myślałam, że kociska (Mieszko - rok, BiŚ - prawie 2 lata) nauczyły się pór karmienia
gdzie tam !
wiadomo, rano, po omacku, kuchnia wydaje śniadanie
tuż po powrocie z pracy - kapota na wieszak, buty z nóg (reszta jeszcze ą i ę) i sypanie do miski
kolację kuchnia wydaje ok. 22.00
no, ale między obiadem a kolacją kuchcikowi zdarza się wejście do pomieszczenia z miskami...
i wtedy, no, właśnie

Mieszko (wyrywa się z najgłębszego snu) jest pierwszy. Często poćwierkuje więc i BiŚ stawia się w kuchni. No i siadają - takie wyrzuty sumienia - zdzierają łebki, mrużą oczęta, pomrukują i ... CZEKAJOM ...
to jedne z niewielu sytuacji gdzie ramię-w-ramię przycupną w tej samej, wyczekującej !!!, pozycji
tłumaczę, jak komu dobremu - dzieciaki, kolacja będzie, spokojnie, nie pójdziecie spać z pustymi (wg nich) brzusiami, cierpliwości. No i takie tam gadanie (jak do słupa)
w życiu tak się swoim dzieckom nie spowiadałam z "opóźnionego" karmienia
BiŚ pojmuje jako pierwsza, Mieszko nie dowierza. A nuż pęknie i sypnie kilka chrupów ?
no i tak z 5-6-7 razy do wieczora...
przychodzi TA WŁAŚCIWA PORA - księciunio w blokach startowych, jest tuż za mną. Wyciągam słoje z kolacją. Jeśli BiŚkiniewicz nie usłyszy proszę chłopię "Mieszko, zawołaj BiŚkę na kolację". I wiecie co ? - gałgan patrzy na mnie jak tatar w damskie siodło - ale gdy BiŚ się nie pojawi wystarczy powtórzyć - zawraca do pokoju !!