Dodaj do ulubionych

"Czyściec Europy"

26.07.15, 16:45
Rozmowa z M. Kamińskim. Warta zacytowania zanim zniknie w odmętach sieci:


16 marca wyruszył spod grobu Immanuela Kanta w Kaliningradzie do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela. W 119 dni przeszedł ponad cztery tysiące kilometrów przez sześć krajów.

Pielgrzymkę nazwał "trzecim biegunem'', którym ma być Santiago - biegun wiary, stojący w opozycji do bieguna rozumu, który symbolicznie umiejscowił w Kaliningradzie. Szedł po Camino - Drodze św. Jakuba, jednym z najważniejszych szlaków pielgrzymkowych świata.

MAREK KAMIŃSKI: Po miesiącu przestałem myśleć.

DOMINIK SZCZEPAŃSKI: O czym?

- O wszystkim. Byłem tylko tu i teraz. Inaczej nie przeszedłbym tej drogi. Po miesiącu bolało mnie całe ciało. Mówiło, żeby już dać sobie spokój. Nie byłem w stanie nawet spać. Gdy zasypiałem nad ranem, zaraz trzeba było ruszać dalej. Szaleństwo.

Na biegunach było łatwiej?

- Wcześniejsze wyprawy były bardziej rozumowe. Trwały miesiąc, dwa, tyle, ile człowiek może wytrzymać. Teraz przez cztery miesiące szedłem dziennie po 40-50 kilometrów.

Jak się pan przekonywał, żeby wstać i iść?

- Rozum zostawiłem przy grobie Kanta. Codziennie wstawałem około 6.30. Wychodziłem po siódmej. Po drodze kawę zagryzałem rogalikiem. Na początku nie czułem głodu, więc jadłem rano i wieczorem. Piłem dużo wody, do której wrzucałem magnez i potas. Organizm wyczerpał się we Francji, wtedy zacząłem jeść też w ciągu dnia. Kładłem się o 21-22, czasami później, gdy wciągała mnie rozmowa.

O czym się rozmawia na Camino?

- Kiedyś w Meksyku usłyszałem słowa, których używali Majowie: "Ty to jesteś drugi ja". Podczas drogi poznałem setki osób i w wielu odnajdywałem siebie. Spotykaliśmy się na pół dnia, a oni mówili mi o najtrudniejszych sprawach. Na co dzień chcemy być silni i wspaniali. Udajemy kogoś innego. Pół dnia potrzebowała pewna dziewczyna, żeby mi opowiedzieć, jak dwa razy poroniła i zostawił ją chłopak.

Pascal mieszka w Londynie. Jego matka przewędrowała z armią Andersa przez Iran. Tam poznała męża, Irańczyka. Po 40 latach do ich drzwi zapukał jej mąż z Polski. Na Camino w ciągu dziesięciu minut opowiadasz innym historię życia i w kolejnych dziesięciu słyszysz czyjąś historię.
To nie ekshibicjonizm?

- Nie wiem, dlaczego tam się tak otwieramy. To jak wyładowanie elektryczne. Trzask-prask i następuje wymiana energii. Nie wyobrażam sobie, jak miałbym podejść do kogoś w Warszawie albo w Nowym Jorku i zapytać: kim jesteś i dokąd idziesz? Na Camino to normalne.

To tylko wymiana opowieści? Są też pytania?

- Pascal zapytał, czy jestem tutaj, bo czuję się czegoś winny. Trudno spotkać na Camino kogoś, kto nie miałby jakiegoś kłopotu. Uświadomił mi to Danny. Ma 69 lat, trzy razy przeszedł Drogę św. Jakuba, teraz szedł z Londynu. Gdyby nie wypił dwóch kaw więcej, a ja nie skręciłbym do supermarketu, pewnie byśmy na siebie nie trafili. Ale co ja mówię, na Camino nie ma przypadków! Ale o tym za chwilę. Danny powiedział, że ci, którzy żyją sobie normalnie, tak naprawdę często ukrywają problem głęboko w sobie. "Nie masz problemu? No to dopiero masz problem!". Danny nie wierzy w Boga.

Co robią ateiści na Camino?

- To, co wierzący. Szukają czegoś. Może siebie.


A może Boga?

- Żona powiedziała Danny'emu, żeby nie rozmawiał tyle z Polakami, bo jeszcze uwierzy (śmiech). Jego dzieci mieszkają w Australii, ona w Anglii. Mama Danny'ego była Cyganką, ojciec Żydem. Obydwa narody mają wędrówkę wpisaną w swoje losy.

Ateiści na Camino wchodzą do świątyń. Mają dosyć sztucznego świata, pogoni za nie wiadomo czym. Ta droga jest starsza niż chrześcijaństwo, chodzili tędy Celtowie. Nikt nie pyta, czy jesteś wierzący. Nikogo nie oburza widok Japończyka czy Araba. Jesteś człowiekiem i szukasz czegoś, co jest prawdziwe.

Czyli czego?

- Duchową pustynię odkryłem, obserwując samochody. Dla pielgrzyma każda minuta jest ważna, bo wkłada w nią siłę nóg. Ludzie w samochodach pędzą do czegoś, co może nigdy nie nastąpić. W ten sposób zabijamy czas i doprowadzamy do tego, że nas nie ma.

Na kamieniu w Burgos jest napis: "Rodzimy się, by się uczyć. Uczymy się, żeby pracować. Pracujemy, żeby umrzeć. Jesteśmy martwi od urodzenia". Ciągle na coś czekamy. Cały czas coś robimy, żeby później naprawdę żyć. Mamy mieć wykształcenie, żeby mieć dobrą pracę i emeryturę. Mnie zawsze chodziło o to, żeby pójść dalej. Jak byłem polarnikiem, to chciałem zostać pisarzem. A teraz jestem pielgrzymem.

Czym jest ta duchowa pustynia?

- Myślałem, że zaczyna się za granicą Polski, ale mam wątpliwości. U nas kościoły są pełne, ale trudno mi osądzić, jaki to rodzaj duchowości.

Nie ma chrześcijańskiej Europy. Jest pustynia. Są symbole chrześcijaństwa, ale nie ma ducha. Camino to enklawa. Poza garstką ludzi na mszach i turystami w Notre Dame w ciągu dnia nie spotkałem we Francji nikogo w kościele. W Niemczech ludzie pielęgnują trawniki, przyozdabiają domy, ale one też w środku są puste, bo ich właściciele całymi dniami robią coś na pokaz. W Belgii kościoły są zamknięte, nie można nawet do nich wejść.
Obserwuj wątek
    • andrzej585858 Re: "Czyściec Europy" - cz.2 26.07.15, 16:47
      "Dlaczego pan wyruszył na Camino?

      - Odpowiem tak, jak mi najczęściej tłumaczyli ludzie na Camino. Droga mnie zawołała. Przyciągnęła jak magnes opiłki żelaza. Pierwszy raz pomyślałem o niej dziesięć lat temu. Potem czytałem książki o Camino, oglądałem filmy, ale one były tylko potwierdzeniem wewnętrznego wyboru. Polecam każdemu, żeby się przeszedł Camino. Może nie 4000 km, ale 800. Nawet 200 wystarczy. Ta droga zmienia, ale też łatwo się na niej zagubić. Camino wciąga i zdarza się, że pielgrzymi zostają w Finisterre, czyli w miejscu za Santiago, które było kiedyś uważane za koniec świata. Zostają na rok, dwa lata, czasem na całe życie. Niektórzy pracują, inni są bezdomnymi, żebrakami. Gdy czytałem o Camino, myślałem, że ludzie sobie to wszystko wymyślają.

      Co?

      - Np. małe cuda. Marzymy o szklance wody, a po chwili na szlaku znajdujemy butelkę. Miejsca, gdzie można coś zjeść, we Francji są otwarte do 14. Potem trzeba czekać do wieczora. Kupiłem puszki. Ale nie miałem łyżeczki. Ciągle zapominałem zapytać w kawiarniach, czy nie mógłbym jednej odkupić. Była też pokusa, żeby zostawić euro więcej i po prostu zabrać. I w końcu znalazłem łyżeczkę. Leżała na szlaku.

      Zawsze był pan wierny rozumowi, a teraz mówi pan o małych cudach?

      - Studiowałem matematykę, fizykę, biologię, myślałem, że mózgiem obejmę wszystko. Temat cudów był mi kompletnie obcy, ale muszę dać świadectwo, że na Camino małe cuda mi się przytrafiały. Rozmawiałem o kulcie Matki Boskiej Fatimskiej i trafiłem na jej figurkę - jedną jedyną na całej drodze. Takich zbiegów okoliczności miałem mnóstwo.

      Po latach zbliżył się pan do chrześcijaństwa? Mógł pan wybrać coś innego, np. buddyzm.

      - Gdy zacząłem medytować, myślałem, że w końcu znalazłem to, czego szukałem. Spędziłem miesiąc w klasztorze zen w San Francisco, ale czegoś mi brakowało. Myślę, że Jan Paweł II miał rację, mówiąc, że tam, gdzie kończy się droga zen i medytacja pustki, zaczyna się chrześcijaństwo i kontemplacja Boga. W medytacji brakowało mi czyjejś obecności. To ironia, że przez zen doszedłem do chrześcijaństwa, którego nie rozumiałem przez 50 lat. Nie rozumiałem, dlaczego wszystkie chrześcijańskie rytuały są puste, mechaniczne.

      Brakuje w nich objaśnienia?

      - We Francji spotkałem kobietę, która powiedziała, że mój anioł stróż musi być bardzo zmęczony, bo tyle razy wyciągał mnie z opresji. Chwilę później trafiłem do ruin kościoła. W środku znalazłem płytę nagrobną Yula Brynnera. To jeden z moich ulubionych aktorów, grał w "Siedmiu wspaniałych". A po chwili jeszcze większe zaskoczenie: dwumetrowy portret Michała Archanioła. Hebrajskie "mikha'el" znaczy "kto, jeśli nie Bóg?". Na Camino istnieje bardzo silny jego kult i zastanawiam się, skąd ludzie to wszystko wiedzą, skoro nikt im tego nie tłumaczy. Bardzo zbliżyłem się do Boga, gdy zrozumiałem treść słów, sprawdziłem, co się za nimi kryje. Poczułem też jego obecność. Ale musiałem to zrobić sam. Podobno wiara jest darem, ale myślę, że trzeba wykonać jednak jakiś wysiłek.

      To nie pasuje do naszych czasów. Chcemy, żeby wszystko było podane i wygodne.

      - Dlatego ta droga jest trochę zaprzeczeniem naszej cywilizacji. Idziemy bez celu materialnego, czyli z perspektywy dzisiejszego świata to nie ma sensu. To nie jest droga dla odważnych, tylko dla pokornych. Chowamy swoje ja. Camino nazywane jest też drogą szaleńców, bo niby po co przejść nawet te 800 km jej głównym nurtem? A mimo to przyciąga ludzi, bo tam nie muszą nikogo udawać. Na co dzień ścieramy wiarę z rozumem i rozum wygrywa, ale na Camino przegrał. Przez miesiąc był dla mnie może trochę ważny, ale to wierze zawdzięczam to, że doszedłem.

      Dlaczego nie poszedł pan w drugim kierunku - od bieguna wiary do bieguna rozumu?

      - Bo rozum jest bardzo ograniczony, a wiara nie. Rozum produkuje różne konstrukcje, Nietzsche czy Kant to wybitne umysły, ale układali tylko coś w rodzaju lego. Kiedyś wydawało mi się to najważniejsze, teraz sądzę, że życie jest czymś bogatszym niż rozum, powody, które wydają się ważne ze względu na ich praktyczność.

      Podczas drogi miałem sen. Ktoś przystawił mi pistolet do głowy. Zaraz miałem umrzeć. Myślałem o dzieciach, szkoda, że ich już nie zobaczę. Ale ostatnia myśl była taka, że wrócę do Boga, i przestałem się bać. Obudziłem się. Instynkt kieruje nami, żebyśmy nie zginęli. Stąd strach przed śmiercią. Ale w tym śnie nie zwątpiłem.

      Ale był moment, że dalsza pielgrzymka była zagrożona. Przez pięć dni pan odpoczywał.

      - Gdybym szedł 800 km, pewnie kryzysu by nie było. Ale po 1500 km, gdy do przejścia jeszcze 2500, to wszystko wydaje się abstrakcją. Pierwszego pielgrzyma spotkałem po 2500 km, w dodatku na rowerze. Gdy idzie się tak długo, to cel jest poza horyzontem, a ciało boli coraz bardziej. Może bez tego kryzysu nie przeszedłbym tej drogi? Kiedyś opowiem o tym więcej.

      A opowie pan o samotności?

      - Była gorsza niż na Antarktydzie. Na biegunach pustka jest absolutna. Tutaj znów ją poczułem, tyle że wśród ludzi. Gdy wyszedłem z Polski, stałem się nikim. Utraciłem tożsamość, jakby ktoś mnie wymazał.

      I jak pan się wtedy przedstawiał?

      - Mówiłem, że jestem pisarzem.

      Dlaczego nie podróżnikiem, polarnikiem?

      - Bieguny to zdobywanie świata dla siebie. A teraz wiem, że człowiek jest tym, co daje innym. Pod koniec Camino młoda Amerykanka poczęstowała mnie kawałkiem czekolady - mały gest, a pomaga poruszyć nogami. Zapytała, kim jestem. Gdy zacząłem wymieniać, pomyślałem, że lista rzeczy, które zrobiłem, jest absurdalna. Lista osiągnięć jak parametry samochodu. Byłem na biegunie, i co z tego? Na koniec powiedziałem jej, że jedyne, co ważne w życiu, to miłość. Po 2000 km człowiek może zweryfikować, co ważne. Ta pielgrzymka była starciem ego na miazgę.

      I podróżą w czasie. Po drodze odnajdywał pan osoby, które kiedyś pojawiały się w pana życiu.

      - Marion von Dönhoff w 1944 r. pomagała w organizacji zamachu na Hitlera, a rok później uciekła konno spod Królewca do Hamburga przed Armią Czerwoną. Została wydawcą magazynu "Zeit". I tam ją poznałem, bo podczas studiów dorabiałem w jej ogrodzie. Zapraszała mnie na kawę i ciastka. Pytała o Gdańsk i o to, jak się żyje w Polsce. Najbardziej lubiła odpoczywać w miejscowości Krottorf, przez którą teraz przechodziłem. Spacerowała pewnie tymi samymi ścieżkami. Została pochowana niedaleko, ale zabrakło mi sił, by zboczyć z Camino.

      Wtedy w Hamburgu pracowałem też w porcie jachtowym, gdzie znalazłem portfel. Były w nim karty kredytowe i 500 marek.

      Kupa kasy.

      - Oddałem portfel pracodawcy. Znalazł się właściciel i w nagrodę zabrał mnie w rejs. Urodził się tam, gdzie ja, w Gdańsku. A potem mi powiedział, że latał w Luftwaffe. Nad Berlinem zestrzelił angielski samolot, którego pilotami byli Polacy. Gdy płynęliśmy jachtem, on wciąż służył w armii. Był generałem Bundeswehry.

      Jak się zachować w takiej sytuacji?

      - Ta historia przypomniała mi się na Camino, gdy nocowałem u kobiety, nad której łóżkiem wisiała reprodukcja Madonny Stalingradzkiej. Oryginał naszkicował węglem na odwrocie starej mapy Kurt Reuber, oficer Wehrmachtu, ksiądz i lekarz, w czasie oblężenia miasta w 1942 r. Pochodził z Kassel, doktoryzował się z teologii i nie chciał iść na wojnę. Pod Stalingradem opatrywał rannych i nie przestawał walczyć o ludzką godność. Moja gospodyni pochodziła ze Śląska. Przed wkroczeniem Armii Czerwonej powiesiły się jej ciocia z córką. Do dziś pamięta te dwa trupy. Obraz nie wisiał u niej przez przypadek, bo została przez Reubera ochrzczona. To świadectwo bardzo na nią wpłynęło, zaczęła kupować reprodukcje tego obrazu i rozdawała je ludziom.

      Przez te lata miałem w głowie schemat: Niemcy w czasie wojny byli katami. Na Camino zobaczyłem, jak kat stał się ofiarą historii.

      Dużo się w panu zmieniło?

      - Życie było łatwiejsze przed Camino: zdobywać bieguny, wejść na Mount Everest, zanurkować na dno Rowu Mariańskiego, pisać książki. Teraz będzie trudniejsze, ale może pełniejsze? Jeśli życie jest kołem, to do tej pory znałem tylko ćwia
      • andrzej585858 Re: "Czyściec Europy" - cz.3 26.07.15, 16:50
        "Zmienił pan ligę. Ze świata eksploratorów trafił pan na drogę, którą może przejść każdy. Odrzucił pan wyjątkowość. Nie szkoda?

        - Myślę, że wybrałem prawdę. Poczułem, że muszę przejść tę drogę, i nieważne było, czy ktoś już to zrobił, czy to jakiś rekord. To nie znaczy, że tamte rzeczy były nieprawdziwe, bo prawda nie zna takiego słowa jak rekord. Istnieje pomimo wszystkich znaczeń, które jej przypisujemy. Wcześniej prowadziła mnie na bieguny, teraz wewnętrzny głos zaprowadził mnie na Camino.

        Co wolno pielgrzymowi?

        - Chrapać. Nocujemy w 20-osobowych salach i zawsze znajdzie się ktoś, kto chrapie. Na co dzień mogłoby to przeszkadzać, ale wspólne życie na szlaku znosi barierę niewygody. Camino brzmi jak komunia. To wspólne przeżywanie.

        Śmierdzieć też nam wolno. Po miesiącu, nawet jeśli codziennie się myjemy, przesiąkamy potem. To jest nie do usunięcia. Usłyszałem też, że pielgrzymowi wolno zapukać do każdych drzwi. Zapukałem raz, jeszcze w Polsce, i wtedy zdarzył się pierwszy mały cud. Godzina 22 w Babigoszczy. Mogłem iść kolejne cztery godziny i dotrzeć do Goleniowa albo poszukać noclegu.

        Kto otworzył drzwi?

        - Dwóch synów. Opowiedziałem, kim jestem, zadzwonili do mamy, która była w pracy. Pracuje w Monarze i zgodziła się mnie tam przyjąć. Pół roku wcześniej z fundacją planowaliśmy spotkanie w jakimś ośrodku z osobami uzależnionymi, ale nic z tego nie wyszło. A teraz los sam mnie tam zaprowadził. Rano w Monarze miałem niesamowite spotkanie. Ludzie pytali, czy droga jest ważniejsza od celu i jak radzić sobie z porażkami. Odpowiadałem, że porażki nie są przeciwieństwem sukcesu, tylko jego drugą stroną. Porażkom nie można ulegać, raczej traktować je jak nauczycieli.

        Pan się czegoś bał w tej drodze?

        - Bałem się, że zawiodę tych, którzy we mnie wierzą. Jak już wątpiłem we wszystko, to wyciągałem intencje, które zabrałem od ludzi. Musiałem dojść, żeby je odczytać. Kiedyś bym się z tego śmiał, ale te intencje mi pomagały.

        (Kelner proponuje herbatę. Kamiński wybiera zieloną, a kelner pyta: "Zieloną normalną, z mango, jaśminową?". Kamiński się śmieje.)

        Lubię zieloną herbatę, ale wystarczyłby jeden gatunek. Czuję się, jakbym przez te cztery miesiące przeżył sto lat.

        To był jeden długi dzień, który zaczął się o 4 rano 17 marca, a skończył w Muksji. I w dodatku czuję, jakbym zniknął. Gdzie jest Marek Kamiński? Normalnie mamy ego, które karmimy tym, co osiągamy. Teraz jestem pusty. Przez cztery miesiące miałem tylko plecak, teraz wrócę do domu, w którym jest tyle przedmiotów. Powrót będzie bardzo ciężki. Zawsze droga miała jakiś cel, a potem następował powrót do domu i radość. A teraz wracam z podróży, od której niczego nie oczekiwałem, a była tak bogata. Czuję się, jakbym nie miał żadnej przyszłości.

        No future.

        - Nie, bardziej "let it be", jak śpiewał Lennon. Niech życie się toczy. Świat jest bogatszy niż nasze planowanie. Może nie do końca trzeba się kierować wartościami, o których słyszymy na co dzień? Myślałem, że bieguny nauczyły mnie wiele, ale dużo więcej dowiedziałem się z tej podróży, która jest w zasięgu każdego. Na biegunach można się sprawdzić, ale to nie jest tak, że tylko to, co najbardziej niedostępne, jest ważne.

        Co teraz?

        - Może napiszę książkę, może wykąpię się w morzu. Przez kilka dni szedłem z filozofem Marcinem Fabjańskim. Chce założyć w Atenach szkołę stoików. Może to pomysł na starość?

        A nie chciałby pan umrzeć w drodze?

        - Za Orleanem zatrzymałem się w polskim domu spokojnej starości. Powiedziałem dyrektorce, że gdybym miał spędzić ostatnie chwile w domu spokojnej starości z wszelkimi wygodami, to wolałbym umrzeć w najbiedniejszej afrykańskiej wiosce. Ale we wspólnocie. Pani dyrektor na pożegnanie powiedziała mi, żebym się nie przejmował, bo pewnie umrę w drodze.

        Niczego już pan nie chce?

        - Chciałbym być dobrym ojcem, ale nie chcę już nic osiągać. Nie chcę żadnych wyścigów. Życie nie polega na tym, żeby świecić. Jestem zmęczony, jak wymieniam te wszystkie wyprawy. Po co ja tyle rzeczy w życiu zrobiłem?

        Hipokryzją zalatuje. Wtedy pan mówił, że warto, a teraz zaprzecza.

        - Pod jednym względem nic się nie zmieniło - zawsze pojawiał się głos, który mówił mi, że powinienem coś zrobić. Teraz wysłał mnie na Camino. Życie polega na tym, że nie ma schematów, jednego przepisu. Inaczej może nie miałoby sensu. Nie trzeba być nikim albo kimś. Może dlatego Bóg nas stworzył? Żebyśmy próbowali i dawali świadectwo tych prób?

        Pod jedną z relacji z drogi ktoś napisał: "Cenię w panu podróżnika, nie znoszę katolika".

        - Żyjemy w czasach, w których wierzyć jest czymś niemodnym, ludzie się z tego śmieją, wyszydzają, ale życie to coś więcej niż podróże. Camino na początku miało być projektem podróżniczo-intelektualnym, ale niezależnie od moich intencji stało się świadectwem wiary. Broniłem się, gdy mówiono, że stanę się pielgrzymem. Potem przestałem się bronić.

        W ostatniej części na Camino towarzyszył mi Jasiek Mela. W Monte do Gozo opowiedział pielgrzymom, jak z jego perspektywy wyglądało zmaganie się z Bogiem, który zabrał mu prawie wszystko: brata, dom, który się spalił, rękę i nogę. Na koniec powiedział, że jest wdzięczny za wszystko, bo to go ukształtowało.

        Całe życie szukałem fundamentu, prawdy. Dlatego wyruszyłem na bieguny. Na Camino może tego nie odnalazłem, ale w dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem."

        wyborcza.pl/magazyn/1,147225,18423432,czysciec-europy.html#BoxGWImg

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka