perissa
23.06.04, 09:38
Kochane Dziewczyny..
Jak pewnie zauważyłyście z moich postów jestem w ciąży.. (dziś zaczyna się
6t.c). Obserwuję tę ciążę pilnie, ponieważ moje ostatnie doświadczenie nie
należało do budujących (poronienie w 9t.c., łyżeczkowanie 27 lutego b.r.). I
teraz, po pilnych obserwacjach i po uzyskaniu pewnych wiadomości na tym forum
dochodzę do wniosku, że tamto moje dziecko (mój mąż nazywał wtedy mój
brzuszek żartobliwie "Halinka") było skazańcem i były tego symptomy!! A ja
ich wtedy nie dostrzegałam!! A oto historia: zaszłam w ciążę ok. 2
stycznia. Kilka dni później przeszłam ostrą infekcję wirusową - trzydniowa
gorączka do 39st., brałam co kilka godzin 2 tabletki Gripexu.. Nie
wiedziałam, że jestem w ciąży. Jednak po chorobie wyczułam symptomy i
zrobiłam sobie test.. 2 kreseczki. B-HCG we krwi 14 dnia po zapłodnieniu
wyniosło 20,5 (malutko, ale jednak ciążowo). 28stycznia zobaczyłam na USG
pęcherzyk 5mm. Tydzień później miałam plamienie. Przeleżałam kilka dni i
zrobiłam sobie B-Hcg - wyniosło ponad 6000. Wtedy laborantka spytała mnie o
tydziń ciąży. Powiedziałm, że 7.. A ona: "oj, to trochę mało.." A ja na
to: "No tak, ale od zapłodnienia minęło niecałe 6.." 2 dni później
powtórzyłam B-Hcg. Wyniosło ponad 8000. Ucieszyłam się, bo wzrosło. 10 lutego
na USG zobaczyłam 4mm zarodka, serduszko mu biło!! 20 lutego byłam na
regularnej wizycie u mojego lekarza. Znów USG - zarodek troszkę urósł, ale
lekarz kręcił głowicą we wszystkie strony, bo raz widzieliśmy serduszko, raz
nie. Pomyślałam: ma gorszy sprzęt od tamtego, gdzie byłam ostatnio (bo tak w
rzeczywistości jest). 26 lutego zabolały mnie plecy w okolicach krzyża..
tylko troszkę.. nie było żadnego plamienia. A ja byłam po świeżej kłótni z
mężem, po której spakowałam walizy i sama zaniosłam je do samochodu (razem z
2 letnim synkiem) i wyprowadziłam się do mamy.. Pomyślałam więc, że to od
dźwigania.. Pojechałam do pobliskiego szpitala, tak żeby sprawdzić, na
wszelki wypadek.. A na USG serduszko.. nie biło. Po prostu - dziecko było, a
biała plamka w środku nie migała!!! Pojechaliśmy z mężem jeszcze do mojego
lekarza, płakaliśmy w samochodzie oboje. Ponowne USG wykazało to samo.
Następnego dnia zabieg. Wtedy obwinialiśmy siebie strasznie - o kłótnię, o
moje dźwiganie, o wszystko.. Ale teraz widzę jak rośnie mi moje obecne B-Hcg.
W 14 dniu po zapłodnieniu wyniosło 250. 5 dni później 1730. 5 dni później
ponad 7000, 2 dni później 12800!!! I to na przełomie 5/6 tydz. od dnia
miesiączki!! Wtedy tego Hcg było za mało, i zbyt wolno rosło!!! Któraś z Was
napisała, że w ciągu 2 dni powinien być przyrost o min. 66%. Teraz mam
przyrost o ok. 90%. A wtedy.. 40%? Tak jakoś wychodzi.. I to serduszko, które
biło na którymś USG mniej wyraźnie niż tydzień wcześniej.. Pewnie już była
zakłócona akcja serca.. Mój ginekolog twierdzi, że zarodek został uszkodzony
już w pierwszych dniach przez tę infekcję wirusową i mógł rozwijać się tylko
do pewnego momentu, aż obumarł.. Teraz widzę symptomy, których wcześniej nie
dostrzegałam.. Miałam w brzuchu "Halinkę", która była skazana na śmierć.. a
ja o tym nie wiedziałam. Boże jakie to smutne. Widziałam jej serduszko 2
razy. Za drugim razem biło słabo i nieregularnie.. Ona już wtedy pewnie
umierała..
Teraz znowu wkrótce zobaczę serduszko. Teraz wiem, że wyniki mam lepsze niż
wtedy (B-Hcg). A jednak trudno będzie mi się oprzeć wrażeniu, że tak niedawno
widziałam serce, które później przestało bić.. A taka była w niej wola
życia. Infekcja nie zabiła jej od razu.. Ale chyba wydała na nią wyrok.
Myślę teraz, że tak właśnie było.