binga13
22.08.12, 00:43
Zawsze wydawało mi się, że urodziny to dzień wyjątkowy. Dzień pełen niespodzianek, zaskoczeń, drobnych gestów, ciepłych życzeń i drobiazgów. Kiedy byłam mała - pamiętam, jak Rodzice zazwyczaj starali się, żeby było mi po prostu miło i mimo tego, że się nie przelewało, pamiętam paczkę pierniczków od rana w łóżeczku i takie inne. Były też smutne i deszczowe urodziny, kiedy niektórzy o mnie zapominali. Odkąd weszłam w dorosłość, poznałam mojego przyszłęgo męza uznałam, że chciałabym całą moją miłość do niego i kreatywność prezentowo - niespodziankową właśnie oddać szczególnie tego dnia. I co roku budzi go pomysłowy prezent, albo jakaś super niespodzianka no i tak się dwoję i troję, żeby mu najzwyczajniej w świecie było miło. A za pół roku przychodzi dzień moich urodzin i co? i ... nieporównywalnie. Wiem, że się stara - w tym roku pojechaliśmy na super wakacje w moje urodziny i skromnie powiedziałam, że nie chcę już żadnych prezentów. Zresztą - zgodnie z prawdą. Ale od tamtej pory temat urodzin zniknął - gdy sie obudzilam, uslyszalam tylko "wszystkiego najlepszego" i do konca dnia to bylo wszystko. Synek mnie pyta - mamusiu, gdzie jest twoj torcik?". Ja nie chce tortu, ani swieczek, ani prezentu. Chce tylko miec poczucie, ze sie o mnie pamieta, ze sie robi dla mnie jeden maly drobiazg - ktory bedzie oznaczal "kocham Cie - pamiętam". To nie jest kwestia wygorowanych oczekiwan, zreszta czy ja tak wiele oczekuje?. To samo z rodzina, niektorzy nawet nie napisali do mnie smsa. W tym roku mialam te urodziny jakies wyjatkowo smutne. I gryze sie sama w sobie, bo nie chce zeby bylo mi przykro - mimo tego, ze jest mi bardzo przykro. I wlasnie dlatego, nienawidze swoich urodzin. To glupi dzien - jakis glupich zwyczajow i tradycji. W ciagu roku tak naprawde powinno byc wiele innych dni znacznie cieplejszych i serdeczniejszych niz ten jeden. A jednak zawsze, gdy przychodzi mam ochote zapasc sie pod ziemie, bo jeszcze nigdy nie bylo tak, zebym mogla w moje urodziny byc naprawde szczesliwa...