Dodaj do ulubionych

Wykopaliska

26.02.13, 00:06
Kilka dni temu poszedłem do piwnicy zrobić nieco porządków, po wcześniejszym bezładnym zwaleniu tam ozdób choinkowych i wszelkiego bożonarodzeniowego badziewia. Przy tej okazji zatrzęsłem niechcący starym regałem, z którego najwyższej półki zjechała majestatycznie stara fibrowa walizka całkiem pokaźnych rozmiarów i omal mnie nie walnęła w łeb. Solidna tandeta, takich się już nie robi. Zapomniałem już co zawiera – przyjechała przy ostatniej przeprowadzce z poprzedniej piwnicy. Po zdmuchnięciu grubej warstwy kurzu zajrzałem do tego pancernego sezamu. No i proszę. Cała kolekcja różnych dziwnych przedmiotów, na czele ze starym młotkiem drewnianym z toczoną rączką. A pod spodem elegancko popakowane (ach, te Mamuśki) bloki moich dziecięcych rysunków. Na ich wierzchu blok zatytułowany moją osobistą ręką „Miendzyzdroje, sierpień 1946”. I ten młotek, właśnie stamtąd przywieziony wraz z innymi znaleziskami… Ruszają wspomnienia. Pierwsza wyprawa nad morze…
Bo góry już właściwie poznałem na tyle, że czułem się w nich jak u siebie. Zwłaszcza w zimie, z nartami na nogach. Wtedy morze było pustym wyrazem. Trudnym do wyobrażenia. Za to góry były czymś rzeczywistym, na czym można było wzrok zatrzymać i z czego można było zjeżdżać. I gdzie stale czekały przygody. Fajne, jak pierwszy zjazd z Kasprowego do Kotła Gąsiennicowego. I dramatyczne, gdy na przełęczy odpięła mi się narta „kaloszówka” i zaczęła samoczynnie zjeżdżać ku zagładzie w Cichej Dolinie, gdy w ostatniej chwili pięknym szusem złapał ją wysportowany narciarz i mi ją przyniósł. Miał białe narty z zielonym pasem, a na sobie biały kombinezon z dystynkcjami hauptsturmfuhrera SS i polową czapkę. Podziękowałem wtedy grzecznie, bo mundury z niemieckimi dystynkcjami nie robiły na mnie większego wrażenia – napatrzyłem się ich dość wcześniej. A mojej narty zachłanne góry nie dostały. Z górami miałem zresztą swoje porachunki (o czym może obszerniej napiszę kiedy indziej). Do najważniejszych należała zawzięta ambicja, aby powtórzyć legendarny wyczyn tatrzańskiego kuriera Józka Uznańskiego, który umknął sprzed nosa Niemcom, wyskakując na nartach z kolejki na Kasprowy tuż przed górną stacją i zjeżdżając Żlebem Spod Palca. Kto był na Kasprowym, wie jak ten piekielny żleb wygląda, choć mało kto zna tę nazwę, wziętą od sterczącej nad nim skały. Wyczyn Józka Uznańskiego obrósł już dawno legendą i był oczywiście kwestionowany przez domorosłych malkontentów. Sam Józek, którego poznałem przed laty, potwierdzał ten fakt, choć mówił, że nie ma się tu czym tak znowu chwalić i roztrząsać tę sprawę. Tak, czy owak, wbiłem sobie ongiś w głowę, że zjazd tym żlebem będzie dla mnie kluczowym sprawdzianem odwagi i umiejętności. Dodać trzeba, że uprawiane dziś przez górską odmianę szaleńców tzw. narciarstwo freeride’owe nie było wówczas rozpowszechnione, choć wraz z moi przyjacielem mieliśmy na koncie trochę zimowych wyczynów, na których wspomnienie jeszcze dziś cierpnie mi skóra. W szaleństwie jednak ważna jest metoda, a w przypadku Żlebu Spod Palca niekwestionowanym ekspertem od jego stanu był Staszek Wawrytko-Gąsiennica, narciarz i były ratownik tatrzański, który na górnej stacji Kasprowego przez lata prowadził serwis narciarski. Od stanu śniegu zależało bowiem, czy narciarz na dole wyjedzie z gardzieli żlebu sam, czy z całym zalegającym w nim śniegiem. Nie wspomnę, że wyczyn taki na oczach wszystkich był nielegalny, gdyż leżąca w dole Dolina Sucha Kasprowa jest rezerwatem. Choć, dalibóg, kto i jak miałby mnie niby tam łapać? No i pewnego kwietniowego dnia Staszek dał umówiony znak, więc wylazłem w górę pod Obserwatorium, gdzie żleb się zaczyna, przypiąłem narty i w końcu spełniłem hołubiony latami zamysł. Trzeba tu powiedzieć, że jest w tym jakaś niewypowiedziana frajda, gdy z dołu popatrzy się na swój samotny ślad na śniegu nietkniętym wcześniej przez nikogo.
No, ale czas zostawić za sobą góry i wrócić do tematu, czyli wspomnień o pierwszym powitaniu z morzem.
(cdn.)
Obserwuj wątek
    • olga_w_ogrodzie Re: Wykopaliska 26.02.13, 01:20
      ho, ho.
      tak, tak.
      niezwykłej urody opowieść.
      oczywiście czekam teraz pilnie na morską część.

      /spadanie piwnicznych waliz na głowę ToJaJurka ma ewidentnie ogromne plusy.

      ja też mam nazbierane rysunki, wypracowania mego synka z datami zapisanymi. /
      • ave.duce Re: Wykopaliska 26.02.13, 07:56
        Rysunków mojego syna nie mam (no, może gdzieś się jeden plącze), ale siedzę cichutko jak (TRU, przebacz!) trusia pod miotłą i czekam na cdn.
    • trusiaa Re: Wykopaliska 26.02.13, 09:14
      Pyyyyszne! O to właśnie mi chodziło. Proszę o dokładkę: tylko dużą.
      I dziękuję za już i czekam, nic nie gadam :)
    • damakier1 Re: Wykopaliska 26.02.13, 11:28
      Też sobie przycupłam i czekam cichutko...
      • scoutek Re: Wykopaliska 26.02.13, 12:15
        mnie jak rano zatchło tak tera popuszcza.....
        • magdolot Re: Wykopaliska 26.02.13, 12:28
          Od fczoraj się zastanawiam, co Pan Jajurek nawyprawiał z morzem... i się nie mogę doczekać!
          • damakier1 Re: Wykopaliska 26.02.13, 16:28
            Jak wieczorem nic o tym morzu nie będzie, to sobie pomyślę, że się znami Pan JaJurek droczy...
    • tojajurek Wykopaliska - cd. 26.02.13, 20:24
      Nasuwa się w tym miejscu refleksja, iż grzebanie w starych wspomnieniach, a zwłaszcza próbę ich opisywania, przyrównać można do robienia domowego bigosu. Roztargnienie i brak wprawy powoduje, że co chwila przypominamy sobie co by tu jeszcze dorzucić do garnka o czym zapomnieliśmy i jakie dodać ingrediencje, aby smak potrawy wzbogacić.
      Dla mnie katalizatorem wspomnień o spotkaniu z morzem i odkrywaniu Międzyzdrojów, jest wspomniany wyżej blok rysunkowy odnaleziony w starej walizce. A sam blok też jest nietuzinkowy, poniemiecki (co widać z nadruku na okładce) i ma sztywne karty z gładkiego kartonu. Każda karta jest oddzielona od sąsiedniej wkładką z kolorowej bibułki, aby rysunki nie zamazywały się. Nawet kolory bibułek się nie powtarzają. Cholerna germańska jakość i skrupulatność.
      No więc zaglądam do bloku z rysunkami i pamięć wraca pomału. Zaczyna się oczywiście od wizerunku pociągu. Okropnie to koślawy rysunek, nawet prowincjonalni prymitywiści odwracaliby oczy. Ale cóż, Pan Bozia poskąpił mi talentów malarskich, choć po cichu czułem zawsze nieodwzajemnioną miłość do sztuk plastycznych. Ale wagon kolejowy każdy głupi pozna i nie pomyli z czymś innym. Więc wtedy, w sierpniu 1946 roku, wsiedliśmy pod wieczór do pociągu osobowego do Szczecina. Pociąg był solidnie zatłoczony, ławki w przedziale twarde, ale wagon był pulmanowski, więc na owe czasy dość luksusowy, wręcz wykwintny, a przede wszystkim jechał miękko i prawie nie rzucał. Mogłem to stwierdzić sam, nie pytając nikogo o zdanie, gdyż wcześniej już zdążyłem się najeździć koleją i zapoznać z różnymi wagonami. Do niezapomnianych doświadczeń należała moja wcześniejsza podróż z Mamuśką wagonem towarowym z Zakopanego do Warszawy. Trwała dwa dni i musieliśmy cały czas siedzieć cichutko jak myszki, bo podróżowaliśmy nielegalnie, wpuszczeni za łapówkę przez kierownika pociągu. Wagon był załadowany po brzegi przeprowadzkowymi bambetlami całej rodziny, łącznie z ogromnym stosem desek podłogowych do mieszkania Babci, która urządzała sobie własne mieszkanie w wypalonej warszawskiej ruinie. Trochę się bałem, bo cały czas nie wiadomo było gdzie jesteśmy, wagon przetaczano niezliczona ilość razy, na zewnątrz słychać było pukanie młotkiem w koła i tajemniczą krzątaninę, a w nocy ktoś strzelał z karabinu. W sumie jednak było to ekscytujące przeżycie. W ogóle podróżowanie koleją w powojennej Polsce dostarczało niezapomnianych wrażeń. Kto na przykład dziś wie co to takiego „towos”? To stworzony na sowiecką manierę skrót od nazwy wagonu towarowo-osobowego. Jeździłem czymś takim wielokrotnie, jeszcze na początku lat 50-tych na drugorzędnej linii kolejowej z Łowicza do Strykowa, w którego okolicy spędzaliśmy przez szereg lat część wakacji. Był to bardzo praktyczny (zwłaszcza latem) i tani wagon, będący po prostu zwykłym, trochę przerobionym, wagonem towarowym, do którego części wstawiono drewniane ławki. Szalona wygoda, zwłaszcza dla osób z nieporęcznym bagażem, jak komoda, piecyk żelazny z kompletem rur, czy zwykła rogata koza. Zdarzało mi się też, najczęściej na tej samej linii, podróżować luksusowo wręcz tak zwanym „boczniakiem”, czyli wagonem pamiętającym I Wojnę Światową, który miał z zewnątrz osobne drzwi do każdego przedziału. Szczególną atrakcję stanowił w nim zapadający zmierzch, gdy przychodził konduktor i z namaszczeniem zapalał w suficie każdego przedziału lampę gazową.
      Wracając do głównego wątku muszę jednak wyznać, że podróż pociągiem musiałem bezapelacyjnie rozpocząć od gruntownego obejrzenia lokomotywy. W ogóle, gdy byłem pętakiem, moja fascynacją były lokomotywy parowe. I zrozumie mnie każdy, kto choć raz podszedł do dalekobieżnego parowozu na wyciągnięcie ręki. Jego niewiarygodny smolisty ogrom, wielkość i liczba potężnych kół, tłoki i błyszczące suwadła, liczne rury, pomosty, schodki, zderzaki, prowadnice… I ten odczuwalny z daleka ciężar. A gdy do tego dodać dym z komina, syk pary, bijące gorąco, zapach smarów i żelaza oraz blask ognia bijący z nadbudówki. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to ogromna żywa bestia, służąca nam życzliwie swoją mocą. Doprawdy niewiele jest równie pięknych i wspaniałych wytworów myśli ludzkiej. Szkoda, że to już przeszłość.
      No, ale wygląda na to, że znów odjechałem na boczny tor.
      Więc wracamy do podróży nad morze.
      (cdn.)
      • magdolot Re: Wykopaliska - cd. 26.02.13, 20:47
        Na dłużej wystarczy :)))
        I to buchanie obezwładniające!
      • damakier1 Re: Wykopaliska - cd. 26.02.13, 21:22
        Szkoda, że w tym 46. roku nie wiedziałam, że do Szczecina przyjeżdżasz, bo bym Cię wyszła na dworzec z kwiatkami witać!
        • tojajurek Re: Wykopaliska - cd. 26.02.13, 23:00
          damakier1 napisała:

          > Szkoda, że w tym 46. roku nie wiedziałam, że do Szczecina przyjeżdżasz, bo bym
          > Cię wyszła na dworzec z kwiatkami witać!

          15 lat później ponownie byłem w Szczecinie, nawet dość długo - w jw. 3446.
          Choć wówczas bardziej bym się cieszył z półlitrówki, niż z kwiatków.
          Kiedyś i o tym napiszę, ale to będzie maraton kabaretowy z figurami i przytupem.
          • damakier1 Re: Wykopaliska - cd. 26.02.13, 23:40
            Wtedy to ja taka hoża panna byłam, że byłoby Ci wszystko jedno, czy z flaszką, czy z kwiatkami przyjdę ;)
        • lackzadek Re: Wykopaliska - cd. 03.03.13, 22:57
          Autor!!!
      • ave.duce Re: Wykopaliska - cd. 27.02.13, 18:02
        wagonem pamiętającym I Wojnę Światową, który miał z zewnątrz osobne drzwi do każdego przedziału jechałam jeszcze w latach siedemdziesiątych ;)
      • trusiaa Re: Wykopaliska - cd. 28.02.13, 09:16
        Lecz do powieści

        Panie ToTyJurku, jak to się czyta! Dzięki Ci, dzięki :)

        P.S. Lokomotywę taką miałam szczęście widywać dziecięciem będąc - niezapomniane przeżycie, za każdym razem, natomiast wagon, z zewnętrznymi drzwiami do przedziałów, w Londynie mnie zadziwił.
      • tojajurek Wykopaliska - cd. 2 28.02.13, 21:52
        I tak, w pogodny sierpniowy poranek wysiedliśmy z pociągu na dworcu w Szczecinie i powędrowaliśmy z bambetlami w stronę portu. Musiała nas być spora grupka, choć inne osoby niezbyt dobrze pamiętam, gdyż wszyscy mieliśmy oficjalne skierowanie na wczasy zbiorowe – wówczas to był całkiem świeży wynalazek – w Międzyzdrojach. A wszystko stąd, że wcześniej szanowny Tatuńcio dał się namówić przez kolegów prawników na działalność w Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, będącej agendą Ministerstwa Sprawiedliwości. Jak na długoletniego sędziego sądu okręgowego w Warszawie (przed wojną oczywiście) był to pomysł dość naiwny i bez przyszłości, co się miało wkrótce okazać. Znacznie ciekawiej było, z mojego punktu widzenia, gdy Tatuńcio, w pumpach i cyklistówce, pracował jako kierowca ciężarówki marki ZIS zaopatrującej w niezbędne towary dom wczasowy ZAIKS-u w Zakopanem. Ale na ówczesną chwilę, po latach biedy i tułaczki, ta nowa praca była źródłem niebywałych wspaniałości, jak przydział mieszkania, zaopatrzenie z paczek UNRRA, dostęp do służbowego samochodu, no i właśnie wczasy w atrakcyjnych miejscach.
        Wędrowaliśmy więc przez Szczecin, który jednak nie przypominał dzisiejszego miasta o tej nazwie. Trzeba bowiem uświadomić sobie, że Szczecin, Świnoujście oraz wyspy Uznam i Wolin, dopiero jesienią 1945 roku zostały w wyniku Konferencji Poczdamskiej oficjalnie przyznane Polsce i objęte przez polskie władze administracyjne. Wcześniej wysiedlono z tych terenów całą niemal ludność niemiecką – innej zresztą tu właściwie nie było – a rządy sprawowała Armia Czerwona. Tak więc rok 1946 był de facto wstępnym okresem masowego obejmowania i zaludniania tych obszarów przez napływową ludność polską, choć i tak czerwonoarmiści panoszyli się tu wszędzie przez dłuższy czas.
        Po dotarciu do portu wsiedliśmy na statek o wyszukanej nazwie „Piast”. Była to wspaniała jednostka pływająca i nie mogła być inna, bowiem była pierwszym statkiem jaki widziałem na oczy. Z komina walił dym, pokład wibrował, pachniało żelazem, smarami i zdechłą rybą, a gdy zawyła syrena okrętowa, to musiałem stwierdzić, że to jest bezapelacyjnie fantastyczne miejsce. Po serii donośnych gwizdów statek wypłynął z poru i ruszył w drogę. Kiedy zewsząd otoczyła nas woda złożyłem ostry protest, że morze jest spokojne jak jakieś bajoro, a powinny być dookoła bałwany morskie. O bałwanach uprzednio słyszałem wiele, a nawet czytałem o nich, bo czytać umiałem już biegle sam. Wyobrażałem sobie, że morskie bałwany musza wyglądać jak te śniegowe, tylko znacznie większe i zrobione z wody. Wytłumaczono mi jednak pokrętnie, że nie płyniemy jeszcze po morzu, tylko po Zalewie Szczecińskim, który jest niczym innym jak rzeką, rozpełzłą we wszystkie strony aż po horyzont. Rzeczywiście okazało się wkrótce, że po obu stronach statku zaczęły się pojawiać liczne wystające z wody wieżyczki, wskazujące drogą, jak słupy telegraficzne przy szosie. Więc chłonąłem te niespotykane widoki, a także nowe morskie słowa, jak kurs statku, farwater, nabieżnik, bakburta, donnerweter, szajs i wiele innych. Później obszar wodny nagle się zwęził i zamienił w coś w rodzaju krętej rzeki, a po krótkim czasie objawił się nam port w Świnoujściu, do którego przybiliśmy z wielkim chlupotaniem oraz wyciem syreny okrętowej.
        • magdolot Re: Wykopaliska - cd. 2 28.02.13, 23:03
          Nareszcie :)
        • damakier1 Re: Wykopaliska - cd. 2 28.02.13, 23:09
          Czyta się!
        • ave.duce Re: Wykopaliska - cd. 2 01.03.13, 07:48
          Nie było tam bałwanów? Niesamowite!
        • trusiaa Re: Wykopaliska - cd. 2 01.03.13, 10:41
          Jeszcze, pliiiz! :)
        • tojajurek Wykopaliska - cd. 3 01.03.13, 15:28
          Gdy zebraliśmy się w stado na nabrzeżu portowym, wyskoczył jak spod ziemi facet, który miał być odtąd naszym wczasowym przewodnikiem, opiekunem i w ogóle Aniołem Stróżem. Pod jego komendą wsiedliśmy na prom, aby przepłynąć na drugą stronę tego czegoś, co przypominało rzekę, choć nazywało się Świnia i było cieśniną (cokolwiek to miało znaczyć). Prom zrobił na mnie duże wrażenie, bo nie tylko przewoził na pokładzie samochody, które w ten sposób płynęły, zamiast jechać, ale do tego miał przód z obu końców. Wynikało z tego, że nie miał w ogóle tyłu i w każdą stronę płynął do przodu. Niesamowite. Gdy wysiedliśmy z promu przywitały nas jakieś płoty, zasieki i szlabany, a przy nich grupka żołnierzy w polskich mundurach oraz czerwonoarmistów z gwiazdami na czapkach. Tatuńcio bąknął, że wygląda to jak kontrola graniczna i rzeczywiście czymś takim była, bo legitymowano wszystkich, oglądano bagaże, a jakiś cywilny osobnik skrupulatnie odnotowywał nasze nazwiska w grubym zeszycie. W końcu wypuszczono nas na drugą stronę płotu i stanęliśmy obiema nogami na wyspie Wolin. Nasz opiekun powiedział, że wkrótce przyjedzie po nas samochód, który nas zawiezie na miejsce, czyli do Międzyzdrojów. Korzystając z przerwy w podróży naparłem się, że koniecznie chcę, nie czekając dłużej, zobaczyć wreszcie to morze, do którego jedziemy i jedziemy. Poszliśmy więc kawałek wzdłuż brzegu cieśniny, gdzie widoku nie zasłaniały już budynki i w końcu zobaczyłem to morze. Jakoś nie zrobiło ono na mnie większego wrażenia, bo żadnych bałwanów na nim nie było. Jakieś takie było szare, płaskie i zaraz kończyło się poziomą linią, za którą było niebo. Znacznie ciekawsze było za to co innego. Wzdłuż linii wyznaczającej ujście cieśniny do morza stały w równych odstępach, zakotwiczone w rzędzie wybiegającym po horyzont, radzieckie okręty wojenne. Nie były to na pewno pancerniki, ale tak czy owak, potężne jednostki z wieżyczkami artyleryjskimi na pokładach. Miałem w domu poniemieckie modele okrętów wojennych, więc o pomyłce nie mogło być mowy. Było oczywiste, że strzegą jakiejś umownej granicy wytyczonej na morzu. Czegoś takiego nie spodziewałem się zobaczyć i zapamiętałem ten widok na długo.
          Gdy wróciliśmy na nasze „przejście graniczne” nadjechał akurat nasz środek transportu, w postaci typowej w tamtych latach dużej ciężarówki z umocowanymi pod plandeką drewnianymi ławkami. I po niedługiej podróży – czwartym już zresztą środkiem lokomocji – znaleźliśmy się w Międzyzdrojach, znanych do niedawna jeszcze pod nazwą Misdroy.
          Zakwaterowani zostaliśmy w kilku sąsiadujących ze sobą willach z wygodnymi pokojami i wspólna stołówką w domu naprzeciw. Zaraz też zwołano zebranie wczasowiczów, na którym objaśniono wszystkich, że jesteśmy tu jednym z pierwszych regularnych turnusów wypoczynkowych, ale miasteczko jest właściwie wyludnione i szwendanie się samemu po zmierzchu jest ryzykowne. Ponadto, choć okolica jest w zasadzie rozminowana i na różnych murach widnieją rosyjskie napisy „min niet”, to długo jeszcze nie będzie z tym zupełnej pewności, więc istnieje kategoryczny zakaz wchodzenia do niezamieszkałych, opuszczonych budynków. Tym bardziej, że ktoś przyłapany na tym może zostać posądzony o tzw. szaber, a to jest surowo karane. Bardzo mi się te zakazy nie podobały, bo już miałem upatrzony dom naprzeciwko naszych okien, wyglądający na bardzo obiecujący teren buszowania. Żałowałem zwłaszcza, że wśród rupieci rozwłóczonych tam po ogrodzie, srebrzyło się przepiękne wiaderko, jak znalazł do robienia babek z piasku. I wcale mi nie przeszkadzała wiadomość, że to jest wiaderko do szampana. Zresztą trzeba być nieobytym niemieckim ćwokiem, żeby pić szampana z wiadra. Tymczasem i tak należało pędzić na brzeg morza, bo po to w końcu tu przyjechaliśmy.
          (cdn.)
          • magdolot Re: Wykopaliska - cd. 3 02.03.13, 01:13
            Po takim deserku mogę iść spać.
          • trusiaa Re: Wykopaliska - cd. 3 02.03.13, 07:20
            Przy opisie promu - skojarzenie ;)
            Kobita jest jak róża, nima przód, nima tył, Henryk Szlachet


            Ależ smakowicie kończy Pan każdą stronę :)
          • ave.duce Re: Wykopaliska - cd. 3 02.03.13, 07:50
            Takie kontrole, o których piszesz, przeżyłam wiele lat później przy wjazdach drogą do Helu na Helu ;)
            • tojajurek Otóż... 04.03.13, 23:04
              Jeżeli kogoś jeszcze interesują takie kopalne historyjki - to zapewniam, że będzie dalszy ciąg, może nawet spory. Mam go w tej, jak jej tam, głowie. Na razie jednak muszę z dzień, dwa, odpuścić, bo latam do chorego wnuka, a popołudniami mam cięgiem jakoweś posiedzenia sieriozne. Jak śpiewał ongiś Kuba Sienkiewicz: Będę się czasem potykał, ale kiedyś się wezmę.
              Właśnie!
              • olga_w_ogrodzie Re: Otóż... 05.03.13, 00:29
                mię interesuje niezmiennie i czytam bardzo.
              • trusiaa Re: Otóż... 05.03.13, 07:29
                Dzień, dwa? Okay, tyle mogę poczekać. I tym mocniej będę trzymać kciuki, za szybkie wnuka wyzdrowienie.
              • damakier1 Re: Otóż... 05.03.13, 13:03
                Wnuk niech zdrowieje dziarsko, a Ty, Jurku, pisz i niech Cię przypadkiem nie dopadnie ta, jak jej tam - prokrastynacja...
            • tojajurek Wykopaliska - cd. 4 09.03.13, 21:08
              Trochę popchłem sprawę - zgodnie z obietnicą. Jednak jako to dziwnie pęcznieje i końca nie widać. Ciekawe kiedy uda mi się dotrzec do końca wspominków.

              Plaża w Międzyzdrojach była owego roku kopalnią nadzwyczajnych skarbów oraz nieznanych wcześniej wrażeń i widoków. Pomijam już banalne spostrzeżenie dotyczące plaży jako gigantycznej piaskownicy, w której można do woli kopać doły, ryć wąwozy, stawiać babki z piasku i usypywać ogromne wały obronne. Przede wszystkim brzeg morza był – głównie z powodu zaniku plażowiczów w ostatnich latach – rekordową wręcz zbiornicą wyrzuconych przez fale rzeczy, które miały zdolność utrzymywania się na wodzie. Królowały przedmioty drewniane, pochodzące zapewne z zatopionych w ostatnich tygodniach wojny statków i łodzi. Większość z nich, choć rozpoznawalna, kryła w sobie jakieś tajemnicze historie i nieznane pochodzenie, jak na przykład wielka drewniana litera H pomalowana starannie na kolor czerwony. Inne miały oczywiste przeznaczenie, jak korkowe lub szklane pływaki do sieci rybackich, fragmenty masztów, albo drewniany młotek, który mam do dziś. W moich wyobrażeniach ów młotek musiał służyć do wbijania w dno statku drewnianych kołków, w celu zatkania otworów wybitych przez atakującą rybę-piłę. Gdy poszło się plażą nieco dalej, można było znaleźć puste blaszane zbiorniki o podłużnym opływowym kształcie. Ktoś mówił, ze to dodatkowe zewnętrzne zbiorniki na benzynę lotnicza, odrzucane przez samoloty po ich opróżnieniu. Ja raczej wolałem w nich widzieć tajemnicze obiekty pływające. Któregoś dnia, gdy po nocnym sztormie poszliśmy brzegiem na wyjątkowo daleki spacer, natknęliśmy się na obmywany przez fale potężny i niezwykle długi cygarowaty przedmiot o groźnym wyglądzie. Nie wiem, czy to naprawdę była zgubiona torpeda morska, choć tak właśnie wyglądała, ale na wszelki wypadek zwiewaliśmy stamtąd galopem. Były to jeszcze dobre czasy dla nadmorskich wczasowiczów, gdyż nikt nie wpadł na rozpowszechniony w późniejszych latach pomysł, aby brzeg morza zagradzać zasiekami z drutu kolczastego, zostawiając plażowiczom kilkusetmetrowy skrawek piasku, a resztę mozolnie bronować w celu ewentualnego wytropienia śladów wroga, który mógłby wyjść z morza. Póki co łaziliśmy więc gdzie popadnie, ale i tak najlepsze zabawy były na podmiejskiej plaży, gdzie się wszyscy gromadzili. Dorośli uwielbiali spacery po molo, które na planie miasta nosiło nazwę Kaiser Friedrich Br. (cokolwiek to znaczyło). Była to dość dziwaczna budowla, do której wchodziło się jak do wiejskiego kościoła o dwóch wieżyczkach po bokach. Spacerowanie po wystającym z drugiej strony długim pomoście było wyjątkowo nudnym zajęciem, choć przyjemnie było z góry patrzeć na morskie fale i leżące w wodzie sterty tajemniczych śmieci, wokół których czasem pojawiał się cień jakiejś ryby. Znacznie ciekawsze były zabawy na plaży, których ośrodkiem była wyrzucona daleko na ląd piękna i zapewne ongiś luksusowa łódź z wymalowaną na burcie nazwą „Pirat”. Nie wiem czy była to motorówka, czy żaglówka, gdyż była ogołocona ze wszystkiego co dało się wymontować. Miała jednak kokpit, do którego można było wejść i obejrzeć dwie koje po obu stronach wnętrza. Najdziwniejsza jednak rzecz kryła się w głębi, na samym dziobie. Za wyrwanymi z zawiasów drzwiczkami znajdował się najprawdziwszy klozecik z metalową muszlą. Do dziś nie wiem, jak on mógł działać gdy kadłub był zanurzony w wodzie, ale jakoś musiał. W każdym razie ta łódź była źródłem nieskończonych możliwości zabawy w podróż morską na koniec świata.
              (cdn. - prawdopodobnie)
              • ave.duce "Prawdopodobnie"?! Chyba raczysz sobie żartować 10.03.13, 08:23
                ToTyJurku z rzeszy czytelniczej. cdn - na 100%, a nawet więcej.
                • magdolot Re: "Prawdopodobnie"?! Chyba raczysz sobie żartow 10.03.13, 12:59
                  Na pińcset, bo inaczej załkamy.
                  Kiedyś mię zatkało na wieść, że Libia do zanim się dogmerała do ropy, to żyła z eksportu złomu... z II w.ś. Dumne armie pancerne, co po nich został złom żelazny... a śmiech pastuszków bawiących się we wrakach czołguf, może był i głuchy [z oczywistych względuf], może był i drwiący, ale może radosny też on był?
                  Panu, Panie Jajurku kochany ten obrazek pod czachą zawdzięczam. Nieustający dzięks.
              • tojajurek Wykopaliska - cd. 5 10.03.13, 13:47
                Któregoś dnia pobytu zaproponowano chętnym wycieczkę do kompleksu poniemieckich bunkrów, zaznaczając, że ich zwiedzanie jest raczej nielegalne, ale nikt tego nie kontroluje. Poszliśmy grupą w stronę potężnego pagóra, oddalonego od Międzyzdrojów o jakieś 2 kilometry. Dziś nazywa się to chyba Wicko. Na szczycie wzgórza, w gęstym lesie, ukryty był szereg bunkrów i różnych dziwacznych budowli z betonu. Przewodnik wyjaśnił nam, że to było miejsce niemieckich doświadczeń nad nową super bronią o nazwie V-3, która mogłaby wyrzucać pociski na odległość setek kilometrów. Robiło to wrażenie, zwłaszcza, że nikt wiedział na czym ten wynalazek miałby polegać. Z samej wyrzutni nic nie zostało poza zespołem betonowych podpór. Znacznie ciekawsze były za to bunkry dowodzenia, do których można było już bezpiecznie wejść. W jednym z nich stał w dużym pomieszczeniu ogromny stół ze świetnie wykonaną mapą plastyczną wyspy Wolin, ze wszystkimi szczegółami, jak bunkry, drogi, pagórki, jeziora, a nawet zabudowania okolicznych miejscowości. W mapę była wmontowana sieć tajemniczych różnokolorowych lampek, ale nie działała z braku prądu. Na zewnątrz bunkrów, na betonowych cokołach, stał szereg działek przeciwlotniczych, każde na obrotowej podporze, z żelaznym siodełkiem i pokrętłami, które obracały całe urządzenie. Oczywiście miały wymontowane zamki, ale i tak zabawa była przednia w kręcenie się razem z działkiem i głośne wołanie pif-paf. Do tego w okolicznym lesie leżały sobie beztrosko porozrzucane hełmy, maski przeciwgazowe, części oporządzenia, a nawet taśmy z nabojami do działek. Tubylcza młodzież, czego ślady były widoczne, wykręcała w wolnych chwilach pociski z nabojów, a proch wsypywała przez lufę do działek, aby następnie jakimś sposobem to odpalić z wielkim „bum”. Niestety nie była mi dana taka wspaniała zabawa. Znalazłem za to niemiecką instrukcję, z poglądowymi rysunkami dla wojskowych półgłówków, jak w prosty sposób zaminowywać opuszczane domy. Najbardziej mi się podobały pomysły na granat chytrze przywiązany od wewnątrz do klamki drzwi wejściowych, a zwłaszcza na umiejętnie włożony granat do pieca kaflowego, który mógł nawet całe miesiące czekać na pierwsze otwarcie drzwiczek. Tak, czy owak, bunkry były jednym z fajniejszych miejsc w jakich wówczas byłem.
                Kolejnego dnia pobytu miała się odbyć zapowiadana od dawna wycieczka motorówką na pełne morze.
                (cdn. - choćby niewiemco)
                • ave.duce Re: Wykopaliska - cd. 5 10.03.13, 15:20
                  tojajurek napisał:

                  > (cdn. - choćby niewiemco)

                  I to jest bardzo suszna decyzja, Panie ToTyJurku, o!
                • trusiaa Re: Wykopaliska - cd. 5 11.03.13, 10:39
                  Lubię takie klimaty :)
              • trusiaa Re: Wykopaliska - cd. 4 11.03.13, 10:31
                Bosze! Jak zazdraszczam Ci czerwonej Ha-litery znalezienia, Panie ToTyJurku. Porwałabym ją natychmiast i miałabym ją do dziś.
                • magdolot Re: Wykopaliska - cd. 4 11.03.13, 14:12
                  Noooo.
                  • trusiaa Re: Wykopaliska - cd. 4 11.03.13, 14:21
                    Prawda?
    • trusiaa Re: Wykopaliska 14.03.13, 09:27
      tojajurek napisał: > Absolut tylko dobrze zamrożony.

      A proszę bardzo, tylko niech Pan nie każe dłużej czekać.
      • tojajurek Wykopaliska - cd. 6 15.03.13, 16:53
        Kolejnego dnia pobytu miała się odbyć zapowiadana od dawna wycieczka motorówką na pełne morze. Pojechaliśmy więc do pobliskiego Świnoujścia, tj. wszyscy chętni na taką rozrywkę, załadowani na opisywaną już wcześniej ciężarówkę z ławkami. Po przybyciu do portu okazało się, że pływanie motorówką nie wchodzi w grę z powodu zbyt wysokiej sztormowej fali, a ponadto także z braku jakiejś odpowiedniej motorówki. Jako ekwiwalent - kierownictwo turnusu załatwiło za to wynajęcie dwóch kutrów rybackich, które już czekały przycumowane przy nabrzeżu obok latarni morskiej. Kilka osób, o ile pamiętam, zrezygnowało z tej wodnej atrakcji, zaś reszta ze mną na czele wskoczyła dziarsko na pokład. W mgnieniu oka zająłem, wraz z Mamuśką, strategiczne miejsce na dziobie, zaś kuter perkocząc głośno wypłynął wkrótce majestatycznie z ujścia kanału portowego na pełne morze. Natychmiast zaczęło nami solidnie kiwać, ale szyper zapewnił nas, że to normalne zjawisko na takiej krótkiej i pękatej jednostce. Parę osób zaczęło po chwili rzygać za burtę, domagając się powrotu zanim na dobre zatoniemy, ale zostali zakrzyczeni przez innych, którzy robili dziarskie miny jak prawdziwe wilki morskie. Szyper i tak wszystkich zlekceważył, stojąc z fajką w zębach w swojej budce i kręcąc kołem sterowym. Ja nie miałem żadnych problemów z kiwaniem, które przypominało zwykłą huśtawkę. Nawet bardzo mi się podobało gdy dziób kutra uderzał w falę i gwałtownie unosił się w górę, a rozpylona woda leciała nam na głowy. Mamuśka, jako przedwojenny dyplomowany sternik jachtowy też nic sobie z tego nie robiła, więc śpiewaliśmy głośno piosenkę „Choć burza huczy w koło nas, do góry wznieśmy skroń”, co części uczestników wycieczki jakoś się wyraźnie nie podobało i uważali to za jawne kuszenie losu. Płynęliśmy tak dłuższy czas, popatrując ciekawie na coraz lepiej widoczny rząd zakotwiczonych na lewo od nas radzieckich okrętów wojennych, najeżonych lufami dział i różnymi dziwnymi urządzeniami na pokładach. Po chwili jednak spoza którejś z tych jednostek wypłynęła w naszą stronę szybka łódź patrolowa, pomalowana na szary kolor z czerwoną gwiazdą na nadbudówce i nieprzyjemnie wyglądającym działkiem na dziobie. Podpłynęła bardzo blisko naszego kutra i jakiś typ w hełmie i granatowym mundurze zaczął nam się z jej pokładu bardzo natarczywie przyglądać przez lornetkę. Nasz szyper na ten widok oświadczył głośno, że z powodu stanu morza nie będziemy dalej kontynuować rejsu i zawróciliśmy do portu pomimo moich protestów. Takie pływanie bardzo mi się spodobało i stanowczo trwało za krótko.
        Po powrocie nadal więc uprawialiśmy zabawy plażowe i spacery brzegiem morza. Każdy taki spacer, zwłaszcza po nocnym sztormie, był niewyczerpanym źródłem możliwości zbierania najprzeróżniejszych rzeczy wyrzuconych przez fale, a przede wszystkim wszelkiego fasonu i wielkości muszli, kolorowych kamieni, a nawet niewielkich bursztynów. Wszystkie moje zbiory zanosiłem do naszego domu i skrzętnie układałem w zdobytych uprzednio pudłach unrowskich.
        Warto tutaj poświęcić chwilę uwagi historii tych pudeł, gdyż są to sprawy niemal już dziś zapomniane. Przez kilka powojennych lat ONZ-owska organizacja zwana w skrócie UNRRA dostarczała krajom szczególnie zniszczonym przez wojnę różnorodnej darmowej pomocy w postaci produktów, pochodzących głównie z amerykańskich nadwyżek wojskowych. Polska była największym europejskim odbiorcą tej pomocy. W jej ramach dostarczano nam najprzeróżniejsze towary, począwszy od samochodów i koni, poprzez lekarstwa, koce, czy łóżka polowe, a skończywszy na produktach żywnościowych. Część tej żywności przychodziła w ilościach hurtowych i była głównie wykorzystywana w tzw. żywieniu zbiorowym. Poza zwyczajnymi towarami jak mąka, cukier itp., niektóre produkty były u nas mało znane, jak jajka w proszku (wyjątkowe świństwo), mleko skondensowane, czy wreszcie kasza jaglana – obrzydlistwo podawane nie wiedzieć czemu w stołówkach głównie na słodko z marmoladą. Najfajniejszą rzeczą były jednak amerykańskie wojskowe racje żywnościowe, przeznaczone dla żołnierzy frontowych. Pojedyncza racja, ze stosownym angielskim napisem: Śniadanie, Obiad czy Kolacja, miała rozmiary cegły i byłą zapieczętowana w pudełku z nawoskowanej tektury. A w środku siedziały, nadzwyczaj sprytnie upakowane, wspaniałości w różnych zestawach, w zależności od rodzaju posiłku. Czego tam nie było? A więc maleńkie metalowe puszeczki z mielonką mięsną, masłem solonym, serem topionym, puddingiem, dżemem. Oprócz tego paczka sucharów w celofanie, paczuszka 4 sztuk papierosów Camel lub Pall Mall, tekturowe zapałki sztormowe, paczuszka płaskich płatków gumy do żucia, torebka grenadyny w proszku, otwieracze do konserw, a nawet mikroskopijny słoiczek pastylek do odkażania wody pitnej. Poza racjami wojskowymi była w unrowskich dostawach cała gama przeróżnych puszek różnej wielkości – od półlitrowych do jednogalonowych - z sokiem pomidorowym, pomarańczowym lub grapefruitowym, a także pyszną i ulubiona przeze mnie marmoladą pomarańczową. No i oczywiście puszki mięsne, na czele ze słynnym Horse Meat, czyli smacznie przyrządzoną mieloną koniną zmieszaną z tłuczonymi ziemniakami. Puszki były z grubej, niemal pancernej blachy, pokrytej ciemnozielona farbą. Trzeba było specjalisty, aby przewidzieć ich zawartość, gdyż nie miały napisów, tylko wytłoczone fabrycznie symbole i numery. Wszystkie te wspaniałości, choć zapewne nie każdy miał do nich dostęp, były pakowane w duże tekturowe pudła, bardzo mocne i często pokryte woskiem. I to właśnie były owe pudła unrowskie, które przez lata służyły w domach do przechowywania różnych różności, a w potrzebie zastępowały z powodzeniem walizki podróżne.
        Otóż, wracając do nadmorskich przygód, udało mi się w końcu dwa takie unrowskie pudła napełnić przeróżnymi skarbami, zebranymi przez dwa tygodnie pobytu w Międzyzdrojach. Gdy nadszedł moment wyjazdu oświadczyłem z całą mocą, że wszystko w tych pudłach jest moim cennym dobytkiem i albo to pojedzie ze mną do Warszawy, albo ja zostaję. Po dłuższej awanturze pudła pojechały. Jednak najbardziej dramatyczny moment podróży miałem dopiero przed sobą. Otóż przy wjeździe do Świnoujścia czekała nas jeszcze polsko-radziecka „kontrola graniczna”, włącznie z rodzajem rewizji celnej, mającej podobno zapobiegać szabrownictwu. Rzecz jasna służbiści w mundurach dobrali się natychmiast do moich pudeł. Z coraz większym zainteresowaniem i podejrzliwością wywlekali na wierzch i oglądali moje skarby, na czele z ogromnym zbiorem muszli, ukochanym drewnianym młotkiem, czerwoną literą H, korkowymi pływakami, a także różnymi metalowymi wichajstrami o nieznanym przeznaczeniu. Gdy doszli do tekturowego pudełka z oryginalnym piaskiem morskim, po namyśle zrezygnowali z jego przesiewania przez sitko, gdyż takowego nie mieli, a tylko grzebali w nim łapami. Za to nie odpuścili wielkiemu słojowi z prawdziwą wodą morską i kontroler w mundurze Armii Czerwonej pociągnął z niego na próbę solidny łyk, po którym długo pluł i mamrotał dziwne rosyjskie wyrazy. Z dalszej kontroli zrezygnowano, ku obustronnej uldze. Mogliśmy jechać do domu.
        I tak skończyła się moja pierwsza morska przygoda.
        (J)

        PS. Koniec i bomba, a kto czytał, ten trąba.
        Cd. nie nastąpi, a przynajmniej nie w tym temacie.
        • ave.duce Re: Wykopaliska - cd. 6 15.03.13, 17:32
          Z podziękowaniem za już i czekając na kolejne tematy >

          www.repozytorium.fn.org.pl/?q=pl/node/4386
          Kutry rybackie też z UNRRA ;)

          www.repozytorium.fn.org.pl/?q=pl/node/4328
        • trusiaa Re: Wykopaliska - cd. 6 15.03.13, 18:37
          tojajurek napisał: Cd. nie nastąpi, a przynajmniej nie w tym temacie.

          :((((((((((((((((
          Nie bawię się tak.
          Poproszę o dalszy ciąg. O wiele dalszych ciągów!

          • magdolot Re: Wykopaliska - cd. 6 16.03.13, 19:11
            A ja spróbuję na podliz.
            Panie Jajurku Kochany, w Międzyzdrojach było cool! Mamy okropną nadzieję, że w tej walizce coś jeszcze się znajdzie!!! :)))))
        • damakier1 Re: Wykopaliska - cd. 6 16.03.13, 20:01
          Opowieść była bardzo ciekawa i cudnie napisana.
          Dawaj temat następny!

          Czekam natarczywie -
          damakier - trąba
    • ta Re: Wykopaliska 17.03.13, 23:31
      Cudne, jeszcze proszę
      • olga_w_ogrodzie Re: Wykopaliska 22.03.13, 01:09
        - jeszcze - powiedziała zdecydowanie, a nawet kategorycznie nie zważając konwenanse czy jakoś tak.

        • trusiaa Re: Wykopaliska 22.03.13, 07:38
          Z kffiatem lecę pędzę: daj się namówić, Panie ToTyJurku.

          https://www.colourbox.com/preview/1719010-750342-bouquet-of-roses-red-roses.jpg
          • tojajurek Re: Wykopaliska 24.03.13, 15:57
            Czy ja już pisałem o moich zamierzchłych wrażeniach z pierwszej podróży do ZSRR?
            To stary tekst odgrzebany w czeluściach kompa.
            • gat45 Dawaj Ruskich, o ToTyJurku miły ! 24.03.13, 16:28
              Się czeka !
    • gat45 Ja to mam dobrze ! 24.03.13, 16:32
      Ze względu na dwa bite miesiące trwającą prokrastynację karałam sama siebie nie pozwalając sobie czytać Pana ToJegoJurkowych wykopalisk.

      Zlikwidowawszy KUPĘ natychmiast wczepiłam się w ten wątek i przeczytałam ciurkiem ! Ale fajnie ! Ja chcę jeszcze !

      Za jakąś godzinę wrócę wypluskana. Może już będzie pierwsza część podróży do CCCP ?
      • tojajurek Wykopaliska - kolejna warstwa 24.03.13, 16:49
        WE LWOWIE.
        Pod koniec lat 70-tych moja instytucja (czy też jakieś działające tam związki zawodowe) zorganizowała pracowniczą wycieczkę do Lwowa. Zapisałem się na nią razem z kolegą Olkiem z mojej komórki, który zresztą miał we Lwowie dwóch kuzynów. Kontakty z nimi, w których "na krzywy ryj" uczestniczyłem, mogą być zresztą tematem na dłuższe wesołe opowiadanie. Ale ad rem.
        Jak się okazało w wycieczce brali udział pracownicy dwóch "zaprzyjaźnionych" instytucji z Warszawy, razem około 50 osób. My znaliśmy swoich kolegów, a pozostałych siłą rzeczy zaliczaliśmy do "tych drugich". W czasie jazdy niechcący podsłuchałem rozmowę dwóch nieznajomych pań na temat siedzącego opodal dobrze odżywionego faceta nieźle po 50-ce. Po krótkim wywiadzie doszły one do wniosku, że gość musi być od "nas", bo nikt go nie znał. Ja z kolegą wiedzieliśmy, że od nas też nie jest. Kiedy przed wieczorem zatrzymaliśmy się na nocleg w Przemyślu, przewodnik rozdzielał pokoje w hotelu, głównie kierując się kryterium płci (w wycieczce przeważały panie). Opisywany osobnik został dokwaterowany do przydzielonego Olkowi i mnie trzyosobowego pokoju. Żeby nie tracić czasu, zaczęliśmy wycieczkowanie od wyjęcia z torby pierwszej półlitrówki. Przy drugiej byliśmy już wszyscy na "ty", więc w pewnym momencie zapytałem obcesowo faceta skąd się tu wziął, bo już wiemy, że nie pracuje w żadnej z dwóch organizujących wyjazd instytucji. Gość się odrobinę stropił, ale po chwili powiada: Nie będę owijać w gazetę, w końcu - chłopaki - nie urodziliście się wczoraj. Każda wycieczka zagraniczna musi mieć swojego "opiekuna" z ramienia bezpieki, który ma oko na wszystko, a potem pisze sprawozdanie. Jeśli nie ma akurat pod ręką odpowiedniego (tj. dwuetatowego) pracownika z danej firmy organizującej wycieczkę, to musimy przydzielić kogoś z zewnątrz. I tak też było w tym wypadku. Zresztą - powiada - mam też kilka spraw służbowych do załatwienia z moimi odpowiednikami we Lwowie.
        W dalszej części wycieczki, już we Lwowie, utrzymany został status przydziału pokojów hotelowych, tak więc wraz z kolegą mieliśmy naszego "bezpieczniaka" w pokoju. Okazał się zresztą niezłym kompanem do kielicha - a chlaliśmy tam zdrowo, głównie aby się nie zatruć obrzydliwym nieświeżym żarciem w hotelowej restauracji. Wszyscy trzej, pomimo wypijanej wódki, trzymaliśmy dzioby na kłódkę, jeśli chodzi o jakiekolwiek tematy z gatunku delikatnych. Było to w sumie bardzo śmieszne, jak z jakiegoś filmu szpiegowskiego o Stirlitzu. Tak czy owak razem z kumplem wyciągnęliśmy z gościa, który okazał się podpułkownikiem MSW na emeryturze (jak to sam określił - na pół gwizdka) sporo ciekawych historii wraz z kawałkami życiorysu.
        Przedostatniego dnia pobytu facet zapytał mnie znienacka: Panie Jurek, zapraszam pana do Żorża (to słynny lwowski lokal) na pieczonego prosiaka z zimną wódeczką. Nadstawiłem ucha nieufnie, a gość wali bez żenady: Umówiłem się z moimi tutejszymi "odpowiednikami", oni i tak płacą za wszystko. Więc ja mówię grzecznie: Sorry, ale ja nie mogę patrzeć na upieczonego małego prosiaczka, bo zaraz chce mi się płakać, a zresztą w ogóle na świnie spoglądam niechętnie. Facet nie nalegał i po chwili poszedł. Po kwadransie i ja wyszedłem, a że hotel był o rzut beretem od Żorża, więc po chwili przechodziłem obok i akurat widziałem jak zajechała czarna "Czajka", a z niej wysiadły trzy spasione mordy, tak zakazane, że nie miałem wątpliwości, że to byli owi umówieni biesiadnicy.
        Jeszcze dużo pięknych historyjek można by o tym wyjeździe do Lwowa opowiedzieć.
        Jedno mnie tylko dziś - po latach - ciekawi. Czy przypadkiem nie figuruję w jakiejś teczce bezpieki, umieszczony w sprawozdaniu wyjazdowym naszego znajomego. A jeśli tak, to co ten skurczybyk mógł tam nawypisywać?
        • trusiaa Re: Wykopaliska - kolejna warstwa 25.03.13, 09:04
          Już miałam sobie gratulować siły perswazji - "dotąd męczyłam Pana ToJaJurka, aż doprosiłam się dalszego ciągu", ale nie moja to zasługa - ffcale. Wystarczyło, że Pani Gat, wprost z kąpieli, przyszła w lekkim peniuarze, a opowieść pojawiła się natychmiast - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

        • super.zgredek Re: Wykopaliska - kolejna warstwa 25.03.13, 16:28
          tojajurek napisał:
          >... co ten skurczybyk mógł tam nawypisywać?

          W czym problem? Zgłoś się do IPN'u z prośbą o lustrację ....
        • tojajurek Wykopaliska - kolejna warstwa (cd.) 25.03.13, 16:35
          Wycieczka do Lwowa w tamtych czasach była w ogóle nieustającym pasmem zadziwiających przygód i wprawiających w osłupienie doświadczeń. Dodać należy, że nigdy wcześniej nie podróżowałem za naszą wschodnią granicę i uroki życia w ZSRR znałem tylko z radzieckich filmów i obowiązkowych lektur szkolnych.
          Bezpośrednio po przybyciu na miejsce zakwaterowano nas w hotelu Inturist, jak się okazało – wyłącznie dla cudzoziemców. Hotel, położony niemal w centrum miasta, był budowlą niewątpliwie przedwojenną i nosił ślady intensywnej eksploatacji. Wszystkie drzwi, klamki, umywalki, krany, lampy, schody i podłogi były niewiarygodnie wręcz wytarte i zużyte. Co ciekawe, w żadnej – za przeproszeniem – z ubikacji nie było nawet śladu deski klozetowej, a sprawdziłem to niezwykle skrupulatnie, na wszystkich piętrach, włącznie z damskim WC. Nie udało mi się wyjaśnić, czy to prewencyjny sposób zapobiegania kradzieży, czy też taki koloryt lokalny. Było natomiast na ogół względnie czysto, zwłaszcza w pokojach, dzięki całym stadom pokojowych i sprzątaczek, które zresztą głównie zajmowały się pokątnym handelkiem z gośćmi. Jak nam to wyjaśnił „nasz” ubek – miały one na to cichą zgodę miejscowej bezpieki, w zamian za przetrząsanie bagaży turystów i donoszenie o ich kontaktach i dokonywanych większych zakupach. Ujawniło się to zresztą – że wybiegnę myślą do przody – w sposób spektakularny, gdy wracaliśmy do kraju. Na granicy było owego poranka niemal pusto i po pobieżnej kontroli celnej wsiedliśmy z powrotem do autokaru. Ten jednak nie odjeżdżał, gdyż kierowcy nie oddano dokumentów. Po półgodzinie zaczęliśmy się z lekka wściekać, a nasz ubek w śmiech: Szefowa hotelowych pokojówek – powiada – wyraźnie zaspała i jeszcze nie zadzwoniła z meldunkiem. I rzeczywiście, po kwadransie przyszło trzech smutnych mundurowych i z karteczki wyczytali trzy nazwiska do szczegółowej rewizji osobistej. Były to osoby szczególnie aktywnie robiące interesy ze sprzątaczkami.
          Ale wróćmy do opowieści. Po przyjeździe do hotelu powitała nas przydzielona do wycieczki miejscowa przewodniczka Inturistu, mówiąca zresztą znakomicie po polsku. Po zainstalowaniu się wyszliśmy grupą na pierwszy krótki spacer po mieście. Na centralnym placu Lwowa (nie pamiętam ówczesnej nazwy) w pobliżu pomnika wielkiego litewskiego poety Adama Mickiewicza, zauważyłem na środku trawnika wbetonowany na stałe gigantyczny blaszany transparent z napisem: „300 lat radzieckiej Ukrainy”. Z głupawym uśmieszkiem zapytałem przewodniczki jak to należy rozumieć, skoro sam Związek Radziecki liczy ledwie niespełna 50 lat? Przewodniczka spojrzała na mnie jak na niedorozwiniętego i zapytała: A o Radzie Perejasławskiej słyszał? Słyszał! No to jak była Rada, to i Ukraina była już radziecka. Paniatno? No i wyszedłem na durnia i nieuka.
          Lwów okazał się bardzo ludnym i ruchliwym miastem. W godzinach szczytu ulicami przewalał się tłum ludzi, przeważnie źle ubranych, szarych, wymiętych, zmęczonych i złych. Było mnóstwo pijanych. Wszyscy w pędzie wbiegali do zatłoczonych sklepów i wybiegali z powrotem. Gdy zdarzyło mi się odruchowo w drzwiach przepuścić staruszkę, czy kobietę z dzieckiem, dostawałem kułakiem w plecy z komentarzem: Dawaj, bystrieje! Szto staisz, durak!
          Ponieważ, jak wspomniałem, jedzenie w hotelowej restauracji było paskudne i nieświeże, a i tak musieliśmy korzystać z otrzymanych bonów na trzy posiłki dziennie, trzeba było w celach zdrowotnych wypijać co dzień morze wódki. Najlepsza była (nomen omen) Sybirskaja. Szybko odkryliśmy, że działy monopolowe w sklepach były, w ramach walki z alkoholizmem, otwarte tylko do 18-tej, choć sklepy zamykano o ósmej, a nawet dziesiątej wieczór. Jakież było moje zdziwienie, gdy w sklepie warzywniczym naprzeciwko hotelu, odkryłem całą półkę 38-procentowych wódek ziołowych i nalewek, które sprzedawano do późnego wieczora bez ograniczeń. Sprzedawca wyjaśnił mi – jak głupiemu – że to przecież nie wódka, bo wódka jest czysta i ma co najmniej 40 procent mocy. Całe życie człowiek się uczy.
          • trusiaa Re: Wykopaliska - kolejna warstwa (cd.) 27.03.13, 08:36
            Gdzie oczy miałam, że dalszego ciągu nie znalazłam w porę? Dziękuję :)

            P.S. Sądząc z relacji dziecka mego - do zeszłego roku niewiele się we Lwowie od Twojej, Panie ToJaJurku, wizyty zmieniło.
          • ave.duce Re: Wykopaliska - kolejna warstwa (cd.) 27.03.13, 09:57
            Morał: jak się nie ma, co się lubi, to się pije, co się ma.
            • magdolot Re: Wykopaliska - kolejna warstwa (cd.) 27.03.13, 14:59
              Mój tatko dokonał kiedyś cuduf handlarstfa. Nawiózł tam brokatowych lakieruf do pazuruf i peruk... i z większością tego badziewia powrócił. Za to nabył kawior i cygara ...i dowiózł. I dzięki koledze Jajurkowi - wreszcie wiem, jak ojcu się to udało!
              Następnym krokiem owego handlarstfa był wyjazd na Zachód w celu sprzedania owego kawioru za dolary. Wolno było wywozić chyba pół kilo i starzy potem o mało nie umarli na granicy mając tyle na łba, a ich zdolny kolega załatwił celnikuf okropnie się denerwując że ma 10 deko za dużo i latając za nimi z inkryminowaną puszeczką i prosząc o radę... i w efekcie ci durnie machnęli ręką na jego bagaże z 15 kilogramami kawioru. I ftedy moja matka o mało nie szczeliła w kalendarz, bo była szefem drużyny, a ten cfaniaczek jej zawodnikiem...
              • chochlik5 Re: Wykopaliska - kolejna warstwa (cd.) 27.03.13, 20:16
                Przeczytałam WYKOPALISKA z wielkim zainteresowaniem . Wyliczyłam sobie że jesteśmy mniej więcej w jednym wieku. Też mam bogate wspomnienia i postarałam je zanotować, a nawet wydać. Moje wspomnienia noszą tytuł "Póki pamięć dopisuje,póki jeszcze czas" Fragmenty są na moim blogu, a całość na forum rówieśników 80+- Pozdrawiam chochlik5

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka