Trzeci raz próbuję napisać posta i mam nadzieję, że tym razem mój komp mi na to pozwoli

Ale do rzeczy.
Przychodzi do mojego ogrodu taki jeden koci przystojniak, bieluchny cały, z brązową głową i brązowym ogonem. Wzrok ma wiecznie wku.. (innego bardziej adekwatnego określenia nie potrafię znaleźć, więc sorry), w ogóle nie da do siebie podejść, a o pieszczotach to mogę zapomnieć

Ale po kilku miesiącach znajomości doszliśmy do takiego etapu, że ma swoją miskę z podziałem na suche i mokre jedzenie i ta miska stoi w mojej kuchni. Codziennie o 6 rano Bandyta (tak go nazwałam słodko) czeka przed drzwiami werandy, żeby go wpuścić do kuchni na należny mu posiłek. Potrafi niemalże zabić wzrokiem, gdy w misce nie znajduje się akurat to, na co on ma ochotę. Jednak jestem dobra pani i staram się zgadwać jego ulubione smaki w odpowiednie dni tygodnia

Generalnie jest u mnie średnio 8 - 10 razy dziennie.
A ja coraz bardziej jestem zawiedziona

Bo mi samo dokarmianie nie wystarcza. I zima idzie..
Dodam, że mieszkam w UK, kot jest angielskojęzczny, ale ja przemawiam do niego po polsku.
Co mam jeszcze zrobić, żeby go bardziej do siebie przekonać? Żeby w domu zaczął zostawać? Żeby dał się dotknąć? Pogłaskać? Żeby normalnym kotem był!