tojajurek
26.02.13, 00:06
Kilka dni temu poszedłem do piwnicy zrobić nieco porządków, po wcześniejszym bezładnym zwaleniu tam ozdób choinkowych i wszelkiego bożonarodzeniowego badziewia. Przy tej okazji zatrzęsłem niechcący starym regałem, z którego najwyższej półki zjechała majestatycznie stara fibrowa walizka całkiem pokaźnych rozmiarów i omal mnie nie walnęła w łeb. Solidna tandeta, takich się już nie robi. Zapomniałem już co zawiera – przyjechała przy ostatniej przeprowadzce z poprzedniej piwnicy. Po zdmuchnięciu grubej warstwy kurzu zajrzałem do tego pancernego sezamu. No i proszę. Cała kolekcja różnych dziwnych przedmiotów, na czele ze starym młotkiem drewnianym z toczoną rączką. A pod spodem elegancko popakowane (ach, te Mamuśki) bloki moich dziecięcych rysunków. Na ich wierzchu blok zatytułowany moją osobistą ręką „Miendzyzdroje, sierpień 1946”. I ten młotek, właśnie stamtąd przywieziony wraz z innymi znaleziskami… Ruszają wspomnienia. Pierwsza wyprawa nad morze…
Bo góry już właściwie poznałem na tyle, że czułem się w nich jak u siebie. Zwłaszcza w zimie, z nartami na nogach. Wtedy morze było pustym wyrazem. Trudnym do wyobrażenia. Za to góry były czymś rzeczywistym, na czym można było wzrok zatrzymać i z czego można było zjeżdżać. I gdzie stale czekały przygody. Fajne, jak pierwszy zjazd z Kasprowego do Kotła Gąsiennicowego. I dramatyczne, gdy na przełęczy odpięła mi się narta „kaloszówka” i zaczęła samoczynnie zjeżdżać ku zagładzie w Cichej Dolinie, gdy w ostatniej chwili pięknym szusem złapał ją wysportowany narciarz i mi ją przyniósł. Miał białe narty z zielonym pasem, a na sobie biały kombinezon z dystynkcjami hauptsturmfuhrera SS i polową czapkę. Podziękowałem wtedy grzecznie, bo mundury z niemieckimi dystynkcjami nie robiły na mnie większego wrażenia – napatrzyłem się ich dość wcześniej. A mojej narty zachłanne góry nie dostały. Z górami miałem zresztą swoje porachunki (o czym może obszerniej napiszę kiedy indziej). Do najważniejszych należała zawzięta ambicja, aby powtórzyć legendarny wyczyn tatrzańskiego kuriera Józka Uznańskiego, który umknął sprzed nosa Niemcom, wyskakując na nartach z kolejki na Kasprowy tuż przed górną stacją i zjeżdżając Żlebem Spod Palca. Kto był na Kasprowym, wie jak ten piekielny żleb wygląda, choć mało kto zna tę nazwę, wziętą od sterczącej nad nim skały. Wyczyn Józka Uznańskiego obrósł już dawno legendą i był oczywiście kwestionowany przez domorosłych malkontentów. Sam Józek, którego poznałem przed laty, potwierdzał ten fakt, choć mówił, że nie ma się tu czym tak znowu chwalić i roztrząsać tę sprawę. Tak, czy owak, wbiłem sobie ongiś w głowę, że zjazd tym żlebem będzie dla mnie kluczowym sprawdzianem odwagi i umiejętności. Dodać trzeba, że uprawiane dziś przez górską odmianę szaleńców tzw. narciarstwo freeride’owe nie było wówczas rozpowszechnione, choć wraz z moi przyjacielem mieliśmy na koncie trochę zimowych wyczynów, na których wspomnienie jeszcze dziś cierpnie mi skóra. W szaleństwie jednak ważna jest metoda, a w przypadku Żlebu Spod Palca niekwestionowanym ekspertem od jego stanu był Staszek Wawrytko-Gąsiennica, narciarz i były ratownik tatrzański, który na górnej stacji Kasprowego przez lata prowadził serwis narciarski. Od stanu śniegu zależało bowiem, czy narciarz na dole wyjedzie z gardzieli żlebu sam, czy z całym zalegającym w nim śniegiem. Nie wspomnę, że wyczyn taki na oczach wszystkich był nielegalny, gdyż leżąca w dole Dolina Sucha Kasprowa jest rezerwatem. Choć, dalibóg, kto i jak miałby mnie niby tam łapać? No i pewnego kwietniowego dnia Staszek dał umówiony znak, więc wylazłem w górę pod Obserwatorium, gdzie żleb się zaczyna, przypiąłem narty i w końcu spełniłem hołubiony latami zamysł. Trzeba tu powiedzieć, że jest w tym jakaś niewypowiedziana frajda, gdy z dołu popatrzy się na swój samotny ślad na śniegu nietkniętym wcześniej przez nikogo.
No, ale czas zostawić za sobą góry i wrócić do tematu, czyli wspomnień o pierwszym powitaniu z morzem.
(cdn.)