22.10.12, 02:46
w skrocie - malzenstwo od kilkunastu lat, dwoch synow, mlodszy wlasnie skonczyl dwa latka.
Od dluzszego czasu bywalo miedzy nami roznie, ale od czasu drugiej ciazy weszlismy chyba na rownie pochyla. Maz ma do mnie wielkie pretensje ze namowilam go na drugie dziecko, wciaz mi to wyrzuca. boje sie odezwac bo najniewinniejszy temat moze stac sie pretekstem do kasliwych uwag o tym jak przy dwojce dzieci nie da sie juz nic zrobic z zyciem, jak sie udupilismy, itp itd.
Bliskosc z naszego 'zwiazku' zniknela zupelnie, od czasu ciazy nie spalismy ze soba, nie przytulamy sie, nie calujemy.

czuje sie swobodniej kiedy nie ma go obok, bo nigdy nie wiem co sprowokuje klotnie.

we wrzesniu przelalo sie cos we mnie i zapowiedzialam ze chce separacji, od tego czasu maz troche sie uspokoil, przestal bombardowac mnie wyrzutami i uszczypliwosciami, ale nadal nie ma miedzy nami blickosci ani ciepla.

wiem ze ja tez nie jestem wobec meza serdeczna, nie przytulam sie do niego, nie mowie mu milych rzeczy, wrecz przeciwnie, w obie strony plyna raczej slowa krytyki, oboje mowimy raczej o zlych rzeczach a nie o dobrych. moze dlatego ze tyvh dobrycvh juz nie ma?

lacza nas dwaj wspaniali chlopcy, synowie, ktorych on kocha bardzo i jest dla nich dobrym ojcem. jesli cos mnie jeszcze przy nim trzyma to wlasnie oni. Za kazdym razem kiedy wyobrazam sobie, ze mieliby nie miec ojca na codzien, robi mi sie zimno w sercu. naprawde nie wyobrazam sobie jak moglabym im to zrobic.

z drugiej strony jaki wzor rodziny im daje? takiej, w ktorej mama i tata praktycznie ze soba nie rozmawiaja, nie przytulaja sie, nie caluja... mam wrazenie ze oni widza to na swoj sposob, ostatnio wymienialam ze starszym wyrazy milosci, i mowilismy o tym jak kocham jego, jak jego mlodszego brata... kiedys dodawal na zasadzie analogii, ze kocham tez tate, teraz tego nie powiedzial.

boje sie czy bede miala psychiczna sile zeby wspierac chlopcow jesli sie rozwiode.
boje sie ze ojciec bedzie ich nastawial przeciwko mnie, mowil ze to moja wina, ze rozwilam rodzine, ze go im zabralam.
boje sie... sama nie wiem czego jeszcze, ale wiem ze sie boje.

nie wiem wlasciwie po co zakladam ten watek, chyba zeby sie wypisac i zobaczyc swoje watpliwosci na pismie...
Obserwuj wątek
    • esteraj Re: rozwod? 22.10.12, 12:03
      Po pierwsze należy mężowi wytłumaczyć, że nie może Ciebie obarczać odpowiedzialnością za drugie dziecko. Ty mogłaś go namawiać i przekonywać, ale ostateczną decyzję on sam podjął. Przecież nie stałaś z pistoletem nad głową i nie zmusiłaś go do niczego. Nie przestałaś się zabezpieczać wbrew jego woli.

      Poza tym, co znaczy, że się udupiliście?
      Chodzi tu o kwestie finansowe, logistyczne czy o jakieś inne?

      Generalnie nie dzieci są problemem a inne sprawy, jak może ograniczone środki do życia...
      lub może brak świętego spokoju...
      Należałoby szczerze porozmawiać z mężem i ustalić co jest naprawdę problemem i jak można go rozwiązać. Jak odnaleźć się w takiej sytuacji, a nie narzekać jak to jest ciężko...
      Spójrzcie na pozytywne strony posiadania dwóch synów.
      Czy Twój mąż byłby szczęśliwszy gdyby nie było jednego z nich? Czy naprawdę nie brakowałoby mu jednego szczęścia...?

      Prawdopodobnie Twojego męża przerósł ciężar odpowiedzialności za całą rodzinę, dlatego próbuje swoją złośliwością złagodzić poziom frustracji.

      Możesz zadawać sobie pytanie dlaczego to Ty masz wykazać wyrozumiałość względem męża, a nie mąż wobec Ciebie, przecież Tobie też nie jest lekko.
      Wiedz, że okazanie ciepła, łagodności i współczucia nie oznacza wcale uległości, ale jest przejawem mądrości.

      Szkoda byłoby rozbijać kolejną rodzinę....
    • baszi Re: rozwod? 22.10.12, 13:13
      dajesz dosyc sprzeczne informacje, jedna ze maz ma ci za zle ze go namowilas na drugie dziecko, czuje sie udupiony a z drugiej tak bardzo kocha swoich synow, rozumiem ze kocha obu ktorych ma z toba w tym drugiego na ktorego go namowilas a przez ktorego czuje sie udupiony.
      jakby tak bardzo kochal to by ci ciagle nie wyrzucal ze taki udupiony, albo jakby czul sie taki udupiony tak bardzo by nie kochal, moze wiec problem tkwi w czym innym a maz ma ci za zle cos innego ale wyciaga akurat to, a moze namawiasz go do innych rzeczy na ktore nie ma ochoty, a moze mu zabraniasz czegos co daloby mu odskocznie i sprawialo by ze nie czul by sie taki uwiazany .....
      swoja droga to tak do innych kobiet, nie namawiajcie swoich facetow na sile na dziecko bo potem z tego wiecej problemow, potrzebe macierzynstwa macie zalatwiona a wszystko inne sie wali, a wtedy i to macierzynstwo tyle radosci nie sprawia co mialo sprawiac, bo jak sie cieszyc ze swiadomoscia ze tatus jednak zly ze sie dal namowic. ok niby dorosly chlop, jak sie dal namowic to wiedzial co robi ale wiemy tez jak kobiety potrafia namawiac i osiagac swoj cel nie baczac na konsekwencje albo naiwnie myslac ze sie zmieni, czasem sie zmieni a czasem nie , tyle samo szans co w kasynie.
      • kol.3 Re: rozwod? 22.10.12, 18:36
        Podpisuję się.
      • drogadinikad Re: rozwod? 22.10.12, 18:52
        maz twierdzi ze jednoczesnie kocha mlodszego i zaluje ze dal mi sie wtedy przekonac. To sa dla niego dwie oddzielne rzeczy, z jednej strony milosc do niego, z drugiej strony gdyby mogl cofnac czas twierdzi ze niezgodzilby sie na drugie dziecko. nie pytajcie mnie jak to mozliwe, ja tego nie rozumiem.

        Widze ze maz cieszy sie na widok syna jak widzi go rano, maly tez krzyczy z radosci jak ojciec wraca z pracy. a mimo to jest ten wielki ciern i pretensja, zal do mnie za to ze 'jego zycie sie skonczylo" bo znow nie moze realizowac swoich planow samorealizacji przez to ze male dziecko. i tak, nadal obwinia mnie o to, wciaz na nowo.

        on niestety ogolnie jest bardzo obwiniajacym czlowiekiem, w kazdej sytuacji musi znalezc winnego, i jesli zrobie coz zle slysze o tym tygodniami. Mam wrazenie ze on przechodzi troche kryzys wieku sredniego (vide stracone marzenia), mimo to nie uwazam zeby fair bylo ciagle obwinianie partnera. zwracalam mu uwage na to o czym pisalyscie, ze owszem, ja namawialam i naciskalam; ale on jest dorosly i zgodzil sie, wiec powinien dostrzec swoja czesc odpowiedzialnosci za ta decyzje, ale on nie zgadza sie z takim postawieniem sprawy, nie, to ja jestem 'wszystkiemu winna'.

        ogolnie jest tak ze jak on otwiera usta zwykle wychodza z nich pretensje. Albo codzienne sprawy typu co kupic, co na obiad itp. A wiec slysze od niego albo rzeczy neutralne, albo negatywy (pretensje, zale). pozytywow zero. Trodno zyc bez pozytywnego wzmocnienia.

        Postronne osoby widza w nim ta zmiane, ze stal sie bardzo krytyczny, tez mi mowia ze wola z nim nie rozmawiac o niczym innym poza przyslowiowa dupa Maryni, zeby nie prowokowac zlosci. czytam rozne watki o przemocowcach na tym forum i innych, nie lubie uogolnien i nie chce pochopnie wrzucac go do tej przegrodki, ale widze pewne prawidlowosci (np uparte powtarzanie pretensji, uogolnianie - ty zawsze, nigdy, jestes zla matka, darmozjadem, ja robie wszystko, ty nic...)

        rozmawialismy jakis czas temu o tym w jakim dole obecnie znajduje sie nasz zwiazek, jego rozwiazanie tgo "przeczekac", ja widze jak takie przedluzajace sie trwanie w zapieklym zalu i pretensjach moze dobic calkiem juz ten ledwo dyszacy zwiazek. coraz mniej usmiecha mi sie wizja zycia za piec, dziesiec, dwadziescia... lat u boku tego czlowieka, ktory staje mi sie coraz bardziej obcy.

        • drogadinikad Re: rozwod? 22.10.12, 18:57
          i jeszcze, czytam inne watki z tego forum, i przeczytalam cos co bardzo dobrze podsumowuje moje emocje w tej chwili:

          A od czasu tych deklaracji poprawy, jakie
          uzyskałam po propozycji rozwodu (...) choć zmienił
          zachowanie na bardziej kulturalne, to nie potrafiliśny stworzyc
          bliskości. Może nigdy tak naprawdę jej nie było? Jeśli nawet, to
          teraz już tak nie chcę. Tylko, że sama tej bliskości nie stworzę? A
          może za mało się staram? Bo może jestem uprzedzona?
          Mam fajne dzieci, więc to nie jest całkiem czas stracony, ale
          egoistycznie chciałabym z życia coś dla siebie, jesli nie moge mieć
          miłości, to przyjamniej święty spokój, bez świadomości, że po
          chałupie kręci mi się ktoś kogo średnio lubię. "

          :>
        • mozambique Re: rozwod? 22.10.12, 19:43

          ze owszem, ja namawialam i naciskalam; ale on jest dorosly i zgodzil sie,"

          NASTEPNA CO JEJ MACICA aie na mozg rzuciła
          juz widze coby bylo gdyby sie nie zgodził - placze, zale , krzyki , prentensje, wyzywanai od gó...arzy co to odopowiedzialnosci nie chca wziąc a twoja macicia krzyczy i wścieka sie , a na tym forum zaraz porady natychmiastowego rozwodu bo przeciez pan oczywiscie niedojrzały a TY PRZECIEZ MASZ PRAWO MIEC DRUGIE DZIECKO

          chialas postawic na swoim
          postawilas
          zaryzykowals szczescie malzenskei w imie jeszcze jednego dziecka
          i przegrałaś !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
          • triismegistos Re: rozwod? 22.10.12, 19:54
            Weź ty sobie baranka pier.dolnij o ścianę, może ci ulży.
            • mozambique Re: rozwod? 22.10.12, 19:57
              a co - tu jzu to zrobilas i wiesz ze dziala ??????????????????
            • kol.3 Re: rozwod? 22.10.12, 22:18
              Napisała szczerą prawdę, pełno tu jest takich, co to mają jedno/dwójkę dzieci, ale w wieku 40+ MUSZĄ (!) natychmiast (!) urodzić następne bo im się instynkt odezwał no i późna ciąża odmładza, zastrzyk hormonów i takie tam. No i oczywiście sąsiadka w wieku 41 urodziła i jak młodo wygląda.
              A że mąż nie chce to mało ważne, się go urobi.
        • baszi Re: rozwod? 22.10.12, 21:02
          to jednak problemem nie jest drugie dziecko a twoj chlop ma tendencje do psychicznej przemocy, skoro jestes darmozjadem, zla matka itd itp a to ze musialas go namawiac na drugie dziecko jest dodatkowym argumentem ktory przeciwko tobie wyciaga, czuje sie nie zrealizowany bo jest za slaby wiec musi wzmocnic swoje poczucie wartosci ponizajac ciebie bo dla mnie nazywanie zony darmozjadem to zwykle ponizanie. idz kobieto do pracy, zadbaj o siebie, zrob sobie jakis kurs, ucz sie jezyka moze i kolejnego, i zbieraj sily zeby rozmawiac z nim z rownej pozycji a jak sie nie zmieni to coz, pokaz mu ze wymagasz szacunku a jak cie nie bedzie szanowal niech sobie znajdzie taka co to "zasluguje" na to zeby byc jego zona i niech ona sie martwi .
          • zuzi.1 Re: rozwod? 22.10.12, 22:06
            Dokładnie, popieram to co napisała baszi. Nie pozwalaj mu na takie zachowania, potrząsnij nim słownie, powiedz, że jak mu tak jest bardzo zle, to niech zabiera dupę w troki i się wyprowadza, żeby się realizowac. Co za gnojek...Nie musisz znosic jego zachowań, powiedz mu, że masz go dosc w takiej postaci i albo zapanuje nad swoimi zachowaniami, albo niech już szuka mieszkania na wynajem. Musisz byc stanowcza, bez tego jego zachowania będą się tylko pogarszac. Czy jestes od niego w pełni zalezna finansowo itp.? czy jestes w miarę samodzielna i zabezpieczona, w razie czego?
    • paris-texas-warsaw Re: rozwod? 22.10.12, 22:31
      A jak to w praktyce wyglądało, że go "namówiłaś" na dziecko?
      • mozambique Re: rozwod? 23.10.12, 15:09
        moze dziwnym trafem "zapomniała" wziąc tabletki ??????????
      • esteraj Re: rozwod? 23.10.12, 16:08
        paris-texas-warsaw napisała:

        > A jak to w praktyce wyglądało, że go "namówiłaś" na dziecko?

        To jest dobre pytanie.

        Nie wydaje mi się, żeby Twój mąż należał do grupy przemocowców. Widzę w nim raczej mocno sfrustrowanego człowieka. W jakiś sposób miałaś na niego duży wpływ, skoro mimo swojej niechęci zgodził się na drugie dziecko. Być może użyłaś silnych argumentów, lub postawiłaś go pod ścianą (trudnym wyborem).
        On zgodził się na spełnienie Twojego pragnienia, ale co ma w zamian?
        Kto tak właściwie zaczął się oddalać?
        Być może, nie tylko nie może zrealizować swoich marzeń, ale także został odsunięty na boczny tor...

        Czy tak trudno byłoby okazać trochę więcej zainteresowania swojemu mężczyźnie? Pomóc mu chociaż trochę w sprawianiu małych przyjemności? Czy choć przez chwilę próbowałaś wczuć się w jego położenie, pomyśleć, że na niego spada ciężar utrzymania rodziny?

        Nie jest przyjemnie słyszeć, że jest się darmozjadem lub nic się nie robi, albo jest się złą matką... Skoro w jakiś sposób Ciebie to dotyka, to może jest w tym odrobinę prawdy...
        Nie, że coś Ci zarzucam, jednak jeśli Twój mąż coś takiego mówi, to niech poprze takie zarzuty konkretnymi przykładami. Zapytaj jak sobie wyobraża Twoją zmianę, co możesz zrobić by było lepiej.
        Kiedy Ty wykażesz dobre chęci w poprawę stosunków, powiedz, że chcesz by on także nie obrażał się i popracował nad sobą.
        Zamiast obwiniać się pretensjami i żalami, szukajcie konstruktywnych rozwiązań. Mówcie o swoich oczekiwaniach ale bez złośliwości.
        Natura człowieka jest taka, że za wszelką cenę odbija się piłeczkę i szuka usprawiedliwień.
        Można to zatrzymać słowami: "Rozumiem, że Ty to tak widzisz. Jakie są Twoje propozycje. Wezmę to pod uwagę. Teraz Ty mnie wysłuchaj... itd."

        Jeśli Waszym celem będzie: "Co możemy zrobić, żeby było lepiej", zamiast: "Kto z nas ma rację i kto tu ma rządzić", to jest szansa na uratowanie małżeństwa.
      • oliwkowa75 Re: rozwod? 23.10.12, 17:02
        Pytanie jaką alternatywę miał Twój mąż, gdyby kategorycznie nie zgodził się na drugie dziecko. Może wtedy sytuacja byłaby odwrotna, Ty sama codziennie chodziłabyś sfrustrowana i mu zatruwała życie ciągłym wypominaniem i narzekaniami. Może go postraszyłaś rozwodem? I miał wybór taki, że albo rozwód, albo drugie dziecko. Byłaś w stanie uszanować jego decyzję, czy jedyna opcja to "musi być drugie dziecko". No to jest. Jesteś szczęśliwa? Pomyśl o tym na spokojnie. Bo możliwe, że zachowywałaś się w stosunku do niego tak samo jak on teraz do Ciebie.
        • drogadinikad Re: rozwod? 23.10.12, 17:25
          nie, nie straszylam meza rozwodem. i nie oszukalam go, jak sugeruje to mozambique (byc moze kazdy sadzi wedlug siebie, bo tak, faktycznie, mozambiqe przejrzala mnie na wylot: zaszlam w ciaze to po to zeby mi sie cera polepszyla ;P).

          paris-texas-warsaw, dobre pytanie. naciskalam, prosilam, blagalam, wysuwalam argumenty za tym by starszy nie byl jedynakiem.

          pracuje zawodowo od poczatku naszego zwiazku, teraz chodze do pracy na pol etatu i dodatkowo po nocach tluke fuchy. maz zarabia wiecej, ale to nie daje mu moim zdaniem prawa do nazywania mnie darmozjadem.

          jest na pewno sfrustrowany, ja tez. roznica miedzy nami jest taka ze ja wycofuje sie emocjonalnie a on atakuje werbalnie. Poza tym jesli mi zdarzy sie zabniedbanie wobec syna (np spoznie sie piec minut po starszego do szkoly), slysze o tym tygodniami. Jesli maz cos zaniedba w opiece nad mniejszym, ja mu tego nie wypominam.

          czy jestem szczesliwa?
          rozne aspekty mojego zycia zadowalaja mnie w roznym stopniu. jestem przeszczesliwa z powodu tego ze mam dwoch wspanialych synow, ciesze sie mysla ze maja siebie i swoja braterska relacje. Ciesze sie z roznych pozazwiazkowych aspektow mojego zycia, rozne sprawy daja mi zadowolenie. Doluje mnie moj zwiazek i zastanawiam sie czy jestem w nim nadal z wlasciwych powodow. tyle. tego dotycza moje rozwazania tutaj.

          czekam na to co napisze p. Agnieszka, ciekawa jestem jaki obraz rysuje sie jej na podstawie tego co tu pisze.
          • jamesonwhiskey Re: rozwod? 23.10.12, 18:05
            > paris-texas-warsaw, dobre pytanie. naciskalam, prosilam, blagalam, wysuwalam ar
            > gumenty za tym by starszy nie byl jedynakiem.

            no to ci sie udalo
            tyle ze teraz bedzie z rozbitej rodziny
          • mozambique Re: rozwod? 24.10.12, 11:53
            (byc moze kazdy sadzi wedlug siebie,"

            nie wiem do cxego pijesz - to nie ja "naciskalam, namawialam, i przekonywalam" : meza do drugiego dziecka ( mimo jego sprzeciwu) i to nie ja stoje teraz przed widmem rozwodu tylko ty , serdeńko !
    • saguaro70 Re: rozwod? 23.10.12, 18:45
      Czy byliście na terapii małżeńskiej?
      Jeśli nie, spróbujcie. Na początku mąż będzie się burzył. Ale na takiej terapii nauczycie się ze sobą ponownie rozmawiać..
      To dla Was chyba jedyna droga.
    • ingaki Re: rozwod? 23.10.12, 21:37
      Witam, kazde małżeństwo przechodzi kryzys ale czy to od razy ma sie kończyć rozwodem, moze przypomnijcie sobie dlaczego jesteście małżeństwem dlaczego na niego zwrocilas uwage a on dlaczego akurat Ciebie pokochal, może czas na randkę, polecam film warto razem go obejzec ’Próba ogniowa’ Mam pytanie a czy moze spisz z młodszym synem? Bo zony często maja pretensje do mężów ale zapominaja ze sa tez żonami, kochankami a pamięta tylko o tym ze sa matkami. Powodzenia życzę.
      P. S małżeństwo swietujace swoja 50 rocznice ślubu na pytanie jak ze soba tyle czasu wytrzymali odpowiedzieli ze urodzili sie w takich czasach ze jak cos sie psulo to sie to naprawialo a nie wyrzucalo do kosza.
      --jest jak jest, nie jak powinno być..
      • aqua48 Re: rozwod? 23.10.12, 22:47
        Nie jest dobrze jeśli mąż uważa, że jedynym sposobem na problemy jest przeczekanie ich. Nie jest też dobrze, jeśli ma pretensję o istnienie drugiego dziecka. Ono wcześniej czy później dowie się, ze ojciec go nie chciał. Najgorzej byłoby gdyby syn dowiedział się o tym od ojca, który to wykrzyczy w gniewie. Tym bym się martwiła. Choćby dlatego należałoby pójść na terapię małżeńską, a potem zastanawiać się czy da się ten związek naprawić. I czy obojgu małżonkom na tym zależy.
        Wypominanie żonie istnienia na świecie drugiego dziecka i obarczanie ją za to "winą" w sytuacji kiedy nic złego materialnie rodzinie się nie dzieje, dziecko jest zdrowe, a chodzi tylko o ewentualną mniejszą możliwość chwilowego korzystania z "życia" przez ojca (moim zdaniem to przeszkoda w dużym stopniu wyimaginowana, bo w czym takim przeszkadza drugie dziecko? Opiekunki i nianie wymarły, dwójką się nie zajmą?) nie jest dla mnie normalnym zachowaniem, ani świadczącym o dojrzałości.
        • mozambique Re: rozwod? 24.10.12, 11:59
          nie wiadomo czy materialnie jest tak rozowo skoro maz wypomina ze musi sam tyrac juz nie na 3 a na 4 osoby i tak w perpspektywie jeszcze z 20 lat ...

          poza tym oby mlodszy nigdy sie nie dowiedzial dlaczego naparwde zostal sproiwadzony na ten swiat - zeby starszy nie byl jedynakiem . A fuj !
    • esteraj Re: rozwod? 24.10.12, 13:25
      drogadinikad napisała:

      > Bliskosc z naszego 'zwiazku' zniknela zupelnie, od czasu ciazy nie spalismy ze
      > soba, nie przytulamy sie, nie calujemy.

      Według mnie w powyższym jest największy problem.
      Czy można przywrócić bliskość po blisko trzyletniej przerwie?
      Czy zdrowy mężczyzna może tak długo wytrzymać bez seksu?
      Relacje mogły być chłodne..., złośliwości, frustracja..., ale żeby nie dążyć do seksu choćby dla zaspokojenia fizycznych potrzeb?
      Jak to możliwe?
      • nowy99 Re: rozwod? 24.10.12, 16:13
        Mozna sobie podywagowac o przyczynach.
        Moze bylo tak, ze gdy pan dal sie namowic na drugie dziecko i zona zazla w ciaze, pan nagle poznal milosc swego zycia (tak sie jemu wydaje) . A tu dziecko w drodze. No wiec romans, seks realizowany z kochanka, a zona w odstawke. No i tak to sobie szlo. Ale facet ten kocha tego bajtla, ktory tez kocha tatusia. Nie potrafi odejsc od dzieciakow, zrobic malemu krzywde.
        No. Tyle pomyslow domyslow.
        A moze bylo jeszcze inaczej?

        Czy ten pan to tak zawsze byl upierdliwy, czy to stalo sie nagle? A moze oboje schodza w komunikacji po rowni pochylej i tak sie nawzajem popychaja w dol.
        Moze nie jest tak zle i moga jeszcze nawzajem podciagac sie ku gorze? Pytanie, czy tego chca oboje? Czy sie choc troche lubia i potrafia ustapic?
        Pamietajcie, ze ustepowanie jest domena sily, nie slabosci. Ustepuje nie dlatego, ze sie boje, a dlatego, ze chcę i korona mi z glowy nie spada.
        • momo72 Re: rozwod? 24.10.12, 20:32
          Przede wszystkim serdecznie współczuję...

          Niestety też obstawiam, że pan mąż kogoś ma na boku. Zdrowy mężczyzna długo bez seksu nie wytrzyma, a u Was to już jakieś dwa lata czy dłużej? Postawiłabym wszystko na ostrzu noża, jak poczuje że może Was stracić to i może otrzezwieje.
    • kol.3 Re: rozwod? 24.10.12, 17:44
      A ja jestem ciekawa, jakie to plany życiowe miał mąż, gdy na świecie było jedno dziecko i z czego konkretnie musiał zrezygnować gdy pojawiło się drugie dziecko. Bo z wpisów wyraźnie wynika, że mąż poświęcił coś ważnego. Może stracił jedyną szansę na realizację planów życiowych? Pisanie ogólnikowo o pretensjach męża stawia go w niekorzystnym świetle, szczególy coś by wyjaśniły.
      • zawsze-w-drodze Re: rozwod? 24.10.12, 23:17
        A może było/jest tak, że Pan planów żadnych nie miał. Żył ot sobie spokojnie. Teraz ma nieco mniej spokojnie ;), kryzys wieku średniego doszedł, podsumowanie sobie zrobił - zrozumiał, że już wielu rzeczy nie zrobi, nie osiągnie i ma PRETEKST dlaczego - gdyby nie dziecko to ho,ho - na Everest by wszedł, bestseller napisał, założył Microsoft-bis i opalał sie z blondynkami na Seszelach - a tak nie może, biedaczek... Wiesz jakie to często wygodne usprawiedliwienie własnego lenistwa, ograniczeń intelektualnych, strachu - człowiek nie musi się mierzyć sam ze sobą - ma winnego/winną i może się wygodnie ustawić w roli ofiary/cierpiętnika - i ta przewaga moralna...
        • kol.3 Re: rozwod? 25.10.12, 06:13
          Jakoś nie kupuję twoich argumentów.
          Poza tym budzi moje wątpliwości - dlaczego człowiek nie może sobie żyć spokojnie, wygodnie, bez stresów, czy to jest takie godne potępienia, tylko musi zapitalać bo obstawianie się dzieciakami jest takie chwalebne.
          Ja tu widzę jednostronną satysfakcję, pani przeforsowała co chciała, osiągnęła cel, jest zadowolona z wielu aspektów swojego życia, mąż przestał być interesujący.
          • joanna35 Re: rozwod? 25.10.12, 23:06
            A ja znam takiego mężczyznę i pewnie to nie jest jedyny egzemplarz w tym kraju. Z tą tylko różnicą, że to on chciał drugie dziecko bardziej niż żona, co wcale mu nie przeszkadza w przerzucaniu odpowiedzialności za swoje wybory na dziecko. Mój Boże, czegóż to on by nie zrobił gdyby nie dziecko. Wiesz co jest najsmieszniejsze? Najśmieszniejsze, albo najbardziej żałosne jest to, ze kiedy dziecka nie było też tylko gadał czego to on by nie zrobił, gdzie by nie pojechał. Ten typ tak ma. Jaki typ? Ano taki, który chce mieć święty spokój zawsze i wszędzie. I nie, nie ma w tym nic złego, a może być nawet całkiem przyjemnie kiedy spotkaja się ludzie z takim samymi oczekiwaniami wobec życia. Gorzej kiedy jedno chce więcej i, wierz mi, nie dotyczy to tylko i wyłacznie kolejnego dziecka.
    • droga.do Re: rozwod? 16.12.12, 23:58
      To ja,założycielka tego wątku,nowy nick spowodowany niemożnością odzyskania dostępu do konta.

      Wciąż jesteśmy w impasie. Brak seksu - w tej chwili z mojej strony wygląda to tak,ze trudno mi poczuć zainteesowanie mężem,bo tyle narosło między nami pretensji...ale jak jakiś czas temu zaproponowalam mu pójście do łóżka, nie był zainteresowany.

      Raczej nie sądzę żeby mnie zdradzał,to chyba nie ten typ (choc ofc zdradzane żony często tak myślą,wiem... ;)

      Pod wpływem lektury różnych wątków na tym forum zaczęłam się zastanawiać,czy to może być jakiś trop... I w sumie jakoś nie czułam przerażenia na te myśl, chyba łatwiej by mi było nawet podjąć radykalne kroki w takiej syt.

      Odpowiadając na pytanie - tak,śpię z mlodszym synem,on budzi się w nocy I tak jest mi po prostu łatwiej.może gdyby mąż pomagał przy nocnych pobudkach rozwazalabym inne opcję,ale on absolutnie nie będzie usypial,nosił itp.

      Czy pani Agnieszka mogłaby się podzielić swoimi odczuciami po lekturze tego wątku?
      • nabakier Re: rozwod? 17.12.12, 08:02
        Po pierwsze: współczuję. Po drugie: znam, i coś z tego opowiem. Po trzecie: to, co teraz u was, słabo rokuje.

        Ja też miałam silny instynkt macierzyński, i też wybłagałam dziecko, z tym że już to pierwsze. Po sześciu latach małżeństwa. Wyżebrałam, wypłakałam. I to był błąd. OGROMNY błąd. Wszystkie kobiety przed tym przestrzegam. W takiej sytuacji trzeba się rozstać. No, ale wtedy tego nie wiedziałam. Nie mieściło mi się w głowie, by się z tego powodu rozstawać. A powinno się mieścić. Człowiek, który skazuje kobietę na taką sytuację, nie jest wart dalszego życia z nim. Po prostu. Instynkt macierzyński jest fundamentalnym instynktem, i ograniczać go, walczyć z nim- nie ma sensu. To okrucieństwo, żadna tam miłość. Ale to się właśnie nie mieści w głowie. Z serii: "niemożliwe".
        Po sześciu kolejnych latach kolejne dziecko, już mniej wyżebrane, ale jednak trochę tak. Człowiek bywa głupi, oj głupi. Ale, jak już napisałam, instynkt trudno zagłuszyć.
        On kocha te dzieci, ale tak "na zimno". Dzieci się z nim raczej nie dogadują, choć bardzo dbam o to, by ich relacje były najbardziej umożliwione, jak najbardziej pełne. Kocha, ale - na moje oko- to nie jest to, co powinno być. Właśnie -sądzę- dlatego, że nie były to dzieci przez niego chciane. Niemniej, to jest ich tata, kocha jak potrafi, i trzeba teraz być mądrzejszym, to jest - dbać o to, co jest możliwe, i nie przeszkadzać temu, a rozwijać.
        Też był wredny dla mnie podczas ciąż, później oczywiście słyszałam, że mi "macierzyństwo" na mózg padło (może i padło, ale nie żałuję, bo to wspaniałość), przy porodzie mnie wyśmiewał, choć porody miałam bardzo ciężkie (jak i ciąże, skomplikowane-szpitale, leżenie z nogami do góry, dzieci wcześniaki z problemami neurologicznymi). Oschłość, żal do mnie, bo "Ty z dziećmi"- jakby mu ktoś zabraniał też bycia z dziećmi i ze mną... Obopólna frustracja, on "ciągle w pracy", ja w domu z chorymi dziećmi sama, zimno, seks był, ale taki sobie, związek zdychał.
        I stało się... ja się zakochałam. W ciepłym facecie. Który pokochał także moje dzieci- widział nas razem: mnie i moje dzieci, nigdy oddzielnie. I wtedy mój eks (jeszcze wtedy nie eks) nagle też ponownie "zakochał się" we mnie. Miałam nie odchodzić, nagle małżeństwo stało się priorytetem, ja sama cudem i w ogóle naj naj. To było straszne, bo role się odwróciły, i nie chodzi tu o satysfakcję niczyją, ale o to, że się doznaje patrzenia z dwu stron. Zrozumiał, że traci rodzinę. I bardzo bardzo chciał nas utrzymać przy sobie. Ja zaś zrozumiałam, że kiedyś popełniłam cholerny błąd- nie odchodząc od niego na czas. Już było za późno (dziś to wiem), choć walczyliśmy oboje: ja z nową miłością, on - o mnie. Koszmarny czas. W końcu: rozwód, ja wyszłam ponownie za mąż, on- cierpiący chyba do dziś.
        To jest z kolei przestroga dla tych, którzy obdarzają ludzi zimnem. Mogą później srogo żałować, jak im już ta "kwoka z dziećmi" ucieknie.
        W każdym razie dzieci dla niego też stały się cudem i w ogóle. No i dobre choć to. Zaproponowałam ugodowe rozwiązanie w tym względzie, i to się udało. Jest naprawdę ok.

        A dlaczego kiepsko to widzę? Bo moim zdaniem zimno to jest najgorsze, co można zrobić drugiej stronie. To jest niewybaczalne. Sprawy bierze się w ręce, a nie- zamraża świat wokół zimnym oddechem. Ja bym nie wybaczyła. Ty wybaczysz? Jeśli tak, to walcz. Ale masz o co? Facet rozumie, co może stracić? Nie wygląda na to. Będziesz raczej waliła głową w mur i tylko sobie ją uszkodzisz.

        Trzeba wziąć odpowiedzialność za błędy i iść naprzód. On nie chce tego rozwiązywać, rozwiąż Ty. Szkoda życia na mieszkanie w lodówce. Liczy się lepsza przyszłość :-)
        A dla dzieci życia pośród takiego zimna to koszmar. Mój młodszy syn, wtedy siedmiolatek, gdy tylko poznał mojego obecnego męża, to po kilku godzinach spędzonych z nim (nie wiedząc o nim nic więcej, niż że to "kolega mamy") powiedział do niego wprost: "chciałbym, żebyś ty był moim tatą", i jeszcze na boku do mnie: "jak on na Ciebie patrzy!". Dzieci widzą. Czują, gdzie ciepło, a gdzie- chłód. Nie szkoda dzieci, które widzą między rodzicami chłód? Co to za wzorce? Co to za atmosfera?
        Mnie było łatwiej, bo nowa miłość zawsze uskrzydla, dodaje sił, miałam ogromne wsparcie. Ale Ty się ucz na cudzych błędach i cudzych historiach. Np. na mojej.

        Czasem mi się zdaje, że niektórzy faceci są opóźnieni w rozwoju. Najpierw nie chcą dzieci, potem nie chcą ich tracić. Najpierw nie chcą związku, potem nie chcą rozwiązania tego związku ( W Polsce 2/3 pozwów rozwodowych składają kobiety, a faceci bardziej niż one się opierają przed rozwodem.) Co za cudaki ;-) Ale nie wszyscy, na szczęście nie wszyscy.

        Wspieram. Spójrz na to "na chłodno". On może, to Ty chyba też, nieprawdaż? Powodzenia!
        • droga.do Re: rozwod? 25.12.12, 00:54
          Nabakier,dziękuję Ci za to co napisalas.
          Ja chyba wciąż się ludze ze cos się zmieni. z drugiej strony staram się pracować nad tym żeby wzmocnić sama siebie,uniezależnić psychicznie...
          Chce mieć poczucie ze zrobiłam wszystko żeby uratować ten związek,a z drugiej strony słyszę protestujący wewnętrzny głos: dlazego wciąż to ja mam się starać,ciągnąć emocjonalnie ten wózek sama, a on ew łaskawie przyjmie moje starania?
          Ech.
          I doskonale rozumiem,dlaczego w Twoim przypadku nowa miłość dopiero dała Ci napęd do wyjścia z dotychczasowego związku.
          • nabakier Re: rozwod? 25.12.12, 09:20
            Bo to jest z grubsza tak: nie pali, nie pije, nie bije, nie zdradza, pracuje- czego chcieć więcej. Nie ma patologii, nie ma jaskrawego zła- nie ma od czego się odbić. I w odbiorze zewnętrznym (inni- dlaczego ona go zostawiła) ale i wewnętrznym (przecież nie jest tak źle, mogę wytrzymać, może będzie lepiej).
            Takie grząskie zawieszenie, które wciąga, wsysa, samo z siebie nie daje sił- przeciwnie: siły do zmiany odbiera. Podejrzewam, że wielu ludzi żyje w takim stanie nawet go nie widząc. Dopiero jakieś intensywne wydarzenia wydobywają ich z tego, i wtedy często już nie da rady wrócić z powrotem do tego miejsca.
            Takim "wydarzeniem" może być nie tylko nowa miłość, ale np. tzw. kryzys wieku średniego. Wtedy człowiek przeprowadza swoisty bilans swojego życia i może mu mignąć, że sporo w jego życiu nie gra, i że czas na zmiany.
            Rozumiem starania o uratowanie związku, o poczucie, że się dało wszystko- ja takowe podejmowałam i w czasie "grząskim", jak i i zaistnienia nowej miłości. Mój eks na terapię iść nie chciał - sama chodziłam. Gruntownej rozmowy potem tez nie chciał przeprowadzać- stwierdził wprost, że taka rozmowa nic nie da, bo tylko potwierdzi przepaść między nami, z której on sobie zdaje sprawę. Przynajmniej uczciwie ;-), bo tak było w istocie, że przepaść było ogromna. Z tym, że ja miałam uznać te przepaść za normalną różnicę w małżeństwie- ot, ludzie są różni, i tyle. Są ludzie nieprzemakalni, nawet jak są na poziomie.
            Wiem, że jesteś w trudnym czasie. Powiem przykładem tego kryzysu wieku średniego- kryzysy to naprawdę dary, których nie doceniamy. Dziękami kryzysom (czy fazom buntu) mamy szansę na zmianę. Najważniejsze to: rozwiązać dobrze kryzys, czyli doprowadzić go do pozytywnego rozstrzygnięcia- potrzebne zmiany muszą być zrealizowane. Zakopane pod dywan będą się paprały.
            Czy z nim, czy bez niego, tych zmian powinnaś dokonać.
            Pytanie jest: czy jest coś, co mogłoby nim (Twoim mężem)wstrząsnąć? U nas, jak wiadomo, była tym moja nowa miłość. Za przeproszeniem "na uszach stawał". Ale: 1. było już za późno, 2. i tak zasadniczej zmiany odmawiał. odmawiał uznania ważności moich głębokich potrzeb. To ja powinnam sobie radzić z ta moją/naszą odrębnością- ergo: to był MÓJ problem, nie jego. No to też JA go rozwiązałam :-) Tyle, że inaczej, niż się spodziewał. I mam wrażenie, że ze zdziwienia nie wyszedł do dziś. Cóż...
            Twój maż chyba nie wie- jak większość zaniedbujących partnera- że igra z siłami, które mogą go przerosnąć. Bo jak pokona (powiedzmy hipotetycznie) Twoje zainteresowanie nową osobą? Albo stan, gdy podejmiesz decyzję na "nie" (decyzję popartą np. solidną terapią indywidualną)?. Przecież już na starcie będzie bez szans, i biologia, i psychologia, są tu zwyczajnie nieubłagane. Jakie karty wyłoży, gdy rzeczy same z siebie przechylą szalę? To mnie zadziwia- ta bezmyślność ludzka...tylko jak ją bezmyślnemu człowiekowi uświadomić.
            Zacznij inwestować w siebie. We wzmocnienie siebie :-)



            • darby.shaw Re: rozwod? 25.12.12, 15:58
              droga na bakier, taka jesteś mądra, że aż ... głupia. I jakby ślepa (a może zaślepiona?).
              Wszystko to być może, co piszesz i jak uzasadniasz. Ale... może niekoniecznie być prawdą w każdym przypadku.
              Piszesz: wybłagałam dzieci, on się zgodził, ale nie docenił, ani tych trudnych porodów i ciąż, ani instynktu ... no, niczego nie docenił, co miał. I dodajesz z satysfakcją: i wszsytko stracił ;-)
              A moze ten facet, co został Twoim mężem, chciał tylko Ciebie, i nikogo więcej, żadnych dzieci, psów, białych myszek czy szynszyli?
              Wierz mi (albo nie), są tacy panowie. I tak nie ma najczęściej sensu ich namawiać na dziecko, bo dziecko nie jest im potrzebne do szczęścia, tylko kobieta. Ta kobieta.
              Twoja historia jest dowodem na to, jak ludzie mogą sie nie dobrać i nie porozumiec, mimo że podobno się kochają. ALe ta historia nie jest historią drogi_do_nikąd.
              Jedyne podobieństwo to niestety duża szansa, że on też skończy się rozstaniem. Kluczowe jest porozumienie, a oni już prawie 3 lata spędzili na oddalaniu się od siebie.
              i, litości! nie znasz męża tej kobiety, nie wiesz (ja też nie), czy jest "lodowaty" jak ojciec Twoich dzieci.
              • nabakier Re: rozwod? 25.12.12, 16:31
                Zadam Ci proste pytanie- potrafisz czytać ze zrozumieniem? Nie? To pomogę, oto cytat z mojego pierwszego postu:
                'Wyżebrałam, wypłakałam. I to był błąd. OGROMNY błąd. Wszystkie kobiety przed tym przestrzegam. W takiej sytuacji trzeba się rozstać."
                Reszty też nie zrozumiałaś. Litości... ;)
              • nangaparbat3 Re: rozwod? 25.12.12, 16:46
                A moze ten facet, co został Twoim mężem, chciał tylko Ciebie, i nikogo więcej,
                > żadnych dzieci, psów, białych myszek czy szynszyli?
                > Wierz mi (albo nie), są tacy panowie. I tak nie ma najczęściej sensu ich namawi
                > ać na dziecko, bo dziecko nie jest im potrzebne do szczęścia, tylko kobieta. Ta
                > kobieta.

                Mam brata. Nie chciał dzieci, bał się dzieci. Pewnego dnia powiedział: będziemy mieli dziecko, żona chce, a ta decyzja musi należeć do kobiety.
                Mają dwoje dzieci.Są razem ponad 30 lat, kochają się.
                • nabakier Re: rozwod? 25.12.12, 19:34
                  Wiesz, Nanga, im więcej o tym myślę, tym bardziej właśnie tę sprawę- odmowę rodzicielstwa. Tego się nie da opisać. I to nie jest kwestia umowy. To jest coś więcej.
                  • nangaparbat3 Re: rozwod? 25.12.12, 19:49
                    Długo, chyba przez parę lat, nie rozumiałam, czemu obarczasz męża winą za rozpad Waszego małżeństwa. Teraz rozumiem - wystarczyło jedno zdanie, o porodzie - jestem całym sercem po Twojej stronie.
                    • nabakier Re: rozwod? 25.12.12, 20:15
                      (Żeby to z jednym porodem...). No tak to jest. Z tym, że on tego naprawdę nie rozumie. Po prostu taki jest. Więc z tym obwinianiem to nie do końca tak...I go rozumiem, i sama sytuacja nie do wybaczenia.
                      • nangaparbat3 Re: rozwod? 25.12.12, 20:29
                        Może i nawet do wybaczenia, ale żyć sie w tym nie da, aż w ciele czuję, jak to jest. Cierpnę, najzupełniej dosłownie.
                        Żyłam kiedyś z takim "zimnym" przez prawie 4 lata - od tamtego czasu wiem, że nie wolno - no mnie nie wolno, może są osoby, którym to nie przeszkadza, tkwić w związku bez życzliwej sympatii przynajmniej - o niebo lepsza samotność. Ale od bycia zimnym do tego co napisałaś jeszcze daleko.
                        Jeśli on tego nie rozumie, to chyba chyba ma jakiś deficyt. W sumie biedny.
                        • nabakier Re: rozwod? 25.12.12, 20:42
                          Tak. To deficyt, bo poza tym- porządny facet.
                          Dzięki :-)
                          • nangaparbat3 Re: rozwod? 25.12.12, 21:11
                            :)
                            Cieszę się, że zrozumiałam.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka