kikimorra
15.07.20, 01:40
Od dawna noszę się z zamiarem napisania na forum. Nie wiem sama, czy chodzi o potrzebę wygadania się czy uzyskanie informacji, że to ze mną jest coś nie tak i każdy inny by nie żył przeszłością.
Mam meza, własne dzieci, pracę, mieszkanie, ale tkwi we mnie żywy żal do matki.Niecheć, często wręcz nienawiść. Nie mam ani jednego dobrego wspomnienia z matką, z dzieciństwa pamiętam jej krzyki, karcenie, wyzywanie, krytykowanie, nawet biła mnie do jakiegoś 7,8 roku życia. Nie umiem być ponad to, uważam, że zniszczyła mnie psychicznie, z nerwów długo moczyłam się w łóżko, mam do tej pory tiki nerwowe, lęki, depresję.
Dzieckiem byłam bardzo grzecznym, co matka właściwie do tej pory podkreśla, zatem tym bardziej mam żal ze mnie tak traktowała. Uczyłam się bardzo dobrze, byłam bardzo uzdolniona manualnie, sportowo, mimo próśb nigdy nie uczęszczałam na dodatkowe zajęcia.Matka wyzywala mnie, że nie zdam do następnej klasy, a co roku otrzymywałam świadectwo z czerwonym paskiem, nauczyciele typowali mnie do konkursów. Pamiętam ten strach jak matka wracała z wywiadówek, zawsze czepiala się, oceny miałam dobre ale roznosił mnie strach, że przyjdzie i będzie krzyczeć, siedziałam wówczas sparaliżowana strachem. W szkole średniej zaczęłam odsuwać się od ludzi, straciłam motywację nawet do chodzenia do szkoły, zaczęłam wsiąkac w świat wirtualny, tracić znajomych. Ewidentnie nie radziłam sobie z rzeczywistością i tak jest chyba do dnia dzisiejszego.
Nie uczyłam się praktycznie wcale, do matury także podeszłam nieprzygotowana, jak o tym teraz myślę to nienawidzę siebie za to. Czuję rozczarowanie sobą, że mając predyspozycje i możliwości intelektualne, nie skończyłam dobrych studiów. Na studia dostałam się dzienne, ale nie był to żaden prestiżowy kierunek, nie wiedziałam co chcę robić w życiu, na dodatek juz wtedy musiałam mieć silną depresję, ponieważ nie umiałam przyłożyć się do egzaminów i chodzenia na zajęcia. Winię matkę za moje porażki, za to, że nie skończyłam dobrych studiów, że nie chodziłam na zajęcia rozwijające, na języki, że nie dbała o wizyty u stomatologów, okulistów, nie mówiąc o innych specjalistach. Do tej pory jesli napomknę o tym, że idę do jakiegoś lekarza, matka komentuje to, że jestem hipochondryczką, co jest oczywiście nieprawdą.
A ojciec, no cóż, skomplikowana postać. Zostawiał nas kilkukrotnie dla innych kobiet,do tego wyjeżdżał na zachód na długie miesiące, korzystał z usług prostytutek, zdradzał notorycznie matkę, jest alkoholikiem, był nawet w więzieniu. Co szokujące, to z ojcem mam dobre wspomnienia, tłumaczył mi świat, bo był bardzo inteligentny, pokazywał mi dobre filmy, słuchaliśmy razem muzyki, zabierał na wycieczki, uczył pływać i jeździć na rowerze. Długo nie zdawałam sobie sprawy jaki jest mój ojciec, wiedziałam, że pije,ale to dochodziło do mnie w ograniczonym stopniu. Miałam jakieś zaburzenia postrzegania rzeczywistości, jakby wszystko działo się obok mnie, chwila smutku i juz jest ok.Nawet raz slyszalam gwalt na matce, do tej pory jak to mi się przypomni to płaczę i nie mogę spać. Dziś nie mam kontaktu z ojcem, boli mnie to, ale nie chcę już nic naprawiać. Ojca tak nie obwinianiam jak matkę, naprawdę nie mam z nią żadnej więzi, nie znoszę z nią rozmawiać, zresztą do tej pory jest krytyczna. Kontakt telefoniczny mamy raz na jakieś 2 miesiące.
Wiem, że miała ciężko z ojcem, ale przecież sama na to się godziła, miała możliwość zmiany swojego życia, sama jako dda mogła się leczyć.
Ja z kolei widzę siebie jako osobę zniszczoną depresją, bez marzeń, sfrustrowaną, bez chęci dbania o siebie i swoje zdrowie. Czuję się nieszczęśliwa, zżera mnie ta frustracja dotyczącą "zmarnowanych szans", na terapii z kolei terapeutka potrafi mi powiedzieć, że inni też mają ciężko, więc tu też czuję zniechęcenie i nie widzę światełka.
Ktoś ma rady, co mogłabym zrobić by czuć się wartościowa, jak przestać pielęgnować niechęć do matki?