Witam i zaczynam zanudzanie was moimi wrażeniami

))
Droga do Umbrii, tym razem, była koszmarna... Tłok, w Polsce ulewny
deszcz, wielu powracających z urlopów, dojechaliśmy koło północy pod
Wiedeń. Tam niewygodny nocleg w samochodzie, ale ciepło, a dookoła
istna wieża Babel. Obok Czesi, wieloosobowa rodzinka wisząca z
latarką nad rozbabranym silnikiem, wiele samochodów z rumuńskimi
rodzinami, pomiędzy Włosi kimający w Jaguarach, Tuaregach i tp.
limuzynach, Niemcy w luksusowych camperach i mnóstwo Węgrów... my,
zmęczone szaraczki, zawinęliśmy się w koce i do świtu jakoś poszło.
Rano mycie ząbków, kawka i w długą. Artur kimnął już po kilku
kilometrach, a ja jakoś trwałam z opadającymi powiekami i watą w
głowie. W Tarvisio zakupy na zaś, pyszna pizza w pizzerii na rogu i
w drogę. No i tu niespodzianka, gdy tylko minęliśmy Alpy, przed
Udine - korek. Korek-gigant i upał - 32 stopnie. Koszmar! Korek, z
niewielkimi luzami ok. 40 kilometrów, skwar, w pełnym słońcu
odbijającym się od asfaltu, dogrzany pracującymi silnikami, po
prostu piekło

Przy pierwszej okazji, przed Wenecją, zjechaliśmy w
boczne drogi, no i to był naprawdę dobry pomysł! wypadliśmy już za
miastem gondoli, a tam już całkiem nieźle, przynajmniej się jechało.
Doczłapaliśmy do Lago Trasimeno już po zmroku, marzyliśmy już tylko
o pozycji poziomej. Pierwszy camping z brzegu, miliony komarów,
ziemia twarda jak kamień... Szczęśliwie nasz namiot "czary-mary",
samorozkładający się, stanął i bez śledzi

Wewnątrz campeggio
wzdłuż głównych alejek, biesiadowały donośnie liczne włoskie
rodziny, od babuleniek na grobem stojących, po niemowlęta. Wrośnięte
w ziemię, najwyraźniej użytkowane przez kilka pokoleń, przyczepy
campingowe, obudowane gankami, werandkami, płotkami i mini
ogródkami, sąsiadowały z camperami do wynajęcia. Walneliśmy po dwa
drinie i spać, ostatecznie mieliśmy "w kołach" już ponad 1800 km...
Upalny poranek wygnał nas z namiotu już przed 8-mą, komary zniknęły,
kąpiel pod chłodnym prysznicem wydawała się po prostu boska,
obeszliśmy nasze lokum, zajrzeliśmy na brzeg jeziora, niezbyt
atrakcyjnego, jak na nasze gusta, płytkiego i zarośniętego glonami,
znaleźliśmy basen i nieczynną restaurację.
Zwinęliśmy się więc szybko, objechaliśmy jezioro wąskimi dróżkami i
pognaliśmy na jakieś jedzonko do Perugii, serca Umbrii. Piękne,
stare miasto, osadzone na wysokim wzgórzu, miasto studentów i
artystów, festiwali i koncertów. Około południa ludzie zaczęli
znikać pod parasolami ogródkow restauracji, więc i my, głodni jak
wilki, szybko znaleźliśmy uroczą pizzerię w bocznej uliczce. Z
pełnym żołądkiem o wiele przyjemniej chłonęło się piękno leciwej
architektury i znosiło nieustające wspinanie się po schodach.
Perugia, mocno uszkodzona w czasie trzęsienia ziemi w 1997, już
prawie podźwignęła się ze zniszczeń, tylko gdzieniegdzie metalowe
klamry i podpory, świadczyły o minionych kłopotach. Na 16-tą
mieliśmy dotrzeć do naszego domu na wzgórzach, więc na zwiedzanie
nie było zbyt wiele czasu. Dotarliśmy według wskazówek do "dirty
road" i rzeczywiście, wrażenie było piorunujące... Wąska, wysypana
uskakującym spod kół żwirem, pnąca się pod górę pod kątem
graniczącym z pionem, nad przepaścią z rzadka obrośniętą karłowatymi
dębami, i tak 3 kilometry... oboje mieliśmy duszę na ramieniu, tym
bardziej, że ostatnie dwa dni spędziliśmy na autostradach...
no ale cel naszej długiej drogi i karkołomnej wspinaczki okazał
się być wart wysiłku. Na szczycie wzgórza, w oszałamiającym
koncercie cykad, owiewany wiatrem tysiąca zapachów stał piękny,
stary, kamienny dom, nad niebieskim basenem, otoczony widokiem
zatykającym dech w piersiach. I urocza, szczuplutka, uśmiechnięta
gospodyni, z ZIMNYM piwem na powitanie
dado11.fotosik.pl/albumy/506772.html#e
cdn...