20.02.06, 17:29
...po ilustam (wielu) latach malzenstwa. Wpadlo mi w oczy (z linku na
pierwszej stronie GW) forum o rozwodach. Duzo wpisow i wiele opinii.
Strasznie sie zmieniamy z wiekiem, skoro po (powiedzmy) dwudziestu latach
wspolnego zycia, dochodzimy do wniosku, ze roznice sa zbyt duze aby
kontunuowac. Nie mowie tu o romansach, zdradach, czy nowych milosciach -
zastanawiam sie nad powodami tych zmian charakterow. Wasze opinie a moze i
doswiadczenia?

PS - Piszac o rozwodzie, mam na mysli rozklad zwiazku dwojga ludzi nie
wnikajac w strone prawna definicji malzenstwa.
Obserwuj wątek
    • skynews Re: Rozwod... 20.02.06, 18:15

      ...watpie czy sie da w ogole w dyskusji o rozkladzie zwiazku dwojga ludzi pominac strone prawna zagadnienia - kazdy proces rozstania sie, pociaga
      za soba dlugi ogon spraw, ktore wymagaja uregulowania, co nie zawsze jest
      takie proste.
      • mammaja Re: Rozwod... 20.02.06, 21:42
        Trudny temat - zmieniamy sie napewno, nieraz zastanawialam sie ile mam jeszcze
        wspolnego z szalona i egoistyczna 20 - latka, jaka niewatpliwie bylam. Ale to
        jeszcze nie powod do rozwodu. Musza byc inne glebsze. I zawsze ktos przegrywa
        (chyba).
        • verbena1 Re: Rozwod... 20.02.06, 22:17
          Po dwudziestu latach nie jestesmy juz tymi samymi ludzmi. Zmieniaja sie nasze
          poglady, zapatrywania i nawyki.
          Nic nie trwa wiecznie, z milosci nic juz nie pozostalo, znamy sie na wylot i
          nic nie jest juz ciekawe. Nuda a nie niezgodnosc charakteru jest powodem
          rozwodow.
          Zapominamy ,ze oprocz milosci isnieje rowniez przyjazn, mozna sie przeciez
          przyjaznic z malzonkiem? Lubic sie ,tolerowac wady i slabostki, szanowac swa
          odrebnosc.
          Tylko dlaczego to jest takie trudne?
          Dlaczego pojawia sie nienawisc, obcosc? Dlaczego oskarzamy sie o zmarnowane
          zycie jesli je razem zbudowalismy.
          Dlaczego po dwudziestu latach nagle widzimy w domu zupelnie obcego czlowieka ,z
          ktorym juz nic nas nie laczy a jedynie wywoluje irytacje.
          Rozwod nigdy nie jest latwy ale czasem trzeba sie uwolnic, aby odzyskac
          szacunek do samego siebie, przestac udawac dobre stare malzenstwo.
          Zdarza sie tak, ze po rozwodzie lapiemy nagle oddech i zaczynamy sie nawet
          lubic z naszym bylym.
          Niezaleznosc czyni nas bardziej tolerancyjnymi i wybaczajacymi.

          Tylko dlaczego to jest tak trudne?
    • jutka1 Re: Rozwod... 20.02.06, 23:06
      Jutro napisze w temacie (ciekawym), bo dzis wpadlam na komputer tylko na troche.
      smile
      • bodzio49 Re: Rozwod... 20.02.06, 23:52
        Dlaczego tak trudno? Milosc trwa tylko chwilę. Potem okazuje się jak bardzo się
        roznimy. Jak rozne sa nasze priorytety. Przyjazn w malzenstwie tez wystawiana
        jest na ciezkie proby. Potem to chyba bardziej sztuka kompromisów sie przydaje
        niz tolerancja. A może dlatego ze malzenstwo to twor sztuczny, niezgodny z
        naszą naturą?
        • skynews Re: Rozwod... 20.02.06, 23:57

          Kto to powiedzial ze "Milosc trwa tylko chwilę" ?
          Nie zgadzam sie i protestuje zdecydowanie !!!
          smile))
          • bodzio49 Re: Rozwod... 21.02.06, 00:14
            Słyszy się przeciez że to choroba wiec nie moze trwac wiecznie smile
            • skynews Re: Rozwod... 21.02.06, 00:23

              Bodzio napisał:
              "Słyszy się przeciez że to choroba wiec nie moze trwac wiecznie smile"

              Wiecznie nie musi trwac - wystarczy ze tylko do... smiercismile
              • joujou Re: Rozwod... 21.02.06, 00:27
                >W sprawie rozwodów,nie mam doświadczenia wink
                W małżeństwie najważniejsze jest chyba to
                by nam się jeszcze" chciało chcieć".
                Zgadzam się z Verbeną,że nuda niszczy wszystko.
            • skrzydlate Re: Rozwod... 22.02.06, 11:17
              Bodzio, pomyliles chwilowe zauroczenie, fascynacje z miłościa, miłośc to miłośc
              i już smile
    • luiza-w-ogrodzie Pozlocone gowno 21.02.06, 00:47
      To co nazywamy charakterem, czyli prog pobudliwosci, reakcje na swiat i
      umiejetnosc kontaktow z ludzmi jest czesciowo wrodzone, czesciowo ksztaltuje
      sie w pierwszych trzech latach zycia i przechodzi korekte w okresie dojrzewania
      a potem sie ustala. Tak wiec w malzenstwo/staly zwiazek wchodzimy jako ludzie
      juz uksztaltowani charakterologicznie. Mysle ze w przypadku rozwodu w gre
      wchodzi nie tyle zmiana charakterow, co ujawnienie sie charakteru w calej
      okazalosci, po opadnieciu klapek nalozonych przez pozadanie i po zaprzestaniu
      udawania, jakie jest zazwyczaj czescia tanca godowego. Czesto jedna ze stron
      nie widzi partnera takim, jaki jest tylko dorabia wizerunek do swoich
      oczekiwan. Pozlota schodzi i to co bylo pod spodem okazuje sie blacha a
      niekiedy zwyklym gownem.

      Pozdrawiam
      Luiza-w-Ogrodzie
      ><crying(((º>`·.¸¸.·´¯`·.¸¸><crying(((º>
      .·´¯`·.. ><crying(((º>`·.¸¸.·´¯`·.¸¸><crying(((º>
      • ord Re: Pozlocone gowno 21.02.06, 02:05
        Luiso - daje sie wyczuc duzo goryczy w Twojej wypowiedzi i od razu zaznaczam,
        ze ponizsze slowa nie sa proba polemiki z Toba a jedynie proba analizy z punktu
        widzenia mezczyzny. Zaznaczam tez, ze jak na razie nie mam zadnych planow
        rozwodowych jako ze ciagle uwazam moje malzenstwo za najlepsza rzecz jaka mnie
        w zyciu spotkala smile)

        Nie zgadzam sie, ze cos tam wychodzi po dwudziestu latach. Jest niemozliwe az
        tak dlugo udawac. Mysle, ze o ile mozna sie urodzic skapcem, balaganiarzem,
        leniem, czy kurwiarzem, to te rzeczy sa zauwazalne duzo wczesniej i nie
        potrzeba az dwudziestu lat aby to spostrzec. Mam wrazenie, ze nowe sytuacje w
        zyciu a i to zwiazane z dojrzewaniem (aby nie uzywac brzydkiego slowa;
        starzenia sie) wlasnym, partnera i co najwazniejsze - dzieci, rodza konflikty
        czesto niemozliwe do zneutralizowania kompromisem. Pamietacie; nie mowimy tu o
        zdradach czy innych wielkich milosciach, no... przynajmniej na poczatku
        problemu.

        Zobaczmy; ilez to razy jedna strona przychodzi z pracy do domu po ciezkim dniu,
        aby tylko zobaczec partnera, ktory tez nie mial najlepszego dnia u siebie?
        Mysle, ze niewiele potrzeba aby burknac na siebie wzajemnie. Pewne problemy
        narastaja latami; zona jest jak na drugim etacie przychodzac do domu i
        zaczynajac od nowa gotowanie i sprzatanie, podczas gdy maz w tym samym czasie
        czuje sie zaniedbany i ignorowany: ona czuje sie sprzataczka i kucharka, on
        chodzacym portwelem i chlopcem od wynoszenia smieci. Dzieci? Te juz dorosle
        ciagle u rodzicow moga byc niezla koscia niezgody na zasadzie konflitu "kochany
        synus mamusi" vs "inny samiec w stadle", tym bardziej, jak ten mamusi synus
        nigdy sie za wynoszenie smieci nie wezmie.

        Juz widze dobre rady jak to mozna gotowac i sprzatac razem i z pewnoscia sa to
        dobre rady, ale czasami - zwlaszcza po tych dwudziestu latach - tak po
        prostu... sie nie chce. Wowczas, zamiast sluchac gadania, najlepiej wyjsc na
        spacer, wziasc nadgodziny i siedziec w pracy, zamknac sie w sobie lub szukac
        innych wykretow aby zostawalo jak najmniej czasu na ta wspolna samotnosc i
        zimna obojetnosc.

        Tak to widze jako mezczyzna.
        • luiza-w-ogrodzie Re: Pozlocone gowno 21.02.06, 02:21
          Marku, to nie gorycz przeze mnie przemawia, ale obserwacje. Jesli ktos od
          dziecka byl optymista i garnal sie do ludzi, to bedzie to widoczne w doroslym
          zyciu tez i odwrotnie. Ale zgadzam sie z Toba, ze zmiany w sytuacji zyciowej,
          zmeczenie praca, klopoty z dziecmi i choroby zmieniaja uklady w malzenstwie.

          Zrezygnowalam z mojego malzenstwa glownie dlatego, ze z mojego meza wyszly
          najgorsze strony charakteru, aprobowane w jego rodzinie (wyrachowanie, brak
          szacunku dla slabszych, wiara ze mezczyzna jest najwazniejszy i najmadrzejszy a
          dzieci i kobiety to drugi gatunek etc). A poniewaz dzieki owym cechom bardzo
          rozwinal swoja dobrze platna kariere, nie byl zainteresowany powrotem do
          stosunkow partnerskich. No i wymowilam mu. Ale i tak trwalo to kilka lat, bo
          jak to - rozejsc sie? A dzieci? Mysle ze duza czesc ludzi, ktorzy latami tkwia
          w chorych ukladach robi to z inercji i przyzwyczajenia.

          Dzieci komplikuja sprawe, jezeli traktuje sie je inaczej - lepiej - niz
          wspolmalzonka, gdy pozytywne emocje w zwiazku przenosza sie z partnera na
          dziecko. Zgadzam sie z dwoma ostatnimi akapitami Twojego majla - tym o
          traktowaniu dzieci i o unikaniu partnera, bo wymaga wspolpracy w domu; z tego
          co widze sa to glowne kosci niezgody w wojne domowej. A jak tej wojny uniknac?
          Nie wiem...

          Pozdrawiam
          Luiza-w-Ogrodzie
          ><crying(((º>`·.¸¸.·´¯`·.¸¸><crying(((º>
          .·´¯`·.. ><crying(((º>`·.¸¸.·´¯`·.¸¸><crying(((º>
          • ord Re: Pozlocone gowno 21.02.06, 02:42
            luiza-w-ogrodzie napisała:



            > ...o unikaniu partnera, bo wymaga wspolpracy w domu

            Nie to mialem na mysli. Chodzilo mi o to, ze przychodzi moment, gdy mezczyzna
            ma dosyc sluchania narzekan zapracowanej zony i pomoc w zajeciach domowych nie
            tylko juz nie sprawia najmniejszej przyjemnosci ale na dokladke niedoceniana i
            niezauwazana przez zone jest powodem dodakowych konfliktow. Taka progresywna
            kwadradura kola z czarna dzura wrecz kosmicznych niedowmowien. Lepiej wiec
            wyjsc z domu niz juz calkiem byc wciagnietym do srodka tego zgorzknialego bytu.
        • luiza-w-ogrodzie PS "najlepsza rzecz jaka mnie w zyciu spotkala" 21.02.06, 02:41
          Rowniez uwazam ze moje malzenstwo (i posiadanie dzieci) za najlepsza rzecz jaka
          mnie w zyciu spotkala. Rozwod jest zaraz po tym druga najlepsza rzecza ;oD

          Pozdrawiam i zycze szczescia
          Luiza-w-Ogrodzie
          ><crying(((º>`·.¸¸.·´¯`·.¸¸><crying(((º>
          .·´¯`·.. ><crying(((º>`·.¸¸.·´¯`·.¸¸><crying(((º>
          • ord Re: PS "najlepsza rzecz jaka mnie w zyciu spotkal 21.02.06, 02:46
            smile)

            Nie; ja naprawde nie wyobrazam sobie zycia bez mojej drugiej polowy, chociaz
            idea osobnych wakacji coraz bardziej nabiera uroku smile ...i zeby nie bylo
            niedomowien; nie o damsko-meskie, wakacyjne szalenstwa mi chodzi, ale o czysty
            odpoczynek, ktory (jestem pewien) skonczylby sie jeszcze wieksza wdziecznoscia
            dla losu za moje szczescie.
            • luiza-w-ogrodzie Re: PS "najlepsza rzecz jaka mnie w zyciu spotkal 21.02.06, 02:50
              ord napisał:

              > smile)
              >
              > Nie; ja naprawde nie wyobrazam sobie zycia bez mojej drugiej polowy, chociaz
              > idea osobnych wakacji coraz bardziej nabiera uroku smile ...i zeby nie bylo
              > niedomowien; nie o damsko-meskie, wakacyjne szalenstwa mi chodzi, ale o
              czysty
              > odpoczynek, ktory (jestem pewien) skonczylby sie jeszcze wieksza
              wdziecznoscia
              > dla losu za moje szczescie.

              Szczesciarz... masz moze niezonatego brata-blizniaka? :o[+]

              Pozdrawiam
              Luiza-w-Ogrodzie

              PS To forum o rozwodzie czytam od dawna uwazam, ze jest interesujace i dobrze
              prowadzone.
              ><crying(((º>`·.¸¸.·´¯`·.¸¸><crying(((º>
              .·´¯`·.. ><crying(((º>`·.¸¸.·´¯`·.¸¸><crying(((º>
              • ord Re: PS "najlepsza rzecz jaka mnie w zyciu spotkal 21.02.06, 03:24
                smile Niestety jestem jedynakiem ale za to w krancowym przeciwienstwie do mojej
                tez jedynaczki zony, nigdy nie rozpieszczanym.

                Kiedys tak nawet rozmawialismy z zona i doszlismy do wniosku, ze podstawowym
                zrodlem naszego sukcesu (obok kompatybilnosci charakterow, uczucia i ogromnej
                wzajemnej atrakcyjnosci) jest fakt ze zawsze bylismy zdani tylko sami na siebie
                i... zyjemy tak daleko od naszych rodzicow wink)

                Co do forum, to mam nadzieje, ze z tych samych powodow jestes tez i tutaj wink
                • ord PS 21.02.06, 03:44
                  Tak a propos tego bycia zdanym tylko na siebie i zycia z dala od rodzicow, to
                  napisalem to majac na uwadze ingerencje rodziny jako jeden z wiekszych
                  problemow, zwlaszcza mlodych malzenstw.
                  • luiza-w-ogrodzie Re: PS 21.02.06, 04:05
                    ord napisał:

                    > Tak a propos tego bycia zdanym tylko na siebie i zycia z dala od rodzicow, to
                    > napisalem to majac na uwadze ingerencje rodziny jako jeden z wiekszych
                    > problemow, zwlaszcza mlodych malzenstw.

                    Na emigracji to moze dzialac w druga strone - bez ingerencji rodziny i obawy o
                    to, co rodzina powie, duzo malzenstw pozostawionych samym sobie sie rozpada.

                    Pozdrawiam
                    Luiza-w-Ogrodzie
                    ·´¯`·.¸¸><crying(((º>`·.¸¸.·´¯`·.¸¸><crying(((º>
                    Australia - uzyteczne strony internetowe
    • fedorczyk4 Re: Rozwod... 21.02.06, 11:21
      Mam jeden za sobą, ale nie o taki pewnie Markowi chodziło, bo rozwiodłam się w
      22 wiośnie życia, z pieśnią na ustach. Za to w drugim stadle trwającym od 20
      lat, temat pojawiał się kilkakrotnie, zawsze żeby zdechnąć śmiercią naturalną.
      Jakoś tak dosyć bezboleśnie w sumie dostosowaliśmy się do siebie. Nauczyliśmy
      się omijać wady i korzystać z zalet. Umiemy i lubimy razem się bawić i od lat
      raczej nie spędzamy wspólnie wakacji. Jesteśmy solidarni i zaprzyjaźnieni. Ale
      to wcale nie znaczy że tak będzie do końca życia. Jeśli np. le mąż zakocha się
      śmiertelnie i z wzajemnością, uzna że tylko przy boku tamtej pani etc... To
      rozwidę się życzącz mu mnóstwa szczęśćia. To samo stanie się w dniu w którym
      bilans wspólnej nudy, niechęci, lenistwa i niezgody przeważy na stronę
      negatywów. Pójdę sobie szybkim krokiem do siebie, bo nie po to jsteśmy razem
      żeby sobie dodatkowo utrudniać i uprzykrzać egzystencję, ale wprost przeciwnie.
      A co do zmian wynikających z upływu czasu, to wydaje mi się że czas jedynie
      wyostrza, nie tylko rysy twarzy, ale i charakteru.
      • jutka1 Re: Rozwod... 21.02.06, 13:13
        Wydaje mi sie, ze czas nie tylko wyostrza rysy charakteru, ale ze z czasem tez
        sie zmieniamy, bo rozne doswiadczenia - neutralne, zle czy dobre - zostawiaja w
        nas slady. Ktos niesmialy moze z wiekiem te ceche przelamac, ktos egocentryczny
        moze wlozyc w siebie troche pracy i sie zmienic, itp.,itd.

        I zdarza sie, ze te zmiany u kazdego z partnerow przebiegaja w innych
        kierunkach, i zdarza sie, ze bycie razem staje sie "nie po drodze", lub tak
        uciazliwe, ze lepiej sie rozstac. Choc czasem tkwi sie w tej uciazliwosci, bo
        dzieci, bo finanse, bo mieszkanie, lub z obawy przed nowa sytuacja czy ze
        strachu przed samotnoscia.

        Rozwod nie musi byc katastrofa, od partnerow zalezy, jak to sie odbedzie.
        Czesto jest bardzo dobra decyzja.
    • skrzydlate Re: Rozwod... 21.02.06, 13:37
      ja mialam jedynie do czynienia z chorobliwa własna głupotą... znaczy sie
      naiwnościa, moje zycie to użeranie sie ze skutkami wlasnej glupoty, teraz juz
      zmądrzałam, nie wiem, czy wyjde za mąż, bo to nie ten czas... więc temat jest
      już odległy.. zaówno wstecz jak i wprzód... zycie piękne jest jakby na nie nie
      patrzeć smile)))
      • skrzydlate Re: Rozwod... 21.02.06, 13:40
        wlasciwie powinnam sie wypowiedziec bardziej konstruktywnie birąc pod uwagę moje
        doświadczenie.... ale sama nie wiem... zauwazylam ze niewiedza o sobie samym i o
        ludziach jest przyczyną najczęstrzą, chociaz bywa tez niedojrzałośc i
        roszczeniowe podejście do rzeczywistości..... bywa, ze kiedy oczy sie otworzą na
        rzeczywistośc taką jaka jest, na świecie smigają śliczne dzieciaczki, istnieje
        masa współnych wspomnień i dorobek...

        ale .... jak tu życ w tej ponurej rzeczywistości? wink))))))))
        • oktoberka Re: Rozwod...? Niekoniecznie!!!! ;-)) 21.02.06, 16:44
          Nie wierzę nikomu, kto mówi, że problem „kryzysu wieku średniego” go nie
          dotyczy. Każdego dotyczy, mniej lub bardziej; wyraża się tylko w różny
          sposób...Czasem wyraża się w ten sposób, że się neguje jego występowaniesmile,
          udaje nawet przed samym sobą... i tylko te siwe włosy tu i ówdzie...te nie
          znikające już zmarszczki...mniej jędrna skóra i nie wiadomo skąd pojawiające
          się plamki, przebarwienia...W końcu minęło co najmniej 2/3 życia, naturalne
          jest więc że zaczynamy podsumowywać, robić listę, ważyć dobre i złe chwile...
          Czasem jest tak, że strach przed starością czy próbę ucieczki przed
          nieuniknionym próbujemy realizować poprzez zerwanie z dotychczasowym życiem, w
          tym partnerem...I nagle sprawy, które były codzienne i zwyczajne urastają do
          rangi życiowych problemów, drobne kwestie zlepiają się w śnieżne kule wielkości
          Himalajów, które w końcu toczą się siłą rozpędu niszcząc wszystko po drodze.
          Kiedy patrzę na swojego Osobistego, w skrócie nazwę go OO (Osobisty Oktoberki;-
          ))), widzę na zmianę dwa obrazy. Jeden to obraz faceta w średnim wieku, dobrze
          się trzymającego i wciąż atrakcyjnego, któremu nawet można nie dać w pierwszym
          spojrzeniu wieku, do którego dobiłwink ale już w drugim widać lekko podkrążone
          oczy, lekko obwisły podbródek, siwe włosy na skroniach czy niewielki
          brzuszek...i wzrusza mnie to, bo częstszym obrazem utrwalonym na siatkówce
          moich oczu jest wciąż 20-letni zakręcony chudy chłopak, który dykutował ze mną
          po nocachwink Więc chyba ważne jest nie zgubić tego obrazu. Mimo wszystko.
          Zgadzam się z Markiem (upadł kolejny mit wyjątkowościwink),że bycie tylko razem
          to jeden z elementów udanego związku; jestem świadkiem jak rozpadają się
          związki, które pomocy w kłopotach szukały na zewnątrz zamiast rzucać w siebie
          talerzami wink Ale prawdą jest też,że ludzie czasem naprawdę się zmieniają, my
          się zmieniliśmy i czasem naprawdę nie jest po drodze., jak pisze Jutka czy
          bardzo realistycznie opisuje Vebsad Nie rozmumiem,albo właściwiej będzie jak
          napiszę,że nie czuję filozofii Fed, brzmi to dla mnie jak letnie zobojętnienie
          na bycie lub nie – razem. Tak jak zresztą nie rozumiem idei oddzielnie
          spędzanych wakacji choć rozumiem konieczność odpoczęcia od siebie, z tym że dla
          mnie wiąże się to z oddaleniem na krótko i niewielką odległośćwink A wakacje są
          po to,żeby w końcu nacieszyc sie sobą...
          PS
          Bodzia karcę za “malzenstwo to twor sztuczny, niezgodny z naszą naturą” ;-
          )))), zaś Skaj pozytywnie mnie zaskoczyłwink); Mark zaś napisał:
          Juz widze dobre rady jak to mozna gotowac i sprzatac razem i z pewnoscia sa to
          dobre rady, ale czasami - zwlaszcza po tych dwudziestu latach - tak po
          prostu... sie nie chce. Wowczas, zamiast sluchac gadania, najlepiej wyjsc na
          spacer, wziasc nadgodziny i siedziec w pracy, zamknac sie w sobie lub szukac
          innych wykretow aby zostawalo jak najmniej czasu na ta wspolna samotnosc i
          zimna obojetnosc.
          Tak to widze jako mezczyzna.

          Też tak to widzę jako kobieta, Markuwink) i przeraża mnie trafność twojego opisu
          i częstość występowania przypadku w otoczeniu...

          Wszystkim zaś dedykuję moją ostatnio ulubioną piosenkę, która jest przecież o
          nas, pokoleniu 40+ (czy 40++)wink) Pomyslcie o tej dedykacji jak znów puszczą
          Kazika , i jak zaśpiewa „ To było przecież niedawno tak, Jak okiem sięgnąć
          zmienił się świat.... ”

          Nostalgicznie
          O.
          • annabellee1 Re: Rozwod...? Koniecznie!! 22.02.06, 16:35
            Ja przerobilam 7 lat temu rozwod na wlasnej skorze.Straszne przezycie.Ale po 2
            latach uwazam,ze zrobilam straszny błąd, a polegal on na tym ze powinnam sie
            rozejsc 10 lat wczesniej!! Mam zupelnie nowe znakomite zycie.Zylam dla kogos
            teraz zyje dla siebie.Doszlam do czegos a pracowalam na kogos. Rozwod byl
            namadrzejsza rzecza jaka zrobilam w zyciu!! Tylko zbyt pozno i pewnych rzeczy
            juz nie odrobie.
            Natomiast jest czyms dla mnie bardzo szokujacym ze moj bywszy (i wiekszosc
            znanych mi bylych podobnie) traktuje mnie jak osobe obcą.Jakbysmy nie byli przez
            18 lat tak blisko,ze blizej przeciez nie mozna,jakbysmy nie znali sie tak jak
            lepiej nie mozna.
            I nagle obcy facet.
            Do dzis mam bole fantomowe,chec pomocy itd.
            Czytalam kiedys art. o rozwodach i wszedzie bylo to sano- zdziwienie kobiet,ze
            nagle staly sie obce. Kiedy dla nich ten facet ciagle byl bliski.
            • oktoberka Re: Rozwod...? Koniecznie!! 22.02.06, 17:01
              An, a może z racji słabsej konstrukcji psychicznej wink) faceci tak właśnie
              usiłują sobie radzić z tym szokiem - kompletne odcięcie-?
              O.
              • antyproton Re: Rozwod...? Koniecznie!! 22.02.06, 18:23
                Ciekawy temat,szczegolnie dla mnie ....bo wlasnie sie rozwodze.
                Wlasciwie zona z dzieckiem od grudnia sa juz w Polsce .
                Decyzje ja podjalem , to ja sie rozwodze , po prostu juz nie mialem sily
                ciagnac dluzej tego wszystkiego.
                W malzenstwie ukladalo sie zle juz od wielu lat.
                Miewalismy tylko dobre dni, kilka w miesiacu.
                A poza tym milczenie , klotnie , pretensje .
                Dlaczego wiec wlasnie teraz ?
                Mysle ,ze ma na to wplyw wychamowanie po 40-tce .
                Do tego czasu , przynajmniej w moim przypadku to byl ped do przodu na 5-tym
                biegu.
                Praca , dorabianie sie , urzadzanie domu , piecie sie w gore ,
                jest to szczegolnie trudne na emigracji i wymaga poswiecenia calego czasu .
                Czasami chcialbym byc kobieta i wyjsc za maz za tubylca , ile to ulatwia
                i oszczedza wysilku. wink

                Wiedzialem ze moje zycie rodzinne jest zle , ale moj charakter nakazywal mi
                wierzyc ze to przejsciowe, ze bedzie lepiej.Nie wiem czemu ale zawsze ufalem
                kobietom w ich naturalna dobroc , bezinteresownosc, serdecznosc.
                Teraz stoje przed pytaniem : co dalej ?

                I powiem , ze nie wiem .
                Mam okropnego kaca psychicznego .
                Przede wszystkim ze wzgledu na syna.Czuje sie jakbym go zawiodl , stracil.
                Z drugiej strony wiem , ze musze byc silny i konsekwentny.
                Kobiety wychodza z rozwodow z wysokim morale. W 100% to wina meza , dziecko
                zostaje z nimi , spoleczenstwo bierze je w obrone i wspolczuje.

                A rozwodzacy sie maz to wiadomo : albo lajdak albo oszust albo oprawca.








                • kornikuno Re: Rozwod...? Koniecznie!! 22.02.06, 18:56
                  Anty,
                  przykro mi bardzo, ze wlasnie jestes w trakcie ...nie jest to przyjemne
                  zdarzenie w zyciu czlowieka, i bez roznicy czy to my decydujemy, czy druga
                  polowka.

                  Annabelle,
                  moglabym sie podpisac pod Twoim postem: to tak jakbym to ja pisala
                  (nawet lata razem i po tez sa prawie takie same..);

                  Coz od siebie moge tylko dodac, ze to ja podjelam taka decyzje i tez
                  zdecydowanie za pozno, ale tak wyszlo i sie z tym pogodzilam.

                  Latwo mi nie bylo, bo porazka w tak waznej sprawie, jaka jest zwiazek
                  malzenski/konkubinat/przyjazn jest powazna sprawa w zyciu...

                  Coz,moj malzonek byl tubylcemwink i decydujac sie na odejscie zostalam sama
                  z tym problemem, ale to byl moj wybor....odejscie pomoglo mi popatrzec na moje
                  zycie w innym swietle: juz nie przez pryzmat wiecznego dostosowania sie do
                  innego "ja".

                  A co bylo powodem? chyba moja ogromna niezaleznosc, o ktorej on wiedzial, i to
                  kiedys tam mu odpowiadalo; sukcesy w pracy ; umiejetnosc przystosowania sie do
                  kazdej sytuacji.....niby nic powaznego, ale dla niego niedoprzeskoczenia....
                  Nie chcilam byc matka wlasnego malzonka ...ot po prostu!

                  Bylo minelo...kontakty poprawne!

                  Pozdrawiam
                  IzaBella
                  • annabellee1 Re: Rozwod...? Koniecznie!! 22.02.06, 19:17
                    Moze i tak.Odcinaja sie by isc do przodu.
                    Ale nie warto trwac.
                    Ja kiedys z mezem zawarlam umowe-on sie pnie a ja tworze reszte.Facet byl
                    znakomity w tym co robil i uwazalam,ze ja po prostu powinnam mu pomagac.Wiec
                    zarabialam i utrzymywalam a on robil te kariere.Banal.A jak zrobil- to sie
                    zrobil nie do wytrzymania.Teraz to juz nawet nie wiem czy mnie kiedys kochal.Co
                    gorzkie.
                    Teraz okazalo sie, ze jestem nie gorsza od niego,tylko spozniona o 20 lat.
                    A ty Anty sie nielam ,jesli bylo zle to lepiej przerwac.Tu jestem cyniczna.Ale
                    po co dwoje ludzi ma byc nieszczesliwych Lepiej niech chociaz jedno bedzie
                    szczesliwe.A moze i drugie odnajdzie szczescie po pewnym czasie.Ostatnio moi
                    przyjaciele sie rozwodza i choc ona jest moja kolezanka jakby bardziej,
                    uwazam,ze to dobry rozwod. On jeszcze sobie zycie jakos ulozy, mam nadzieje, ze
                    madrze. A ona by mu zniszczyla swoim skapstwem i wyrachowaniem ostatnie lata. Na
                    razie niszczy jego i siebie stylem rozwodu.
                    Co do dzieci to starszy syn sam mnie zachecał,a mlodszy bardzo to przezyl.Ale
                    obecnie obaj uwazaja, ze madrze zrobilam.Maj,a bardzo dobre relacje z ojcem,
                    lepsze niz mogliby miec gdyby byl w domu i wyladowywal na nich swoje
                    steresy.b.Maz jest znakomitym ojcem,zlego slowa nie powiem. I mysle,ze tak jest
                    dzieki rozwodowi.Dziecko zaplatane miedzy dwoje skonfliktowanych doroslych to
                    nieszczescie.
                    • mammaja Re: Rozwod...? Koniecznie!! 22.02.06, 20:37
                      Wiecie co, najlepiej jak przyjdzie prawdziwa bieda - tak jak ja mam teraz ze
                      zdrowiem mzonka.Jakos wszystkie domowe konflikty znikaja i okazuje sie ,ze
                      zapasy czulosci i serdecznosci sa jeszcze wielkie, ze sama mysl ze mogloby go
                      nie byc jest beznadziejna. Faktem jest, ze w biedzie chlopy robia sie lagodne i
                      spolegliwe, kobity czuja sie niezastapione, cala rodzina integruje sie w okol
                      problemu. No i dobrze. Tylko nie lamcie kregow zeby sie przekonac, nie radzesmile)))
                    • bodzio49 Re: Rozwod... 22.02.06, 20:38
                      Ktoś mnie zganił, że mylę miłosc z zauroczeniem. Ale z tego co czytam nie tylko
                      dla mnie jest to cos podobnego albo wrecz to samo. Dla mnie przyjazn jest czyms
                      trwalszym niz milosc. Rzeczywiście mało romantyczny byl moj wpis a przecież mam
                      czym sie pochwalić. Statystyki mowia ze drugie malzenstwa sa jeszcze mniej
                      trwale od pierwszych a nam sie udalo.
                      Zastanawialem sie co najbardziej sie przyczynilo.
                      Bylo nam bardzo ciezko na poczatku i oboje bylismy zmuszeni do maksymalnego
                      wysilku. Kiedy juz było lepiej zaczelismy korzystac z zycia,wczasy za granica
                      itd. i tez było ciekawie. Teraz kiedy nuda już moglaby oslabic nasz zwiazek (bo
                      czym po 18 latach mozemy sie jeszcze zaskoczyc) kazde z nas zafundowalo sobie
                      zainteresowania ktorym poswieca wiele czasu. Co nie znaczy oczywiscie, że nie
                      spedzamy tez czasu razem.
                      Szanujemy te swoje zainteresowania i chyba to jest to. Dodatkowo zona zaczela
                      bardzo filozoficznie podchodzic do zycia. Np: spokojnie znosi moj brak stalej
                      pracy, 2 sprawy w sadzie, pewne ograniczenia wydatkow itd. Wiem jak takie
                      sytuacje wplywaja na kobiety.
                      Zaufala mi ze wiem co robie i jestem jej za to bardzo wdzieczny. Moze i mogloby
                      byc lepiej ale nam nie jest zle i nawet jesli nie jest to juz to co było w
                      pierwszych latach malzenstwa to i tak jestesmy bardzo zadowoleni z tego co nas
                      łączy i co mamy.
                      Bede tez bronil twierdzenia ze malzenstwo nie jest stanem naturalnym. Przeciez
                      to tylko kontrakt ktorego paragrafy tylko teoretycznie dają stronom jednakowe
                      prawa. Nie oszukujmy się. Poza nielicznymi wyjatkami rozwody sa wlasnie
                      konsekwencja tego ze strony nie maja mozliwosci jednakowego korzystania z
                      dobrodziejstw tego stanu. Pomimo ze wlasnie kobiety bardziej naciskaja na
                      zawarcie tego kontraktu to one sa najczesciej ofiarami tego stanu. Chociaz tego
                      to juz nie jestem taki pewien. Ostatnio poznalem kilku mlodych facetow tak
                      zniewiescialych, ze zastanawiam sie czy ten swiat nie zaczal stawac na glowie.
                      • verbena1 Re: Rozwod... 22.02.06, 22:05
                        Tak jak Annabellee czekalam zbyt dlugo z rozwodem. Zdecydowalam sie w ostatnim
                        momencie przed uwierzeniem ,ze jestem zupelnie do niczego i nikt mnie nigdy nie
                        zechce. Dlugo musialam sie podnosic ,uczyc sie lubic siebie i odbudowac wiare w
                        siebie.
                        Jak czesto mozna spotkac tzw.wampiry malzenskie. Powolutku ,z premedytacja
                        niszcza swoja ofiare. Bez rekoczynow, widocznych sladow, dowodow zbrodni.

                        Zastanawiam sie tez nad inna kwestia.
                        Gdyby wiekszosc kobiet miala finansowa niezaleznosc jakby sie to mialo do
                        rozwodow?
                        Ilu ludzi zyje ze soba tylko dlatego, ze nie maja dokad sie wyprowadzic i z
                        czego zyc?
                        Bodziu masz troche racji, malzenstwo nie jest stanem naturalnym, czesciej
                        stanem wymuszonym.
                        • skynews Re: Rozwod... 23.02.06, 00:22

                          Przeczytalem o rozwodach,
                          nie doczytalem sie po co i w jakim celu malzenstwo zostalo zawarte i co
                          to w ogole jest.
                          Urzedowy stepel na na milosci, przysiega przed oltarzem, biznes lub moze
                          wszystko razem, lub tez jeszcze cos innego ?
                          Jezeli podejmuje sie jakies dzialania to, mysle, dokladnie trzeba wiedziec
                          w jakim celu sie to robi: co bede z tego mila/miala i jakie beda skutki.

                          Ktos napisal "partner okazal sie pozlacanym gownem" - jakby w ogole gowno
                          dawalo sie pozlocic.
                          Nie znali sie wystarczajaco, popelnili bledy, decyzja byla mieprzemyslana,o
                          czyms nie wiedzieli, cos wyszlo w trakcie "uzywania" ?

                          Takie uzasadnienia wydaja mi sie bzdurne:
                          najprawdopodobniej mieli w okresie podejmowania decyzji mozgi takie, że gdyby je
                          wlozyć do lepka od szpilki, toby byla grzechotkasmile

                          Wzajemne dostosowanie mieszanki cech dziedzicznych, nawykow zyciowych i reakcji
                          emocjonalnych oraz stworzenie stylu zycia wzajemnie najlepszego, to wymagajaca
                          zaangazowania ciezka praca.
                          Osoby rozwodzace sie nie stanely na wysokosci zadania.
                          Obojetnie jaka jest przyczyna rozwodu: najprawdopodobniej u obojga nie nastapil
                          wlasciwy rozwoj obszarow odpowiedzialnych za uczucia, emocje i odpowiedniego
                          odbierania sygnalow pochodzacyh z otoczenia i wlasnego wnetrza - nie potrafili
                          stworzyc samouzdrawiajacych osobowosci.

                          Rozwod, mysle, niwiele da - zaburzenia osobowosci beda najczesciej powodowaly
                          ciagle konflikty i to nie tylko w ewentualnym ponownym partnerstwie, ale rowniez
                          w innych kontaktach miedzyludzkich.


    • fedorczyk4 Re: Rozwod... 23.02.06, 10:46
      ord napisał:
      > PS - Piszac o rozwodzie, mam na mysli rozklad zwiazku dwojga ludzi nie
      > wnikajac w strone prawna definicji malzenstwa.


      W dużej mierze zgadzam się z Bodziem, dla mnie też małżeństwo jest tworem
      sztucznym i archaicznym. Ale walczyć z tym zjawiskiem nie mam zamiaru. Moja
      filozofia, która nieodpowiada Oktoberce, nie jest zobojętnieniem, tylko
      świadomością przemijania i brakiem zgody na potrzymywannie czegoś na siłę. Nasz
      związek jest oparty na głębokiej przyjaźni, lojalności i sympatii. Bardzo
      lubimy się i wbrew upływowi czasu potrafimy się wzajemnie zaskoczyć. Ale to nie
      znaczy że tak będzie zawsze. I jeśli po latach zaczną się zgrzyty nie do
      naoliwienia, to w imię szczęśliwych lat i wzajemnego szacunku, wolę rozpocząć i
      dać rozpocząć nowy etap w życiu, niż robić makijaż zwłokom, żeby wyglądały
      zdrowo i świeżo. Mąż nie jest moją własnością. Związek nie jest samochodem
      który się konserwuje i reperuje, żeby dłużej działal. Naszej psychiki nie da
      się zaprogramować z bezwzględna dokładnością. Zawsze może wejść jakaś
      nieprzewidziana zmienna i zniszczyć ustalony układ. Bo małżeństwo nie jest
      biznesową umową.
      Wśród moich znajomych, doszło ostatnio do kilku rozwodów. Rozwiodły się lub
      chciały, pary z 20, 50, i 10 letnim stażem. Znam komponenty tych stadeł od lat.
      Są moimi biskimi przyjaciółmi. Z nikim nie straciłam po rozwodzie kontaktu i
      nie stwierdziłam rażących zmian w psychice. Tylko jedno im się skurczyło.
      Tolerancja na partnera.
      • oktoberka Re: Rozwod... 23.02.06, 15:28
        Fed,nie nadymaj sięwink)) Może jestem niepoprawną romantyczką, albo tylko głupią
        babą, ale wciąż wierzę w potęgę miłości, choć wiem już, że mozna się kochać i
        nie móc być razem. Ale może wtedy to nie jest miłość? Czasem po latach trudno
        oddzielić przywiązanie, przyzwyczajenie, sympatię, lubienie itp itd od miłości.
        Oczywiście możemy za chwilę zacząć dyskutować co jest a co nie jest miłością i
        noc nas zastanie a definicji, z którą zgodzimy się wszyscy nie będziewink Więc
        po prostu nie widzę siebie świadomie kontynującą związek, w którym ustaliłam
        kontraktowo, że co prawda chcieliśmy się rozejść ale z tych czy innych względów
        tego nie zrobiliśmy; jesteśmy też "przygotowani kulturalnie" na rozejście się
        gdy "nie będzie nam po drodze" i JEST FAJNIE. Dla mnie taka koncepcja się
        wyklucza i tyle.
        W każdej wypowiedzi każdego odnajduję jakąś cząstkę siebie i swojego związku,
        ale efektem jest inny mix, inny świat, inne rozwiązania, inna przyszłość...
        Mam nadzieję, bo czytając większość wpisów tych osób, które się rozwiodły lub
        rozstały i chłonąc atmosferę z nich wynikającą wypadałoby profilaktycznie
        przygotować papiery rozwodowewink) Br....
        Małżonkowie wszystkich krajów łączcie sięwink))
        O.
        PS
        Ale nie razemwink
      • skir.dhu Re: Rozwod... 23.02.06, 22:42
        fedorczyk4 napisała:

        > Wśród moich znajomych, doszło ostatnio do kilku rozwodów. Rozwiodły się lub
        > chciały, pary z 20, 50, i 10 letnim stażem. Znam komponenty tych stadeł od
        lat.
        >
        > Są moimi biskimi przyjaciółmi. Z nikim nie straciłam po rozwodzie kontaktu i
        > nie stwierdziłam rażących zmian w psychice. Tylko jedno im się skurczyło.
        > Tolerancja na partnera.

        No i tego szczerze Ci zazdroszcze. Juz pare razy zostalismy postawieni przez
        przyjaciol przed koniecznoscia wyboru. Nie ma nic okropniejszego niz
        niemozliwosc zachowania poprawnych stosunkow i bliskosci przyjacielskiej z
        obiema stronami po rozwodzie. A niestety, czasami nie ma takiej mozliwosci.
        Najczesciej, na dodatek, takie ultimatum konczy sie zaniechaniem stosunkow z
        obiema stronami w beznadziejnie pojetej potrzebie bycia "fair".
        Z ciekawszych ukladow, do dzis utrzymuje bliska znajomosc z tesciowa pewnej
        przyjaciolki, ktora po rozwodzie "zabronila" nam kontaktowac sie z Jej bylym.
        Uczciwie wiec wyciszylismy kontakty i z Nia, i z Nim ale starsza pania
        uwielbiamy oboje (chyba z wzajemnoscia) i znajomosc trwa. Oh, ten problem
        lojalnosci przyjacielskiej.... wink
        Skir Dhu
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka