłam dla mnie i meza pyszny
        serek biały z cukrem i smietana. Ale moje pojemniki z cukrem, maką, sola nie
        były opisane i w serku wyladowała sól. A ponieważ lubimy sobie dobrze
        posłodzić - to chyba wyobrażacie sobie jak dosoliłam serek! Nie dało sie tego
        zjeśc!
        I wtedy mąż kazał opisac pojemniki, co by nie zrobic ponownie takiego błędu
        a na sniadanie nie było serka ....
        • karolina988 Re: Tragiczne pomylki w kuchni 23.11.05, 15:20
          Mojej siostry(23l) kolezanka (24l) to super babka z poczuciem humoru i to nie
          malym. Wszystko robi na wspak,a przynajmniej nie tak jak się powinno robić.Jest
          zadbana,ma dobrą pracę,studiuje ,Sliczna dziewucha... i tak sobie chodziły w
          gości jedna do drugiej.No i wiadomo "gość w dom Bóg w dom",chociaż kawe,czy
          soku przydało by się do rozmowy ,a moja siostra zachodzi ktoregoś dnia na
          plotki (oczywiście wczesniej nie było zadnego poczestunku) a jej koleżanka
          siedzi sobie na fotelu i oglada film, w reku trzyma pojemnik-salaterkę i pyta
          sie jej czy chce troche i ze bardzo dobre.siostra podziekowala jej
          narazie.pozniej kiedy nabrala ochoty to mowi do niej"mozesz dac troche, a co to
          jest?"......"to te jedzenie dla psa w granulkach, mówie ci jakie pyszne,szkoda
          psu dawać"
    • q_21 Re: Tragiczne pomylki w kuchni 23.11.05, 15:29
      Mój znajomy gotował rosół z makaronem w jednym garnku,całe szczęście że nie był
      to obiad proszony
    • mjermak Re: Tragiczne pomylki w kuchni 23.11.05, 19:14
      Dopiero teraz trafilam na ten watek i usiluje sie nie udusic ze smiechu (jestem
      w pracy).
      MOje wyczyny:

      1. kiedy mialam z 13 lat mama pojechala pierwszy raz do sanatorium, ja
      gotowalam i na niedziele postanowilam upiec rodznie placek. Przepis wzielam z
      Filipinki, wydawal mi sie postepowy i ciekawy bo ciasto robilo sie z kisielow
      cytrynowych. W przepisie bylo zeby dodac troche soku i otartej skorki z
      cytryny. A ze ja maksymalistka wycisnelam sok z calej cytryny do ostatniej
      kropelki i zeskrobalam cala skorke. Ciasto bylo takie z rodzaju lanych ale nie
      wiem czemu postanowilam je sprobowac przed wylaniem, czy aby jest slodkie. No i
      oczywiscie wydalo mi sie nieslodkie i dodalam do niego szklanke cukru. Ciasto,
      nie dosc, ze wyszlo z pieknym zakalcem, cukier sie w nim nawet troche
      skrystalizowal to bylo mimo tego przerazliwie kwasne i pachnialo cytryna tak,
      ze raczej przypominalo kosmetyk niz cos do jedzenia. tata dzielnie zjadl jeden
      kawalek i poprosil, zebym wiecej z Flipinki nie korzystala.
      2. na studiach na pierwszym roku z kolezanka postanowilysmy pojsc na latwizne i
      zrobic sobie grube parowki z chlebem. Ona poszla z tymi parowkami i garnkiem do
      kuchni, ja pokroilam chleb, zrobilam herbate, nawet ladnie poukladalam wszytsko
      an stole a jej ciagle nie bylo. Poszlam do kuchni patrze a ona miesza te
      parowki w garnku. pytam co tak dlugo a ona mowi, ze parowek nie mozna gotowac
      tylko tyle zeby woda zawrzala i ona miesza zeby do tego wrzenia nie dopuscic
      gwaltownego...
      jajka gotowane w elektrycznym czajniku tez przerabialam juz nie pamietam z
      jakiego powodu ale pewnie z lenistwa (kuchnia byla na drugim koncu korytarza)

      3. juz po studiach zamieszkalam u siostry i tam gotowalam obiady i pieklam
      ciasta pomagajac jej w domu kiedy ona urodzila dziecko. i dostalam od kolezanki
      przepis na babke imbirowa. W przepisie bylo dac lyzeczke imbiru w proszku.
      dalam, mieszam, wacham , nic nie pachnie, mysle moze sie kropnela przy
      przepisywaniu i tam miala byc lyzka-no to walnelam lyzke i to kopiasta. babka
      wyrosla, sliczna piekna ale smak byl taki, ze szwagier, ktory uwilbia moje
      ciasta, poprosil, zebym wiecej nie dawala do niczego szamponu

      4. jeszcze w podstawowce postanowilam zrobic faworki, mama jakos znow w
      sanatorium byla, zrobilam cala gore, wyszly super, zagladam do szafki a tu nie
      ma cukru pudru! ja w domu sama, za oknem deszcz, pora dosc pozna wiec
      wyciagnelam ruska , reczna mszynke do mielenia maku i na niej mellam zwykly
      cuker krysztal. Kiedy cala kuchnia byla w cukrzanym pyle a wyprodukowalam
      dopiero pol szklanki przyszla sasiadka, zobaczyla co robie i przyniosla mi
      litosciwie pol kilo cukru-pudru. Mojej mamie litosciwie nie opowiedziala co
      zastala w kuchni -faworkow jej oczywiscie dalam.

      5. Juz na emigracji, w USA, pierwsza Wigilia. Zaparlam sie (bedac juz w
      pierwszych miesiacach ciazy) ze ma byc tak, jak w Polsce u babci. na targu
      rybnym za ciezkie pieniadze kupilam sledzie niesolone i niepatroszone i
      najpierw je wypatroszylam, potem posolilam wartstwami i zostawilam tak w
      lodowce na noc a drugiego dnia przekladalam cebulka i zalalam olejem. Owszem
      na wigilie (tego dnia) byly jadalne, nic nam sie nie stalo ale juz na drugi
      dzien smrod w lodowce przeszedl wszelkie oczekiwania i nazarly sie koty
      sasiadow.
      Uparlam sie tez na karpia-szukalismy go na tym targu dosc dlugo bo mnie tata
      uczyl, ze ma byc sredni taki do 2,5 kilo. A tu same giganty. Wiec zrezygnowalam
      (nie widzac ze tu jest inny gatunek i wszystkie sa takie duze) i kupilismy
      mlodego rekina czyli rockfish. Wielkie to ale maz mowil, ze ryba smaczna. Luski
      to mialo okropne, nameczylam sie przy oprawianiu (bo tez nie wpadlam na to,
      zeby kupic sprawione bo w domu karpia sie zywego na Wigilie kupowalo), obcinam
      mu leb a tu w srodku ...mala rybka. W tym amoku przez moment poczulam sie jak
      morderczyni co chce zjesc rybe w ciazy!!!! (jestem po AR i biologia wszelkich
      zwierzat z wlacznie rybami powinna mi byc znana). Usmazylam ja jak karpia i
      byla bez smaku bo rekin jak mlody to ponoc smaku nie ma i trza go doprawiac. Od
      tego czasu na Wigilie robie lososia a sledzie kupuje w zydowskim deli.
    • madzikf Re: Tragiczne pomylki w kuchni 24.11.05, 21:45
      taka tam ciekawostka :): mama kiedys wspominala, ze w dziecinstwie jej oraz dwom
      braciom zdarzylo sie wymyslac "co by tu zjesc takiego, czego jeszcze nikt na
      swiecie nie jadl". no i jeden z braci wymyslil - chleb ze smalcem i cukrem :).
      (czesto wtedy jadali chleb ze smalcem lub chleb ze smietana i cukrem). ciekawe,
      ze wujek jakos tego nigdy nie wspomina... ;)
      • tora13 Re: Tragiczne pomylki w kuchni 25.11.05, 19:03

        Swego czasu moje bakłażany(mąż i dwoch synów) wrócili z działki z żywym jeżem w
        pudełku.(No bo mama nigdy na żywo jeża nie widziałaś,nie?).Obejzałam
        to "igliwie",a widząc między jego igłami pełno robali, kazałam toto wystawić na
        balkon. W tym czasie w piekarniku dopiekał się pysznościowy piernik.Chcąc aby
        szybciej wystygł, wystawiłam go na... balkon. Skubany jeż jakoś wygramolił się
        z pudełka, wlazł do foremki i zeżarł sporo z mojego ciasta. "Igły" wylądowały z
        powrotem na działce (no darowałam gadzinie!)a ciasto w śmietniku, bo robalom
        tez zasmakowało!
        • daba2000 Re: Tragiczne pomylki w kuchni 29.11.05, 14:30
          kilka lat temu mój kolega postanowił zrobić fryteczki . Kuchnia swieżo
          odmalowana, czyściutka. Nastawił olej i czekał aż się...zagotuje!!!!!Po
          kilkunastu minutach, zniecierpliwiony postanowił wrzucić frytki do tego oleju!
          Chyba nie muszę pisać co się działo...
    • maslany.rogalik Ciasto? Zjadliwe?! - opowiastka z morałem ;))) 30.11.05, 15:15
      [opowiastka z morałem]


      W sobotę chciałem zrobić przyjemność ukochanej. Słodkim czymś podjąć.
      Wieczorem. Zamierzyłem się na ciasto: nieskomplikowane, a na zdjęciu w
      książce wyglądało uroczo wręcz. Na kruchym spodzie, z masą, powiedzmy,
      lukrową i jakąś czekoladą na górze. "OK, myślałem, poradzę sobie..".

      Ciasto upiekłem. Bez zarzutów w zasadzie mi wyszło, pachniało ładnie, do
      schłodzenia zatem.. Pełen optymizmu zabrałem się za masę. Nie dość, że z
      obrazka jak malowana, to jeszcze z przepisu prostota sama: składników trzy na
      krzyż, roboty niewiele. Wykonałem! Na spód wjechała. Czekolada.. no taaak,
      jeszcze czekolada. Trochę się przy roztapianiu mocowałem, ale ok, w końcu
      udało się - stopiłem oporną;))) Na masę poszła. A całość, ta krucho-lukrowo-
      czekoladowa przekładanka, powędrowała grzecznie do lodówki. Dobrych kilka
      godzin dałem masom na związanie.

      Wieczór przyszedł, czas na kawę i coś słodkiego. Ukochana w pokoju, ja do
      kuchni.. do lodówki.. po ciasto.. pięknie wyglądało, duma mnie rozpierała i
      tak dalej, że ja sam, i w ogóle dla ukochanej, że się postarałem;))) Za nóż i
      się zamierzyłem..




      ...wieczór, ukochana, ja, itd...





      No, dobra, powiem, jaki koniec, morał itd.

      Po pierwsze: dużo pokory! - co do przekonania o posiadaniu umiejętności w
      zakresie robienia ciast
      Po drugie: nigdy, ale to nigdy - w przypadku ciast! - nie improwizuj zanadto,
      zwłaszcza co do czasu ich przygotowania.
      Po trzecie: bądź przezorny - zapasowe ptasie mleczko albo lindtowska
      czekolada w szafce mile widziana, zawsze! no chyba, że lubisz w chlapę do
      nocnego ganiać..
      Po czwarte: bądź tajemniczy! Zaproś na kolację, na kawę, ale pod żadnym
      pozorem nie chwal się, że coś tam zrobiłeś/aś. Lepiej zaskoczyć, niż później
      gęsto się tłumaczyć, dlaczego coś nie baułdzo do jedzenia jest:)))



      No co?.. No po ptasie mleczko latałem. Mniejsze poświęcenie i taniej w sumie
      wyszło, niż gdybym miał później łożyć na stomatologa ukochanej.. Bo się
      okazało, że to ciasto jak spod dłuta Fidiasza było - jakbym z granitu ulepił,
      a nie z mąki, cukru i czekolady!!! Twarde niemożebnie - nóż przy pierwszej
      próbie ataku taki opór stawił, że.. No, nie życzyłbym sobie być w swojej
      skórze, gdyby dziewczyna jakimś cudem to ciasto zjadła (chociaż, jak miałaby
      je zjeść - nie wiem;)))


      Hmm.. przedobrzyłem chyba z tą masą, myslałem, że jak dłużej pogotuję,
      poucieram, to ona ścislejsza będzie. Faktycznie była.. Dawida można byłoby z
      tego kamienia wykuć;)






      Powiedzcie, że nie tylko ja tak miałem..;)))




      (to samo tutaj forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?
      f=77&w=32782531&a=32782531)
      • Gość: :)))) (xxx) Re: Ciasto? Zjadliwe?! - opowiastka z morałem ;)) IP: 81.210.69.* 05.12.05, 10:36
        POGRATULOWAĆ !!!!!POCZUCIA HUMORU I UMIEJĘTNOŚCI BELETRYSTYCZNYCH:)))))
        Poprawiłeś mi humor!
      • magiggii Re: Ciasto? Zjadliwe?! - opowiastka z morałem ;)) 29.10.06, 12:35
        ja takie ciasto przygotowalam na 30 urodziny meza i poczestowalam nim 12
        obecnych tam osob.A najgorsze jest to ze do tej pory nie wiem co zrobilam nie
        tak bo dokladnie trzymalam sie przepisu.A ciasto rowniez bylo z tych czekolada
        przekaladanych(z migdalami na wierzchu) i pieknie wygladalo na fotografii w
        ksiazce. Od tej pory na wieksze okazje robie tylko potrawy uprzednio wyprobowane
        a eksperymenty zostawiam sobie na samotne wieczory.
    • evee1 Re: Tragiczne pomylki w kuchni 02.12.05, 05:18
      Swietny watek!! Ja tylko pare razy spalilam czajnik (teraz mam elektryczny) i
      raz spalilam jajka na twardo. Poza tym innych wypadkow nie pamietam.
      Ale moja mam popelnika klasyczna pomylke (moze juz ktos o podobnej pisal, ale
      nie mam sily czytac wszystkich wpisow). Powidla z 10 kilo sliwek ("tymi recami",
      czyli moimi oprawionych) zasypala sola. A poniewaz moja rodzicielka nie ma
      zwyczaju probowac jak gotuje, to pomylka wykrylam ja sama wylizujac lyzke. Potem
      przez lata zajadalysmy te "powidla" do roznych mies - pyszny sos sliwkowy z tego
      wyszedl :-))).
      • Gość: xxx Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: 81.210.69.* 02.12.05, 07:37
        Do sałatek na zimę (marynat) zamiast normalnej papryki-słodkiej wkroiłam ostrą.
        Pierwszy raz się spotkaałam aby duże pomidorowe papryki były ostre!!15
        SLOICZKOW BYŁO DO WYRZUCENIA!:))
        W czasie studiów ,podczas zakówania, zwęgliłam kukurydzę.Smród zwabił pół
        akademika.
        • lkc Re: Tragiczne pomylki w kuchni 06.12.05, 15:08
          Udusiłam się ze śmiechu!! I musiałam uważać bo siedzę w pracy.
          Podciągam wątek do góry i dopisuję wpadki mojej rodziny - 3 pokolenia.
          Moja Babcia:
          - wigilia w latach osiemdziesiątych - Babcia (świetna kucharka nota bene) 6
          razy posoliła karpia ładnie ułożonego na deseczkach i tależykach,
          przygotowanego do smażenia. Oprócz Dziadka i mojego taty nie tknął nikt. A
          zrobiła to tylko dlatego że w domu było strasznie dużó ludzi i świeżo urodzone
          dzieci mojego wujka - a jej syna.. No cóż - roztargnienie.
          - kiedyś zaraz po wojnie hodowała świnkę w piwnicy. Z małęgo prosiaczka urosło
          bydlę 300kilogramowe, i nikt nie miał serca go zabić, poza tym zamiast dawać mu
          resztki, dla świnki gotowało się jedzonko oddzielnie.
          Poza tym jak juz pisałam - i gotowała i piekła wyśmienicie, tak że do tej pory
          z mamą moją usiłujemy dojść do tych smaków które ona osiągała.
          Moja Mamunia:
          - hitem jest ciasto drożdżowe, którego do niedawna (3 tygodnie temu) nie umiała
          piec. Moja Mami robiła cisto następująco: Drożdże wyrośnięte na ciepłym mleczku
          + pozostałe składniki, mieszała i zaczynała wyrabiać od razu. Klęła pod nosem,
          bo wiadomo że ciasto ma odejść od ręki a ta breja za nic nie chciała. Kilka
          razy robiła eksperymenty: przesiewanie mąki lub podgrzewanie mąki na
          kaloryferze, i tym podobne. Miesiąc temu ja zapragnęłam zwykłego drożdzowego
          ciasta, przepis znalazłam na tym forum i upiekłam. Wyobraźcie sobie zdziwienie
          mojej mamy jak jej powiedziałam że po zmieszaniu składników odstawiłam ciasto
          żeby podrosło...
          - pecha miała też do robienia wina. Za pierwszym razem z ojcem dosypali za dużo
          (przypuszczam że bardzo dużo) czarnej porzeczki. Winko wykipiało w piwnicy i
          zalało prawie całą, nie tylko naszą. Pachniało przez rok. Drugi raz też z czymś
          przesadzili i wyszła galaretka. ALE przydała się dla murarzy na budowie.
          No i ja:
          - Miałam lat chyba z 10 jak moja mama kazała mi zabielić zupę (jarzynową),
          przekazując instrukcję: na ten garnek weź płaską łyżkę mąki, pół szklanki wody
          i 2 łyżki śmietany. I poszła do ogrodu. Popatrzyłam na garnek i na skromną
          ilość zabielającej substancji i pomyślałam że to stanowczo za mało (pewnie jej
          się pomyliło...) podwoiłam więc proporcje, a mąki użyłam chyba 3 czubatych
          łyżek. Wlałam do zupy i dzielnie mieszałam. Mama mało trupem nie padła jak nie
          mogła chochelki z garnka wyciągnąć.
          - spaliłam herbatę podgrzewając ją w garnku, bo nie chciało mi się robić
          świeżej.
          - lat 12 chyba miałam jak mama poleciła przygotować żołądki na obiad. Wróciłam
          ze szkoły i pamiętałam że trzeba je oczyścić. Bardzo pracowicie poodcinałam
          wszystko co było jaśniejsze niż mięsko, zadzwoniłam do mamy do pracy i
          pochwaliłam się ze już się udało, to mamunia powiedziała co dalej robić. Ach
          ugotowałam też ziemniaczki. Nasz pies miał niezłą wyzerkę z tych oczyszczonych
          resztek, a rodzice dziwili się dlaczego tych żołądków tak mało wyszło.
          - całkiem niedawno (z rok temu) mój narzeczony poprosił o zupkę szczawiową z
          jajeczkiem. Pamiętając o tym życzeniu (poza tym sama lubię), wracając z pracy
          zakupiłam mrozony....szpinak... Zanim mój chłop wrócił do domu, ugotowałam
          zupę, dodając szpinak, i dziwiłam sie dlaczego nie jest kwaśna, tylko jakaś
          mdła i gdzie te liście. Podałam na stół i też się zdziwił ze nie kwaśna, ale
          zjedliśmy, robiąc różne miny...Dodam że robiłam ją po raz pierwszy.
          - przesolenia potrawy nie zaliczam często, ale zdarzyło mi się posolić kompot i
          posłodzić zupę. Ani jedno ani drugie nie nadawało się do jedzenia.
          - no i początki smażenia ryb. Kupiłam mrożone, rozmroziłam, w mąkę, posoliłam i
          na patelnię. Niestety wrzuciłam je na zbyt małą temperaturę, więc się
          porozpadały i miały konsystencję budyniu. Później dowiedziałam się że tłuszcz
          musi być gorący...
          - ogórki kiszone w słoikach na zimę. Wiadomo jak się robi. No więc ja dzielnie
          przygotowałam ogórki, zalewę, zalałam w słoikach i żeby lepiej się zamknęły to
          zagotowałam jak normalne weki. Zdziwiłam się po kilku miesiącach ze w słoikach
          pływają buro-sino-czarne gluty...Wiem ze nigdy więcej ich nie zrobię.
          No i nasze zwierzęta:
          - w latach kryzysu w moim domu rodzinnym zdarzały się dość często niespodzianki
          w postaci dziczyzny (zajączki, bażanty, itp.). Za kazdym razem jak coś takiego
          pojawiało się w domu, pies zaczynał traktować to jak własną zdobycz. Z natury
          łagodny, zachowywał się wtedy jak wściekły i naprawdę poważnych podstępów
          trzeba było używać zeby zdobycz przechwycić.
          - Ten sam pies załatwił nam kiedyś cały obiad. Babcia przygotowała stos
          kotletów schabowych i postawiła na szafce. Zasunęła krzesła przy stole, kotlety
          przykryła ściereczką i opuściła pomieszczenie. Pies niepojętym trafem wlazł na
          szafkę (nigdy skoczny nie był) zjadł kotlety, nie ruszając ściereczki, i
          schował się u mnie w pokuju pod biurkiem. Cała rodzina go wyciągała stamtąd
          żeby sprawdzić czy żyje po zjedzeniu 1,5kg mięska. Na obiad były leniwe...
          - Moje dwa koty celują w rozpakowywanu zakupów. Zdarzyło mi się przynieść całą
          reklamówkę mięska rozmaitego, popakowanego w woreczki. Postawiłam na stole w
          kuchni i poszłam odebrać telefon. Dzwoniła moja serdeczna przyjaciółka, więc
          już rozmawiając rozebrałam sie z płaszcza i przysiadłam w salonie. Po mniej
          więcej 40minutach skończyłam pogawędkę i wróciłam do kuchni rozpakowywać
          zakupy. Moich zakupów już jednak nie było - dwa sredniej wielkości koty pożarły
          prawie 1kg mięsa (odgryzając po kawałku) a pozostałe rozwlokły po kuchni.
          • lkc Re: Tragiczne pomylki w kuchni 06.12.05, 15:14
            ortografia!!!!
            Oczywiście:
            talerzykach,
            dużo (z nie dużó)
          • Gość: aka wpadka rybna IP: *.devs.futuro.pl 20.02.06, 14:19
            moja wpadka była rybna - chciałam obtoczyć rybkę w jajku i mące i ją usmażyć. I
            zrobiłam to. Tyle, że jak obtaczałam ją w mące, to jakoś tak się słabo kleiło -
            nawet zaczęłam podejrzewać, że może mąka jest zepsuta (pomijając fakt, CZY w
            ogóle mąka może być zepsuta ;)). No, ale nic. Po długiej walce z obtaczaniem
            wrzuciłam rybkę na rozgrzaną patelnie. Smarzyło się dziwnie - przypalało, ryba
            się rozpadało i nie było tego chrakterystycznego zapachu smażonej ryby. Jako,
            że chyba miałam zaćmienie umysłowe, nadal nic mnie nie zastanawiło. Usmażoną
            rybkę jako pierwszy spróbował mój mąż - skrzywił się biedak niebotycznie i
            zapytał się co ja do tej ryby dodałam. Zdzwiona sama ją spróbowałam i nagle do
            mnie dotarła straszliwa pomyłka - obtoczyłam rybę w... cukrze pudrze!!! Na
            swoje usprawiedliwienie mogę napisać, że i mąkę i cukier puder miałam w
            nieoznaczonych przeżroczystych pojemnikach (teraz są już opisane :))
    • aboabo Re: Tragiczne pomylki w kuchni 09.12.05, 18:43
      Kiedyś zamiast opanierować kotlety w bułce tartej dodałem kaszy manny!!! Były
      troche blade, ale zjadliwe.
    • madzikf Re: Tragiczne pomylki w kuchni 15.12.05, 17:42
      o dzialaniach zamierzonych:
      kilka lat temu, przygotowujac pierwszego urodzinowego torta "u siebie", odkrylam
      brak tortownicy. za to po poprzednich lokatorach "odziedziczylam" ceramiczny
      zyrandol (o dosc popularnym wzorze w malowane niebieskie kwiaty). do sernika na
      zimno jak znalazl :). najpierw galaretka, potem masa serowa, na koniec
      biszkopty. przed podaniem odwrocic.
      i malo kto zwrocil uwage na komsystencje - ozdobiony pieknie byl kiwi :).
      ps. kilka tygodni temu przypadkiem go znalazlam. jutro, po osmiu latach
      przerwy, znow zrobie torta w zyrandolu :)
      • Gość: to-ja :) Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.12.05, 22:11
      • Gość: to-ja Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.12.05, 22:17
        a znacie to....? :)
        Lata osiemdziesiate, kryzys. Miastowy pojechal na wies i widzi jak po
        gospodarstwie biega swinia z drewniana proteza zamiast nogi. Pyta gospodarza
        a ten: "dla jednej golonki nie bede zabijal calej swini..."
        • Gość: lamarta Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.chello.pl 16.12.05, 01:55
          Ja pamiętam pieczenie pierwszego wspólnego ciasta z koleżanką... Byłysmy małe -
          to na usprawiedliwienie... Wszystko robiłysmy wg przepisu, ale gdy przyszła
          kolej na dodanie tłuszczu, to jakos nie mogłysmy ustalić, o co chodzi i
          dodalysmy...:> tłuszcz odkrojony od szynki:) Ciasto wyszło chude i nie wyrosło,
          ale pamietam, że jakos chyba go zjadłysmy;)

          Moja siostra w kuchni wywołała pożar, kiedy w nocy, niepatomna, chciała sie
          napić ciepłego kompotu. Kompot stał na szafce, w garnku, a garnek na
          plastikowej podstawce. Podstawka się do garnka przykleiła, a moja siostra
          garnek z podstawką na ogniu postawiła. Buchnął taki ogień, że az pod sufit, a
          moja siostra zamiast gasić pożar, zawołała "ratunku!", budząc cały dom. Ja ten
          pożar widziałam i myslałam, że się z tego nie wykaraskamy, ale na szczęscie
          wszystko sie dobrze skończyło:)

          • denika6 Re: Tragiczne pomylki w kuchni 16.12.05, 03:36
            A taki podły humor dzisiaj miałam. Teraz siedzę od kilku godzin i zrywam boki
            ze śmiechu. Aż sie boję, że sąsiedzi po policję zadzwonią.
            To i ja sie podzielę swoimi (i rodzinki) wyczynami.
            1. Mój tata lat temu już prawie 30 rozpoczął nową prace. A ponieważ było to
            ponad 100 kilometrów od domu, więc przez kilka miesięcy zanim z mamą nie
            dołączyłyśmy, prowadził żywot słomianego wdowca. Ale jeść coś czasem musiał.
            Pewnero dnia dzwoni do mamy i pyta się ile się gotuje jajka na miękko, bo
            gotuje już ponad 20 minut, a one wciąż są twarde.
            2. Mając lat niecałe pięć trochę się nudziłam, do mamy przyszła koleżanka i
            zajęte ploteczkami nie zwracały na mnie uwagi. Mama po dłuższej chwili
            zaniepojona ciszą w mieszkaniu (wiadomo cisza + dziecko = kłopoty) znalazła
            mnie w kuchni zajętą rozbijaniem bodajże jednego z ostatnich z 60 jajek.
            Okazało się, że chciałam zrobić sobie kogel mogel. Dodam, że jajka były wtedy
            trudne do zdobycia, a to działo się w okolicach świąt.
            3. Moja psica zjada wszystko. Pewnego dnia, głodna niemiłosiernie usmażyłam
            sobie wątróbke z cebulka i jabłkami. Mdliło mnie już z głodu więc cała
            szczęśliwa, że w końcu zjem, niosę sobie talerz z jedzonkiem do pokoju. Właśnie
            zaczynały się Wiadomości i lekko się zagapiłam w telewizor tak w połowie drogi
            do stołu. Talerzyk się przechylił i wątróbka zaczęła spadać. Ale nie zdążyła
            upaść, moja genialna psina złapała ją w powietrzu i cały ogromny kawał (bo to
            wieprzowa była) dosłownie połknęła. No cóż musiała mi wystarczyć cebulka, bo w
            domu poza psim żarciem nic więcej jadalnego nie było.
            4. U moich rodziców nastawiłam kiedyś mleko na płycie ceramicznej i na chwilę
            wyszłam przed dom zawołać psa. Ale spotkałam sąsiadkę rodziców i się nieźle
            zagadałam. Jak weszałam do domu, to wszedzie było juź szaro od dymu. Resztę
            dnia spędziłam na szorowaniu tej nieszczęnej płyty.
            5. Kolejny przypadek z tą płytą (w domu mam gaz). Przed kilkoma miesiącami duża
            impreza rodzinna. Postanowiłam zrobić jedno z popisowych dań, a mianowicie
            naleśniki z mięskiem meksykańskim. Ogromny gar. Wszystko już idealnie
            doprawione, ale postanowiłam jeszcze momencik wołowinę z warzywami odparować.
            Przestawiłam więc na najwyższy poziom kuchenkę i na moment poszłam na piętro. A
            tam coś mnie wciągnęło. Dodam, że do kuchni zwabił mnie dopiero niesamowity
            smród.
            6. Kontunuując wątek domu rodziców. Jesienią wzięłam trochę wolnego i
            pojechałam pomóc mamie w robieniu powideł i innych przetworów na zimę.
            Ostatniego dnia, przygotowałyśmy trzy potężne gary powideł z ostatnich już
            śliwek. Po zagotowaniu, śliwki wyłączyłyśmy, a mama odwoziła mnie do domu.
            Wieczorem dzwoni niemal płacząc. Okazało się, że tatuś postanowił jej pomóc i
            trochę pogotować te powidła. Wstawił wszystkie garnki na największą moc i
            poszedł oglądać tv. Trochę mu się przysnęło, babcia też spała po obiadku. A
            powidła się smażyły. Efekt był taki, że dwa garnki i jeden prodziż były do
            wyrzucenia. W jednym z garnków wypaliła się nawet dziura. A o powidłach można
            było zapomnieć.
            7. Przyjechał do mnie znajomy Angol. Otworzyłam ostatni słoik kiszonych ogórków
            mojej baci, żeby wiedział co jest dobre. On wniebowzięty. Na kolację
            przygotowałam spaghetti jedno z dań, którym powalam znajmych na kolana.
            Nastawiłam wodę z ziołami na makaron. Ale znajomy doszedł do wniosku, że przyda
            się więcej wódeczki. Zostawiłam więc w domu koleżankę, żeby skończyła gotować
            ten makaron, a my poszliśmy do sklepu tuż obok. Wracamy, ja do garów, a mój sos
            coś dziwnie wygląda. Okazało się, że koleżanka dodała do niego pokrojone ogórki
            mojej babci!!! Zjedliśmy, ale ja jej tego nigdy nie wybaczyłam.
            8. To z kolei wyczyn mojego mężczyzny. Wrócił kiedyś do domu po ogromnej
            imprezie. Niemal nieprzytomny. No i zgłodniał, więc rzucił się w kierunku
            lodówki. Rano wstaję otwieram lodóweczkę, a tam widzę rozpakowane z foli mięso
            przygotowane na pieczeń. W dodatku noszące ślady zębów. A psa wówczas jeszcze
            nie miałam. Okazało się, że mój luby delektował się nocą surową wieprzowinką.
            Tylko po nóż biedaczek nie miał siły sięgnąć. Nigdy nie chciał mi uwierzyć, że
            to zrobił.
            9. Kiedyś gotując spaghetti makaron odcedziłam prosto do zlewu. Zapomniałam
            podstawić durszlak.
            Pomijam takie drobiazgi jak spalony czajnik, jakiś garnek i przypalone
            ziemniaki. Choć czajnik elektryczny udało się spalić mojemu niemężowi.Nie nalał
            wody, bo twierdził, że nie wiedział, że trzeba (tego nie komentuję, ale on
            pierwszą kanapkę w życiu zrobił jak go do tego zmusiłam) a jak mu się bestia
            wyłączała, to włączał ją ponownie. I tak do skutku.
            Inna trochę sprawa, że bywam czasami nieźle roztrzepana i myślami błądzę nie
            wiadomo gdzie. I już kilka razy wyrzuciłam do kosza pieniądze. Mam taki
            zwyczaj, że często zostawiam banknoty na stole i pewnie zbieram je z innymi
            papierami. Raz sama przekopałam cały kosz w poszukiwaniu grubszej kwoty, a
            ostatnio mój mężczyna nieźle się zdziwił, gdy w koszu znalazł kilka banknotów.
            Nie wiem jak ja to robię.
            Przy okazji wyrzucania przypomniała mi się jeszcze jedna wpadka kulinarna.
            Robiłam sernik na zimno. Masa gotowa, więc szukam tortownicy. Ale jest tylko
            obręcz. Spodu nigdzie nie mogłam znaleźć. Pewnie z resztką jakiegoś ciasta
            wyrzuciłam ją do śmieci. A że gotuję przeważnie w godzinach gdy wszystkie
            sklepy już na głucho zamknięte, to sernik musiał zastygnąć w jakimś innym
            naczyniu.
            • Gość: Dorna Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.pl / *.lublin.enterpol.pl 16.12.05, 14:00
              A czy komuś z Was udało się do zupy zamiast zągęścić ją mąką dodać gipsu?Bo mnie
              tak.Efekt był do przewidzenia! Nie można było wyjąć łyżki po zgęstnieniu i
              wystygnięciu.
            • Gość: Bartek Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.01.06, 16:19
              To i ja się dołączę do tego wątku.

              1. Co powiecie na fasolkę szparagową osoloną kwaskiem cytrynowym? Pikanterii
              dodaje to, że było to podczas pierwszej wizyty mojej przyszłej (i ciągle
              obecnej) żony u swojej przyszłej teściowej - chciała być miła i pomóc w kuchni.
              Najlepsze, że wszyscy to bohatersko skonsumowali :)

              2. Bardzo ciekawie, choć nieco orientalnie smakuje bigos z cynamonem zamiast
              papryki. Z pewną ilością wódki nawet całkiem smaczny.

              3. Równie ciekawie wygląda wnętrze kuchenki mikrofalowej (takiej z
              termoobiegiem) po upieczeniu ciasta typu piernikowego, do którego zamiast
              łyżeczki proszku do pieczenia dodałem torebkę. Nigdy nie sądziłem, że w
              kuchence jest tyle zakamarków do czyszczenia.

              4. Przebojem sezonu jest dla mnie carpaccio (kupione w sklepie już pokrojone)
              przez mojego szanownego teścia, który nie do końca wiedząc co z nim zrobić
              podał je jako niewielkie roladki polane olejem, przyprawione itd. Gdyby nie
              usiłował wszystkim wmówić, że jest to carpaccio, to by było nawet ciekawe danie.

              5. No i moje koronne danie, czyli polędwica Wellingtona zrobiona zresztą
              dokładnie według przepisu z GW (mam ten przepis ciągle w domu), gdzie po
              wszystkich wstępnych zabiegach stało, że piecze się to w temperaturze 130
              stopni (spory kawał polędwicy z dodatkami owinięty w ciasto francuskie). Cóż,
              długo się piekło, ale po zeskrbaniu brei z ciasta francuskiego i dopieczeniu
              już osobno, było nawet jadalne. Wtedy byłem jeszcze baaaaardzo początkującym
              kuchcikiem...

              6. W ramach eksperymentów z nalewkami (a wiśnióweczka wychodzi mi całkiem,
              całkiem ...) postanowiłem zaskoczyć bliskich i gości czymś nowym (rozwiązanie
              na końcu postu). Po kilkunastodniowym moczeniu w spirytusie odlałem nalewkę -
              miała zresztą przepiękny ciemno-czerwony kolor i zacząłem ją podawać do
              testowania różnym osobom jako zagadkę. Nikt nie został zwycięzcą tego quizu.
              Powszechne jest mniemanie, że nalewka została zrobiona z udziałem grzybów, bo
              jest wyczuwalny lekki grzybowy posmak. Dla ciekawych, z czego ta nalewka -
              odpowiedź - borówka amerykańska. Stoi od dwóch lat jeszcze jedna butelka, ale
              jakoś nie może się rozejść ... :)

              Pozdrawiam wszystkich kuchcików! Bartek
              • Gość: kasica Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.internetdsl.tpnet.pl 20.03.06, 16:04
                > 2. Bardzo ciekawie, choć nieco orientalnie smakuje bigos z cynamonem zamiast
                > papryki. Z pewną ilością wódki nawet całkiem smaczny.

                Nie widzę w tym nic dziwnego - ja robię bigos z laską cynamonu - jest doskonały!
                A największa z wpadek, o jakiej słyszałam to zaserwowanie, w czasie wymiany
                międzynarodowej, młodzieży włoskiej typowego, stołówkowego (=rozgotowanego)
                markaronu z białym serem i cukrem! Nie do strawienia przez Włochów!
      • Gość: wookie Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.portnet.pl 16.12.05, 16:43
        sam nie jestem 'orlem' ortograficznym ale na sformulowanie 'torta' krew sie we
        mnie burzy...
        • madzikf Re: Tragiczne pomylki w kuchni 16.12.05, 18:47
          Gość portalu: wookie napisał(a):

          > sam nie jestem 'orlem' ortograficznym ale na sformulowanie 'torta' krew sie we
          > mnie burzy...
          ojej, biedaczku... niezdrowe takie wzburzenia... przepraszam. orlom tez sie
          wpadki zdarzaja :).
        • Gość: mizi w ogóle nie jesteś orłem językowym IP: *.chello.pl 29.12.05, 11:03
          wszak "torta" to przykład błędu gramatycznego, nie ortograficznego
          • Gość: wookie zgadza sie... lekko sie zawstydzilem, ale tylko IP: *.portnet.pl 29.12.05, 11:22
            lekko :-),

            i tak "torta" nie znosze, choc bardzo lubie "tort".
    • kapukap Re: Tragiczne pomylki w kuchni 16.12.05, 15:47
      Pomyłka to nie była tylko świadome działanie będące wynikiem.... hm.... głupoty?
      ciekawości? naiwności?
      otóż postanowiłam zrobić najzwyklejszą galaretkę cytrynową ale nierozpuszczoną
      w wodzie tylko w mleku.
      Efekt "rosołek z lanym ciastem".
      ale mi wstyd :(
    • aliby78 Re: Tragiczne pomylki w kuchni 23.12.05, 20:27
      Bardzo się spieszyłam z ciastem ,domownicy czekali niecierpliwie aż wystygnie ,
      pomyliłam cukier puder z solą , bo miałam w tych samych pudełkach .Ciasto ze
      śliwkami po tych zabiegach bylo nie do odratowania.
    • Gość: wk Nie całkiem w kuchni..... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 29.12.05, 09:18
      Byliśmy u znajomego na jakiejś uroczystości.
      Gospodarz parę dni przedtem kupił nowy sedes. Stał w dużej łazience - ubikacji
      poprostu na podłodze, czekał na podłączenie.
      Część gości korzystała z niego. Był taki świeżutki....
    • Gość: potworek Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.137-1-64736c10.cust.bredbandsbolaget.se 01.01.06, 17:38
      podciagam :-)
    • stoodent Tragiczne pomylki w kuchni 02.01.06, 13:09
      Mój teśc był specjalistą od tzw przepalanki, robił mi zawsze wlewał w słoiczek
      lub butelkę i przywoził. Jednego razu wlał w buteleczkę po sosie sojowym. Ja
      dorabiając spirytusik wlałem... prawdziwy sos sojowy (taka sama butelka)
      Wódeczkę na imprezę trza było w sklepie kupić.
    • Gość: gu Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.01.06, 13:46
      A bita śmietana z torebką proszku do pieczenia zamiast "Śmietan-fixu"?Na
      szczęście w porę się zorientowałam...
    • gosiaolszewska Re: Tragiczne pomylki w kuchni 02.01.06, 20:04
      ja kiedyś chciałam upiec biszkopt z galaretką i owocami. nie mogłam sie doczekać
      aż ciasto będzie gotowe i jeszcze na gorący biszkopt wylałam
      galaretkę.....wszystko wsiąkło...było obleśne!
      • justynka_szczuk Re: Tragiczne pomylki w kuchni 04.01.06, 20:51
        normalnie uwielbiam ten wątek:)

        Tak więc, dodam coś od siebie. A dokładniej przygode znajomych mojej mamy. Moja
        kochana mamusia, w czasach gdy jeszcze była harcerką, a w sklepach praktycznie
        nic nie było, znajdowała się na obozie harcerskim. Jej niezmiernie inteligentni
        koledzy stwierdzili, że odsmażą sobie makaron który został po obiedzie. Wszystko
        fajnie, wrzucają go na rozgrzany olej, smażą, jedzą... Przez cały dzie wszyscy
        równo wymiotowali... Powód? Chłopcy, do odsmażenia makaronu użyli olej, owszem,
        ale... SILNIKOWY :)

        Przez to, że mam dopiero 15 lat i moja kariera kucharki dopiero się zaczyna,
        nałogowo piekę ciasta. Ostatnio, przed jakąś dużą rodzinną imprezą, jak zawsze
        postanowiłam ich parę upiec. Sernik z murzynkiem wyszedł pięknie, ciasto z
        jabłkami... wyglądało cudownie. Tylko gdy już je chciałam pokroić, okazało się
        że jakoś się niebezpiecznie ugina pod moimi palcami. Dotknęłam mocniej, i...
        plusk. Mimo tego, że ciacho piekłam tylko co zwykle, w ogóle się nie upiekło.
        Miało tylko piękną skorupkę na wierzchu. Od tej pory zawsze sprawdzam
        patyczkiem, czy ciastko napewno się upiekło:)

    • agatka76 Re: Tragiczne pomylki w kuchni 07.01.06, 01:02
      Rewelacyjny watek. Dopisze osiagniecie mojego (prawie) meza. Chcac mi
      zaimponowac postanowil ugotowac potrawe warzywna na sposob chinski (stir fry).
      Teoretycznie prosta sprawa - wyjac torebke z warzywami, wrzucic na olej,
      usmazyc, dodac sos i gotowe. No i on postapil zgodnie z instrukcja, ale w
      przyplywie inwencji postanowil dodac do orientalnego sosu... chrzanu. On bardzo
      lubi chrzan i wydawalo mu sie ze moze on uswietnic smak kazdej potrawy. Dodam,
      ze dzielnie zjadlam mala porcje, mimo ze bylo to bardzo obrzydliwe... od tej
      pory do kuchni ma wstep ograniczony (tzn wina moze nalac ale od garnkow precz).
      I tak zyjemy w szczesliwej symbiozie... :)
    • lukka74 moze nie pomyslka ale osobliwosc w kuchni 10.01.06, 11:45
      moja tesciowa, bardzo praktyczna kobieta, jak kroi cebule zaklada na oczy ...
      okulary plywackie. wyobrazcie sobie moje zdziwienie jak zobaczylem ja krojaca
      cebule po raz pierwszy.
      • gingers73 Re: moze nie pomyslka ale osobliwosc w kuchni 24.01.06, 14:51
        moja tesciowa, bardzo praktyczna kobieta, jak kroi cebule zaklada na oczy ...
        okulary plywackie. wyobrazcie sobie moje zdziwienie jak zobaczylem ja krojaca
        cebule po raz pierwszy.

        Mój mąż też tak robi !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka